poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Ukryte pragnienie obiektywności. Soren Kierkegaard, „O pojęciu ironii”, tłum. Alina Djakowska, Warszawa 1999

 „O pojęciu ironii z nieustającym odniesieniem do Sokratesa” to tytuł rozprawy magisterskiej z 1841 roku, Sorena Kierkegaarda, wybitnego, duńskiego filozofa, która zapewne wskutek swojej olbrzymiej innowacyjności i oryginalności, budziła spore zakłopotanie ówczesnych środowisk akademickich Danii. Dodać trzeba, Kierkegaard napisał ją w języku ojczystym, po duńsku, a nie jak się pisało wówczas, czyli po łacinie. Jak pisze w posłowiu do książki AlinaDjakowska:

...rozprawa „O pojęci ironii z nieustającym odniesieniem do Sokratesa” miesiącami krążyła wśród wykładowców Uniwersytetu Kopenhaskiego i mimo ekstrawaganckiego stylu i tonu pracy nie udało się znaleźć recenzenta, który ją odrzuci. Nikt też nie odważył się jej przyjąć. Zakłopotane grono profesorów na próżno starało się pojąć jakąkolwiek decyzję, przesyłając kolejne uwagi i propozycje zmian, uparcie nie spełniane przez autora.1

Przyczyna tej ambiwalencji mogła być następująca. Rozprawa była co prawda całkowicie, jak na ówczesne czasy niekonwencjonalna (dzisiaj zresztą też taka jest), natomiast widać w niej to niezwykle żywe rozwibrowanie gorączkującej i poszukującej myśli, która ze wszystkich sił pragnie adekwatnego wyrazu. To tak, jakby filozof był równocześnie poetą, jakby filozof w poetę się wcielił, a pojęcia przywoływane w rozprawie, mienią się niezwykle subtelnie od rozmaitych znaczeń, które odpowiednio wycieniować potrafi nie suchy strukturalista, który przeszedł przez porządną, rzetelną szkołę badawczą, ale filozof o usposobieniu i temperamencie poety, który właściwego odniesienia do świata filozofii nabył dzięki filozofowaniu żywemu, które dzieje się w miejscach przecięciach, punktach styku: między filozofią pojmowaną jako gotowa struktura, nauka, a filozofią pojmowaną jako „natchniony”, z ducha poetycki zapis pojęciowego myślenia, zapis, który niczym innym jest jak literaturą.
Gdybym ja miał w jednym słowie określić filozofowanie Sorena Kierkegaarda, użyłbym określenia: Nietzscheanista odwrócony. Nietzsche, przypomnijmy, odwrócił Platona, tym samym zaciągnął olbrzymi i chyba najpoważniejszy dług u najważniejszego, greckiego filozofa. Z kolei filozofowanie Kierkegaarda przypomina trochę pod względem struktury wewnętrznej i istotnej, to jak uprawiał filozofię Nietzsche, jednak ta sama istota, czyli wyraz uczuć i myśli filozoficznych w formie żywej literatury, została podjęta przez Kierkegaarda, w odróżnieniu od Nietzschego, od nieco innej strony. Nietzsche był filozofem ciemnym, skończonym, Nietzsche był wielkim magiem i kuglarzem świata pozoru, ów świat pozoru niezwykle przenikliwie dowartościował, nie otworzywszy jednak żadnego horyzontu nadziei. Wraz z Platońskim światem nadzmysłowym, światem idei, Nietzsche zniósł również świat pozoru. W związku z czym, pozostała pustka, jakby odwrócenie zasady, ex nihilo nihil fit, bo właśnie genialny (i obłąkany u kresu), Nietzsche, stał na stanowisku, że z nicości właśnie tylko nicość może powstać, jakby byt, stary, poczciwy metafizyczny byt, został nie tylko całkowicie zapomniany, ale również utracony oraz zniszczony.
W związku z cyklicznym odnawianiem się świata i Wszechświata, mamy do czynienia tylko „z tym”, „nie ma życia i śmierci, jest tylko to”, jak mówi bohater obecnie emitowanego, amerykańskiego serialu „Zmartwychwstanie”. Istnieje jedynie „wieczny powrót tego samego”, stale odnawiające się cykle rozrodcze, kwitnienie i rozbuchanie życia biologicznego i płciowego na wiosnę, łaknienie życia, stosunków cielesnych, miłości zmysłowej aż po kolejny, „wielki wybuch”, z którego bierze początek kolejne, nowe życie. Życie, według filozofii Nietzschego, zatem niczym innym jest jak stałą naprzemiennością tego, co żywe i tego, co martwe, bytu i i niebytu, za którą to naprzemiennością nie stoi żadna transcendencja, ani też nie ustanawia jej żadna, wewnętrzna, ukryta konieczność. Świat i Wszechświat jest przypadkiem i chaosem, a człowiek efektem tego przypadku, dlatego życie jest tak naprawdę zadaniem wielkim, ponieważ polega na zmierzeniu się z własną przypadkowością i skończonością. Nietzsche poza przypadkowość i skończoność ludzką nie wykracza i wykraczać nie chce, ponieważ właśnie w owych dwóch atrybutach ludzkiej kondycji widzi potencjał właściwy i niewyczerpalny.
Inaczej Kierkegaard. Ten szuka transcendencji i choć również poprzez negatywność i zaprzeczenie, które nazywa w swojej książce ironią sokratejską, to jednak w tej negatywności wyraża się coś, co można nazwać wolą przekroczenia, otwarcia horyzontu ludzkiej nadziei na nieskończoność wobec człowieka zewnętrzną i od ludzkiej jednostki niezależną.
Dodajmy, że Nietzsche nienawidził Sokratesa, widząc w nim reprezentanta upadłej i anachronicznej metafizyki, wiary w eidos. Kierkegaard z kolei niezwykle subtelnie i kunsztownie komplikuje postać Sokratesa. Ukazuje go jako ironistę, słusznie sportretowanego przez Arystofanesa w „Chmurach” jako unoszącego się nad ziemią „bąka”, który tyleż „kąsa”, co traci kontakt z realnością.
Z drugiej zaś strony, Sokrates zostaje przyrównany do postaci Chrystusa. Jak pisze sam Kierkegaard:

Platon dostrzegł w Sokratesie taką osobowość naturalnego nosiciela pierwiastka boskości. Najistotniejszy wpływ takiej źródłowej osobowości na ród i więź z ludzkością polega na tchnięciu życia i ducha (Chrystus tchnął ducha w uczniów mówiąc: „przyjmijcie Ducha Świętego”, albo na wyzwoleniu spętanych sił jednostki (Chrystus mówi do paralityka: „Wstań i idź”, a raczej spełnia się jednocześnie w obu działaniach. Analogia może być zatem podwójna: pozytywna, czyli zapładniająca i negatywna, która sparaliżowanej i rozproszonej w sobie jednostce pomaga odzyskać pierwotną gibkość, która tylko osłania i obserwuje podbudowaną już w ten sposób jednostkę, pozwalając jej odzyskać samą siebie.2

Dalej pisze Kierkegaard o rozpiętości postaci Sokratesa między „słowo” a „milczenie” i wynikającej z tej dychotomii konsekwencji, która sama się narzuca: to znaczy o jednoczesnej jasnej i ciemnej stronie Sokratesa, ironicznym balansowaniu pomiędzy negatywnością milczenia a pozytywnością słowa, czyli nic innego to nie znaczy jak stary balans między bytem a nicością, istnieniem a nieistnieniem. Kierkegaard pisze zresztą dalej, w swej rozprawie o dwóch metodach, które Sokrates stosuje, jedną nazywając spekulatywną, będącą po stronie pełni, a drugą ironiczną, które zbliża się do rejonów negatywności. Owa spekulatywność stoi po stronie filozofowania tradycyjnego, który poszukuje bytu i jasności, szuka pewnej odpowiedniości pomiędzy rzeczą a jej desygnatem. Metoda ironiczna, w zasadzie właściwa metoda Sokratesa w interpretacji Kierkegaarda, polega zaś na zaciemnianiu i mąceniu relacji pomiędzy tym, co jest, a tym, co zostaje nadbudowane nad tym, co jest jako interpretacja. Tę metodę ironiczną nazywa Kierkegaard przy pomocy metafory poetyckiej „nieskończoną grą refleksów”, znane to trochę i brzmiące znajomo, kiedy przypomnimy słynne stwierdzenie o dyseminacji czyli rozproszeniu znaczeń na powierzchni tekstu. Pisze Kierkegaard:

Dlatego wszystkie te wykłady są jak przesłony lornetki: jedno przedstawienie tak zmyślnie wtapia się w drugie i jest przy tym tak lirycznie roziskrzone, że działa tam samo jak wino w kielichu z ciętego kryształu, bo nie tylko pieniące się w nim wino upija, lecz także nieskończona gra refleksów, te fale świateł, pojawiające się w chwili, gdy tylko zatopi się spojrzenie na dnie kielicha. 3

Metafora ta wyraża rozproszenie zamiast skupienia, eidos, pierwotna istota ginie zatem gdzieś wśród znaków. Nie znaczy to jednak, że u Kierkegaarda nie występuje w ogóle pojęcie istoty, że cały wywód zatrzymuje się na powierzchni tego, co skończone. Bo też trzeba powiedzieć, że Kierkegaard z ducha jest poetycko fragmentaryczny i nieuporządkowany, ale wewnętrzna struktura jego wywodu jest zdyscyplinowana niesamowicie. Poszukiwanie bowiem u duńskiego filozofa jest dialektyczne i wpisane jest weń tyleż rozproszenie, co skupienie, tyleż poszukiwanie fragmentu, co pełni. Stwierdzenie skończoności nie wyklucza tego, co istnieje jako nieskończone. A nieskończona na przykład jest miłość:

Mówiąc, że bóg jest miłością, mówi się tym samym, że jest miłością nieskończenie udzielającą się, mówiąc o trwaniu w miłości, mówi się o partycypacji w jakiejś pełni. 4


Sokrates jest również nazywany „apostołem skończoności”, lecz przecież otwiera też furtkę wymiarom religijnym, czyli pragnieniu swojej skończoności przekroczenia. Owa próba Sokratesa, znów jednak, nie jest pozbawiona pierwiastków ironii, czyli pierwiastków negatywnych. Analizując „Chmury” Arystofanesa pisze Kierkegaard:

Chmury dają znakomite wyobrażenie o kompletnie zwichrowanym ruchu myśli, która stale faluje, unika stałego lądu i nie trzyma się immanentnych praw ruchu, wdaje się w najrozmaitsze konfiguracje z pozbawioną wszelkich reguł zmiennością. 5

Owo rozwichrzenie i rozwibrowanie myśli nie prowadzi do żadnego celu, nie posiada wewnętrznej konieczności w postaci ukrytego jądra, w środku bowiem nie ma nic, chmury zmieniają kształty, przypominając raz kobietę, raz wilka, panterę czy byka, lecz to wszystko, „sztuka dla sztuki”, zamyka się w obrębie fantasmagorycznych wyobrażeń, potencjał negatywności zdaje się ulegać wyczerpaniu. Nie ma nic nad sztuczkę kuglarską, miraż i złudzenie. Negatywna dialektyka ironii na przykładzie postaci Sokratesa w „Chmurach” Arystofanesa prowadzi w rezultacie do efektu komicznego.
W innym miejscu próbuje Kierkegaard bronić Sokratesa przed Arystofanesem, pokazując „wewnętrzną nieskończoność ironii”, jej olbrzymi potencjał, natomiast od razu jednak filozof zbija ten argument, powiadając, że owa nieskończoność wewnętrzna leży po stronie subiektywności, jest to „wolność subiektywności”. Innymi słowy, czego tutaj brakuje, to pierwiastka obiektywnego, który otworzyłby postać greckiego filozofa na transcendencję, czyli obiektywność Boga.
Trzeba dojść tutaj do wstępnych wniosków, że Sokrates przedstawiony przez Kierkegaarda mógłby spodobać się Nietzschemu. Czemu? Oto cytat, opisujący nieprzystawalność urody Sokratesa (był bardzo nieurodziwym człowiekiem), do jego wewnętrznego bogactwa:

Tymczasem prawda fizjonomiki opiera się na następującym aksjomacie: istota istnieje tylko i wyłącznie w powierzchowności, co oznacza, że powierzchnia jest prawdą istoty, a istota jest prawdą powierzchni.6

Tak jak w filozofii Nietzschego, tak też na przykładzie postaci Sokratesa, zostaje zniesiony dualizm prawdy i pozoru, na rzecz zrównania tego, co powierzchniowe z tym, co istotowe. Potwierdzeniem tego tropu Nietzscheańskiego może być cytat z Hegla, który przytacza Kierkegaard pisząc, że „negatywność nie zawierała się w Sokratesie w jakiejś pozytywności, lecz była autoteliczna”. Jest to jakby przypis do tego, jak przedstawia Sokratesa Arystofanes w „Chmurach”.
Ironia sokratejska w ujęciu Kierkegaarda nie jest do końca przeciwstawiana chrześcijańskiej filozofii i kościelnej wykładni teologicznej. Tutaj między innymi różni się Kierkegaard od Nietzschego, który chrześcijaństwu był wrogi, Kierkegaard, natomiast, po swojemu, szukał miejsc wspólnych, miejsc dialogicznych. I tak pisze Kierkegaard o momentach ironicznych w życiu Kościoła rzymskokatolickiego:

Kościół rzymskokatolicki zapewne sobie to uświadamiał, skoro w średniowieczu potrafił okresowo wznieść się ponad swą absolutną realność i spojrzeć na siebie autoironicznie. Świadczą o tym na przykład święta osłów, święta błaznów czy też tak zwany śmiech wielkanocny (…). Promienie życia i świetność chwały przenikały swym blaskiem świadomość, która w tej samej chwili unosiła się ironicznie ponad nimi. 7

Kierkegaard w tym momencie odwołuje się do XII wiecznego święta błaznów, które jak pisze Djakowska, „stało się karnawałowym świętem noworocznym, podczas którego parodiowano kościelne obrządki”. Ów moment czy też trop karnawału bardzo przydaje się również do analizy postaci Sokratesa, który łączy w sobie sprzeczne sfery i żywioły: cielesnego dołu z duchową górą, okropnej, brzydkiej zewnętrzności z mieniącą się blaskiem eidos wewnętrznością. Dodać jednak trzeba, że święto karnawału było otwarciem i zaproszeniem do dialogu, negatywność tam zostaje poniekąd przezwyciężona, co w postaci Sokratesa zinterpretowanego przez Sorena Kierkegaarda już takie oczywiste nie jest, wewnętrznie się komplikuje. Karnawał był bowiem świętem bytu, co by tu nie powiedzieć, choć bytu wewnętrznie zdialektyzowanego i sprzecznego, natomiast święto ironii to święto niczego:

O ironii można rzec, że tylko wtedy poważnie traktuje „nic”, gdy niczego nie traktuje poważnie. Ironia zawsze ujmuje „nic” w opozycji do „coś” i chwyta się nicości, aby wyzwolić się od traktowania czegokolwiek z powagą. Ale „nic” też nie bierze na serio, w przeciwnym razie coś jednak traktowałaby poważnie.8

Rozprawa magisterska Kierkegaarda, „O pojęciu ironii z nieustającym odniesieniem do Sokratesa”, posiadająca, swój, wewnętrzny, ukryty nurt, spajający ją w czytelną całość, dopiero na końcu jakby ukazuje swoje właściwe cele. Pisze bowiem Kierkegaard dalej o ironii w kontekście dramatu „Lucynda” Schlegla zestawiając ironię z poezją i nazywając ją „swego rodzaju pojednaniem”, jednak nie „prawdziwym pojednaniem”. I dalej, że „dopiero to, co religijne zawiera możliwość prawdziwego pojednania, ponieważ rozszerza moją rzeczywistość w nieskończoność”. Różnica między nieskończonością poetycką, a religijną, jest, jak wyjaśnia dalej Kierkegaard, różnicą między emigracją z rzeczywistości, a zadomowieniem się w niej. Ironicznie negatywny poeta wybiera raczej emigrację, człowiek religijny próbuje w niej zamieszkiwać. Jednak na tym sprawa się nie kończy. Dialektyka tego, co zewnętrzne i wewnętrzne jest o wiele bardziej skomplikowana, albowiem „jednostka religijna znajduje nieskończoność nie poza sobą, lecz w samej sobie”. Tym samym to, co wewnętrzne staje się również tym, co religijne, a różnica między poetyckością a religijnością w dalszej części wywodu zostaje u Kierkegaarda zamazana, co pewnie poniekąd jest jego słabością, ale też pewnie siłą, kiedy spojrzeć na to właśnie pod kątem budowanego konsekwentnie na przestrzeni całego dzieła pojęcia ironii jako „nieskończonej negatywności”.
Na końcu rozprawy Kierkegaard pokazuje zależności pomiędzy ironią a egzystencją Boga, uruchamiając przy tym kontekst nicości (czyli kontekst ironiczny). Powiada filozof:

Skończoność uczestniczy w monstrualnej fluktuacji tego podwójnego ruchu(zarazem odśrodkowego i dośrodkowego), człowiek zaś w chwili rozdzielenia staje się cieniem tego, co boskie, szkicując swe cnoty i wady moralne w tej cienistej egzystencji, którą jedynie ten, kto otworzył oczy na ironię, postrzega jako nic.9

Bóg jawi się zatem również jako Stwórca „ironiczny”, który powołuje do życia negatywność, czyli istnienie człowieka, balansujące na krawędzi nicości, któremu zasłonięta przed oczami zostaje prawda właściwa, zdany tylko na cienie, odblaski i kopie, badać może jedynie „wewnętrzny potencjał negatywności”.
Rozprawa Kierkegaarda zrobiła na mnie duże wrażenie. Wielu rzeczy wartych uwagi z pewnością w tym krótkim szkicu nie uwzględniłem, problemy tutaj przedstawione stanowią jedynie ułamek bardzo bogatej i niezwykle skomplikowanej rozprawy Kierkegaarda. Warto jeszcze na przykład zwrócić uwagę na posłowie Aliny Djakowskiej, która stanowi wiele wyjaśniający przypis do wywodu Kierkegaarda.
Mowa w nim między innymi o istnieniu ironicznym jako istnieniu działającym, co jest ciekawą interpretacją tego, co powiedział Kierkegaard, otwierającą horyzont nadziei.
Mnie się wydaje bowiem, że rozprawa Kierkegaarda może być nazwana filozoficznym poematem rozpaczy z powodu utraty poczucia stabilności i obiektywności świata. Ruch i zmienność to bohaterowie tej rozprawy zamiast stałości i nieruchomości. Bóg również jest w ruchu, nie jest nieruchomym pierwszym poruszycielem, ale raczej schodzi ku światu, zniża się w nicość świata, wyciągając z niej człowieka.
Najciekawsze wydało mi się w tej rozprawie stwierdzenie o człowieku religijnym jako zamieszkującym. Wydaje mi się, że osobna rozprawa powinna zostać poświęcona zależnościom między zamieszkiwaniem a religią. Religia w takim ujęciu pozwala się w świecie odpowiednio zadomowić i zakorzenić, daje potencjał źródła, moim zdaniem niezwykle ważny.
Zamieszkiwać i być religijnym to również być chyba ubogim i pokornym, nie żądającym wiele od świata, poprzestającym na małym, być ubogim w Panu, czyli skromnie pracować w Jego winnicy.
Te tropy, które powinny zostać rozwinięte przez kogoś o odpowiednim przygotowaniu teologicznym(czyli nie przeze mnie), wydają mi się bardzo ciekawe i ważne.
„O obiektywności, która pozwala mieszkać”. Być może tak powinien brzmieć tytuł tej kolejnej rozprawy, swoistego przypisu oraz rozwinięcia rozprawy Sorena Kierkegaarda.



1Zob. Soren Kierkegaard, „O pojęciu ironii”, tłum. Alina Djakowska, Warszawa 1999, s. 321
2Ibidem, s.33
3Ibidem, s.45
4Ibidem, s.49
5Ibidem, s.129
6Ibidem, s.206
7Ibidem, s.247
8Ibidem, s.263

9Ibidem,. s.310

środa, 23 kwietnia 2014

Poświątecznie. Żółte kurczaczki.

Nie wiem, co myślicie, ale święconych jajek to bym mógł kopę zjeść, a nieświęconych, ot tak sobie.
Tą parafrazą ulubionego fragmentu "Kamienia na Kamieniu" Myśliwskiego, pochodzącą z rozdziału "Alleluja", wprowadzam się nastrój post(świąteczny). Piękne to były święta. W Wielki Piątek byłem w kościele w Stalowej Woli, wiele ciemności i piękne, ciche śpiewanie, polskie flagi, wwiewała się we mnie polskość i wiara, myślałem o swoim promotorze i o tym, że jestem konglomeratem idei sprzecznych, choć, czy można mówić o sprzecznych ideach-czyżby sprzeczność nie istniała przede wszystkim w czynie? Więc siedziałem w tym kościele w Stalowej Woli, mieście mojej Ewelinki, na tych wschodnich terenach Polski i cały byłem z wchłaniania. Cieszyły mnie niezwykle te ciche śpiewy, ta delikatność, zwiewność harcerek, dziewcząt, ksiądz w czarnej sutannie, który znalazł swoje miejsce w życiu. Tak. Przeżywałem rozmaite sprzeczności, niedogodności, rozterki, ale przecież tam, w tym kościele, czułem, że mogę wypowiedzieć się do końca: że z tych delikatnych śpiewów, czarnej sutanny księdza, harcerek w zielonych mundurach, polskich flag, polskości i wiary, umarłego w ten dzień Chrystusa, że w ten dzień, w Wielki Piątek w Stalowej Woli, może zaistnieć i rozbłysnąć rodzaj prawdy ostatecznej, ostateczne wcielenie, lep wyobraźni, plaster miodu mojego widzenia, które przylepia się wszędzie i łaknie, niespożycie je i niespożycie pragnie.
Przeżywałem niesamowitość. Białe drzewa, okrągłe, puchate listki, które nazywaliśmy z Piślem bławatami i te żółte, które dziadek mnie nauczył nazywać złotym deszczem. Różnica: między rozbuchanym, puszystym i puchatym białym barokiem, a skromną, mokrą codziennością urzędnika, który równocześnie jest pisarzem.
Tak sobie wyobrażam najprawdziwszych pisarzy i poetów, którzy równocześnie, w cieniu biurek i faktur, w stosie papierów, wychodząc z biura, dalej skromni i z walizeczką pod pachą, rozkwitają głęboko i skromnie jak te złote deszcze, złote deszcze, o których nauczał mnie dziadek. Więc cały byłem istotnie z wchłaniania.
Ach! W Stalowej Woli zawsze ta sama intuicja: ulicą biegnie wciąż ten sam cocker spaniel, uszy miał zmoczone i sierść mokrą i ja na ławce, usiadłszy, znów prześwietlony ciemnym promieniem, mniemam: świat jest, ale jako makieta, ta nasza planeta niczym innym jest jak teatralną dekoracją. A w klasztorze Kapucynów, pięknie nauczał zakonnik o tym, że na makiecie nie można się zatrzymywać, że trzeba w głąb iść, dalej, aż "do matek", aż do istoty, która jest duchem. Więc makieta i duch. Oj w klasztorze, kiedy patrzyłem na przygotowany grób Chrystusa, starałem poczuć Ewangelię, na swój, przecież ułomny i kaleki sposób, jedyne poczucie rzeczywistości tego, co jest przyszło właśnie z klasztoru Kapucynów, duch, który przenika, nie złośliwy, teatralny chochlik, karzełkowaty demon sztuczności. Bo też walczą przecież ze mną, w mojej głowie (jeśli wnętrze jest zewnętrzem i odwrotnie), dwa, sprzeczne żywioły: jeden mówi, świat jest Boży, drugi mówi: żyjesz w teatrze (ja do teatru nie chodzę, ale samo słowo "teatr" czasem bardzo się przydaje, by nazywać).
W Stalowej Woli czytałem Josepha Ratzingera "Nowa pieśń dla Pana", aby poczuć wino i opłatek, aby liturgię poczuć i muzykę kościelną. I czytałem jeszcze świecko, impresyjnie, Roberta Walsera "Rodzeństwo Tanner", w rzeczy samej piękna opowieść poetycka, napisana nie wierszem, ale prozą.
Po powrocie do Krakowa nagła intuicja: w domu Ewelinki życie, cały czas życie, potrzeby lektury nie czułem, życie nagle stało się ważniejsze w jego kształcie codziennym najbardziej. Ale przez to życie, przez te dzieci małe, braci, siostry, matki, babcie i dziadków, nagłe prześwietlenie: gdybym i ja miał rodzeństwo, z innym przygotowaniem i bagażem przecież bym do Walsera zasiadał, nagle bym poczuł, co? Pewien obiektywizm może, pochodzący z konieczności uznania się za nieważnego (brat jest przecież i siostra), więc i moja obecność na tym świecie jakby wzięta w nawias śmiertelności i przypadkowości, ale nie tylko, bo z tego wypływa głęboka, obiektywna nauka: jakimże bohaterstwem jest pisać o życiu, jakąż odwagą, żeby napisać coś ważnego, jakież lęki trzeba przezwyciężać przed mieliznami banału, jakież strachy, że zdruzgotani zostaniemy przez tych, którzy wiedzą (życie). A poza tym filtr samego siebie przybrałby inną formę nieco, jak mniemam, na rzecz filtracji może bardziej obiektywnej, do świata idącej bardziej sprawnie i rześko.
A pisanie niczym innym przecież jest jak formą czytania (tyle że czynnego). Pisanie w zasadzie jest notowaniem, pisanie jest niczym innym jak przepisywaniem przecież tego, co jest, co nagromadziło się, a co ujścia domaga się, opróżnienia, jak kosz na śmieci, bo przecież z nadmiaru biorą się niepotrzebne spięcia, więc niczym innym jest pisanie jak opróżnianiem statku jestestwa ze zbędnego balastu, niczym innym jak rodzajem higieny psychicznej, takiej samej zresztą jak nie pisanie, kiedy żyjemy, jak ja żyłem w Stalowej Woli, jadłem, piłem trochę wódki, siedziałem przy stole, rozmawiałem, chodziłem na spacery, Boże, czy to prawda?: ja żyłem! Niesamowity jest bowiem sam proces życia, który nie musi domagać się momentalnego zapisu, kiedy czekamy cierpliwie na "dystans czasowy" i czerpiemy z bogactwa minionego. Najszczęśliwsze dla pisarzy epoki dzieciństwa, kiedy nie musieli nic pisać, kiedy potrzeba życia i przeżywania była silniejsza od potrzeby pisania, złote epoki, kiedy pisarze nie żyli jeszcze w więzieniu pisma, w widzeniu pisma, które tak silny przecież ma wpływ na ich czytanie świata, innych ludzi, siebie.
Pobyt świąteczny w domu u Ewelinki wiele mnie nauczył, te święta minione w Stalowej Woli. Rozdarty między chrześcijanina (codzienny rygor duchowy w Kościele), a Nietzscheanistę (anarchia teatralności poza Kościołem), próbowałem uzgodnić te dwa, sprzeczne bieguny, które w ruch wprawiają moje myślenie i dzięki którym, mieniąc się różnymi odcieniami i Bogu podobać się mogę i (niestety), komuś gorszemu...
A przecież i we mnie zostało to żółte, wielkanocne jajeczko i kurczaczki w koszyczku. A przecież i we mnie lanie wodą w wiadrach w Lany Poniedziałek, oblewałem dziewczyny, chciałem życia i ducha, chciałem życia, które przenika duch i ducha, który jest żywy.
Żółte kurczaczki w koszyczku. Woda żywa. Teatralne dekoracje. Dużo światła, które płynie z literatury, czytanej poprzez żywe doświadczenie, ale o tym później, kiedy Walsera skończę dwa tomy i o tomach tych może postanowię coś napisać.



poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Odważyć się z ruchu podjąć moment wieczny.

Przeczytałem ostatnio dwa tomy Sebalda. „Czuję. Zawrót głowy” oraz „Wyjechali”. Czytałem Sebalda w różnych miejscach. Przeważnie w domu, przed telefonem do babki. Pewne szczegóły świata przedstawionego u Sebalda jak imbryk, czajnik, dywany, bawialnie, pokoje, kawiarnie, obiady, kolacje, śniadania, filiżanki do kawy, senne światło i senne ciepło, fotografie, na których jest jednocześnie życie i śmierć, które życie zamrażając, jednocześnie je na oścież otwierają, czyniąc fotografię podatną na nieuchronny przepływ życia. Otóż te fotografie swoich krewnych, czarno białe fotografie starych, pamiętających dawne czasy kamienic, otóż te zdjęcia z lat dzieciństwa, to wszystko nieuchronnie i niewątpliwie zmierza w stronę jasnej, ciepłej i pięknej przeszłości, przeszłości, która zawsze przecież piękniejsza i ładniejsza niż teraźniejszość.
Ja się Sebaldem zafascynowałem poprzez właśnie te skojarzenia z moją przeszłością, albo inaczej: z przeszłością domu mojej babci, która przecież jakby przeze mnie przepracowana i przepisana, jakby przyswojona, jakby moja, bo mieszkanie mojej babci to ja. Więc ten Sebald w zasadzie niesamowity. Ja do teraz widzę czarną kamienicę na czarno białej fotografii, kamienicę, w której niegdyś gościło życie, w której niegdyś żyli żywi ludzie ze swoimi dziećmi, frasunkami, ego, myśleniem, pracą, ja do dzisiaj ich widzę i widzę też tych wyklętych z rodziny, filozofów i marzycieli, którzy ni w ząb nie podejmą się żadnego, praktycznego zajęcia, będą leżeć na kanapie z trudną, filozoficzną książką i dumać nad urządzeniem świata, dumać w nieskończoność, dopóki nie zabierze ich śmierć i dopóki nie przywróci ich do życia pamięć. Bo też te dwa tomy Sebalda dotyczą w zasadzie wyłącznie pamięci. Mnie się wydaje, że Sebald wiąże spore nadzieje z tą siłą, by nie powiedzieć brzydko: kategorią. Poprzez pamięć ci, co umarli, zmartwychwstają nagle na zdjęciach i w piśmie, ich życie jest żywe, mimo że ciągle odbywa się w nieuchronnym więzieniu pisma i zaklęte jest poprzez klatkę fotografii. Ale wciąż mamy do nich dostęp, ja mam do nich dostęp, moje młode jeszcze życie, moje młode jeszcze życie, które żywi się między innymi niedzielnymi obiadami u babci w sennym, letnim słońcu, które słyszy i czuje modlitwy i śpiewy dochodzące z cmentarza, otóż to moje młode życie, łaknie prozy(eseju o pamięci) Sebalda, wchłania te wszystkie, pojedyncze rekwizyty jego świata, jednocześnie nie tracąc z oczu całości, jednocześnie w pewien, nieubłagany, nieuchronny sposób, poddaje się przenikającej atmosferze tej prozy i po Proustiańsku wędruje skojarzeniami, wprost do domu mojej babci, sięga po słuchawkę, jakby to było przedłużenie tamtego, przeczytanego świata, bo świat jeśli nie jest językiem mówiąc uczenie, nieuchronnie staje się opowieścią, kiedy o nim pomyślimy jako o miejscu zamieszkania, naszym domu, w którym istnieje możliwość opowieści. Więc opowieść Sebalda nie tylko jego jest opowieścią, ale dotyczy również i moich, całkiem prywatnych sfer życia, rozprzestrzenia się na telefony, wizyty na pływalni, kiedy po pływaniu, zmęczony, jadłem soczyste jabłko, piłem wodę mineralną i oddawałem się dalszemu pływaniu, dalszemu płynięciu między wersami poematu prozą Sebalda, poematu-eseju, który dotyczy pozornie zamkniętych i pozornie utraconych sfer życia.
W zasadzie proza Sebalda daje w sensie ścisłym i istotnym możliwość pełnego otwarcia na świat, dzięki prozie Sebalda ja istotnie poczułem swoją przemijalność i skończoność, poczułem, że letnie słońce w pokoju mieszkania u mojej babci, to letnie, senne słońce i usypiające ciepło, te senne, białe opary i pajęczyny babiego lata w ogrodzie u Jędzy (sąsiadki babki), nie są przypadkowe, albowiem należą do szerokiego planu opowieści, w której posłusznie i wiernie biorę udział przestrzegając przepisanego mi zadania. Więc przypadkowość tak naprawdę niczym innym jest jak pozorem przypadku. Sny mojej babki nad ranem, sny, które przywołują jej rodzinę, sny, które łączą świat żywych i umarłych, są przecież również częścią tej, jednej wielkiej opowieści pisanej przez ludzką rodzinę (i chyba nie tylko), nad którą pieczę sprawuje, w co wierzę, ktoś lub coś, jakaś siła, zapewne chrześcijański Bóg Osobowy, w którego wierzę jako w mojego Opiekuna.
Więc mnie się wydaje, że opowieść mojej babki i opowieść Sebalda jakoś wzajemnie się przenikają i warunkują, jedna się w drugiej zawiera. I przecież teraz, kiedy wyjdę na ten świat, kiedy doznam łaski Bożego stworzenia, kiedy będę podziwiał rzeki, łabędzie i ludzi, no właśnie teraz, kiedy znów wyjdę przywitać świat stworzony przez Boga, cóż mi zostanie oprócz nieograniczonej wdzięczności za to, że jestem? Wczoraj ksiądz w kościele Franciszkanów w Krakowie pięknie powiedział na kazaniu, że nie jest oczywisty fakt, że budzimy się nad ranem. Z każdym rankiem jest to całkiem inny cud życia. A dzisiaj w "Wiadomościach" widziałem reportaż o śmierci pewnej kobiety, która dowiedziawszy się o „nie dającym się odwrócić wyroku”, czerpała z życia pełnymi garściami, młoda kobieta, która zostawiła nastoletniego syna, młoda, pełna życia kobieta, co jest po tamtej stronie? Czy po tamtej stronie niczego nie ma? Oglądając ten świetny zresztą reportaż, towarzyszyła mi intuicja nicości, która przenika galaktyki i świat śmierci, przerażająca intuicja nicości, która doznała jeszcze wzmocnienia poprzez ukazanie sylwetki tej kobiety, sylwetki dzielnej, nie poddającej się, pełnej życia i walki do końca, sylwetki bohaterskiej, sylwetki, która w nieuchronny sposób mnie przerasta.
Tak, że trudno powrócić mi do życia, tego życia codziennego, tego cudu i misterium jednorazowości, nie okaleczonym nie zranionym, nie nadszarpniętym. Ogromnie boleję nad faktem śmierci przedwczesnej pewnych osób i jednocześnie wierzę w ich świadectwo, każdy daje świadectwo na swoją miarę. Świadectwem pisarza jest może nie tyle jego pisanie, ponieważ w to wpisana jest pewna przypadkowość (można pisać wiele i w gruncie rzeczy nic nie napisać), świadectwem jego jest specyficzne przeżywanie świata, być może wystarczy czasem jedna książka, jeden tom wierszy, żeby z tego świadectwa uczynić coś istotnego, co przetrwa. A być może czasem wystarczy świadectwo rozmowy istotnej, lecz z kim pisarz rozmawia najistotniej? Ze światem, jak mi się wydaje, ze światem, poprzez wgląd uprzedni w siebie, w zasadzie rozmowa ze światem jest najciekawsza, gdyby nie świat, być może w ogóle nie byłoby pisania. Czy można zdawać relację z nicości? Kiedy zobaczyłem dzisiaj tę kobietę, bohaterkę wzruszającego reportażu, nad stawem, o kuli, ponieważ była już bardzo słaba, zmęczona chorobą, pomyślałem, doznałem pewnego, istotnego wglądu, otóż pomyślałem, że ona patrząc w ten staw, po którym pływają łabędzie, patrzy w istocie w tę drugą stronę, gdzieś ją ciągnie, coś chce zobaczyć, jest bardzo ciekawa, więc stoi spokojnie o kuli i patrzy w staw. A przecież łabędzie wciąż będą pływały po stawie, białe i wyniosłe, a jej syn będzie żył bez niej i poradzić będzie sobie musiał bez niej, cóż za siła w tym nastoletnim młodzieńcu otwierająca zupełnie inną opowieść! Cóż za siła i cóż za życie!
Powracając jednak do Sebalda, czytając Sebalda zdałem sobie sprawę, że moja opowieść jest opowieścią literacką, czasem jak aktor odgrywam przypisany mi monodram. Opowieść mojego przyjaciela Kuby, który pracuje na pływalni, na którą uczęszczam, nie jest również pozbawiona cech literackich, jej powierzchniowa warstwa jest przecież warstwą literacką, lecz w środku, w głębokościach i jej sednie, chodzi przecież o coś całkiem innego (choć może o to samo, jednak z innych źródeł, punktów wyjścia).
Żyjemy nieuchronnie w literaturze, w opowieści, w sadze, w podaniu, w micie, nie ma na to rady.
I wczoraj moja babcia zarzuciła mi, że za dużo czytam, że sobie oczy zepsuję. Najważniejsze jest życie i od życia bierze początek wszelki proces myślenia, czytania, pisania, primum vivere, będę zawsze o to walczył jak lew. Ewentualne niebezpieczeństwo pomieszania porządków fikcji i życia, jakie może stworzyć literatura nie grozi tym, którzy są do lektury prawdziwej i istotnej odpowiednio przygotowani. Skoro istnieje zdrowa odskocznia w postaci na przykład uprawiania sportu jak pływanie, pracy, spacerów, rozmów z innymi ludźmi, spotkań,chodzenia do kina, oglądania ciekawych filmów, twórczej wymiany myśli i poglądów, wyrażania swojej ciekawości alias dawania świadectwa przeczytanym książkom, czyli tym samym właściwego i godnego gospodarowania wiedzą, niebezpieczeństwo jakie może stworzyć złe gospodarowanie literaturą, jest oddalone na bezpieczną odległość. I powiem więcej: możliwość życia niczym innym jest jak możliwością refleksji i możliwością lektury, czyli możliwością tworzenia i czytania, tym samym pisania. Zbyt zresztą dojrzały już jestem w pracy z tekstem (proszę wybaczyć ten przejaw pychy, będę się z tego spowiadał), żeby błędy amatorów popełniać. Powiem więcej, ja już te dwa porządki: literatury i życia dawno i w sposób, jak myślę skuteczny, oddzieliłem. Albowiem trzymanie się powierzchni świata i życia jest moim zdaniem świadectwem do tegoż świata i życia głębokiego podejścia.Więc możliwość życia zawiera się tak naprawdę w możliwościach, które daje mi przeżywanie, świadome i twórcze przeżywanie literatury (prozy, eseju, twórczości naukowej, wierszy), więc możliwość literatury to tak naprawdę możliwość życia, czy ja nie mógłbym żyć naprawdę, gdyby nie pewne filtry, filtry, dzięki którym właśnie, paradoksalnie, doznaję życia bezpośrednio, w jego kształcie jednocześnie namacalnym, zmysłowym, erotycznym oraz istotnym, głębokim, eschatologicznym, mitologicznym. Moje życie to opowieść, którą jedynie wypełniam, ale przecież nie jest napisana przeze mnie, ja ją, jeśli można tak powiedzieć, niedoskonale przepisuję, jestem tylko (i aż), średniowiecznym skrybą, który w zaciszu klasztoru oddaje się modlitwie, kontemplacji, rozmyślaniu, literaturze prowadzącej wprost w objęcia prawie że namacalnego Boga.
I ten trop również nieprzypadkowy, ponieważ modlić się w Kościele uwielbiam, czuję wtedy przenikający mnie ład, ciszę Kościoła, kontakt ze swoim życiem, pewną pokorę, która jednak niestety jest równocześnie rodzajem pychy. Kiedy widzę Kościoły, uspokajam się, kiedy siostry zakonne widzę, uspokaja się dusza moja, kiedy księży widzę, wiem w którą stronę podążać w moim filozofowaniu, więc kiedy doznaję Krakowa w jego sensie istotnym, raduje się, że jestem, raduję się, że mieszkam, raduję się również tym, że bywam.
A moje życie jest niczym innym jak oczekiwaniem na kolejną opowieść, która w pewien sposób pogłębi i potwierdzi to, co już wiem, co wiedziałem od dawna (wiedza pierwotna o świecie istnieje). Jako mały dzieciak miałem niebywałą intuicję do książek i ludzi, która po dziś dzień we mnie siedzi i czasem daje o sobie znać, zwłaszcza kiedy na wiosnę kwitnie zieleń i białe i żółte i niebieskie kwiatki, stokrotki, pierwiosnki, bławatki.
Więc moje życie niczym innym jak poszukiwaniem uzgodnienia między tym, co powierzchniowe i tym, co głębokie. Chodzi bowiem w gruncie rzeczy o to, co nazwać mogę trudem nieustającej i bezinteresownej transcendencji, otwieram się na drugiego, bo w jasnym słońcu, wśród białych kwiatów i drzew, to jedyna, dobra i wartościowa rzecz, którą mogę uczynić. Otwieram się na drugiego jako ja, chodząca zewnętrzność, chodząca transcendencja, bo w życiu w gruncie rzeczy chodzi o to, żeby być wcieloną, chodzącą zewnętrznością, poprzez zewnętrzność bowiem, powierzchnię świata, mam wrażenie, Boga można doznać najbliżej i najistotniej, Bóg jest najbliżej ciała, a to, co jest najbliższe, jest zarazem w najgłębszy sposób oddalone, zapośredniczone poprzez filtr nieustającej opowieści o świecie i sobie samym, o innych ludziach, innych książkach, chcąc poczuć wspólnotę, piszę ten swój nieustający esej o zewnętrzności, piszę i myślę, moje myślenie jest jednocześnie zapisywaniem, moje zapisywanie to relacja z procesu myślenia, w którym obrazy, w którym kwitną białe, niebieskie i żółte kwiaty.
Niedaleko Wawelu mała dziewczynka w czerwonym i niebieskim ubranku straszy czarne kawki.
Ojciec robi jej zdjęcie. Tego krajobrazu nie może na ten moment zepsuć śmierć, choć przecież poprzez sprzeciw wobec niej, wpuszczamy ją do naszego życia, do naszych, wewnętrznych krajobrazów i temperatur. Fotografia bowiem niczym innym jest jak zaproszeniem do żywego dialogu ze śmiercią. Wolę żywy dialog w tej postaci: czytam Sebalda, kończę drugi tom Sebalda, dzwonię do mojej babki, przedłużam swoje życie, ten jeden, jeszcze jeden raz, zmartwychwstaję.
Do mojego pokoju wchodzi biały Mesjasz. Podaje mi zielone ździebełko trawy. Mam biały kapelusz na głowie i siedzę pod drzewem, nad rzeką. Wiem, że to, co jest, jest umowne. Jakże bliska jest wieczność, kiedy patrzę na moją ukochaną, jakże bliskie jest życie, czas, zmartwychwstanie, świętowanie, na wodach czarnej rzeki blask.





sobota, 29 marca 2014

Polski Proust. Włodzimierz Odojewski, "Wyspa ocalenia".

Wydana w 1964 roku przez wydawnictwo Czytelnik. Rzucił mi się w oczy pęd frazy, galop, językowy strumień świadomości po pierwsze. A po drugie bogactwo tej prozy przejawiające się w umiłowaniu szczegółu dnia codziennego. Poza tym przywiązanie do wartości rodziny. To wszystko sprawia, że „Wyspę ocalenia” Odojewskiego uważam za arcydzieło polskiej prozy poetyckiej. Najważniejszym zagadnieniem filozoficznym moim zdaniem, które interesuje Odojewskiego, jest zagadnienie czasu. W zasadzie cała ta powieść jest relacją ze strumienia pamięci, który z kolei zaplątany jest w sferę czasu. Bohater tej książki jest zasadniczo bohaterem Proustowskim. Przecież i on smakuje herbatę u swojej babci, i on kocha opowieści swojego dziadka, i on także zachwyca się drobnymi elementami piękna świata: jak koncert wróbelków przed zmierzchem. Tak, ale to jest także, może przede wszystkim powieść historyczna, albo z ciągłym odniesieniem do historii,  to jest powieść opowiadająca o bratobójczych walkach polsko-ukraińskich.
Ale żeby napisać znakomitą powieść historyczną, trzeba dać sprawiedliwość Historii i historii.
Kiedyś już pisałem o tym rozróżnieniu. Historia to jest uwikłanie jednostki w grę polityczną, której ona przeważnie jest niezawinioną ofiarą, natomiast historia to jest nic innego jak pojedynczy los, na który składają się miłość, cielesność, sensualność, zachwyt, codzienność. Więc tak jak w każdej dobrej literaturze, która odwołuje się do Historii, historia, ta mała, jest zdecydowanie ważniejsza, ponieważ to właśnie poprzez codzienność rozstrzyga się nasz poszczególny, pojedynczy los.
Historia tworzy zewnętrzne ramy strukturalne tego losu, czyli albo daje gwarancję bezpiecznego rozwoju, albo przynosi wojnę.
Natomiast historia jest od tego, żeby badać uważnie świat zastany i miniony. Poszczególny los rozstrzyga się bowiem u Odojewskiego zawsze (także w „Wyspie ocalenia”), poprzez dwie kategorie: pamięci i czasu. Pamięć, która myśli obrazami, odpryskami, fragmentami i za pomocą meandrów i zakrętasów, bocznych odnóg, przywołuje czas miniony. To oczywiście ma wpływ na poczucie tożsamości głównego bohatera, która przecież też jest rozchwiana, niepewna, labilna.
W zasadzie możemy powiedzieć, że główny bohater tej powieści, Piotr Czerestwienski, jest poetą, jego sylwetka psychiczna jest sylwetką psychiczną poety, jego jaźń jest jaźnią twórczą. Piotr bowiem ciągle marzy, w zasadzie możemy powiedzieć, że śni na jawie. I owa senność, tak świetnie oddana w narracji, ów trop mistyczno-romantyczny, o którym kiedyś pisała Maria Janion w kontekście prozy Odojewskiego, jest bardzo dobrze zestawiony (ale nie na zasadzie opozycji, tylko przenikania), z tropem wojennym, politycznym i historycznym. W zasadzie możemy powiedzieć, że te rzezie ukraińskie mają w tle tego rodzaju atmosferę: duszną senność, ciemność opuszczonego domu, dławiący dym z papierosa i przeszywającą, bolesną samotność, która najbardziej lęka się o samą siebie, czy przetrwa, czy uda jej się uniknąć okrutnej śmierci.
Niesłychana jest również fraza Odojewskiego, właśnie dokładnie oddająca to, co jest jej przedmiotem: ona również jest hipnotyczna, senna, transowa, wciągająca, niebywale konsekwentna w swoim języku, który przecież płynie jednocześnie rwąco i leniwie: jak szara rzeka, która niesie ze sobą trochę brudu, ale przecież w swych najgłębszych głębiach jest krystalicznie czysta, źródlana.
Kiedy czytałem „Wyspę ocalenia”, nie mogłem oderwać się od tego znakomitego języka i jednocześnie, w poczuciu pewnej senności, zapadałem się w fotel. Tutaj doszedłem do paradoksu tej wielkiej literatury, którą powołał do życia Włodzimierz Odojewski. Otóż wydaje mi się, że ta literatura nie jest przecież przeźroczysta, język jak najbardziej zwraca na siebie uwagę i to język jest tutaj najważniejszy, w zasadzie poza niego nie ma wyjścia, choć za nim przecież stoją: świat, przeżycia, emocje, doświadczenia, zmysły, intelekt, a więc nie tylko język, a przede wszystkim człowiek, jako jego twórca i ten, który nad nim panuje. Ale jednocześnie, ten język, tak genialnie sprytny, nie jest żadną przeszkodą, ja miałem wrażenie, że ten język Odojewskiego mnie gdzieś zabiera w daleką podróż, że już nie muszę być tutaj, z moimi problemami, rozterkami, ale właśnie tam, z bohaterami powieściowymi, właśnie z tym całym, niesamowitym światem, który powołał do życia pisarz. Jednocześnie kiedy poddawałem się sennym, dymnym oparom tej podróży, zacząłem uważnie przyglądać się swojemu życiu, zaczęły mi do głowy przychodzić różne pomysły, refleksje, ów wewnętrzny napęd, który w ruch wprawia rytmiczny układ zdań autora „Zasypie wszystko, zawieje”, udzielił się również mnie: również i ja dotarłem, niejako otarłem się o to życie wewnątrz mnie ukryte, o to życie wewnętrzne, dzięki któremu i ja mogę pamiętać i ja mogę żyć i ja mogę tworzyć swoją aktualność na swoją miarę, być twórcą swojego życia poprzez relację refleksu, zapośredniczenia swojego życia i widzenia w widzeniu innych pisarzy, innych twórców.
Tutaj dochodzę do kwestii, jak wiele może dać tego rodzaju czytanie i przeżywanie literatury, które nie polega tylko na prostym utożsamieniu się z głównymi bohaterami, przeżywaniu ich przygód jakby były moimi.
Wydaje mi się, że istotne wtajemniczenie w literaturę, polega przede wszystkim na takim przeżywaniu języka danej powieści, jakby to był mój język. Innymi słowy, cudze widzenie jest moim widzeniem, cudzy zapis na chwilę, na tych parę chwil lekturowego aktu, jest moim zapisem, ja też mógłbym tak pisać, po to się utożsamiam z cudzą frazą, bo ona jest moja.
To nie polega tylko na relacji lustrzanej, na relacji odbić, kiedy zimne zwierciadło stanowi pewien archimedesowy, niezmienny punkt, kamienny, zimny, lustrzany. Istotą tej relacji lekturowej jest moje, empatyczne wejście w cudzy świat, będąc bowiem uczestnikiem tego świata, staję się równocześnie jego twórcą, więc do pewnego tylko momentu bariera podmiotowo-przedmiotowa znika. Po lekturze bowiem książki, która wywarła na mnie istotne wrażenie, ja używam swojego języka, który moje doznania opisuje, ja używam swojego, miłosnego języka, ja na swój sposób z danym tekstem romansuję i za każdym razem, można powiedzieć, jestem jednocześnie tym samym i innym kochankiem (jak u Gadamera, przypomnijmy definicję święta, które jest jednocześnie takie samo(w swoim rdzeniu) oraz inne(w okolicznościach historycznych).
Więc moje wniknięcie w dzieło, stara się być wniknięciem w jego istotę, esencję. I tutaj jedna uwaga: u Odojewskiego, co ważne, głębia jest jednocześnie powierzchnią. Więc język, który uważnie bada powierzchnię sensualną świata widzialnego, nie jest rozdzielony arbitralnym szarpnięciem od głębokiego przeżywania tejże powierzchni. Tutaj, mam wrażenie, dokonuje się istotne życie tej prozy. W gruncie rzeczy, dzieje się coś podobnego, co u Leopolda Buczkowskiego, Zygmunta Haupta, a później Wiesława Myśliwskiego: mamy do czynienia z prozą żywą, z mową żywą. I powiem jeszcze, że tego rodzaju żywe pisanie, w zasadzie żywe mówienie, które jest jednocześnie literackie głęboko, jest charakterystyczne dla pisarzy kresowych bądź tych, którzy o kresach piszą, kresami się zajmują. Piłsudski powiedział, że Polska jest jak obwarzanek: najciekawsze rzeczy ma na brzegach. Bo też trzeba przypomnieć casus Schulza, Kuśniewicza, Vincenza, wymienionych już Buczkowskiego i Haupta, także Miłosza, a współcześnie Stasiuka, oni wszyscy gdzieś na rubieżach i obrzeżach. I wiem, że takich przykładów z pewnością jest wiele więcej w literaturze polskiej.
Dodać jeszcze trzeba, że „Wyspa ocalenia”, tak jak i inne powieści pisarza, to jest proza poetycka w sensie głębokim. Czasem jeden szczegół świata przedstawionego wydaje się niesłychanie ważny.
Jak stara wieśniaczka, ubrana w czerń, żebrząca pod Kościołem, który to kadr był przyczynkiem do wywołania refleksji o przemijaniu, czasie, pamięci.
Mnie się wydaje, że wychodząc od szczegółu, ta proza buduje coś w rodzaju żywego, rwącego traktatu poetyckiego o świecie. Filozoficzna ogólność jest tutaj stowarzyszona z uważnym przyglądaniu się światu w jego szczegółach i drobnostkach. Tak jak u Prousta. Wychodzimy od filiżanki herbaty, ciasteczka, a kończymy na filozoficznych rozważaniach o pamięci i czasie.
Warto jeszcze zwrócić uwagę na psychologię postaci głównego bohatera: ona jest budowana z odłamków, odprysków, śladów i fragmentów pamięciowych, które składają się na jego poetycką tożsamość. Oniryzm tej postaci w tym właśnie między innymi się ujawnia: bohater tkwi na pograniczu snu i jawy, nie wie do końca, gdzie jest i kim jest, stara się odzyskać siebie poprzez powrót do rodzinnego domu, ale tam zastaje rozpad.
Więc w zasadzie jest powieść „Wyspa ocalenia” Odojewskiego relacją z rozpadu pewnego świata, który opierał się na czymś trwałym i niezmiennym.
Teraz jednak, po rozpadzie, po czasie, wszystko zaczyna płynąć i ta rzeka czasu ze sobą wszystko zabiera, trochę niszczy, niewiele oddaje, ale przecież zawsze zostaje pamięć i ślad pamięciowy w postaci literackiego utrwalenia.
Tutaj z kolei widzę podobieństwo z Faulknerem, u którego ten żywioł niszczący czasu stale chyba przeważa. Więc z jednej strony Proust ze swoją nadzieją na ocalenie, a z drugiej Faulkner ze swoją destrukcją. Mnie się wydaje, że Odojewski jest jakoś, po polsku, rozpięty między Prousta a Faulknera, i po polsku specyficzny i  po polsku jedyny, wyjątkowy, genialny.
Czytałem „Wyspę ocalenia” jako wspaniały, poetycki traktat o ludzkim życiu uwikłanym w historyczne zawikłania, traktat, którego filozoficzne spojrzenie na egzystencję człowieka jest esencjalne dla zrozumienia tego, o co w niej naprawdę chodzi. Człowiek jest wypadkową Historii i historii, jawy i snu, realności i fantazmatu, człowiek jest bytem zawieszonym pomiędzy rzeczywistość a złudę.
I tak, niepewny, krocząc między różnymi, sprzecznymi żywiołami, w tym zawikłanym konglomeracie rozmaitych wizji, pojawia się szansa ocalenia i trwania, wspaniała epifania czasu, przezwyciężenie przemijalności poprzez opowieść o przemijalności jako kategorii niemal wieczystej:

„Doświadczywszy bezmiernego, niszczącego, a zarazem krzepiącego zalewu czasu, trwałego jak mogą być tylko trwałe: ziemia, powietrze, ogień i woda, czasu niepokonanego i żywiołowego, znajdował w sobie przeświadczenie, że nie należy mu ulec i poddać się jego miotającej w przeszłość i przyszłość fali, lecz ją ujarzmić w jakiś dostępny sobie sposób i spróbować w tę przyszłość, otwierającą przed nim posępne podwoje, świadomie wejść, aby trwać. I trwać”.1

Autonomia wobec czasu jest u Odojewskiego specyficzna: człowiek jest jednocześnie władcą czasu i poddanym. Albowiem czas w „Wyspie ocalenia” został odnaleziony i przezwyciężony w sensie paradoksalnym: poprzez poddanie się jego bezwzględnej sile. Nawet za cenę możliwości porażki(możliwość wygranej jednak również wchodzi w grę). Trwanie jest ważne, nadzieja na to, że trwać się będzie jest jeszcze ważniejsza.



1Włodzimierz Odojewski, „Wyspa ocalenia”, Warszawa 1964, s.261

wtorek, 25 marca 2014

Wolność budowana na piasku. Kobo Abe, "Kobieta z wydm".

Dwoje ludzi, kobieta i mężczyzna uwięzieni głęboko w sobie, na pustyni, pustynia jest płynnością, znakiem równoczesnego współwystępowania trwałości i nietrwałości, pustynia, jest w powieści Kobo Abe, „Kobieta z wydm”, metaforą Kosmosu. Mężczyzna pożądliwie przygląda się kobiecie. Wiemy od Tischnera, a wcześniej od Levinasa, czym różni się pożądanie od pragnienia. Pożądanie pożąda wciąż tego samego, chce szczęśliwego i w miarę nieskomplikowanego powrotu do domu, do siebie, pożądanie tak naprawdę szuka samo siebie, zazębia się w sobie i zakleszcza, pożądanie nie wychodzi poza własną, autoteliczną strukturę, w której byt przegląda się w sobie a nie w drugim bycie. Pożądanie jest ciągłym powrotem tego samego, jest nieustającą powtarzalnością. „Przerażająco doskonała powtarzalność”, mówi w pewnym momencie narrator powieści robiąc obchód domków w wiosce. Pragnienie natomiast jest radykalnym wyjściem poza zamykającą i ograniczającą strukturę pożądania. Pragnienie szuka czegoś radykalnie Innego, pragnienie wychyla się ku temu, co zupełnie nieznane i obce, pragnienie innymi słowy, wciąż szuka nadziei, pożądaniu wydaje się, że nadzieję znalazło, lecz tak naprawdę znalazło jedynie jej pozór, który wydaje się ostatecznością.
Dla pożądania nadzieja jest ciałem. Dla pragnienia nadzieja jest duchem.
Więc tam te dwie, oscylujące, przenikające się i przeciwstawne struktury, w „Kobiecie z wydm” Kobo Abe występują. Mężczyzna patrzy na kobietę pożądliwie, a jednocześnie jej pragnie. W pożądliwości zawiera się brak nadziei na wyzwolenie się z uwięzienia, z pułapki piaskowej, w jakiej się znalazł. W pragnieniu wyraża się chęć zbudowania z kobietą życia w przestrzeni wolności, poza pułapką piaskową, poza sytuacją uwięzienia. „Kobieta z wydm” to właściwie głęboko filozoficzna powieść, można powiedzieć rodzaj przypowieści dotyczącej zagadnień tak fundamentalnych dla ludzkiego życia jak miłość i wolność. W zasadzie, możemy powiedzieć, wczytując się w tekst dzieła, że wolność bez miłości nie jest możliwa. Dopiero uzyskanie wolności, stwarza dogodne warunki dla zaistnienia miłości. Mówią o tym co prawda ostatnie akapity książki, ale jednocześnie otwierają horyzont wątpienia. Główny bohater tak naprawdę nie wyzwolił się nigdy. Pojechał na pustynię, aby szukać owadów, był bowiem z wykształcenia entomologiem, nauczycielem szkolnym. W wyniku nieszczęśliwego zbiegu wypadków, podczas badań terenowych, trafia w piaskową pułapkę, rodzaj dziury w ziemi i tam właśnie spotyka tytułową kobietę z wydm.
Cała powieść dotyczy relacji między kobietą a mężczyzną, ich wzajemnych przybliżeń i oddaleń, mniej lub bardziej dyskretnej seksualności, właśnie służy nakreśleniu sytuacji pożądania, które oprócz siebie samego, niewiele więcej widzi.
Lecz, powtarzam raz jeszcze: pomimo że mężczyźnie udało się wreszcie wyzwolić z piaskowej pułapki, wyjść na zewnątrz, do końca nie uzyskał on wolności.
Mężczyzna od samego początku powieści bowiem, można powiedzieć: tkwił w sytuacji zaginięcia.
I do końca się nie odnalazł, o czym informują zamieszczone już na samym końcu ogłoszenia o uznaniu go za osobę zaginioną nieodwołalnie.
Więc oczywiście sytuacja z ducha Kafkowska. Kobo Abe, japoński Kafka? Być może, nawet wysoce prawdopodobne, ponieważ powieść w całości może być potraktowana jako parabola ludzkiego losu, gdzie dominują negatywne cechy człowieczej kondycji: zagubienie, pożądliwość, zniewolenie, przypadkowość. Piasek jest synonimem przygodności ludzkiego życia. W zasadzie piasek symbolizuje jego nietrwałość, płynność, przypadkowość i absurdalność. Główny bohater, co prawda ma cel na początku, ale ten cel to jakby brak celu. Jest samotnym nauczycielem w szkole średniej, nie posiada żadnej miłości w życiu, jego pasją są owady, ale przecież i ta wygasa, kiedy nie ma potwierdzenia szczególnej mocy: potwierdzenia miłości. Więc główny bohater sam zresztą o sobie mówi, że jest szary, że jest szarym człowiekiem:

Niepotrzebnie otaczał tajemniczością ten swój urlop-celowo nie powiedział żadnemu z kolegów, dokąd się udaje. Nie dość, że wyjechał bez słowa, lecz nawet starał się, by wyjazd miał w sobie coś zagadkowego. Był to najbardziej skuteczny sposób aby rozdrażnić kolegów zszarzałych w szarzyźnie codzienności. Sam należał do szarych, więc ogarniała go niechęć i nienawiść nie do zniesienia, gdy pomyślał, że wszyscy inni ludzie są czerwoni i niebiescy, i zieloni, we wszystkich innych barwach z wyjątkiem szarej.

Owa szarość i nuda egzystencji doprowadziły go właśnie na pustynię. Na pustyni piasek płynie, przelewa się jak żółta, ospała rzeka, w której nie ma wody mogącej ugasić pragnienie spragnionego wędrowca. Piasek jest płynnością, przypadkowością i nieuchwytnością, piasek jest również tajemnicą i zagadką ruchu życia jako nieustającej zmiany z jednej strony, a dążeniem do stabilizacji oraz unieruchomienia z drugiej:

Ten obraz wiecznie ruchomego piasku wywarł na mężczyźnie niesłychanie silne wrażenie. A więc jałowość piasku nie jest spowodowana-jak się zazwyczaj uważa-samą jego suchością. To wynik ciągłego ruchu, który sprawił, że żadna z istot żywych nie mogła się na piasku osiedlić i żyć! I jakże tu porównywać lotny piasek z ponurą egzystencją człowieka , który kurczowo trzyma się jednego miejsca? Piasek nie jest na pewno odpowiednim siedliskiem dla życia. Czy jednak nieruchomość jest absolutnie koniecznym warunkiem istnienia? Czy antagonizmy nie rodzą się właśnie dlatego że staramy się trzymać stałego miejsca? Gdybyśmy zrezygnowali z przywiązania do jednego miejsca i poddali się ruchowi piasku wtedy te antagonizmy stałyby się niemożliwe(...) Wyobrażając sobie piasek w nieustającym ruchu, chwilami ulegał złudzeniu, jakby sam zaczął płynąć razem z nim.

To płynność, zmienność i jednoczesna nieprzewidywalna przewidywalność, która ma miejsce w tej powieści. Przecież bohater tak naprawdę chyba nie chce ucieczki z piaskowego więzienia, które dzieli z kobietą. Nie chce, ponieważ z jednego więzienia, powróciłby do innego. To jednak dwa różne więzienia. To pierwsze, na które trafił „z przypadku”, którego nie przypuszczał, nie jest w zasadzie więzieniem, ale szansą na wyzwolenie. To drugie, do którego tylko pozornie chce się wyzwolić i powrócić, więzienie jego codziennego, nudnego, szarego i aż do bólu przewidywalnego i zamkniętego życia, jest tym właściwym więzieniem. Wszelka ucieczka z dotychczasowego życia, jest dobrą ucieczką, a zaginięcie niczym innym tak naprawdę jest jak głęboko filozoficzną relacją z sytuacji odnalezienia się. Bo główny bohater, zewnętrznie i fizycznie uwięziony, znalazł coś o wiele bardziej cennego: wewnętrzną wolność przejawiającą się w możliwości relacji z drugą osobą, z kobietą, a to już gra o stawkę wysoką: to gra o życie. Owa gra o życie więc niczym innym jest jak grą o obecność drugiej osoby, w tym wypadku kobiety, która mężczyznę utwierdza w istnieniu jak nigdy dotąd. Będąc uwięzionym, mężczyzna tak naprawdę nigdy nie czuł się tak wolnym, jak wtedy, w tej jamie, w tej dziurze, w tej piaskowej pułapce, w tym pozornym jedynie nieporozumieniu.
I oto ze specyficzną definicją wolności w powieści Kobo Abe mamy do czynienia: wolność po pierwsze jest życiem, po drugie jest to życie skierowane ku drugiej osobie, gdzie pożądliwość splata się z pragnieniem, tworząc tak naprawdę ten właściwy i ludzki konglomerat człowieczeństwa, a po trzecie, wolność jest rodzajem zniewolenia, więzienia, zewnętrznej pułapki, w której najlepiej i najbardziej intensywnie dochodzi do głosu doświadczenie życia samego.
Istotne w odkrywaniu wolności, a tym samym życia, jest sposób patrzenia na piasek przez głównego bohatera. Ta percepcja piasku zmienia się wraz z kolejnymi, egzystencjalnymi odsłonami. Na początku piasek był pewną możliwością, ciekawą co prawda, ale jednak pustą.
Potem piasek stanie się utrapieniem, ale też pozornym, bo spod fałd piasku, zaczyna przezierać złoto życia i zaczynają kwitnąć prawdziwe kwiaty i drzewa wydające owoc jak w oazie. Pod koniec postrzeganie piasku stanie się rodzajem świadectwa wewnętrznej wolności uzyskanej przez bohatera, polegającej na zdobyciu dystansu:

Ciągle jeszcze znajdował się na dnie głębokiej jamy, ale zdawało mu się, że wyszedł już na zewnątrz. Oglądając się za siebie, mógł objąć wzrokiem cały krajobraz. Nie można ocenić właściwie mozaiki, dopóki nie spojrzy się na nią z pewnej odległości. Zbliżając się do niej, gubisz się tylko w szczegółach. Wyzwalając się z jednego szczegółu, grzęźniesz w innym. Tak, widocznie to, co oglądał do tej pory, to nie był piach a pojedyncze jego ziarna.

Możemy powiedzieć, że pod koniec mężczyzna wyszedł z siebie, wyszedł z ciasnego gorsetu pożądania na zewnątrz, skąd roztacza się możliwość pragnienia, tym samym horyzont nadziei.
Mężczyzna zrozumiał, że odnalazł prawdziwe życie w sytuacji jedynie pozornego zniewolenia.
Prawdziwe życie, które polega na dzieleniu się swoim byciem i swoją istotą z drugim człowiekiem, prawdziwe życie, które w tym wypadku polegało na znalezieniu miłości, prawdziwe życie, które roztacza przed sobą i tworzy specyficznie pojmowany horyzont pragnienia i nadziei.
Prawdziwe życie, które nie grzęźnie ponadto w pojedynczych obsesjach, ale z dystansu próbuje ogarnąć całość-ale tak, by w tej całości nie zagubić pojedynczych elementów.
Owo właściwe pragnienie jest ciągle podsycanym nie pożądaniem i głodem drugiego ciała, ale głodem duchowym, które wyraża się na końcu powieści w świadectwie prawdziwej wierności i przywiązania do odnalezionej „przypadkowo” kobiety z wydm. 
Więc relacja z zaginięcia jest tak naprawdę relacją z odnalezienia, relacja z zatracenia siebie jest relacją z odkrycia siebie, relacja ze zniewolenia jest relacją z wolności, relacja z pożądania przemienia się w relację z pragnienia.
Mężczyzna odnalazł życie zagubiwszy uprzednio swoje życie uprzednie, dawne. Tutaj warto sięgnąć do św. Pawła i metaforyki chrześcijańskiej, do słynnego sformułowania o śmierci starego człowieka i narodzinach nowego.
Oczywiście, „Kobieta z wydm”, to w pewnym sensie powieść „ponowoczesna” i nihilistyczna, ale na końcu, nad życiem głównego bohatera, wstaje to, co Gianni Vattimo, nazwał „jasnym słońcem nihilizmu”, w wypadku sytuacji powieściowego bohatera zachodzi bowiem autentyczna przemiana, w której uprzednie życie iluzoryczne, zostało zastąpione istotnym życiem prawdziwym, innymi słowy dawna śmierć wymieniła się z życiem, które przynosi owoce.
Wspomnieć jeszcze można przecież o dość oczywistej aluzji do ewangelicznej sytuacji przedstawiającej kuszenie Chrystusa przez Szatana na pustyni. W „Kobiecie z wydm” bohater również stale jest kuszony, stale jest uwodzony, w tym uwodzi sam siebie, owo zmaganie przynosi jednak coś w rodzaju oczyszczenia, uzyskania dystansu i wolności.
Tak przynajmniej ja interpretują ostatnie akapity powieści, bo przecież istnieje możliwość interpretacji przeciwstawnej, że „Kobieta z wydm” to powieść, która od początku do końca dotyczy umierania i absurdalności ludzkiego życia, rzuconego na pustynię, które ma do wyboru jedynie budowanie na piasku: iluzoryczne, pozbawione fundamentu, przygodne i nieistotne. Pozbawione wartości. Kończące się zawsze przegraną.

Poza tym serce jego rozpierało pragnienie, by powiedzieć komuś o swoim odkryciu. I skoro już miał o tym mówić, to na pewno nie znajdzie wdzięczniejszych słuchaczy niż mieszkańcy tej wioski. Jeśli nie dziś, to jutro powie komuś o wszystkim.
A o tym, jak stąd uciec, może równie dobrze pomyśleć kiedy indziej.

Bohater nie chce uciec i ta niemożliwość ucieczki jest właściwą możliwością jego życia. Tak mi się przynajmniej wydaje. Wydaje mi się bowiem, że „Kobieta z wydm” Kobo Abe stwarza możliwość interpretacji odmiennych i wykluczających się, co przecież niczym innym jest jak potencjalnością, którą stwarza wysoka literatura.




sobota, 15 marca 2014

Roztopy

Dzisiaj śledzę te roztopy od początku dnia. Wstałem i patrzę: czajnik nie działa i nie działa lodówka. Wszystko do wyrzucenia. Rano, na kacu, w chłodnym deszczowym dniu, ubrałem się i poszedłem po drożdżówki. Wiał wiatr, dość przenikliwy, więc mocniej się zapiąłem, chyba pod samą szyję. Zjadłem te drożdżówki z herbatą, którą zagotowałem w garczku i słabość mnie olbrzymia dopadła. Zacząłem spać, długo, przeciągle i przenikliwie spać. Śniłem sen ni to tarnowski ni to krakowski, sen, do którego nie miałem siły się przyznać, że tak, to mój sen był, nie czyjś inny sen. Zostałem ze swoją samotnością i próbowałem z nią walczyć, nie wiem, czy mi się to udawało, jedynie próbowałem. Śniłem dawne lądy, lata, wyspy, słońca.
Wtem przyszedł kolega i zaczął ten dzień ubierać w coś tam, przyszedł, wypił herbatę, nie ciastka nie zjadł, nie chciał zjeść ciastka. Udawaliśmy doniosłość tej codzienności, ale to codzienność nas pożera jak małe bułeczki mleczne z masełkiem. Mówiłem mu: pamiętasz, byłem bibliotekarzem w Tarnowie, pamiętasz, przyjeżdżałeś i pytałeś: a książka dla mnie? a książka dla mojej lubej? a pamiętasz? "Przeminęło z wiatrem" ci pożyczyłem, mówiłeś, że się zaczytałeś i że potem twoja nie mogła się oderwać, mówiłeś mnie, dziękuję ci za ten wybór, pamiętasz? A potem ja, po robocie, między tymi regałami, wiesz potem ja, czy to jesień czy zima, wiosna czy lato, tak samo zawsze Wieniu ja robiłem: przychodziłem do domu mego ojca, tam jadłem kolację, a potem zaszywałem się w kąt i długo czytałem. Nie, udawałem, że czytam, raczej marzyłem o czymś, o kimś, chciałem wielkiej miłości, wiesz, ciągle zmagałem się ze swoją samotnością, pamiętasz?
Dzisiaj już tak nie jest. Wielu ludzi z mojej przeszłości odeszło i zamieniło się w chodzące cienie. Dzisiaj ułożyłem epitafium tym cieniom, ułożyłem wiersz nad ranem, chciało mi się tego wiersza, tej łąki, tego kosmosu, tamtych kwiatów, moich rodziców, jeszcze młodych i mnie, który chorował na te jabłka jesienne, jesiennie, górskie jabłka z chrzęszczącą skórką, smaczną, zdrową, świeżą.
Dzisiaj jakby grypa mnie złapała, ale nic to. Świeci się światło na górze w pokoju, za oknem już ciemno, ciemności okryły promieniste miasto Kraków. Ten kolega, co ja Wam mówiłem, to on poszedł do swojej dziewczyny, ja raczej w tym ciemnym pokoju zostałem, sam tak siedzę, wiecie, że w Sylwestra też sam siedziałem? Nikt do mnie nie przychodził, nikt mnie nigdzie nie zaprosił, po prostu siedziałem i wesele w Bombaju oglądałem, jakiś film bollywoodzki, źle ten film ja przeżyłem, chciałem uciec z pokoju, ale pomyślałem, że gdzie pójdę, skoro nie ma celu wędrówki.
A Wy wiecie, że ja sobie dzisiaj pomyślałem, że ludzie udają cele i w ogóle ciągle udają i grają, ja sobie tak pomyślałem, że to wszystko jest na pokaz, że już dawno w innym wymiarze żyję i że dawno już umarłem i teraz tylko mary, cienie. A przecież nie, ja tak przecież teraz myślę, a kiedy przyjdę do tych ludzi, co siedzą przy stole i co to im się wydaje, że oni są ważni, to ja myślę im się podporządkować, ich celowi, ja nie myślę się buntować, tylko im się podporządkować, ich celowi, żeby już tej własnej pustki i samotności i szarości i ciemności nie czuć.
Ale dzisiaj nie mam siły nawet sobie do końca się podporządkować, po prostu znowu wymyślam alfabet. Czy Wy wiecie, że ja dla Was piszę, żeby Wam pokazać, odsłonić, ujawnić i jeszcze to ładnie napisać? Czy Wy wiecie, że ja bez Was to ja w ogóle nie mógłbym pisać i chyba bym się na jakiejś wyspie bezludnej sam zajebał, albo bym tonął w rozpaczy i strasznie za Wami tęsknił.
Chciałem Wam jeszcze powiedzieć o tym, że jędza z usposobienia jest samotnikiem. Ja zawsze chciałem być taki jak jędza. Wiecie, kto to jędza? Sąsiadka mojej babki, która ją torturuje psychicznie, ale oto zjawiam się ja, wnuk, rycerz na białym koniu i mówię Wam: pomóżcie mojej babce i niech ta jędza od niej w końcu pójdzie. Niech przyjdzie trzech albo pięciu i jędzę postraszą, niech jej się odechce tych figli. Przecież ja wierzę mojej babce, przecież ja też nie mam(mam) świra, ale ta jędza to chyba jeszcze gorsza niż świry, niż ja sam.
Kiedyś napisałem o jędzy wiersz. Ona ma kościste ciało i wygląda tak jak taka starucha na portrecie, który patrzy na mnie, kiedy leżę na łóżku w moim domu w Tarnowie.
Ja Wam chcę jeszcze powiedzieć, że nadchodzą takie puste, ciemne i szare dni, że wszystko powoli przestaje być ważne. A panie w sekretariacie na Gołębiej dalej się puszą i profesorstwo dalej się puszy (brak im duszy), i nie wiem, czy im różę podarować (podporządkować się jak ostatnia gnida), czy jakieś zapachy fekalne, intensywne na tej Gołębiej rozpuścić, żeby im się za dobrze nie żyło. Kiedyś ktoś, jakiś pan, takie zapachy rozpuścił i ja się tak strasznie się z tego cieszyłem i śmiałem, śmiałem się, że jest jakiś dym. A może bluźnię? Jak można mieć po dziurki tego biednego studiowania, skoro korporacja robi z ciebie potwora? Jak można mieć po dziurki w nosie, ja nie mam i nie chcę mieć, bo ja chcę i  w ostateczności to woźnym tam zostanę, ewentualnie bibliotekarzem i będę se tam żył, póki Pan Bóg siwobrody mnie z tego życia nie weźmie i nie zaprowadzi do swojego domu.
Podobno ciało astralne przebywa w specjalnych szpitalach, tam po drugiej stronie, żeby odpocząć po trudach ziemskiej wędrówki, chorowania, słabości, śmierci. Podobno o ciało astralne dbają tamtejsze pielęgniarki.
Pielęgniarki natomiast to szare i brązowe wróbelki, które machają szybciutko swoimi maleńkimi skrzydełkami.
Kosmos noszę w sobie na swoje podobieństwo, tak jak to życie i tamto i to, które ma nadejść.
O jedno Was tylko proszę, życzcie mi powrotu do siebie, jak do swojego przytulnego pokoiku, żebym mógł zdrowy i silny swoją Ewelinkę tulić w kołderkach i pościelach w różyczki, które dostałem od mojej babki.

środa, 12 marca 2014

"Sam wśród ludzi" Stanisława Brzozowskiego.Kilka własnych, wstępnych rozpoznań i intuicji.

Czytam Brzozowskiego „Sam wśród ludzi”, genialne. Nieprawdopodobne zagęszczenie stylu, szeroki oddech, szeroka fraza, głęboka, gęsta filozofia, polskie problemy, katolicyzm, Kościół, polskość, szlachta, folwark, dwór, zaścianek. Niepozbawiona elementów ciepła: Trawka wygrzewa się przy kominku. Niepozbawiona elementów tragiczności, duchowo rozdarta, po młodopolsku rozdarta, ale daleka od pretensji jakiejkolwiek. Brzozowski to geniusz. Przeczytałem jak do tej pory 300 stron i jestem pod wielkim wrażeniem. Wcielenie się i tożsamość. Utożsamienie, ale poety.
Inaczej utożsamia się ze swoim światem poeta, inaczej prozaik. Poeta utożsamia się zmysłowo, prozaik intelektualnie, różnica między kreacją poprzez dotknięcie, a kreacją poprzez refleksyjne zapośredniczenie. Różnica między bezpośredniością doznania a kreacją poprzez dystans.
Więc Brzozowski to jest dla mnie poeta myśli, poeta refleksji, poeta zapośredniczenia, który łączy te porządki jakby przeciwne: czyli zmysłów oraz intelektu. U niego refleksja jest dotykalna zmysłowo, żyje jakby poprzez bezpośrednie doznanie, jest to myśl i refleksja żywa, na biegunie strukturalnego ułożenia, wykoncypowania, wymyślenia, wyłożenia w sposób uporządkowany.
Bo Brzozowski nie tyle jest uporządkowany (niczym akademiccy nudziarze), ale właśnie niebywale konsekwentny i spójny w swojej poetyce, co wynika zapewne nie tylko z wewnętrznego żaru, ale rzekłbym z oceanicznych obszarów wewnętrznej lawy, która kazała jemu przyswajać niebywałe połacie wiedzy, i tę wiedzę z siebie na zasadzie strumienia pełnego żaru wylewać, bo przecież chyba często pisał w gorączce. Więc ta jego ziemskość nieprawdopodobna jest nieziemska i dlatego Polska tam i polskość jest nie tylko katolicka, ale może nawet Chrystusowa, mesjańska, cudowna i cudotwórcza, to jest odwołanie do mesjańskiego romantyzmu i nie tylko do Mickiewicza, ale mnie się wydaje, że przede wszystkim do Norwida.
Więc jest to pisanie w rzeczywistości silnie zanurzone i poprzez tę rzeczywistość, doznanie epifanicznej transcendencji, jakby tylko w racjonalnej myśli mieszkał prawdziwy Bóg (tutaj znowu przytaczam za Simone Weil). Jakby tylko w rzeczywistości i poprzez ciało prawdziwie przeżyte można było zmartwychwstać już tu, na ziemi (myśl taka pojawia się w powieści „Sam wśród ludzi”). Romantyczny strumień świadomości, tak bym określił znaczne ustępy tej powieści Brzozowskiego. Romantyczny strumień świadomości, który przy całej literackości swojej jest przecież niebywale filozoficzny, ale filozoficzny po polsku: czyli w pewnym sensie społeczny, polityczny, narodowy. Filozoficzny po polsku, czyli również specyficznie egzystencjalny, gdzie dwa bieguny dochodzą do głosu i w tym rozdarciu jest spójność: rozpaczy i tragizmu oraz wielkiego, ekstatycznego uniesienia, na zasadzie szału, wylewu, pędu, galopu. Więc miłość jest szałem zarazem i tragizmem, wielkim, wzniosłym uczuciem, które prowadzi do śmierci i grobu, ale zawsze w sposób wzniosły, patetyczny, piękny. Miłość nie łaknie spokoju, podobnie życie nie może być spokojne, ale jest nieustającym ruchem po nieosiągalny skarb, jakkolwiek on się nazywa: Polska, Chrystus, idea. Poszukiwacze idei to bowiem bohaterowie powieści Brzozowskiego jak mnie się zdaje, gotowi za tę ideę umrzeć szlachetnie i wzniośle, nie wstydzący się swoich uczuć i wzniosłości, ale na ołtarzu ognia i pragnień, dający całych siebie, umierający za to, w co wierzą całymi sobą. Więc jeśli spalać się, to tylko wewnętrznym żarem, który bezpośrednio płynie z rzeczywistości. To połączenie tego, co wewnętrzne i zewnętrzne na zasadzie żarliwej dialektyki coincidentia oppositiorum, może to jest sekret jego geniuszu? Albo po prostu: najpierw rzeczywistość, przy czym rzeczywistość odczuwana i postrzegana wewnętrznie. Więc zniesiona jest tak naprawdę u Brzozowskiego opozycja między wnętrzem i zewnętrzem, w zasadzie na gruncie polskim dekonstrukcja już wtedy została przeprowadzona i gdyby Derrida znał Brzozowskiego, miałby u niego potężny dług.
Przeczytałem powieść „Sam wśród ludzi” Brzozowskiego. Odczucie pierwsze i na świeżo: wielka książka, wielka literatura. Tak jak mówiłem: nie porządek jest w niej najważniejszy ale wewnętrzna konsekwencja. W zasadzie można by tę powieść przeanalizować właśnie pod tym kątem: ile razy słowo „wewnątrz” i „wewnętrzny” w powieści się pojawia. Mam odczucie, że w przypadku książki „Sam wśród ludzi” można mówić o specyficznym rodzaju monologu wewnętrznego. Ta powieść w pewien sposób, o czym już była mowa, jest wewnętrznym strumieniem myśli i strumieniem pamiętania.
Dodać trzeba: strumieniem żywym. Samotność w tej powieści jest przeżywana bardzo silnie i na wskroś istotnie, dlatego nie sposób tutaj mówić o załamaniu i rozpaczy, ale o nieustannym przezwyciężaniu i załamania i rozpaczy. To jest w pewnym sensie na wskroś chrześcijańskie myślenie. Dobra tutaj paralela z tym, co napisał Tischner w „Filozofii dramatu”: porównanie dwóch określeń: pierwsze, słynne, duńskiego filozofa: „choroba na śmierć” i to, drugie, przeciwstawne, pełne chrześcijańskiej nadziei i szczęścia, które wprowadza Tischner: „tężyzna na życie”. Prawda, zda się według tego, co przeczytałem u Brzozowskiego, istnieć w krzyżu. To Chrystus jako nie tylko centrum polskości, ale w ogóle centrum całego świata i wszechświata, jest tutaj postacią kluczową, postacią najważniejszą. Chrystus, wiara, idea, Kościół. Przy czym właśnie te dwa sformułowania: „choroba na śmierć” i „tężyzna na życie” istnieją w powieści jako harmonia przeciwieństw. Tutaj znowu powracam do problemu dialektyki przeciwieństw. Choroba na śmierć nie jest prosto przeciwstawiona tężyźnie na życie. Cała ta powieść opowiada bowiem trochę o rozpaczy, jeszcze bardziej może o śmierci, ale w sposób, jeżeli to nie zabrzmi źle: tęgi, zdrowy, rumiany i czerstwy (co nie znaczy poczciwy, jowialny, ponieważ tam jest olbrzymia sublimacja, subtelność i niesłychane zniuansowanie, nie to nie jest opowieść o szlachcicu na zagrodzie, ale o prawdziwym, polskim intelektualiście). To tak jakby zmagać się ze swoją chorobą, przekleństwem, grzechem, odrzuceniem, wykluczeniem w sposób heroiczny, wzniosły, patetyczny i piękny. Tak jakby narracja dotycząca cierpienia była tegoż cierpienia zaprzeczeniem: dla mnie esencja tej powieści, może choć trochę to przybliża specyfikę pisania Brzozowskiego. Ale czy wobec tego o cierpieniu możemy mówić w wypadku tej powieści? Wydaje mi się to pytanie trudnym, w pewnym sensie nieprzezwyciężalnym i aporetycznym, jakby na życiodajnej sprzeczności była zbudowana powieść „Sam wśród ludzi”. Dlatego choć nie sposób nie zauważyć, że przeciwieństwa i dychotomie występują u Brzozowskiego, one jakby grają w „jedno”, albo zostają zniesione. To, co jest, jest życiem samym, tegoż życia zapisem jako strumienia żywej, czującej i myślącej narracji. Mówiłem już: u Brzozowskiego myśl jest żywa, oddycha, pragnie, czuje. W myślę tę można empatycznie wczuć się, poddać się jej konsekwentnemu na sposób niebywale żelazny i twardy, biegowi.
Zaznaczyć jeszcze i dodać trzeba, że tam pojawiają wiele razy odniesienia polityczne, ale zamiast polityczne może należałoby mówić: ideowe. Polityka nie jest tak ważna jak historia idei politycznych. W zasadzie w całości ta książka poświęcona jest idei. Idee to nie abstrakcja, ale myśl żyjąca, myśl, która nieubłaganie biegnie do śmierci (życia).
„Lecz ta moja myśl niemile może w twych uszach zaważyła, a ja urażać ciebie nie chcę. Jedno tylko jeszcze spojrzenie: w milczeniu stoję teraz na waszym progu, na progu wszystkich rzeczy; nie myślałem jeszcze wczoraj, że tak mi się dusza rozrzewni. Czy dziecko moje nie płacze? Może teraz czuje mój cień nad kołyską. Dalej przecież właściwie idę, niżbym w śmierć tylko się od was oddalał”.


wtorek, 4 marca 2014

Impresja po akademickiej debacie

Akademicka debata. Niektórych z tych ludzi można pokochać a niektórych znienawidzić. Brak pokory, pogarda i buta miesza się tam z ogromną wrażliwością i tworzy przedziwny konglomerat polskości, której największą słabością jest to, że nie potrafi sama do siebie się przyznać. Wytwarzanie sztucznego języka naukowego może i jest dobre, ale równocześnie jest zabiegiem utrudniającym porozumienie z ludźmi, którzy na co dzień tym nie żyją, a mówią czasem mądrzej i głębiej, lecz „mniej profesjonalnie”. Z jednej strony jestem za profesjonalizacją języka humanistyki, lecz z drugiej uważam ten zabieg za nieco sztuczny, wysilony, mam pewną ambiwalencję. Humanistyka nie jest nauką według mnie, ale jest refleksją o świecie, a owa powinna być podana w miarę przyzwoicie, fakt, z tym, że lektura „prac naukowych” z dziedziny humanistyki (mówię o literaturoznawstwie), przywodzi na myśl, że są one nieco czasem wysilone, sztuczne, udawane. W zasadzie język naukowej humanistyki jest według mnie językiem do pewnego stopnia udawanym.
Foucault i Derrida byli przede wszystkimi filozofami-pisarzami. W tym sensie zgadzam się, że filozofia jest kolejnym rodzajem pisarstwa i nie mam nic przeciwko temu, żeby mianem pisarstwa filozoficznego nazwać tę gałąź humanistyki, która zajmuje się filozoficzną refleksją o świecie na podstawie przeżytych doświadczeń i przeczytanych książek.
Niepokoi mnie jedynie fakt, że coraz bardziej w naukowym, „twardym” literaturoznawstwie odchodzi się od samej literatury, która rzekomo jest przedmiotem sporu (a jest tak naprawdę konikiem do bicia), na rzecz dość hermetycznych rozważań teoretycznych. Nie jest nowiną, że dla współczesnego literaturoznawstwa najwięcej zrobili współcześni filozofowie i to ci, którzy niekoniecznie wszystkim profesorom filozofii by się mogli podobać. Literacka jest przecież filozofia Heideggera tak jak literacka jest filozofia Derridy i Foucaulta, w tym sensie bardzo blisko jest tutaj do tego, co nazwać można literaturą filozoficzną. Stanisław Brzozowski przecież, jeśli można brzydko powiedzieć, „uprawiał” pisarstwo filozoficzne.
Dlatego wszelkie próby pogodzenia filozofii i literaturoznawstwa wydają mi się równie ciekawe, co przegrane. Dla „prawdziwego” filozofa literaturoznawca będzie poczciwym amatorem i nikim więcej. Z kolei to, że za literaturoznawcę się uważa też niczego nie dowodzi, ponieważ od komentowania literatury jako sztuki pisania o codziennym świecie oddalił się bardzo daleko.
Za właściwy sposób mówienia o literaturze uważam krytykę literacką, która według mojego patrzenia powinna być albo pełnym miłości, pasji i entuzjazmu, afirmatywnym stosunkiem do dzieła, albo też , co równie ciekawe, skrajną, czarną negatywnością, wyrażającą się również w pasji, gorącej emocjonalności i chęci „dowalenia” dziełu, które krytyka literackiego wyprowadza z równowagi, co przecież niczym innym jest jak rewersem do tego dzieła miłości. Najgorsza jest w krytyce literackiej obojętność, więcej powiem: obojętność w krytyce literackiej nie istnieje, ponieważ wtedy nie można mówić o pisaniu krytyki literackiej, ale co najwyżej przeciętnej jakości dzieła naukowego.
Filozofia, tak jak ją pojmuje literaturoznawca, już nie jest filozofią, ale na poły literacką, na poły dyskursywną refleksją o świecie, gdzie zamiast systemu, stworzone są warunki udające systemowe, dla swobodnej żeglugi po dziełach literackich, której żagle porusza wiatr miłości, pasji, oddania i wiary w sens przedsięwzięcia.
Profesjonalizację humanistyki uznaję za rzecz chlubną w tym sensie, że język współczesnej humanistyki w niektórych względach i aspektach zbliża się pod względem hermetyczności do języka wysokiej i też określonej oraz specyficznej poezji (na przykład poezji Paula Celana). Bądź też, współcześnie, do poezji i pisarstwa Andrzeja Sosnowskiego.
Język ten, nasycony, gęsty, kipiący od erudycyjności i wewnętrznego skomplikowania, jest również rodzajem języka literackiego, tylko przy założeniu, że mówimy tutaj o pisarstwie filozoficznym – czyli odbywającym się na granicy literatury samej i dyskursu meta.
Dlatego widzę szansę przed tak pojętym literaturoznawstwem, kiedy po pierwsze pozbawiwszy go pretensji do bycia nauką, otworzymy go na swobodny przepływ i dryf filozoficznej, głębokiej o świecie i ludziach refleksji, a po drugie zbliżymy go bardziej do literatury nie tylko pod względem wrażliwości na to, co literackie, ale w ogóle wrażliwości literackiej, przejawiającej się w uważnym przyglądaniu się codziennemu światu.
Eliminacja „twardości” i jednoczesna profesjonalizacja, ale pod jednym warunkiem: językowy efekt nie może przysłonić pierwotnej refleksji, co niestety dzieje się teraz bardzo często.Pisząc "profesjonalizacja" nie mam bowiem na myśli dalszego zagęszczania języka dyskursu aż do kompletnej mgławicy i matactwa, ale dalszą, pogłębioną refleksję o otaczającym świecie, która w postaci porządnego o nim, o innych ludziach i o sobie wreszcie myślenia i pisania dobry przyniesie owoc. Tak w humanistyce jak w poezji, co niczym innym jest jak apelem o więcej życia, więcej mowy i przeżycia. Humanistyka „umie pisać”, niech teraz zacznie uczyć się mówić, by potem wreszcie móc zacząć rozmawiać.




niedziela, 23 lutego 2014

Otwieranie Nebraski. O filmie "Nebraska"

Niebo nad Nebraską jest szare. Stary dziad z długą, białą brodą, który do końca wierzy, że wygrał milion dolarów i jego dorosły już syn z przylizaną grzywką, dorosły aż nadto i w dupę uprzejmy, który w groteskowej scenie zachęca swoją tłustą jak wieloryb „dziewczynę”, żeby z nim została na zawsze. Nie jest wesoło w stanie Nebraska. Stary dziad z długą, białą brodą, rewelacyjnie zresztą zagrany, w kurtce, która na niego jest zbyt długa, w rozchełstanej koszuli wypadającej mu z gaci, otóż ten stary dziad z długą, białą brodą, który dla zabawy „pieprzył” swoją żonę i dla zabawy się ożenił z czego później powstały dzieci, jest moim ulubionym bohaterem.
Zresztą tam wszystko jest beznadziejne. Niebo jest szare, szarzy są ludzie, którzy siedzą całymi dniami przed telewizorem, szare są pory obiadu, szara jest ta nuda, która panuje wszędzie, nuda życia, które zostało przegrane.
A o co chodzi w życiu? Po obejrzeniu filmu „Nebraska” można wpaść w depresję. Bo jeśli w życiu chodzi o to, żeby gapić się w ten telewizor i jeść te pyszne szarlotki? Cóż w tym złego? Jeśli nie stoi za tym żaden język, pewno możemy mówić o zgonie, o powolnej agonii egzystencji ludzkiej, o umieraniu nie tylko wartości, ale również dusz i ciał. Cóż. W przypadku filmu „Nebraska” myślę, że mamy do czynienia z czymś w rodzaju pustego języka-nie chodzi o to, że język pokazuje pustkę, ale że sam będąc pusty, ją ukazuje i ujawnia.
Nawet ten dobry akcent na koniec niewiele robi. Bo owszem, mógłbym odczytać ten film niedzielnie i po Bożemu, kiedy oglądam co niedzielę Anioł Pański z papieżem Franciszkiem, mógłbym przecież odczytać ten film jako głęboką relację między ojcem a synem. Synem, który pełni rolę ojca i ojca, który na starość stał się dzieckiem wymagającym ciągłej opieki. Mógłbym przecież odczytać ten film poprzez kategorię odwróconego archetypu ojcostwa, nie jako potęgi, siły i autorytetu, ale czegoś kruchego, łamliwego, ulotnego, delikatnego, wymagającego czułości, opieki, cierpliwości. Mógłbym przecież napisać, że w wypadku filmu „Nebraska” mamy do czynienia z Bogiem słabym, Bogiem, który nie tyle nie żyje, ale ledwo żyje, Bogiem, który jako jedyny wierzy jeszcze, że coś dobrego może człowieka spotkać. Przecież ojciec, ten stary, chudy dziad ze zwisającą, starą kurtką stale wierzy, że wygrał milion dolarów, stale, na przekór „głosom rozsądku”, na przekór wszelkim głosom wierzy jak wariat, Boży szaleniec. I jego wiara się mimo wszystko opłaciła. Jego dziecięca wiara w to, że na końcu i na początku jest źródło i zdrój wody żywej, życiodajny Bóg, zwyciężyła nie w sensie Boskim chyba (choć być może też, kiedy kąt zmienimy nieco i optykę), ale ludzkim.
Bo wierząc w wymiar nieosiągalny, ten pozornie tylko niedołężny ojciec rodziny, osiągnął, poprzez gorliwie pielęgnowany paradoks i zaprzeczenie jednoczesnej klęski i sukcesu, coś o wiele więcej: osiągnął w końcu siebie jako po pierwsze człowieka, po drugie kierowcę (bo wcześniej nie jeździł), po trzecie kogoś ważnego dla miasta, miejsca jego urodzenia, w którym dojrzewał, poznał swoją pierwszą dziewczynę (pracującą na starość w lokalnej gazecie), a później żonę, która równie silnie go beszta, strofuje, napomina, co cholernie i niemiłosiernie kocha (właściwie należałoby chyba w tym wypadku powiedzieć: miłuje).
„Nebraska” to nie tylko film o odwróconym bohaterze i odwróconym micie potężnego ojca, ale również opowieść o amerykańskiej prowincji. Powiedziałem do Ewelinki, leżąc w łóżku, pod kołdrą w kwiaty, popijając rumianek: po obejrzeniu tego filmu można zachorować na depresję.
Bo też w istocie, jeśli widzi się codzienność prowincji w jej najbardziej zewnętrznym, powierzchniowym wymiarze (wspólne obiady, gromadne posiedzenia przed telewizorem, zdawkowe, banalne rozmowy, wymienianie uprzejmości, konwencjonalność, która maskuje egzystencjalną pustkę, wspólne posiłki, które również opierają się na wymuszeniu, konwencji i maskują przy tym makabryczną hipokryzję członków rodziny), otóż, kiedy widzi się tylko ten powierzchniowy wymiar, to w istocie można powiedzieć, że możemy zachorować na depresję.
Dlatego, że życie, każde życie wymaga określonego języka, a tylko ten jeden, określony, w pieczołowitości i trudzie wykuwany w ciągu życia język może zabezpieczyć nas przed białymi i szarymi kłami nicości, pustki, rozpaczy. Mając język, walczę z niczym i nie na powierzchni walczę tylko z niczym, ale również w życiodajnym wewnątrz.
Dobrze, wszyscy bohaterowie tam posiadają jakiś język, ale posiadając go, nie używają go, aby budować swoją egzystencję.
W zasadzie języka używają tylko członkowie rodziny. Ojciec-marzyciel, języka poezji, syn, języka filozofii, brat, języka prozy, a matka jest teatralna, jest aktorką, jej język jest gestem, ale nie pozbawionym głębszego znaczenia, otwarcia na istotność, miłość, prawdziwe mimo wszystko przeżywanie (i właśnie chyba owa dialektyka tego, co sztuczne i tego, co żywe jest w matce najciekawsza, innymi słowy dialektyka tego, co głębokie i ukryte i tego, co na powierzchni, obcując z matką bowiem, obcujemy w zasadzie jedynie z prześwitem).
Są cztery zatem podstawowe dla filmu „Nebraska” języki świata, które już wymieniłem.
Na siłę (albo i nie), można je zamienić na Heideggerowski czworokąt:

Ziemia          Niebo
śmiertelni      Istoty niebiańskie
(bracia)        (ojciec, matka).

Tak też rodzina dwa na dwa, figura czworokąta, symetria języków.
Nie może bowiem istnieć niebo (rodzice) bez ziemi (dzieci), to jest wzajemna dialektyka przybliżeń, oscylacji i odwróceń, które dopiero u kresu życia, powracają do źródła (ale tego w rozumieniu Bachtina, źródła karnawałowego), kiedy ci, którzy najpierw troskali się o sprawy ziemskie (rodzice) wymienią się rolami ze swoimi dziećmi i patrzeć będą w otwarty horyzont przyszłości, niewiadomą eschatologię, przetykaną życiem rozumianym jako karnawał. 
Jest bowiem trochę karnawału w filmie „Nebraska”, ale karnawał służy tutaj uwydatnieniu szyfrów metafizycznych. Przede wszystkim zatem, bazując na odwróconym archetypie relacji ojciec-syn, film ten pokazuje, jak bardzo płodne egzystencjalnie i metafizycznie może być takie odwrócenie i jak doprowadzić może w końcu do sensu religijnego, kiedy syn z ojcem (kiedy już ludzie w mieście nie patrzą, kiedy się napodziwiali), zamienia się miejscem za kierownicą, a nad bezkresną szosą Nebraski zachodzi powoli szare, z delikatnym odcieniem czerwieni, słońce.
Pogłębiona relacja ojciec-syn, poszukiwanie w tym Boga, wyższego sensu, w tym, co pozornie puste, wypełnione niczym, poszukiwanie stałości w zmienności, ugruntowania ról w ich karnawałowym odwróceniu, to jedne z tropów, które mi się nasuwają, kiedy myślę o filmie „Nebraska”.
Stary ojciec, pijak, z białą brodą, w starej kurtce, za długiej na niego i w koszuli, która wystaje mu z gaci chciał coś zostawić dla swoich synów, stąd marzenie o milionie dolarów. Czy zostawił? Myślę, zdolność do wdzięczności przejawiającą się w możliwości nawiązania więzi naprawdę istotnych, zachowaniu swojej godności do końca i nie załamaniu się pomimo przeszkód, drwin i kpin rozbawionych jego naiwnością knajpianych szubrawców. Zostawił swoją siłę, swoje słabe ojcostwo, którego siła tkwi w prawdziwej miłości, „jasne słońce nihilizmu”, owoc caritas i pietas.
Zostawił swoją kruchą niezniszczalność, chwianie się, leżenie w szpitalu, powłóczenie nogami i nieprzepartą, silną wiarę. W sens. W rodzinę. W miłość.
Zachęcam do obejrzenia filmu „Nebraska”. 

"Pałac" Wiesława Myśliwskiego - zdjęcie z krzyża. Impresja krytycznoliteracka

Jak można być zdjętym z krzyża i pisać? Pisanie jest czerpaniem, jest wyczerpywaniem, jest nieustającą radością i zmęczeniem, jest odpoczynk...