niedziela, 23 lutego 2014

Otwieranie Nebraski. O filmie "Nebraska"

Niebo nad Nebraską jest szare. Stary dziad z długą, białą brodą, który do końca wierzy, że wygrał milion dolarów i jego dorosły już syn z przylizaną grzywką, dorosły aż nadto i w dupę uprzejmy, który w groteskowej scenie zachęca swoją tłustą jak wieloryb „dziewczynę”, żeby z nim została na zawsze. Nie jest wesoło w stanie Nebraska. Stary dziad z długą, białą brodą, rewelacyjnie zresztą zagrany, w kurtce, która na niego jest zbyt długa, w rozchełstanej koszuli wypadającej mu z gaci, otóż ten stary dziad z długą, białą brodą, który dla zabawy „pieprzył” swoją żonę i dla zabawy się ożenił z czego później powstały dzieci, jest moim ulubionym bohaterem.
Zresztą tam wszystko jest beznadziejne. Niebo jest szare, szarzy są ludzie, którzy siedzą całymi dniami przed telewizorem, szare są pory obiadu, szara jest ta nuda, która panuje wszędzie, nuda życia, które zostało przegrane.
A o co chodzi w życiu? Po obejrzeniu filmu „Nebraska” można wpaść w depresję. Bo jeśli w życiu chodzi o to, żeby gapić się w ten telewizor i jeść te pyszne szarlotki? Cóż w tym złego? Jeśli nie stoi za tym żaden język, pewno możemy mówić o zgonie, o powolnej agonii egzystencji ludzkiej, o umieraniu nie tylko wartości, ale również dusz i ciał. Cóż. W przypadku filmu „Nebraska” myślę, że mamy do czynienia z czymś w rodzaju pustego języka-nie chodzi o to, że język pokazuje pustkę, ale że sam będąc pusty, ją ukazuje i ujawnia.
Nawet ten dobry akcent na koniec niewiele robi. Bo owszem, mógłbym odczytać ten film niedzielnie i po Bożemu, kiedy oglądam co niedzielę Anioł Pański z papieżem Franciszkiem, mógłbym przecież odczytać ten film jako głęboką relację między ojcem a synem. Synem, który pełni rolę ojca i ojca, który na starość stał się dzieckiem wymagającym ciągłej opieki. Mógłbym przecież odczytać ten film poprzez kategorię odwróconego archetypu ojcostwa, nie jako potęgi, siły i autorytetu, ale czegoś kruchego, łamliwego, ulotnego, delikatnego, wymagającego czułości, opieki, cierpliwości. Mógłbym przecież napisać, że w wypadku filmu „Nebraska” mamy do czynienia z Bogiem słabym, Bogiem, który nie tyle nie żyje, ale ledwo żyje, Bogiem, który jako jedyny wierzy jeszcze, że coś dobrego może człowieka spotkać. Przecież ojciec, ten stary, chudy dziad ze zwisającą, starą kurtką stale wierzy, że wygrał milion dolarów, stale, na przekór „głosom rozsądku”, na przekór wszelkim głosom wierzy jak wariat, Boży szaleniec. I jego wiara się mimo wszystko opłaciła. Jego dziecięca wiara w to, że na końcu i na początku jest źródło i zdrój wody żywej, życiodajny Bóg, zwyciężyła nie w sensie Boskim chyba (choć być może też, kiedy kąt zmienimy nieco i optykę), ale ludzkim.
Bo wierząc w wymiar nieosiągalny, ten pozornie tylko niedołężny ojciec rodziny, osiągnął, poprzez gorliwie pielęgnowany paradoks i zaprzeczenie jednoczesnej klęski i sukcesu, coś o wiele więcej: osiągnął w końcu siebie jako po pierwsze człowieka, po drugie kierowcę (bo wcześniej nie jeździł), po trzecie kogoś ważnego dla miasta, miejsca jego urodzenia, w którym dojrzewał, poznał swoją pierwszą dziewczynę (pracującą na starość w lokalnej gazecie), a później żonę, która równie silnie go beszta, strofuje, napomina, co cholernie i niemiłosiernie kocha (właściwie należałoby chyba w tym wypadku powiedzieć: miłuje).
„Nebraska” to nie tylko film o odwróconym bohaterze i odwróconym micie potężnego ojca, ale również opowieść o amerykańskiej prowincji. Powiedziałem do Ewelinki, leżąc w łóżku, pod kołdrą w kwiaty, popijając rumianek: po obejrzeniu tego filmu można zachorować na depresję.
Bo też w istocie, jeśli widzi się codzienność prowincji w jej najbardziej zewnętrznym, powierzchniowym wymiarze (wspólne obiady, gromadne posiedzenia przed telewizorem, zdawkowe, banalne rozmowy, wymienianie uprzejmości, konwencjonalność, która maskuje egzystencjalną pustkę, wspólne posiłki, które również opierają się na wymuszeniu, konwencji i maskują przy tym makabryczną hipokryzję członków rodziny), otóż, kiedy widzi się tylko ten powierzchniowy wymiar, to w istocie można powiedzieć, że możemy zachorować na depresję.
Dlatego, że życie, każde życie wymaga określonego języka, a tylko ten jeden, określony, w pieczołowitości i trudzie wykuwany w ciągu życia język może zabezpieczyć nas przed białymi i szarymi kłami nicości, pustki, rozpaczy. Mając język, walczę z niczym i nie na powierzchni walczę tylko z niczym, ale również w życiodajnym wewnątrz.
Dobrze, wszyscy bohaterowie tam posiadają jakiś język, ale posiadając go, nie używają go, aby budować swoją egzystencję.
W zasadzie języka używają tylko członkowie rodziny. Ojciec-marzyciel, języka poezji, syn, języka filozofii, brat, języka prozy, a matka jest teatralna, jest aktorką, jej język jest gestem, ale nie pozbawionym głębszego znaczenia, otwarcia na istotność, miłość, prawdziwe mimo wszystko przeżywanie (i właśnie chyba owa dialektyka tego, co sztuczne i tego, co żywe jest w matce najciekawsza, innymi słowy dialektyka tego, co głębokie i ukryte i tego, co na powierzchni, obcując z matką bowiem, obcujemy w zasadzie jedynie z prześwitem).
Są cztery zatem podstawowe dla filmu „Nebraska” języki świata, które już wymieniłem.
Na siłę (albo i nie), można je zamienić na Heideggerowski czworokąt:

Ziemia          Niebo
śmiertelni      Istoty niebiańskie
(bracia)        (ojciec, matka).

Tak też rodzina dwa na dwa, figura czworokąta, symetria języków.
Nie może bowiem istnieć niebo (rodzice) bez ziemi (dzieci), to jest wzajemna dialektyka przybliżeń, oscylacji i odwróceń, które dopiero u kresu życia, powracają do źródła (ale tego w rozumieniu Bachtina, źródła karnawałowego), kiedy ci, którzy najpierw troskali się o sprawy ziemskie (rodzice) wymienią się rolami ze swoimi dziećmi i patrzeć będą w otwarty horyzont przyszłości, niewiadomą eschatologię, przetykaną życiem rozumianym jako karnawał. 
Jest bowiem trochę karnawału w filmie „Nebraska”, ale karnawał służy tutaj uwydatnieniu szyfrów metafizycznych. Przede wszystkim zatem, bazując na odwróconym archetypie relacji ojciec-syn, film ten pokazuje, jak bardzo płodne egzystencjalnie i metafizycznie może być takie odwrócenie i jak doprowadzić może w końcu do sensu religijnego, kiedy syn z ojcem (kiedy już ludzie w mieście nie patrzą, kiedy się napodziwiali), zamienia się miejscem za kierownicą, a nad bezkresną szosą Nebraski zachodzi powoli szare, z delikatnym odcieniem czerwieni, słońce.
Pogłębiona relacja ojciec-syn, poszukiwanie w tym Boga, wyższego sensu, w tym, co pozornie puste, wypełnione niczym, poszukiwanie stałości w zmienności, ugruntowania ról w ich karnawałowym odwróceniu, to jedne z tropów, które mi się nasuwają, kiedy myślę o filmie „Nebraska”.
Stary ojciec, pijak, z białą brodą, w starej kurtce, za długiej na niego i w koszuli, która wystaje mu z gaci chciał coś zostawić dla swoich synów, stąd marzenie o milionie dolarów. Czy zostawił? Myślę, zdolność do wdzięczności przejawiającą się w możliwości nawiązania więzi naprawdę istotnych, zachowaniu swojej godności do końca i nie załamaniu się pomimo przeszkód, drwin i kpin rozbawionych jego naiwnością knajpianych szubrawców. Zostawił swoją siłę, swoje słabe ojcostwo, którego siła tkwi w prawdziwej miłości, „jasne słońce nihilizmu”, owoc caritas i pietas.
Zostawił swoją kruchą niezniszczalność, chwianie się, leżenie w szpitalu, powłóczenie nogami i nieprzepartą, silną wiarę. W sens. W rodzinę. W miłość.
Zachęcam do obejrzenia filmu „Nebraska”. 

czwartek, 13 lutego 2014

Oda do glonojada

Muszę do babci zadzwonić, żeby sobie spróbowała chrupkę z żółtym serem, bo ona je tylko z samym masłem.
A dzisiaj widziałem świetny odcinek „Kiepskich”. Ferdek dostał od Boczka glonojada w słoiku, przyniósł ze śmietnika. Ferdek się tym glonojadem zafascynował i zaczął go karmić, troszczyć się o niego i pielęgnować. Zastanawiam się, czy by sobie rybek nie kupić, to fascynujący świat.
Glonojad Ferdka, istnienie i nieistnienie, raczej, przede wszystkim byt, zieleń, akwarium, woda.
Troszczę się o mojego glonojada, uczuciem go darzę.
Troszczę się o mojego glonojada, on tworzy poetykę.
Troszczę się o mojego glonojada przyklejony do szyby akwarium.
Troszczę się o mojego glonojada zasypiając z nim pod powieką.
Przed snem bawię się z moim glonojadem głaskam go przez szybkę.
Mój glonojad lubi słone paluszki i chipsy, czasem jemu daję chrupkę z masłem i żółtym serem.
Patrzę na mojego glonojada, na akwarium, w którym pływa, kiedy jem chrupkę z masłem i żółtym serem.
Muszę założyć kiedyś akwarium, mój dziadek miał kiedyś akwarium, ale ryby wymarły.
Więc u mnie, w dziupli za mało miejsca na akwarium, na razie mam żywego kwiatka, tak zwane drzewko szczęścia, rozkwita i rośnie po bokach, rozgałęzia się ku szybom, oknom, ścianom.
Troszczę się o mojego glonojada, daję mu dużo jeść, kiedy z kina przychodzę, patrzę przed snem na niego, bawię się z nim, rękę przykładam do akwarium.
Jestem sam glonojadem, chciałbym nim być, znaleziony na śmietniku, w białej i szarej porze południa, kiedy bawią się dzieci, kopią piłkę koło trzepaka na podwórku.
Mój glonojad jest mną, jest czarny i ma fajny, żółty pyszczek, zjada mi z ręki a potem zasypia.
„Nie rozumiesz rybnego świata” mówi Ferdek do Halinki kiedy ta wpuściła kolorowe harpie.
Troszczę się o mojego czarnego glonojada, daję mu codziennie jeść, od dzisiaj i zawsze fascynacja rybnym światem, zapalonym bowiem jestem akwarystą.
Patrzę na mojego glonojada przez szybkę, dotykamy się przez szybkę, jesteśmy szybcy, wolni, wściekli, martwi, nie do końca żywi.
Kiedy rano wstaję, to kawę wypijam, ale na mojego glonojada nie dość, że patrzę, to jemu jeszcze jeść daję, okruszki rybne, paluszki rybne, małe robale, bo ja się troszczę o tego mojego, czarnego glonojada o fajnym, rozwartym pyszczku, tym pyszczku, którym połyka wodę i okruszki w wodzie. Troszczę się o tego mojego, czarnego glonojada bardziej niż o moje życie, bo życie moje i glonojada to jedno życie, ja też nim jestem, nim czarnym, z otwartym pyszczkiem, jedzącym w wodzie drobne okruszki.
Więc sypię jemu, mojego czarnemu glonojadowi sypkie, drobne, kruche okruszki, brązowe i piaskowe i on sobie je je, on sobie je połyka, on swój pyszczek czarny na oścież otwiera.
Bo przyda mi się akwarystyka jako moje hobby, kiedy już dojdę takich lat, że móc będę.
„Halinka, one żyją po 60 lat, jak człowiek taki glonojad, na emeryturę przechodzą, fotel ja jemu dam i telewizor, żeby sobie patrzał”. „Drugi darmozjad”, mówi Halinka. „Halinka on się mnie we wszystkim odwzajemnia, wszystko mnie oddaje”.
Więc ja oddawałem, byłem, darowałem, mówiłem, a mnie zabierają, ogołacają, kpią ze mnie i szydzą i tym bardziej kpią i szydzą, kiedy milczą i nie dają nic w zamian w kawiarni, w barze, przy świecach, piwie, rozmowach, rozpuście, nienawiści, zwłaszcza nienawiści i niemym krzyku, niemym milczeniu, niemej złości (niech cię w ciurności), niemym nienawidzeniu, jak podli bywają ludzie, zwłaszcza, kiedy milczą i zwłaszcza, kiedy się śmieją, jak podli potrafią być ludzie, czasem, czasem, może zwłaszcza kobiety, kiedy zabijają ukochane swoich mężów żółwie, kiedy robią z nich żółwiową zupę i kiedy z żółwia skorupy robią popielniczkę, jak podłe potrafią być kobiety i jak podli potrafią być ludzie, kiedy niemo nienawidzą, kiedy ja, przez nich i dzięki nim niemo od środka krwawię i pełzam ku świecy, ku rozwidlonej, rozmodlonej świecy, która od środka do zewnątrz rozświetla się, rozgałęzia, jak podłe potrafi być to światło i jak podli potrafią być ludzie, kiedy niemo krzyczą, kiedy niemo nienawidzą, kiedy nienawiść ich przechodzi w śmiech, kiedy stoją pod latarniami i odbierają, odbierają, odbierają i kiedy podchodzi do nich żebrak, czy ja mam papierosa, ja mam papierosa, stoję pod latarnią i nie chcę tobie dać papierosa, bo najpierw mnie odbierają, to jedno, jedyne, moje światło, czy ci którzy mienią się światłami, światłem, są idiotami dla mnie, miernotami, przepraszam, ciebie, czarny glonojadzie.
Bo przecież troszczymy się o siebie w spokoju z daleka od kawiarnianej, barowej wrzawy, z daleka od tych świec zapalonych i pomrukiwań, z daleko od geniuszy jedynie słusznej tępoty, z daleka od wyzwisk, drwin i zapalonych lamp, głów, spektakli, tychże spektakli obsługi, techników, świateł.
Bo przecież czarny glonojadzie się o siebie troszczymy z daleka od zdroworozsądkowych tępaków, którzy uważają się za bogów, z daleka od tego świata, w którym jesteśmy nie jesteśmy, może lepiej, żeby nas nie było, z daleka od tych idiotów, którzy mienią się bogami i geniuszami, z daleka od tych poczciwych, dobrych geniuszy i idiotów w jednym, między którymi przechodzimy jak cienie, przechodzimy przeźroczyści.
Bo przecież ty jesteś mną a ja tobą czarny glonojadzie, który śpisz sobie w akwarium, tak tobie pięknie wszystko wymościłem, dałem tobie pokarm, sypkie, kruche, piaskowe, brązowe okruszki, które zbierałeś, które jadłeś, którymi żyłeś, którymi się żywiłeś mój czarny glonojadzie, jestem tobą a ty jesteś mną i ciebie karmię i tobie się przyglądam i tobie daję te sypkie, brązowe, kruche okruszki a ty otwierasz swój fajny, żółto czarny pyszczek i zjadasz sobie te okruszki ze smakiem i ja ciebie ja ciebie za to mój czarny glonojadzie chyba kocham.
Tak jak nienawidzę zewnętrznego świata, zewnętrznych spektakli, zewnętrznych kamer, zewnętrznych świateł, które oświetlają twarze aktorów, kiepskich aktorów i kiepskich spektakli, w tobie pokładam nadzieję mój czarny glonojadzie z fajnym żółto czarnym pyszczkiem.
I teraz podlałem mój zielony kwiatuszek na oknie, na białym parapecie.
I mam ciebie w szklanym, przeźroczystym słoiku mój glonojadzie, glonojadzie, którego znalazłem na śmietniku obok starych luster, śmierdzących, zużytych kanap.
Jutro wstanę i znowu cię nakarmię, czarny, żółty.
Przepraszam, że ciebie tak skrzywdziłem, kiedy tak głośno krzyczałem na innych.
„Życie karmi się życiem” mówi Ferdek Kiepski.
Powracam zatem do tych lat, kiedy wspinałem się na kolorowe drabinki w parku.
Jeszcze wtedy żadne, ciemne królestwo nie miało do mnie dostępu.





niedziela, 9 lutego 2014

Wróble na balkonie. Kilka uwag o pewnym tomiku poezji.

Dziwna sprawa, coraz mniej wróbli, właściwie już nie ma wróbli, przynajmniej ja ani w Tarnowie ani w Krakowie ich nie widzę. Może dlatego tomik poezji Romy Kuźby nosi tytuł "90 wróbli"? Czemu 90, trudno powiedzieć, może to liczba graniczna, poza którą nie ma już życia? Bo też tytułowe wróble symbolizują przecież życie, którego już nie ma, które kiedyś było, miało miejsce, tętniło, rozkwitało, zapraszało. Tom ten jest utrwaleniem minionego czasu, zdarzeń z dzieciństwa, czasem maleńkich, niewinnych drobiazgów i szczegółów, które kapryśna pamięć zapisała. Podmiot liryczny tych wierszy jest dojrzały, można powiedzieć: naznaczony wiekiem i doświadczeniem. Dlatego chyba, przez pierwsze strony książki, rodził się we mnie "młodzieńczy" bunt, kiedy bezpretensjonalność myliłem z banałem, oczywistością, myślową mielizną. Bo też tom nie ma wielkich walorów literackich, ale ma coś, co literaturą jest w sensie istotnym, prymarnym i pierwotnym: to znaczy narrację o swoim życiu, tym minionym i tym obecnym. Podmiot patrzy bowiem na swoją przeszłość, wspomina ojca i mamę, pierwsze miłości i zauroczenia, klasówki szkolne, tremę zauroczeń i zakochań, tłuste obiady w żyjącym ciepłą atmosferą domu, niezwykłą atmosferę świąt Bożego Narodzenia, w istocie; te reminiscencje mają niezwykły, familiarny urok, tchną życiem wspólnotowym, przywołują niezniszczalny i wieczny archetyp rodziny jako najważniejszego miejsca na ziemi i zarazem celu życiowej wędrówki. Perspektywa teraźniejsza dotyczy natomiast spokojnego, afirmatywnego wychowywania wnucząt, zabaw (nawet tych przy użyciu komputera), udzielanych porad życiowych swojemu dojrzałemu już synowi, wizyt w Klubu Seniora i odczytywania swoich wierszy publicznie. Owe peregrynacje są również nasycone sporym urokiem, ponieważ nie roszczą sobie pretensji, ani nie próbują zawładnąć i zawłaszczyć czytelnika; podmiot zdaje się być świadom, że jego perspektywa nie ma na nic wpływu, nieco zrezygnowanie przyznaje w autotematycznym wierszu "Czy trudno pisać wiersze?", że zapisywane te utwory "pomagają jedynie wyrażać poglądy i refleksje, z którymi nikt się później w życiu nie liczy". Starość przedstawiona w utworach jest w pewien sposób heroiczna, nie pozbawiona mądrej i spokojnej afirmacji i nie pozbawiona przy tym pierwiastków melancholijnej i łagodnej rezygnacji, jak w bardzo zgrabnym, ironicznym i przewrotnym, dowcipnym wierszu "W kolejce". Przytaczam go w całości:

"Nastałam się w życiu w kolejkach,
W komitetach stawiali mi kreski
Lub na dłoni pisali cyfry
Poślinionym ołówkiem niebieskim

Czy to były cytryny, czy buty,
Ochłap z kością, czy dla dziecka cukierek,
Oprócz kartki wydzielanej co miesiąc,
Miałam zapisany w kolejce numerek.

Więc ten obraz pozostał w pamięci
I po nocach, we śnie, wciąż powraca.
Stoję grzecznie w kolejce po czas,
Który mija i nigdy nie wraca.

Już minęło południe i wieczór,
Noc nastała i data nieznana.
A ja drżę, bo się boję ogromnie,
Czy też dzisiaj doczekam rana."

Spotyka się w tomie "90 wróbli" również tony elegijne i żałobne, pewne wersy, zwłaszcza ostatnie wiersze nie są pozbawione elementów cierpienia, kiedy podmiot dzieli się z czytelnikiem diagnozą o nieuleczalnej chorobie, o "nie dającym się odwrócić wyroku", by przypomnieć wersy Czesława Miłosza z wiersza "To".
I w ten sposób, dzięki wprowadzeniu owego elementu cierpienia, tom nabiera cech poważnych, cech serio, staje się poważną opowieścią o życiu i chorobie, ale dodajmy: tym, jednym, partykularnym życiu, któremu dane zostało pisemne świadectwo, zapis pamięci, który jednak nie jest ani hermetyczny ani idiosynkratyczny, ile raczej dzieli się swoimi przemyśleniami, refleksjami, zaprasza do dialogu i wymiany myśli oraz wspólnej podróży przez długie życie. Pojawia się w tym kontekście starożytny topos puer senex, to znaczy podmiotu, który jest jednocześnie starcem i młodzieńcem, w wypadku tomu "90 wróbli", podmiot jest jednocześnie "staruszką", co małą dziewczynką, która z lękiem, ale i nadzieją patrzy na swoją przeszłość i szuka w niej ocalenia. W wierszu "Senne zmartwienie", czytelnik trafia na takie, ciekawe wyznanie:

"We śnie byłam płaczącą dziewczynką,
Która zgubiła kokardkę z jednego warkocza.
Było to zmartwienie poważne, najważniejsze,
No, bo jakże tak się pokazać innym dziewczynkom?

(...)

Przecież jeszcze przed chwilą je miałam,
Bo mama starannie je zaplotła.
Więc wstałam mimo ciemnej nocy
I poszłam się przejrzeć w starym lustrze.

Byłam niemal zdziwiona,
Że zza lustrzanej szyby patrzy na mnie
Ktoś siwy i przygarbiony, w nocnej koszuli,
I karci mnie surowym spojrzeniem".

W wierszu "Poranne odkrycie", podmiot wiersza zwierza się: "nie chwycę za rękę mamy, która obroni mnie przed całym złem i niesprawiedliwością". Owe powroty do głębokiej przeszłości, do rodziców i domu rodzinnego niosą chyba ze sobą pragnienie bezpieczeństwa i ocalenia przed światem, który wydaje się inny, obcy, dziwny i niezrozumiały. Ojciec z kolei bowiem jawi się jako osoba nie pozbawiona narracyjnego talentu, ale też mężczyzna, który potrafi obronić rodzinę przed niebezpieczeństwem:

"Siadywał na ławce rozklekotanej,
A ja na jego kolanach.
Słuchałam o menażce,
O widelcu z łyżką składaną,
O manierce otulonej zielenią,
I o prawdziwej czapce
Z orzełkiem w koronie.
Było też o mocnym rzemiennym pasie,
Oficerskich butach i szabli,
Którą chciał obronić mnie i mamę".

Podmiot wydaje się lepiej bowiem czuć w przeszłości, otoczony opieką rodziców i ciepłem domowego ogniska, świątecznych wypieków,"keksów, rodzynek, cytrusów", "kiedy kochana babcia razem z moją mamą, kładły na obrus opłatek, a pod obrus siano". Przeszłość jest zatem w tomie "90 wróbli" zdecydowanie waloryzowana dodatnio, natomiast teraźniejszość nie jest pozbawiona ambiwalencji i wahań. Z jednej strony wnuki, syn, radość, który wynika z możliwości dzielenia się swoim doświadczeniem z rodziną, lecz z drugiej przecież pustka, opuszczenie, samotność, choroba i jakaś niezrozumiałość, dziwność, wynikająca z obcości i nieprzystawalności tego, co było do tego, co jest, współczesności i przeszłości.
W wierszu "Co jest za szybą? mamy nawet do czynienia z rodzajem skargi albo lamentu:

"Jakże zmienił się świat
I nasza młodzież.
Nie szanuje się już bowiem niczego.

Ani języka, ani ojczyzny,
Ani historii, ani słowa,
Ani nawet nauczyciela

Więc albo mam zepsuty telewizor
Albo sama zatrzymałam się
W rozwoju i patrzę, zdumiona światem".

Zdumienie to warunek sine qua non filozoficznego poznania, w tym jednak wypadku chodziłoby raczej o rodzaj poznania negatywnego, podmiot co prawda stara się usilnie zrozumieć współczesność, ale częściej spotyka się w tych wierszach postawę mądrej, pogodnej rezygnacji, swego rodzaju afirmatywnej melancholii wynikającej z przemijalności i śmiertelności człowieka, mieszkańca ziemi i swojej ojczyzny.
Tom nie jest również pozbawiony odniesień religijnych ("Wieczorna modlitwa") oraz aluzji obyczajowo-politycznych (jak w dowcipnym, przekornym wierszu "Moje moherowe myśli"). Dla podmiotu tych wierszy bowiem Pan Bóg i Jego opieka, Opatrzność są podstawowe dla kształtowania się człowieka najpierw jako uczennicy, podlotka, który często zakochuje się w różnych chłopcach, potem dojrzałej, pełnej miłości do męża kobiety, a na końcu seniorki rodu, która dzieli się swoim doświadczeniem z członkami rodziny.
Tom poetycki Romy Kuźby, "90 wróbli" jest niewątpliwie wart przeczytania i choć drażnią czasami pewne poetyckie nierówności, częste ześlizgiwanie się w rodzaj dość oczywistych, banalnych konstatacji (wygłaszanych czasem z "mocą", jakby to były prawdy objawione), nie jest jednak pozbawiony zwyczajnego, ludzkiego ciepła i uroku. Niewątpliwie jest i będzie on ważny nie tylko dla autorki i dla jej rodziny, ale również dla pewnych, społecznych grup, być może zapoczątkuje swego rodzaju "modę" na pisarstwo senilne, kiedy czując zbliżający się kres, pisarz, poeta, człowiek, który przebył już długą, życiową drogę, zaczyna "wyrażać poglądy i refleksje", aby "ocalić przed zapomnieniem", jak mawiał poeta.
Wróbli już nie spotykam ani w Tarnowie ani w Krakowie. Z pewnością lepsza realizacja literacka, poetycka tomu "90 wróbli" mogłaby mi o nich przypomnieć w sposób bardziej intensywny i dogłębny. Niemniej i tak przypomniała, że życie czasem najprawdziwsze jest w tym, co uciekło, przeminęło, lecz nie zostało całkiem rozwiane, a teraźniejszość trzeba mimo wszystko traktować jako swoisty i szczególny prezent od losu, jak pisze zresztą sama poetka w wierszu "Prezent" komentując swoje życie: "dzisiaj wiem, że to jest prezent od losu i staram się na nie zasłużyć". Brzmi to pewnie dość blado, może nawet banalnie, niemniej wartość istotna wierszy pomieszczonych w tym tomie tkwi chyba w gdzieś głęboko spoczywającej, życiowej mądrości, z którą poetka Roma Kuźba, odważnie i bez większych pretensji postanowiła się z nami, czytelnikami poezji podzielić. "Moje wiersze są jak wróble, które stołują się na mym balkonie", pisze poetka w ostatnim wierszu pomieszczonym w tomie, a czytelnikowi pozostaje nadzieja, że żadna szkoda ani zło się nie stanie tym malutkim, szarym wróbelkom.
Moja babcia też karmi na balkonie sikorki słoninką w zimie i karmiła również wróbelki w czasach tęgiego mrozu i zimowej zawieruchy. Co niedzielę chodzę do mojej babci na obiad.




piątek, 7 lutego 2014

Śpiew kanarków.Kompresariat

Tak dzisiaj pięknie, w tym słońcu, śpiewały ptaki. Pamiętam Czyżu, przychodziłem do Ciebie, kiedy jeszcze byłeś Tisim, a później Mulastym i pamiętam Twojego dziadka, kiedy siedział w kuchni, ćmił te swoje popularne albo fajranty, a nieopodal stołu nakrytego niebieską ceratą i popielniczką wypełnioną po brzegi popiołem i papierosami, stała klatka z kanarkami, jeden kanarek był żółty, drugi zielony, trzeci niebieski, przyglądałem się im zafascynowany, niewinny, spłoszony, zalękniony, choć przecież, Czyżu, skąd mogłem wiedzieć, że właśnie dzisiaj pokocham śpiew ptaków? Kanarków? Żółtych, zielonych i niebieskich.
Więc powracam wspomnieniem do postaci Twojego dziadka Czyżu, dziadka palącego papierosy, bo przecież Czyżu, w tej kamienicy nieopodal mojego miejsca, w tym Twoim, jedynym miejscu, gdzie była piaskownica i hamak i wiele godzin spędzanych na podwórku i mur z czerwonej cegły i białego kamienia, mur, który dzielił Twoje podwórko, ministrancie, od największego seminarium na świecie, seminarium księży Filipinów w Tarnowie. Więc tak naprawdę to nie był Tarnów, tylko to Twoje jedyne, magiczne, baśniowe miejsce, miejsce, za którym była już tylko ulica, ale przedtem był przecież sklepik z najlepszą oranżadą na świecie, sklepik u Staszka, u którego za każdym razem kupowałeś draże kokosowe, a wracając ze szkoły albo z meczu piłki nożnej, kupowałeś pomarańczową oranżadę.Więc to był Twój świat, Czyżu, Mulasty, Twój jedyny, niezbadany i do końca zbadany świat, kiedy chodziliśmy na ping ponga do parafii. Tak.
Słyszałem dzisiaj śpiew ptaków, kiedy kończyłem książkę Bogumiły Kaniewskiej o Myśliwskim i czytając o repetycjach u Myśliwskiego, zacząłem nasycać się słońcem i porankiem i smakiem kawy i cały już byłem z tego słońca, poranka, smaku kawy, wczesnego popołudnia, wspomnienia, repetycji, miodu lipowego, którym słodzę kawę i herbatę.
Więc tak. Miałem napisać dzisiaj o idei kompresariatu, ale stwierdzam, że jeszcze za wcześnie. Wyszedłem w końcu od śpiewu ptaków, teraz nieco kluczę, a niedawno czytałem artykuł o babuszce malarce, która od kilkudziesięciu lat choruje na schizofrenię i maluje obrazy; Pana Jezusa w Ogrójcu. Więc ten artykuł, ta malarka w brązowym sweterku, te obrazy Pana Jezusa w Ogrójcu, Mulasty, który byłeś ministrantem, Sreber, który byłeś ministrantem, moje dzieciństwo, moja bardzo wczesna młodość, za wcześnie, w istocie za wcześnie, żeby pisać o idei kompresariatu, kiedy nie spadł jeszcze śnieg.
Na razie te ptaki, babuszka malarka, żółte, zielone, czerwone i niebieskie kanarki, moje otwarte na oścież serce, moje niebieskie, żółte przepływy, wiosna, która we mnie otwiera się na chwilę, cóż, kiedy napiszę o idei kompresariatu, kiedy umęczeni życiem, na skraju śmierci, wyczerpania, będziemy za wiele, wiele lat, przechodzić do stworzonego wirtualnie życia wiecznego, czy to możliwe? Wczoraj, kiedy piłem, poczułem się aż nadto śmiertelny i dzisiaj dziękuję Bogu za to, że żyję i jednocześnie stwierdzam, że kochając życie pomimo wszystko, pomimo jego szarości, spadków, dołów, upadków, czarnych depresji, dołów i smutków, gryzącego bólu samotności, pustki, rozpaczy, otóż stwierdzam, że warto żyć, naprawdę warto. Więc nie mogłem wczoraj, tak, nie mogłem wczoraj wykluczyć, myślałem, nie mogłem wykluczyć i nie mogę wykluczyć życia po śmierci. Jednocześnie wiem, że człowiek w swoim diabelstwie i anielskości może wymyślić życie wieczne, już tutaj, na ziemi, i to będzie się według mnie nazywało kompresariatem. Po śmierci organizmu z powodu późnej starości i wyczerpania, nasze dusze, świadomość, pamięć i twórczość, trafią do kompresariatu, skąd będą mogły wymieniać uwagi i doznania, z tymi, którzy mają żywe ciała, mogą wymieniać uwagi, ale łączyć się nie mogą, kochać cieleśnie nie będą mogli, stąd pewna platoniczność tej sytuacji, przenikanie świata umarłych z żywymi w sensie ścisłym, spełniony sen Mickiewicza, w istocie to będzie implikować rozmaite problemy natury filozoficznej, moralnej, nie mówiąc już o aspekcie religijnym.
Myślę, że idea kompresariatu jest możliwa w przyszłości (ale nie mam pojęcia, jak dalekiej).
Na razie jednak śmiertelnym będąc, myślę o obrazach Pana Jezusa w Ogrójcu babuszki schizofreniczki, niebieskich, zielonych i żółtych kanarkach Mulastego, jego dziadku palącym w kuchni papierosy, siedzącym na krześle obok stołu nakrytego niebieskiego ceratą w kratkę. Myślę o tym wszystkim i do tamtych, cudownych czasów przenoszę się istotnie, rozmarzając się, rozpływając, rozpryskując i rozbryzgując morskie fale we wczesnym moim dzieciństwie.
Śmiertelnym będąc tworzę pieczołowicie swojego awatara, śmiertelnym będąc, chcę buchać życiem jak parą na mrozie, dym z papierosa, para, wychodzę z Kościoła i rozpinając kożuch, na oścież otwieram swoją białą koszulę, kąpię się w białym śniegu, a śnieg topi się i ze mnie płynie.
Wczoraj śmiertelnym będąc, śmierci do końca nie poddałem się, a dzisiaj usłyszałem cichy, ptasi śpiew i poczułem, że jestem żywy, spokojny, poczułem się częścią ptasiego śpiewu i świata, który stworzyłem.
Niebieski, malutki kanarek, z niebieskimi, ptasimi piórkami dzióbie ziarenka w klatce.

wtorek, 4 lutego 2014

Upał w zimie

No cóż. Wczoraj widziałem film. Miał tytuł "Sierpień w hrabstwie Osage" i zagrała tam genialną rolę Meryl Streep. Więc ten film. Kopy zielonego siana, niewiarygodne słońce, trawa, upał, ciasto, które niesie ciocia. I w tym upale zamiast radości, pełno troski. Ludzie nie tyle umierają z nudów, co umierają z powodu niewyobrażalnego cierpienia. Ojciec pije, matka łyka tuzin różnych pigułek, psychotropów itp, siostry walczą o rodzinę i o miłość, ale nie udaje się to im za bardzo, wszystko leży gdzieś głęboko zakopane, gdzieś głęboko pogrzebane i nie może się wydobyć. Zamiast miłości, mamy karnawał kolejnych ról i kolejnych masek. Żeby żyć, trzeba się przystosować. Ale jak przystosować ma się artysta i żeby miał jeszcze coś z życia? Film dosyć przerażający, ale jakże przy tym ciepły. Je się bowiem te pyszne placki, szarlotki, te potrawki z pysznym mięskiem i warzywami, siedzi się przy stole, rozmawia, ale przecież to nie wystarcza, żeby było życie, musi być ruch, a tam, na tej zapadłej, amerykańskiej, prowincjonalnej dziurze, nie ma życia, bo nie ma ruchu, więc, żeby ruch zaistniał, żeby zaczął się dziać, trzeba ten ruch stworzyć. Można na dwa sposoby się ruszać. Albo ruszać się i budować albo ruszać się i niszczyć. W filmie "Sierpień w hrabstwie Osage" mamy do czynienia zdecydowanie z ruchem niszczenia i choć nic zewnętrznie nie wali się i nie rujnuje, smętek i boleść śmierci, przemijania, rozpaczy, bezsensu życia i nudy dotyka zgoła innych, ukrytych, wewnętrznych obszarów. Bo wszystkich bohaterów toczy jakiś rak. Matkę ten prawdziwy, rak jamy ustnej, ale poza tym oni wszyscy tam, siostry, mężowie tych sióstr, synowie i córki, posiadają, że powiem tak: raka. I ten tak niczym innym jest jak bolesnym przeżywaniem swojego życia, przeżywaniem aż po wewnętrzne zatracenie i spustoszenie, jest tam, w tym filmie zapisana głęboka, ludzka samotność, niemożność porozumienia się, niemożność bycia razem, choć wszyscy przecież przy tym, pieprzonym stole siedzą i jedzą, choć trwa stypa po samobójczej śmierci ojca pijaka-pisarza, który już dawno zwątpił w sens pisania i w sens czegokolwiek.
Więc film o życiu. Jak tu poddać się nie poddać się życiu? Wszyscy w tym filmie są trochę głupi, bo zmagają się z życiem w durny sposób i jedyną broń, jaką mają przeciw życiu to siła, domniemana, czy prawdziwa, to nieważne, bo jednako w obu wypadkach nieprawdziwa. Więc są bohaterowie rozsądni: na przykład 14 letnia córeczka, która ogląda, "Upiora w operze", bo lubi, ceni, kocha, ma pasję i zostaje za to srodze opierdolona przez durnowatą matkę (świetna Julia Roberts), za brak siły charakteru, że w takiej chwili, kiedy kopnął w kalendarz dziadek i podczas stypy.
I jeszcze jedna bohaterka: niewidzialna Czejenka, dzięki której ten spróchniały od środka dom się jakoś trzyma, bo ona jako jedyna zdaje się w tym filmie jeszcze wierzy w człowieka. Zresztą, nic dodać, nic ująć: córka kocha filmy, Czejenkę widzimy, kiedy czyta sobie w spokoju, w zaciszu poddasza książkę.
Ocalenie leży bowiem w tych, którzy emocjonalnie nie są zaangażowani, nie opowiadają się po żadnej ze stron. Wszyscy pozostali są niestety jakoś umaczani w tym podłym sosie kłamstewek, świństewek, seksualnych intryg i to stanowi o ich życiu i to ich karmi od środka: no co? To jest jakiś sposób, by ten wewnętrzny motorek rozruszać, by żyć. Bo bez miłości tak samo nie da się żyć jak bez braku tejże, za czymś trzeba gonić, a kiedy motorek rusza się leniwie, leniwe i gnuśne staje się serce artysty. I zaczyna pić. A potem łódką udaje się na środek jeziora, żeby siebie utopić. Jedyny normalny, szlachetny, poczciwy to brat topielca, która ma to wielkie szczęście, że daru słowa i daru do książek ni w ząb nie posiada, toteż życiem się cieszy i w miarę wrażliwie je przeżywa, ale bez przesady, no naprawdę bez przesady, bo też w tym filmie nikt tak naprawdę nie jest szczęśliwy. Signum temporis? Oj, tak mi się coś wydaje. Że człowiek zatracił zdolność do bycia z drugim? Nienowe to i dręczyć będzie zawsze, ale jakoś, w wyjątkowy sposób wpisuje się chyba w poetykę tych czasów, kiedy nie być z drugim człowiekiem jest lepiej i łatwiej niż być.
Może wariatem jestem? Pewno jestem, skoro zamiast iść i bawić się na mieście, ja po raz, nie powiem który, Myśliwskiego czytam "Traktat o łuskaniu fasoli" i zapisuję efekt wewnętrznych spustoszeń, jakie kultura współczesna w moim wnętrzu poczyniła. Bo też rację miał przyjaciel mój Kuba, kiedy do mnie mówił: "tym się stajesz, czym się karmisz". No tak. Ja bym najchętniej karmił się ino pismami Benedykta XVI i mszą świętą w kościele i Aniołem Pańskim z papieżem Franciszkiem, ale przecież nie da się cały czas święta zrównywać z codziennością. Bo kiedy ja ten raz w tygodniu chrześcijaninem się staję, to czuję, że we mnie coś dobrego wlewa się, ale kiedy wleje się, to i się wyleje, że potem próżny i pusty wracam do domu, aby oddać się leniwemu przepływowi godzin.
Więc tyle powiem na koniec. Najlepiej mieć drugą osobę przy sobie, ale to za mało. Bo tę drugą osobę trzeba ciągle od nowa stwarzać i ciągle od nowa się o nią troszczyć. Gdybym ja swojego kwiatuszka zielonego na białym parapecie nie podlewał dwa razy w tygodniu, w regularnym cyklu, to by mi się tak pięknie on nie rozrósł. Więc trzeba cały czas oddawać i cały czas podlewać, i to usłyszałem na ostatnim kazaniu w kościele: talenty nie są po to, żeby je posiadać, ale żeby je w całości oddać. W całości się z tym zgadzam, nie tylko dlatego, że tego wymaga przyzwoite życie w społeczeństwie, ale że stoi za tym coś większego: łaska. Żywa, biała łaska. Ale ja o łasce? Nie wypada. Dlatego pod rozwagę daję i na dzisiaj to tyle. No i ociepliło się nam, ociepliło. Epifania i roztopy, taki tytuł wymyśliłem kiedyś spacerując po Krakowie. W tej zimie panuje bowiem i skwierczy, rozgrzany, na czarnej patelni, upał.

wtorek, 28 stycznia 2014

Śnieg. O filmie "Wilk na Wall Street" i nie tylko zdań kilka.

Wczoraj byłem na filmie "Wilk na Wall Street". Duże wrażenie na mnie zrobił przede wszystkim ze względu na swoją epickość, szeroki oddech, bo film bardzo długi, ale nie dłużył się wcale. Czy warto ten film opowiadać? Nie warto. Powiem krótko: to jest opowieść o pewnym wzlocie i o pewnym upadku. To jest również opowieść o forsie, forsa i tylko forsa daje w tym filmie szczęście. Niekoniecznie. Bo chyba ważniejsze od samej forsy staje się jej zdobywanie, powolne drążenie skały, satysfakcja, cóż, ogromna, potwierdzenie swoich talentów i zdolności, genialna droga na sam szczyt i z tegoż szczytu upadek.
Więc ten film nie może dotyczyć tylko zarabiania pieniędzy, bo on jest amerykański z ducha: opowiada o mozolnej karierze i ciężkiej, ale bardzo ciekawej pracy, pracy, która staje się najważniejszym celem w życiu, pracy, która przynosi wielkie, finansowe efekty. Więc mnie się wydaje, że ten film dotyczy po prostu pięcia się w górę, czegoś, czym żyje i oddycha każda dziedzina życia człowieka. W poezji też widać efekty dzięki ciężkiej, mozolnej, morderczej pracy intelektualnej, artystycznej, duchowej. W pisaniu w ogóle można powiedzieć, widać efekty przez ciężką, mozolną, morderczą, wyczerpującą pracę intelektualną, duchową, artystyczną, która powinna przybliżać do Boga.
W filmie "Wilk na Wall Street" praca staje się synonimem Boga, zarabianie forsy to jest Bóg tamtejszego świata, forsa jest Bogiem.
Ale też samo życie. Jest piękna scena, podle wzruszająca, taka, która jest specjalnością Amerykanów, kiedy główny bohater, zagrany genialnie przez Leonardo DiCaprio, opowiada o swojej przyjaciółce, która zaczynała od długów i skrajnej biedy, by potem pływać jachtem i w zimie latać na Bahamy. Więc ten film niczym innym jest w gruncie rzeczy, jak wcieleniem amerykańskiego mitu, amerykańskiego archetypu, opartego na znanym już przecież i nieco wytartym schemacie: "od pucybuta do milionera". I niczym innym jest również ten film jak swego rodzaju gloryfikacją aktywnego, skrajnie "zapracowanego" życia, w którym praca (zdobywanie pieniędzy) przenika się z nieustającą orgią, rozpustą, ocieka seksem, alkoholem, narkotykami, psychotropami, to życie na najwyższym haju, życie, w którym nie ma miejsca na przerwę, namysł, nudę, bo żyje się po to, żeby pracować, żeby zarabiać, żeby zdobywać, żeby podbijać i przepraszam za sformułowanie: "zaliczać" wszystkie kobiety świata, łącznie z najbardziej wyuzdanymi dziwkami.
Więc żyje się po to, żeby wymyślać genialne pomysły na to jak możnych tego świata zrobić w trąbę i zarobić na ich braku sprytu krocie i żyje się również po to, żeby z piersi swojej nowej, cycatej i seksownej i pociągającej jak esencja wyuzdania, miłości, wciągać smużkę białego proszku, kokainę.
Więc żyje się, przepraszam za wulgaryzm, dla pieniędzy i dla cipek. Więc dwie siły rządzą naprawdę tym światem: pieniądz i cipka. I tak naprawdę nie wiadomo, która z nich jest silniejsza, bo bez nich obydwu nie da się, po prostu nie da się żyć.
W tym też sensie film Scorsese jest z gruntu ateistyczny w sensie ewidentnego i radykalnego braku Boga, jako synonimu jakiejkolwiek pokory wobec życia. I film Scorsese jest również antropocentryczny w sensie nieustającej gloryfikacji życia i gloryfikacji pracy. W zasadzie, można powiedzieć, nie ma podziału na pracę i życie, praca jest życiem i basta. Praca i....cipka.
Coś nas musi trzymać. Jeden z bohaterów, zdolny, młody naciągacz, oddaliwszy się od paczki wilków, od tej paczki, która stworzyła finansowe imperium, umiera w wieku 35 lat. Czemu? Przestało go trzymać to coś. Kokaina, piguły, psychotropy, alkohol, nieustający, orgiastyczny seks i przede wszystkim rozmyślanie o forsie, jak więcej zarobić, przy czym, dodam jeszcze raz: forsa nie jest celem samym w sobie, ale nieustająca adrenalina, że tej forsy ciągle przybywa.
No tak. Film świetny, genialnie zrobiony i opowiedziany, pod względem artystycznym i doboru aktorów genialny, film znakomity, przewrotnie rzekłbym mądry.
Bo też mądry poprzez zaprzeczenie. Może naprawdę opowiada o tym, czego nie ma w fabule? Może mówi o tym, kim mógłby być bohater, gdyby nie stałby się tym, kim się stał? Poczciwym bibliotekarzem z trójką dzieci i oddaną żoną, pielęgnującym swój ogródek, nie pakującym się w żadne kłopoty, czytającym wieczorem grube powieści, piszącym wiersze i poematy wieczorową porą przy biurku i zapalonej lampie?
Bibliotekarzem, który przykładnie chodzi do Kościoła w każdą niedzielę i słucha co niedzielę Anioł Pański z papieżem Franciszkiem? Bibliotekarzem, który chodzi sobie na swoje rytualne kawki do biura i pod gruszkę? Który pali kontemplacyjnie i nieco melancholijnie i nostalgicznie papierosa, czytając grubą, literaturoznawczą pozycję? Który chodzi do księgarni, aby poszukać życia? Aby poszukać odpowiedzi? Aby napisać nowy tekst o nowej książce, którą sobie upatrzył?
Tak. Jestem literaturoznawcą, który robi dokładne to, co wymyślony przeze mnie bibliotekarz. Tak. Chodzę do biura, do kina, do księgarń, piszę teksty o nowych książkach, dłubię przy doktoracie, napiszę czasem wiersz lub poemat, obmyślam, wciąż obmyślam koncepcję.
I w filmie "Wilk na Wall Street" zobaczyłem bohatera, który jest moim przeciwieństwem i w którym jednocześnie, co może nie tak zabrzmi, dopatrzyłem się pewnych podobieństw.
Niedawno spadł biały śnieg. Dużo białego śniegu na dworze, w królewskim mieście Krakowie. Dzisiaj siadłem do biurka i rządy nad moją duszą objął śniegowy, zimowy Białystok wraz z pisarstwem Czesława Dziekanowskiego o Myśliwskim.
Biały śnieg jest na dworze. I ten śnieg chrzęści pod czarnym butem. A kiedy wracałem od babci, zobaczyłem jak pracownik służb drogowych w specjalnym, żółtym kombinezonie pali na tym śniegu papierosa. Śnieg chrzęści, chłop pali, czarny but, ja w kurtce, biel, dym, po torach jedzie pociąg.

wtorek, 21 stycznia 2014

Kilka refleksji o filmie "Pod mocnym aniołem"

Jako że wczoraj nie było jeszcze Ewelinki, wybrałem się na samotną wyprawę do kina na "Pod mocnym aniołem". Powiem tak: kiedy po latach sięgnąłem po zekranizowaną książkę Pilcha, odrzuciło mnie od razu, od razu zaczęła mnie drażnić natrętna, Pilchowska maniera i ten humor nie humor, dla mnie nazbyt przewidywalny i czytelny. Pomyślałem, że kiedy w filmie ciągle będą tym "Pilchem" gadać to nie wytrzymam i wyjdę. Bo fakt faktem, Pilcha kiedyś ubóstwiałem i do tej pory jest dla mnie pisarzem wybitnym, choćby dla "Bezpowrotnie utraconej leworęczności", choćby dla tej niedawnej książeczki "Sobowtóra zięcia Tołstoja", choćby dla niektórych felietonów, choćby dla swojej najnowszej powieści, której jeszcze nie czytałem, lecz przeglądałem jednakowoż w księgarni i od razu, co poczułem to poważny ciężar intelektualny, ciężar przez lata wypracowywanego języka, za który to trud uważam Pilch zasługuje na spory szacunek i uznanie, nawet ze strony malkontentów i oponentów. Bo Pilcha jako pisarza poważam i szanuję istotnie i ściśle. Co nie przeszkadza, że czasem się z nim nie zgadzam, tak jak nie zgadzam się czasem ze Stasiukiem, choć uważam, że artystą słowa jest przednim.
Ale tak, zrobię to. Po obejrzeniu "Pod mocnym aniołem" Wojciecha Smarzowskiego, sięgnę chyba jeszcze raz po książkę Pilcha i przez piaski natrętnej frazy będę brnął i to zmanierowanie, które widzę w stylu, przezwyciężę, by dokopać się do tego bogactwa zakrytego, diamentu treści, bursztynu, który nazywa się doświadczeniem, autentycznym przeżyciem. Bo też Smarzowskiego nie obchodzi chyba ów sławetny geniusz językowy Pilcha, ale pokłady niewyrażalnego bólu i cierpienia, które pod nim spoczywają. Bo Smarzowski nie ekranizuje monologu, który jest tylko (i aż) językowym zapisem, ale przenosi na ekran to, co istotne w tym monologu, czyli ból zakryty przez ciągnące się przez wiele stron językowe "jajca", ironię, autoironię, parodię, trawestację, rozmaite cytaty z innych literatur (na przykład Jerofiejew), generalnie przez całą tę polifoniczną różnojęzyczność, bez której książka Pilcha nie żyłaby tak barwnie, ale już film Smarzowskiego obchodzi się bez niej dobrze.
Miejscem bowiem, który wybiera Smarzowski jest szpital i ja myślę, że słowo "szpital" jak i to, co za tym słowem stoi, czyli doświadczenie choroby, jest kluczowe dla odczytania filmu "Pod mocnym aniołem".
Większość scen kręcona bowiem była w naszym dobrym, jasnym i otwartym na cudzoziemców Kobierzynie, gdzie słowo choroba wybrzmiewa ze szczególną mocą.
Mnie się wydaje, że to doświadczenie, autentyczne doświadczenie choroby alkoholowej i ta beznadziejna tułaczka pomiędzy odwykiem, a knajpą "Pod mocnym aniołem" na rogu ulic Felicjanek i Małej (w rzeczywistości jest tam kultowa, krakowska knajpa "Cafe Szafe"), ta beznadziejna gonitwa między trzeźwością zamknięcia w murach szpitala, a pijaństwem wolności na rogu ulic Felicjanek i Małej, to kupowanie mnóstwa butelek wódki, piwa, notoryczne picie i palenie papierosów, rzyganie w wannie i w pościeli, głęboka, bolesna, tragiczna, dojmująca samotność głównego bohatera Jurusia, okazjonalny seks, który jest celem samym w sobie, cała ta włóczęga, która jest bardzo przecież przewidywalna, czyni film Wojciecha Smarzowskiego, ekranizację nagrodzoną Nike książki Pilcha, przejmującym, naprawdę przejmującym i bolesnym filmowym świadectwem zmagania z nieuleczalną chorobą, nieuleczalnym kalectwem.
Zresztą sam bohater przyznaje to przed "jedyną" miłością swojego życia: "nie wypiję nigdy ostatniego kieliszka", mówi Juruś i całuje wtedy swoją wybrankę, stoi w płaszczu, zupełnie trzeźwy, pełno śniegu dookoła, białego śniegu, biały śnieg pada.
Więc ta rozpoznawalna przecież, bogata Pilchowska fraza, która mnie odrzuciła, kiedy jeszcze raz, po latach natchnionej młodości, sięgnąłem po "Pod mocnym aniołem", otóż ta fraza pojawia się w filmie Smarzowskiego bardzo dyskretnie, bo też może być to odebrane jako delikatna, nienachalna sugestia reżysera, że w książce, której głównym walorem jest język, wypracowany, Pilchowski idiom, nie on jest naprawdę istotny, tylko głębia, rzeczywista głębia otchłannego, chorobowego doświadczenia, która ten język wyrzeźbiła (nie bez cierpienia się przecież ten proces odbywał i nie bez wyrzeczeń).
Film Smarzowskiego opowiada zatem w pewien sposób o literaturze, jest literacki, ale tak literacki, jak powinien być, literacki a rebours, czyli zaczynający od tego, co początkiem jest i zarazem końcem: od przeżycia, od którego kształt wszelkiej sztuki zależy w stopniu najwyższym.
I wygrywa tę opowieść Smarzowski na najwyższych tonach, nie tracąc odcieni i półtonów, kiedy finezyjną, subtelną, Pilchowską frazę zestawia, powiem potocznie i wulgarnie: z rzyganiem, sraniem, dymaniem, laniem,czemu towarzyszy notoryczne zalewanie się w trupa. Ten kontrast myślę jest wart szczególnego uchwycenia i pogłębienia, bo to na nim zbudowana jest opowieść reżysera, który przecież konsekwentnie pozostaje wierny swojej poetyce i jednemu celowi chyba, by pokazywać obrazy mocne i dosadne, dyskretny urok Franciszka Rabelais, nieustający karnawał i jarmark, przemieszanie niskiego z wysokim, trywialnego z poważnym, świętego z grzesznym i pokracznym, wojna postu z karnawałem, dzieje kultury, nic więcej, Smarzowski to reżyser ściśle archetypowy i dlatego jak sądzę, jest tak "nowoczesny", na czasie, wzięty, z chęcią oglądany.
Więc jeszcze ten szpital, biały szpital, jedyna oaza i przystań. Gdzie uda się Juruś po ostatecznym zerwaniu z nałogiem? Czy uda mu się rzeczywiście z nim zerwać? Czy kroków swych nie skieruje pod mocnego anioła? Dokąd iść, kiedy jestem "wolny"? Czy wolny naprawdę być umiem? Co zrobię z całym, przepastnym, otchłannym, wolnym czasem, który otwiera się przede mną jak martwe, czarne morze? Na tego rodzaju pytania jak myślę, odpowiedzieć sobie potrzebuje każdy, komu w życiu brakuje miłości(banalne może i sterane nieco, ale jare wciąż jak sądzę) Po prostu: brakuje miłości. "All you need is love" i ja mam, czego potrzebuję (mam też rzecz jasna swoje lęki, fobie i strachy), mam czego potrzebuję albowiem dzisiaj przyjechała do mnie Ewelinka, przyjechał do mnie mój Piślo i choć nieuleczalnie chory jestem na siebie, umrzeć mogę z przekonaniem, że coś pięknego i prawdziwego mnie w życiu spotkało. Czego i Tobie, Jurusiu, mordo ty moja, życzę!

sobota, 18 stycznia 2014

Czekając na Piśla

Cóż. Siedzę sam w pokoju. Czytałem Bachtina o polifonicznym dziele Dostojewskiego, słowie cudzym, dialogu, gawędzie, skazie, parodii. Zamierzam Bachtina pożyczyć książkę o karnawale. To jest wielka, literaturoznawcza powieść, czasem zastanawiam się, czy nie większa i lepsza, niż to co napisał Rabelais.
Potem, przez mgnienie, po rozmowie z tatą Michel Butor "Odmiany czasu", następnie powrót do Bachtina, by potem znów, na kilka chwil i kilka łyków herbaty z mlekiem poczytać najnowszą rzecz Stasiuka.
Jedno, co powiem: bardzo słoneczny ten Stasiuk, nie świetlisty może, ale słoneczny. Większy tekst o tej książce pewnie napiszę, kiedy ją przeczytam całą.
Piślo pojechało do Stalowej Woli. Więc samotność w pokoju, drobne, czarne muszki, bzyczenie, biały parapet. Rozmyślam o tym, co Stasiuk napisał o swojej ciotce, która mieszka sama na zapadłej wsi.
Rozmyślam o tym jak to tak można i czy nie jedyną obroną ciotki przed czasem, zmianą, nicością, rozpaczą i pustką nie jest opowieść? Cholera wie, ja bym bronił się słowem, wydaje mi się, że każdy mniej lub bardziej świadomie broni się językiem przed śmiercią, więc czemu nie ciotka?
Śmiertelność jest faktem, to truizm. Śmiertelność rozłożona w czasie staje się faktem mniej lub bardziej uświadamianym. Pięknie Stasiuk pisze o paleniu papierosów i w zupełności się w tym odnajduję i się z tym zgadzam. Nie tylko dym jest ważny, nie tylko samo palenie, nie tylko substancje, które uzależniają i niszczą organizm, nie tylko tytoń, ale również wspomnienie palenia i wiele światła, które z tego wspomnienia wynika, kiedy w cieniu lampy wiją się smużki białego dymu.
Stasiuk jest mistrzem zmysłowego języka. Jest to język, który równocześnie przybliża i oddala od świata, bo to nie świat jest najważniejszy, ale przeżycie tego świata w języku. Wyobrażenie? Pewnie tak, choć niekoniecznie, bo znowu powracam do myśli z wcześniejszych postów: im lepiej koszula rzeczywistości przylega do ciała danego podmiotu, tym lepsze dla świata medium, zapośredniczenie, język i opowieść.
Więc Stasiuk to taki pisarz, który niezwykle mocno czuje język, a jak tu nie czuć rzeczywistości, skoro tak mocno czuć język? Niemożliwe staje się wtedy widzenie inne aniżeli wewnętrzne, przenikające.
I teraz dygresja na zasadzie poematu dygresyjnego. Wczoraj byłem na wieczorze poezji, który źle wspominam. Pretensjonalni chłopcy recytujący pretensjonalne wiersze oraz inni, z szytym na wyrost ego, młodzi "bogowie" jedynie słusznej wojny, pnący się do góry jak usmarowane ołowiem i smołą pociski.
Chcący się przebić, gdzie się przebiją? Nawet ten, który recytował, recytował w próżnię w gruncie rzeczy, bo sala choć pełna, nie reagowała. Jak można reagować na takie rzeczy inaczej niż wyrazem "cichego uznania" dla wierszy i obrazów, których się nie rozumie i nie czuje, które nie przewiercają, ale nie wypada ich nie szanować, cenić i podziwiać? Cały Gombrowicz. Oraz chytrzy, cwani oraz bardzo dobrze wykształceni manipulatorzy. Ale nie ze mną te numery, ja się na to nie nabieram.
Więc powracam spokojnie do Stasiuka. Jak mówiłem: słonecznie bardzo u Stasiuka i bardzo zmysłowo. Czerwone, żółte i niebieskie kwiaty, podróż do ciotki mieszkającej na odludziu, wspomnienie wiejskiego domu dziadków (pojawia się również w "Fado"), impresyjność, ale nie rozbełtana i wylewająca się, ale mocno ściśnięta spoiwem świetnego, bardzo zdyscyplinowanego języka.
A Bachtin? Cóż, czyta się jak powieść, choć pewnie moim błędem jest, że czytam Bachtina jak powieść, zamiast skupiać się na naukowym przekazie, ja się skupiam na tym jak tam świetnie język gra i jak pojęcia przeskakują i tworzą piękną, zgrabną całość. Choć oczywiście i przesłanie staram się wyśledzić, wydobyć, nie tylko falowanie powierzchni mnie obchodzi, że nie czyta się Bachtina jak Derridy, u którego chodzi przecież tylko o sam, stale ponawiany gest czytania bez końca, bez pokrycia w przesłaniu, list został wysłany, ale gdzie trafi, cholera wie.
Ale tak, takie pojęcia, nasycone głębokim, cudownym, literaturoznawczym sensem: cudze słowo, cudza mowa, dialog, polifoniczność, różnojęzyczność, wielopłaszczyznowość, hybrydyzacja, wymieszanie, konglomerat, niskie i wysokie.
Tak się i we mnie płaszczyzny mieszają niskiego z wysokim, karzełka i głupka z kimś, kto chciałby być kimś poważnym w życiu, w końcu.
Więc czekam na Pisla w samotnym pokoju. Czarna, włochata mucha chodzi po stole, omija żółty kubek z herbatą, na dnie już same fusy, głęboka ciemność, wróżba.

czwartek, 16 stycznia 2014

O pojęciu przeżycia

Cierpko dzisiaj, sennie, rano dość marzłem, żeby wybudzić się i iść we mgłach na basen, pływać, więc pływałem, trochę się wyzłościłem i wyżyłem, ochłonąłem, parę kropel ze mnie spłynęło, wytarłem się ręcznikiem, wypiłem kawę, poczytałem książkę, kojące, spokojne wejście w dzień, w drodze powrotnej, Wisłą, układałem kolejne frazy, kolejne zdania, w drodze na basen ułożyłem buntowniczy i jakże odważny wiersz przeciwko ŚRODOWISKU, w drodze z basenu do domu układałem rozmowę ze sobą samym, pozorne soliloqium, jak to nazwałem idąc Wisłą, obserwując biegaczy i rowerzystów, nasycając się ładną pogodą, sam czując się, cóż: sportowcem? chyba tak, chyba poniekąd tak, kiedy ruch fizyczny, chodzenie, skojarzyłem z ruchem myśli i układałem w głowie te frazy i zdania na tego bloga (ten blog), to pozorne soliloqium, tę opowieść, która zdaje się, że nie ma końca, dopóki będzie dopisywać mi zdrowie.
Więc myślałem o moich bliźnich, o moich ludziach, o moim ŚRODOWISKU, które jest mniej lub bardziej mnie przychylne, które w mniejszym lub większym stopniu pieści moje natręctwa i nadwątla moje ego, no myślałem o tych wszystkich ludziach, z którymi jestem, z którymi byłem, a którzy jakby mnie nie dotyczą, bo nie ich dotyczy moja opowieść, choć tak bardzo jest z nimi związana. No i dowiedziałem się też o mojej dawnej koleżance, że miała kłopoty i że wychodzi z kłopotów, że podejmuje nową pracę i ja pomyślałem sobie, że również mam kłopoty, że jestem na zakręcie, że mój doktorat odrzucił na razie promotor, że mój doktorat nie może być moim doktoratem, ale musi stać się pracą doktorską, pro publico bono, że ja w końcu muszę zacząć komuś lub czemuś naprawdę służyć, bo skończy się ta jasna, ciemna, zimowa sielanka i zostanę bez środków, bez bliskich, bez wsparcia, na opuszczonym archipelagu, cyplu. I jedliśmy dzisiaj pizzę z Piślem i włączyliśmy taki program i ten program na mnie bardzo złe wrażenie zrobił, bo widziałem ludzi, którzy nie dość że żyją "prawdziwym" życiem, to jeszcze co rusz udowadniają, gotując różne potrawy, że ich potrawa jest lepsza, a tamtego czy tamtej to ta potrawa jest gorsza i w zasadzie "moja" opowieść jest jedynie warta uwagi, a nie inne opowieści, mniej warte uwagi i ja powiedziałem do Piśla, żeby to wyłączył, bo nie daję już rady. No i wziąłem tego najnowszego Stasiuka i powiem, że mi się podoba, że to się stopniowo rozkręca, nabiera rumieńców i że Stasiuk to ten typ pisarza, który przeczytał o jedną książkę za dużo i to bardzo silnie widać w języku, bo w zasadzie ten język sam się tłumaczy i nie trzeba wiele więcej, że jest to język zupełnie anty filozoficzny i skrajnie literacki, że jest to język, który dotyka świata od wewnątrz (w prozie a nie w poezji, bo to istotna różnica, gdyż Stasiuk jak dla mnie poetą jest kiepskim).
No i koresponduję sobie jeszcze z takim Panem doktorem i ten Pan doktor mnie wspiera słowem i w ogóle jest dobrze i nie narzekam i narzekać nie będę.
I niedługo idę do babci na małą kolację, na wieczorną herbatę i powoli zamykam ten dzień w moim pragnieniu i tęsknocie i otwierają się białe nieba i białe i szare chmury i z nich różowy ptaszek z różowymi skrzydełkami, zwiastun pewnie czegoś nowego.
A ja miałem przecież pisać o przeżyciu i że ten blog zabiera mi przeżycie, że nie mogę już nic więcej pisać, tym bardziej wierszy, poezji. I pomyślałem sobie dzisiaj tak: postanawiam pracować nad tym blogiem na ćwierć etatu (dwa razy w tygodniu), pracuję fizycznie na pół etatu (chodzę na basen trzy razy w tygodniu), naukowo pracuję na trzy czwarte etatu (licząc doktorat, krytykę literacką, lekturę książek naukowych), artystycznie pracuję na cały etat, jakkolwiek to nie zabrzmi. I jestem zapracowanym, skrajnie zajętym człowiekiem, który wszelkiej innej pracy chorobliwie się boi.
A wracając: co to takiego to przeżycie? I czy blog je zabiera? Ja traktuję ten blog jako formę rozmowy ze sobą, czyli z tym kimś zewnętrznym i wewnętrznym jednocześnie, do którego się zwracam idąc Wisłą i rozmyślając w języku, bo jeśli ja rozmyślam, to czasem rozmyślam w języku, układając opowieść, strofy zdania, itp.
No a przeżycie to przecież również natchnione, dzikie przeżycie, które trzeba oswoić zapisując je i takim przeżyciem jest dla mnie poezja (bez wyłączania rzecz jasna intelektualnej podstawy).
A mnie się poza tym wszystkim wydaje, że próba poukładania tej układanki w całość skończy się tak sobie. I tak przegródki są sztucznie stwarzane, co nie znaczy, że nie muszą istnieć, bo muszą. Więc ten blog: praca na ćwierć etatu, pozorne soliloqium, zapis, który jest mi potrzebny, żeby rozmawiać.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Party

Właściwie ten wiersz, "After party", powinienem wkleić jutro, ale co tam: wkleję już dzisiaj. Tym samym uzupełniam ten blog o pewne aspekty poetycko-tematyczne. Koncepcja się rozszerza. A ten wiersz "After party" pisany na solidnym kacu po urodzinowej imprezie u Wieńka. Pomyślałem, że trzeźwiutki jak świnka wkleję go teraz zachowując głęboką pamięć o minionym, istotny ślad nieprzemijalnego:

After party

kolejna rzecz która nie pochodzi ode mnie
i ze mnie nie wychodzi jak ten śnieg
bieleje za oknem a ja czuję że niebawem
wyzionę ducha wczoraj była świetna zabawa
koleżanka urządziła imprezę jej chłopak
a mój przyjaciel

co ze mnie nie wychodzi nie jest moje
dzisiaj chwila spokoju na obiedzie u babci
kiedy siedziałem na krześle całkowicie sam
mówiła do mnie kuchnia i życie
półmrok ledwie światło dania zupka

nic bowiem ode mnie nie pochodzi
słyszałem i widziałem mówił papież
na dworze już zimno zimne grudnie
i moja niemożność dojścia gdziekolwiek
lęki które lęgną się jak u kreta pod skórą
wszystkiego się boję najmniej snu
ach gdyby tak sen był stowarzyszony
a nie jest bo właśnie teraz powoli umieram
na pierwsze drugie trzecie i czwarte danie

ciemność pod skórą tylko ona
jest moja
tam najgłębiej zakopany
najciemniejszy ślad
próżno wydobywać zupka i drugie
zielone monety za które nic nie kupię
przyjaciele przed którymi udaję że jestem
ciastko które dodało mi siły
sklepik na dole który świeci w nocy
para skarpetek i para kaloszy na zimę
ciepłe skarpety na bujanym fotelu
i tym w kącie na którym siadam
rzadko i niechętnie babcia która nie poddaje się
i umiera na rozpacz tata który umiera
na rozpacz dziadek który umiera z nudów
mama która żyje i umiera Ewelinka
która jest pośrodku tego ja który niebawem
wyzionę ducha po moje trzecie czwarte
pierwsze i dziesiąte danie ach te porządki
Panie Boże oświeć mnie i napełnij
moją duszę zielona trawka w koszyczku
i dzieciątko Jezus świecąca się choinka
tyle siły włożyliśmy w nasz przytulny domek
w nasze przytulne państewko pluszowych sów
i misiów i cieni tyle siły i teraz after party
teraz czuję że wyzionę ducha jestem delikatny
wywaliło mi wątrobę na kacu z dachu
na podwórku mojego rodzinnego domu
zjeżdża kotek burek łapie wróbelka
ja łapię słońce i słoneczne promienie
a kiedy deszcz to chowam się w mojej pieczarze
i tam notuję jak krople uderzają o szybę
i blat stołu notuję ich powolne spadanie
kiedy jem zupę pomidorową
zmarła babcia Jasia z kluczami dzyń dzyń
i święci Mikołaje i renifery i sanie
i moje skąpstwo aż do zatracenia
wszystkich pieniędzy i moje wszystkie lata
i ta jedne jedyne święta i ta jedna jedyna Wigilia
którą spędzę na niczym odpoczywając
po tym wszystkim co mi się przytrafiło
dzisiaj adwent miałem iść do Kościoła
posłuchać że adwent księża w fiolecie
i bieli ite missa est pater noster
agnus dei brakuje mi organów i chóru
kościelnego brakuje mi śpiewów i chorału
brakuje mi gitar i szopki ale jestem słaby
wylewam się jak deszcz na blat stołu
mojej babci powolne kapanie po pierwsze
drugie trzecie czwarte danie po wrzące
talerze i miski po zupie burdel Panie
po obiedzie u babci wrzątek we mnie
i powolne smutne kapanie deszczu do środka
do wewnątrz

przyjaciela mam jednego może dwóch trzech
wszyscy obdarzeni oceaniczną głębią
i mądrością jak szerokie kontynenty świata
wszyscy potwornie zaniedbani pijący na umór
piwo i wódkę i whisky na lodzie
te wszystkie nadmiernie zdolne obdartusy
za którymi podążam od wielu lat
ci wszyscy pięknie przegrani geniusze
o tłustych włosach i rumianej cerze
ci wszyscy od których biorę śnieg i płomień

oni w tej kuchni u mojej babci
i ja z tym moim powolnym kapaniem
na blat stołu witam pszczeli wosk
który wylewa się z miodu który wlewam
do herbaty

wylew i wlew
pszczoły i kapanie
deszcz i śnieg
na mroźnej ulicy w zimny grudzień
kiedy z przyjaciółmi szukamy
ciepłego miejsca i posiłku
a ja marzę o tym by znaleźć się w łóżku

dzisiaj jestem niezmiernie słaby
nawet kawa nie pomoże bo mróz
w środku i żaby

tańcząca we mnie dziewczynka w czerni
podsuwa mi obrazek w złoconych ramkach
na nim wycięty z gazety maleńki biały kotek
głaszczę go po futerku i jest mi lepiej
on siada mi na nogach koty wyciągają choroby
może ten wyciągnie ze mnie śmierć i umieranie
po pierwsze drugie trzecie czwarte

zewsząd powolne kapanie
marzy mi się aby blat stołu mojej babci

na razie deszcz spływa z rynny garażu
na moim rodzinnym podwórku
gdzie zimne powietrze łapią białe koty

Myślę, że pisanie poezji to przeżycie prawdziwie istotne. Tym samym, niech żyje to, co istotne, chwała istocie i lampkom na choince i białym łańcuchom i złotym bańkom. Choć święta za nami, niech żyją święta, ten czas zielony, biała i czerwona reminiscencja. Święta są we mnie, jeszcze nie umarły, a ja idę w ten czas zielony, w ten zwyczajny czas, świąteczny i biały, idę przez śnieg i zostawiam zielone choinki, bańki i łańcuchy. Niech żyje poezja, niech żyje czas zielonego, zwyczajnego święta. Niech żyje szary poeta.





niedziela, 12 stycznia 2014

O śnieniu i jawie

Przeczytałem "Rozprawę o metodzie" Kartezjusza. Bardzo mnie ona pokrzepiła, spore światło i siła bije z tych fraz kartezjańskich. Potrzebne mi to teraz, nie ukrywam. Jako człowiek wewnętrznie zabałaganiony, niestety o usposobieniu artystyczno-poetycznym, jestem słabym mieszkańcem państwa Kartezjusza, a jednocześnie czuję się w nim znakomicie, zaopiekowany, mający poczucie stabilności i silnych struktur.
Przebywając jedynie w językach literackich, przebywając jedynie w tym jednym, specyficznym języku, z którym zmagam się od wielu lat i zmagań swych ciągle nie mogę sfinalizować, otóż przebywając w nim ciągle, czuję jak od środka rozpada się mój świat i Wszechświat, wewnętrzny Kosmos.
Najlepsze bowiem na permanentne poczucie nierzeczywistości, uczucie śnienia na jawie, częstego tworzenia fantazji, blagi i baśni, życia w obrazach i tak dalej, jest poczucie rzeczywistości, które nam daje ktoś inny, mnie akurat to poczucie, w niedzielne popołudnie podarował Kartezjusz.
Próby zreferowania tego, co powiedział, nie podejmę. Wydaje mi się jednak oczywiste, że wszyscy wiedzą, o czym Kartezjusz pisał i co mniej więcej "miał na myśli". On sam w posłowiu do "Rozprawy o metodzie" pisze, że boleje, że ci, którzy się pod jego sądami podpisują, nie potrafią ich porządnie przedstawić.
No, ale co mnie uderzyło w dziele Kartezjusza jako literaturoznawcę, to przede wszystkim piękna, filozoficzna opowieść, jej klarowność, siła, którą widać w stylu, jasność i precyzja, a w tym wszystkim spoczywają spore pokłady wiary i nadziei w człowieka i Boga. Tak. Kartezjusz to myśliciel, który bez wątpienia (moim zdaniem przynajmniej), nie poddaje się rozpaczy. Można sobie wyobrazić samotnego, silnego wewnętrznie człowieka, który spędzając samotny wieczór, oddaje się rozmyślaniom:
Oto jak brzmi pierwsze zdanie "Części Drugiej" (tłum: Wanda Wojciechowska):
"Przebywałem naówczas w Niemczech, dokąd udałem się z okazji wojen jeszcze tam trwających; w drodze powrotnej do armii z koronacji cesarza zatrzymała mnie rozpoczynająca się zima na kwaterze, gdzie żadne towarzystwo nie rozpraszało moich myśli i gdzie nie mając na szczęście żadnych trosk i namiętności, które by zakłócały mi spokój, spędzałem całe dnie samotnie w ogrzewanej komorze, mając dość wolnego czasu na rozmyślanie".
Wyłania się z tych słów nie obraz osobnika rozciapcianego, rozmemłanego, wewnętrznie pogubionego, ale prawdziwego mędrca, który poważnie podchodzi do zagadnienia nie tylko swojego życia, ale w ogóle życia. Więc tak. Kartezjusz pisze przede wszystkim o sobie i pisząc o sobie uprawia jednocześnie najprawdziwszą w sensie głębokim filozofię. Jego filozofowanie nie odrywa się przecież od "ja", owo "ja" bardzo uważnie bada, analizuje jego części (łącznie z częściami anatomicznymi). Myślę, że tutaj leży zagadka siły stylu Kartezjusza. Gdyby filozof nie pisał o sobie, to już by nie było takie "mocne" i "tego" nie dałoby się tak intensywnie doznać i poznać. W tym sensie za wzór można podać Kartezjusza jako filozofa, czyli dajmy na to poetę "nauki". O ile filozofię można w ogóle zdefiniować jako "naukę".
Więc powiedzmy inaczej: filozofia rozumiana jako nauka albo ćwiczenie intelektualnej pracy nad sobą. To już ma większy sens jak sądzę.
W niedzielne popołudnie czytałem Kartezjusza. Myślę, że w pewien sposób, dzięki tej lekturze, jestem bliżej Boga, być bliżej Boga bowiem, to w myśl znowuż tego, co napisałem we wcześniejszym poście, być bliżej ciała, czyli być bliżej rzeczywistości. Kiedy Bóg naprawdę mieszka w środku, w ciele i duszy, wtedy opowieść o sobie i świecie staje się możliwa dopiero i prawdziwa. Tak myślę.
Uporządkować siebie, taką mnie wskazówkę dał pewien profesor i ja za tą wskazówką podążam, a że bałagan artystyczny, że w pracy naukowej bajzel, niechlujstwo, nadziei brak? No cóż, ja próbuję się mimo wszystko nie łamać i nad tym jeszcze głębiej odrobinę popracować. Czytam więc popołudniami i wieczorami Kartezjusza w ogrzanym pokoju.

"Pałac" Wiesława Myśliwskiego - zdjęcie z krzyża. Impresja krytycznoliteracka

Jak można być zdjętym z krzyża i pisać? Pisanie jest czerpaniem, jest wyczerpywaniem, jest nieustającą radością i zmęczeniem, jest odpoczynk...