Od wielu już lat gram z Kubą w szachy. Nie pamiętam, kiedy zaczęliśmy. Pewnie było to jeszcze, kiedy byłem na studiach II stopnia, albo nawet pierwszego. Nieuchronnie dzieje mojej przyjaźni szachowej z Kubą wiążą się z dziejami mojego dojrzewania intelektualnego. Pamiętam, że kiedy przychodziłem na basen, na którym Kuba pracował, czytałem zawsze jakąś książkę związaną ze studiami, do dzisiaj pamiętam lekturę o powinowactwach między romantyzmem a szaleństwem, którą czytałem w kolejce po bilety. Zresztą do dzisiaj chodzę na basen, na którym pracuje Kuba zawsze z książką w plecaku. Lubię sobie po pływaniu iść do bufetu, zamówić kawkę i poczytać to czy tamto. Ostatnio biorę wyłącznie książki obcojęzyczne. Dlaczego, pytacie? Albowiem, kiedy czytam książki napisane po polsku, albo przetłumaczone na polski, zawsze kusi mnie, aby coś zaznaczać ołówkiem, dopisać komentarz na marginesie, notować fragmenty, które szczególnie mnie zauroczyły i na mnie wpłynęły. Do książki obcojęzycznej, napisanej czy to po angielsku, czy po francusku, nie potrzebuję ołówka, czytam jak leci, byleby gdzieś tam obco dźwięczało, fraza nieznana, a celna.
Idąc dalej jednak i nie tracąc przerwanego wątku. Otóż Kuba po pierwsze kojarzy mi się z basenem, po drugie z Podgórzem, po trzecie z Podgórskim Domem Kultury, a po czwarte z moją codziennością, czyli tym, co czytam, tym, co jem, moimi przejażdżkami rowerowymi do Tyńca czy do klasztoru Kamedułów, obecnością na mszy świętej co niedzielę itp. Innymi słowy, tworzenie mojego świata przez Kubę jest nieuchronne, wnika gdzieś przenikliwie i podskórnie w ukrytą tkankę mojego świata, mojej codzienności, rzeźbiąc ją wytrwale jak rzeźbiarz-mocarz. Otóż, jeszcze więcej, Kuba jest kopalnią historii, nie w tym znaczeniu, że ma ich nieprzebrane bogactwo, choć pewnie ma, ale w tym znaczeniu, że sam jest chodzącą historią, chodzącą literaturą, chodzącym, bardzo ciekawym i jakby gotowym i skończonym, zapisanym światem.
Kuba przynosi ze sobą, w moje skromne progi, raz na dwa czy trzy miesiące, ducha niezwykle ciekawej i zajmującej opowieści. Grając w szachy, jakoś zapętlam się i zaplatam w tę opowieść, mając na uwadze również skwerek na ulicy Daszyńskiego, ławki, na których siedzą staruszki i opowiadają sobie różne historie, sklep warzywny i alkoholowy u Warzechów, te liście letnie nieopodal mojej klatki, które wnet zamienią się w liście jesienne, bibliotekę osiedlową nieopodal mojej klatki, która również jest przecież poddawana tym nieuchronnym, a pięknym, Schulzowskim manipulacjom na suchym ciele jesiennego popołudnia, bo przecież wiemy, ja wiem, że jesień już zaczyna się w lecie, że moje życie wakacyjne w lecie, w tym lecie, wypatruje przedłużenia i nieśmiałej równoległości, w tym, co jesienne. I nie chcę tutaj prawić banałów, że przemijamy, choć przecież ten banał nasuwa się niemal na język jak prawda objawiona, nie chcę tutaj takich truizmów prawić, choć przecież, przecież mieszkam blisko Hali Targowej w Krakowie przeszło 11 lat i niejedna tutaj mnie spotkała przygoda i niejedni goście odwiedzali te moje/nasze teraz, bo jeszcze Piślowe, skromne progi, niejedno się działo światło, niejedna zachodziła i wschodziła ciemność, niejeden żółty jak bania księżyc witałem z mojego małego, przytulnego balkonika, na którym często kiedyś(bo teraz już mniej niestety), paliłem papieroski i wrzucałem potem do wspólnego, korytarzowego słoiczka.
Tak. Kuba jest nieuchronną częścią tych rytmów czasowych, tego lata, tej jesieni, wiosny, zimy.
W szachy graliśmy niespełna pół godziny, ograłem Kubę tym razem.
Jesień mój doktorat
napisany i nieukończony
życie kromki chleba na parapecie
okruszki codzienności gołębie i wróble i sikorki
polityka która mnie nie zajmuje a której jestem świadom
moi wrogowie i moi przyjaciele moi pochlebcy
i moi
wszystko to razem pomieszczone w spiżarni mojej babki w Tarnowie
tam z tamtej spiżarni wylewa się wszystko ogórki i słońce
moja mama w stroju Cyganki jeszcze dziecko
wczoraj świętowałem narodziny dziecka mojego kolegi
był bardzo przejęty
został ojcem
co ja świętuję dzisiaj?
pewnie trochę samotności trochę braku
pewnie to że nie ma Piśla bo jest poza mieszkaniem
pewnie skwer świętuję i ptaszki i piaskownicę
pewnie świętuję samą swoją obecność bo cóż mam więcej i co więcej mi zostało?
pewnie świętuję swoją chroniczną niezaradność
pewnie świętuję to że inni śmieją się ze mnie
pewnie świętuję to że inni na siłę to i tamto
pewnie świętuję to że mieszczę w sobie czas
pewnie świętuję wizytę Kuby choć czy umiem ją świętować?
chciałbym świętować jasność a wychodzi mi szarość
chciałbym świętować jasność a wychodzi mi szarość
pokój mam bardzo schludny posprzątany
książki na półkach i na biurku
jedną grubszą właśnie przed chwilą skończyłem
była o Polsce ale czy Polska jest tutaj?
Bóg gdzieś blisko był potem się oddalił siedzi gdzieś
kwiatek w doniczce zielony
jestem tutaj policzony do najmarniejszych
drobne szare nitki pajęczyn
śpiew skwerów i ulic letnim wieczorem
sobota, 5 lipca 2014
czwartek, 3 lipca 2014
Świetlisty Bunin. Impresja po lekturze zbioru opowiadań "Niegdyś".
Skończyłem czytać Bunina, opowiadania „Niegdyś”. Bardzo piękne, w ogóle nie ckliwe, ani nie sentymentalne, tam jest przeszłość, tradycja, trochę nostalgii podane bardzo uczciwie, przy tym swojsko, ja myślę, że Bunin mógł się uśmiechnąć, kiedy pijak sobie beknął albo pierdnął, jak ja się śmiałem dzisiaj, w tym krakowskim słońcu.
Tam, u Bunina, dużo zieleni, słońca, światła, dużo rozmaitych prac w polu, na roli, przy czym tam jest również targ, brązowe konie, wiosenna biel, handlarze, tam jest flakon wody kolońskiej, dużo natury, „senne pszczoły”, tam jest figurka i obrazek Matki Boskiej, tam jest nieprzerwany potok życia. Oczywiście to jedynie wybrane elementy, które sobie pozaznaczałem. Odniosłem wielką korzyść z tej lektury, powiem lepiej i ściślej: przede wszystkim z tej lektury wyniosłem wielką, nie tylko artystyczną (choć pewnie przede wszystkim), ale również moralną wartość. Chodzi o to , że ja się czegoś od Bunina nauczyłem, tej kreski malarskiej, ja się w Buninie odnalazłem właśnie przez tę malarską kreskę, Bunin jest tak naprawdę wielkim malarzem rosyjskiej prowincji, ale to za mało. Bo Bunin maluje przede wszystkim w kolorach metafizycznych, złotego, płynnego, sennego miodu pszczół, które zapylają kwiaty. Mnie się wydaje, że sen z jednej strony i pszczeli miód i ta zieleń i słońce i dużo pola gospodarskiego i dużo wolnej przestrzeni na tym polu i chłopi pracujący w polu i zwykli ludzie przy czynnościach gospodarskich, mnie się wydaje, że tam gdzieś wydarza się główny Bunin, ten malarz codziennej, rosyjskiej prowincji, ten malarz codzienności, głęboki malarz codzienności. Bunin jest malarzem i jednocześnie metafizykiem codzienności, przenika jej tkankę, ale właśnie na sposób metafizyczny, Bunin jest na antypodach nihilizmu, niszczenia, chociaż przecież w tych jego opowiadaniach sporo jest nostalgii, sporo jest też umierania, śmierci, którą mimo wszystko da się obłaskawić. Jak? Przez obrzęd, ściślej: wiejski obrządek. Baby gromadzące się przy zmarłym w czarnych chustach, ksiądz trzymający krzyż i hostię, Biblia przy łóżku umierającego, to wszystko są pewne emblematy śmierci, a raczej tego, co śmierć czyni ludzką, zwyczajną, po prostu oswojoną. Mówi się teraz często o „skandalu śmierci”, nic bardziej aporetycznego i sprzecznego, oksymoronicznego, słowo śmierć i słowo skandal wzajemnie się znoszą i wykluczają. Śmierć jest częścią życia u Bunina i z życia śmierć się bierze, ma źródło swoje w życiu, więc śmierć jest życiem tam i życie jest tam śmiercią, co by nie powiedzieć. A przede wszystkim, co trzeba koniecznie dodać, Bunin jest wielkim apologetą życia, przede wszystkim sławi uroki życia na wsi, za co ja go bardzo cenię, życie wiejskie jest wspaniałe i to nie ma nic wspólnego z naiwnym, snobistycznym często powrotem do natury. Chodzi o to, że wieś bardzo często sprzyja rozmyślaniom, medytacjom, kontemplacji chwil, przepływającego czasu, łapaniu tego czasu tak jak się łapie wróble, wrony, sikorki.
Więc Bunin jest też poetą rosyjskiego domu, ile tam, w tych opowiadaniach jest elementów domowych właśnie, ile czasu poświęca Bunin kontemplowaniu i wręcz rozkoszowaniu się urokami domowymi, tymi lampami, świecami naftowymi, stołem, obrusami, haftem i koronką, lichtarzami, narzutami, kanapami, sekretarzami. To przecież cały ja z moich wierszy, mniej lub bardziej udanych, ale przepraszam za tę dygresję. Idąc dalej, Bunin jest także poetą codzienności, on się po prostu światem zachwyca. I tutaj intuicja, świat Bunina to nie jest Nietzscheańska makieta, powierzchnia która jedynie samą siebie tłumaczy, czyli powierzchnię tłumaczy li tylko przez powierzchnię, ale świat Bunina, co ważne, ożywia i wręcz stwarza Duch Boży, który przenika wszystkie jego elementy, zarówno widzialne jak i niewidzialne, przy czym trzeba dodać i zauważyć, że u Bunina to, co widzialne z tym, co niewidzialne jest zrośnięte organicznie, po prostu senne pszczoły nad herbatą z miodem lipowym, ot co, to jest cała, niesamowita i niesamowicie głęboka metafizyka dnia codziennego, niesamowita metafizyka niewyczerpalnej głębi świata. Celowo używam tutaj słowa świat a nie słowa powierzchnia, świat jest bowiem słowem o wiele bardziej metafizycznym niż słowo powierzchnia, ponieważ powierzchnia odsyła od razu do czegoś, co nie jest stworzone, czegoś, co powstało samoistnie, czyli rodzaju przypadkowej, teatralnej makiety, niczego więcej. Natomiast świat, jak to się już utarło, odsyła do procesu stwarzania, tworzenia, długiego i żmudnego procesu stwarzania, jak te senne pszczoły nad herbatą z cytryną na werandzie pełnej dymu, białych pajęczyn, babiego lata. Więc stworzenie świata dzieje się przede wszystkim w metafizycznym, odwiecznym teraz, stworzenie świata zawsze implikuje pierwiastek ducha, który świat przenika i nadaje mu właściwy sens oraz kształt. Chodzi o to po prostu, że nie ma świata bez przenikającego ten świat ducha, jeżeli mówimy o świecie prawdziwym, trzeba dodać o przenikającym go duchu, mam nadzieję, że to jasno wyraziłem. U Bunina ten duch jest zawarty właśnie w elementach bardzo małych, drobnych, zwykłych drobiazgach codzienności, jak imbryk z herbatą, jak weranda, jak łóżko, słońce, zieleń, trawy, prace w polu. Tam właśnie najgłębiej przejawia się Boży Duch. Boży Duch przejawia się bowiem najpełniej w życiu, czyli w tym, co żywe. A przede wszystkim Duch Boży przejawia się w zwykłych ludziach, którzy zwyczajnie cieszą się z tego powodu, że żyją i to jest już naprawdę głęboko Boża postawa, a Bunin jest naprawdę głębokim chrześcijaninem, kiedy tę postawę postanawia utrwalić.
Chcę jeszcze napisać, że Bunin lubi to, co ja, czyli staruszki i staruszków. Tam ci staruszkowie są przedstawieni w sposób niebywale czuły, chce się z nimi zasiąść przed domem i posłuchać ich opowieści z kubkiem herbaty w dłoni, patrząc na kopcącą się fajkę opowiadającego dziwne i cudowne opowieści staruszka.
Ja się w Buninie bez reszty zakochałem. To genialny pisarz, przede wszystkim językowo, na bok odkładam te moje, ideowe treści, ale trzeba docenić przede wszystkim nieprawdopodobny, językowy kunszt, kunszt mistrzowskiej frazy. Ogromne wyczucie szczegółu, wrażliwość na konkret, wspomniana przeze mnie wybitna wrażliwość malarska, tworzą z Iwana Bunina, jednego z najciekawszych i najgłębszych malarzy rosyjskiej prowincji XX wieku, jacy kiedykolwiek się pojawili na kartach historii literatury. Bunin nie jest rosyjskim Faulknerem, bo mam wrażenie, że jest od Faulknera lepszy. Naszym, polskim Buninem, jest, i tutaj przyklaskuję Maciejowi Urbanowskiemu, Kazimierz Orłoś.
I niech tak na razie pozostanie.
Tam, u Bunina, dużo zieleni, słońca, światła, dużo rozmaitych prac w polu, na roli, przy czym tam jest również targ, brązowe konie, wiosenna biel, handlarze, tam jest flakon wody kolońskiej, dużo natury, „senne pszczoły”, tam jest figurka i obrazek Matki Boskiej, tam jest nieprzerwany potok życia. Oczywiście to jedynie wybrane elementy, które sobie pozaznaczałem. Odniosłem wielką korzyść z tej lektury, powiem lepiej i ściślej: przede wszystkim z tej lektury wyniosłem wielką, nie tylko artystyczną (choć pewnie przede wszystkim), ale również moralną wartość. Chodzi o to , że ja się czegoś od Bunina nauczyłem, tej kreski malarskiej, ja się w Buninie odnalazłem właśnie przez tę malarską kreskę, Bunin jest tak naprawdę wielkim malarzem rosyjskiej prowincji, ale to za mało. Bo Bunin maluje przede wszystkim w kolorach metafizycznych, złotego, płynnego, sennego miodu pszczół, które zapylają kwiaty. Mnie się wydaje, że sen z jednej strony i pszczeli miód i ta zieleń i słońce i dużo pola gospodarskiego i dużo wolnej przestrzeni na tym polu i chłopi pracujący w polu i zwykli ludzie przy czynnościach gospodarskich, mnie się wydaje, że tam gdzieś wydarza się główny Bunin, ten malarz codziennej, rosyjskiej prowincji, ten malarz codzienności, głęboki malarz codzienności. Bunin jest malarzem i jednocześnie metafizykiem codzienności, przenika jej tkankę, ale właśnie na sposób metafizyczny, Bunin jest na antypodach nihilizmu, niszczenia, chociaż przecież w tych jego opowiadaniach sporo jest nostalgii, sporo jest też umierania, śmierci, którą mimo wszystko da się obłaskawić. Jak? Przez obrzęd, ściślej: wiejski obrządek. Baby gromadzące się przy zmarłym w czarnych chustach, ksiądz trzymający krzyż i hostię, Biblia przy łóżku umierającego, to wszystko są pewne emblematy śmierci, a raczej tego, co śmierć czyni ludzką, zwyczajną, po prostu oswojoną. Mówi się teraz często o „skandalu śmierci”, nic bardziej aporetycznego i sprzecznego, oksymoronicznego, słowo śmierć i słowo skandal wzajemnie się znoszą i wykluczają. Śmierć jest częścią życia u Bunina i z życia śmierć się bierze, ma źródło swoje w życiu, więc śmierć jest życiem tam i życie jest tam śmiercią, co by nie powiedzieć. A przede wszystkim, co trzeba koniecznie dodać, Bunin jest wielkim apologetą życia, przede wszystkim sławi uroki życia na wsi, za co ja go bardzo cenię, życie wiejskie jest wspaniałe i to nie ma nic wspólnego z naiwnym, snobistycznym często powrotem do natury. Chodzi o to, że wieś bardzo często sprzyja rozmyślaniom, medytacjom, kontemplacji chwil, przepływającego czasu, łapaniu tego czasu tak jak się łapie wróble, wrony, sikorki.
Więc Bunin jest też poetą rosyjskiego domu, ile tam, w tych opowiadaniach jest elementów domowych właśnie, ile czasu poświęca Bunin kontemplowaniu i wręcz rozkoszowaniu się urokami domowymi, tymi lampami, świecami naftowymi, stołem, obrusami, haftem i koronką, lichtarzami, narzutami, kanapami, sekretarzami. To przecież cały ja z moich wierszy, mniej lub bardziej udanych, ale przepraszam za tę dygresję. Idąc dalej, Bunin jest także poetą codzienności, on się po prostu światem zachwyca. I tutaj intuicja, świat Bunina to nie jest Nietzscheańska makieta, powierzchnia która jedynie samą siebie tłumaczy, czyli powierzchnię tłumaczy li tylko przez powierzchnię, ale świat Bunina, co ważne, ożywia i wręcz stwarza Duch Boży, który przenika wszystkie jego elementy, zarówno widzialne jak i niewidzialne, przy czym trzeba dodać i zauważyć, że u Bunina to, co widzialne z tym, co niewidzialne jest zrośnięte organicznie, po prostu senne pszczoły nad herbatą z miodem lipowym, ot co, to jest cała, niesamowita i niesamowicie głęboka metafizyka dnia codziennego, niesamowita metafizyka niewyczerpalnej głębi świata. Celowo używam tutaj słowa świat a nie słowa powierzchnia, świat jest bowiem słowem o wiele bardziej metafizycznym niż słowo powierzchnia, ponieważ powierzchnia odsyła od razu do czegoś, co nie jest stworzone, czegoś, co powstało samoistnie, czyli rodzaju przypadkowej, teatralnej makiety, niczego więcej. Natomiast świat, jak to się już utarło, odsyła do procesu stwarzania, tworzenia, długiego i żmudnego procesu stwarzania, jak te senne pszczoły nad herbatą z cytryną na werandzie pełnej dymu, białych pajęczyn, babiego lata. Więc stworzenie świata dzieje się przede wszystkim w metafizycznym, odwiecznym teraz, stworzenie świata zawsze implikuje pierwiastek ducha, który świat przenika i nadaje mu właściwy sens oraz kształt. Chodzi o to po prostu, że nie ma świata bez przenikającego ten świat ducha, jeżeli mówimy o świecie prawdziwym, trzeba dodać o przenikającym go duchu, mam nadzieję, że to jasno wyraziłem. U Bunina ten duch jest zawarty właśnie w elementach bardzo małych, drobnych, zwykłych drobiazgach codzienności, jak imbryk z herbatą, jak weranda, jak łóżko, słońce, zieleń, trawy, prace w polu. Tam właśnie najgłębiej przejawia się Boży Duch. Boży Duch przejawia się bowiem najpełniej w życiu, czyli w tym, co żywe. A przede wszystkim Duch Boży przejawia się w zwykłych ludziach, którzy zwyczajnie cieszą się z tego powodu, że żyją i to jest już naprawdę głęboko Boża postawa, a Bunin jest naprawdę głębokim chrześcijaninem, kiedy tę postawę postanawia utrwalić.
Chcę jeszcze napisać, że Bunin lubi to, co ja, czyli staruszki i staruszków. Tam ci staruszkowie są przedstawieni w sposób niebywale czuły, chce się z nimi zasiąść przed domem i posłuchać ich opowieści z kubkiem herbaty w dłoni, patrząc na kopcącą się fajkę opowiadającego dziwne i cudowne opowieści staruszka.
Ja się w Buninie bez reszty zakochałem. To genialny pisarz, przede wszystkim językowo, na bok odkładam te moje, ideowe treści, ale trzeba docenić przede wszystkim nieprawdopodobny, językowy kunszt, kunszt mistrzowskiej frazy. Ogromne wyczucie szczegółu, wrażliwość na konkret, wspomniana przeze mnie wybitna wrażliwość malarska, tworzą z Iwana Bunina, jednego z najciekawszych i najgłębszych malarzy rosyjskiej prowincji XX wieku, jacy kiedykolwiek się pojawili na kartach historii literatury. Bunin nie jest rosyjskim Faulknerem, bo mam wrażenie, że jest od Faulknera lepszy. Naszym, polskim Buninem, jest, i tutaj przyklaskuję Maciejowi Urbanowskiemu, Kazimierz Orłoś.
I niech tak na razie pozostanie.
sobota, 21 czerwca 2014
Modlitwa za Arras.
Staruszek laptop zapadł w głęboką śpiączkę. Jego
dusza zapewne ożyje w sobotę. Chciałem w chwili jego uśpienia, może nawet
śmierci, napisać, że przeczytałem „Mszę za miasto Arras” Andrzeja
Szczypiorskiego. Przede wszystkim zwrócił moją uwagę język tej krótkiej
powieści. Niekiedy, a może nie niekiedy: bardzo często przypominał mi język
Celine’a. Zarówno z Celine’a „Podróży do kresu nocy”, ale może przede wszystkim
ze „Śmierci na kredyt”, bardzo pięknej, żywej i czarnej powieści
autobiograficznej Celine’a. „Msza za miasto Arras” to również rodzaj czarnej
modlitwy, próbującej dotrzeć do ukrytego jądra rzeczy. Jądro jest również
ciemne. Tym jądrem jest przede wszystkim śmierć. Ale śmierć napisana i
przemyślana w taki sposób, że jądrem tej śmierci jest również religia. Więc
religia i śmierć, o tych dwóch rzeczach chyba przede wszystkim opowiada „Msza
za miasto Arras”. Religia jest tam także ciemnością, chrześcijanie rzezają
Żydów i Żydzi rzezają chrześcijan, w zasadzie można powiedzieć, że religia tam
przynosi śmierć, a szczęśliwym zbiegiem okoliczności jest ocalenie swojego
życia, które jednak również jako takie nie posiada sensu: a może posiada? Może
istnieje tylko sens wyższy, czyli zabijanie Żydów, zabijanie chrześcijan,
nieustające rzezie w imię wiary, może wiara i religia traktowane w „Mszy za
miasto Arras” śmiertelnie serio są odpowiedzią na pustkę i ból życia?
Szczypiorski jednak mówi nie: w religii (w ciemnym jej jądrze), jak i w wierze
jak i w zabijaniu z tak zwanych „wyższych pobudek”, sens nie istnieje, wszędzie
bowiem przewija się ta sama pustka, pustka mantryczna rzeklibyśmy, bo widoczna
w języku „W imię Ojca i Syna i Ducha świętego amen”, to nieustannie powracająca
w powieści fraza, która tworzy wrażenie mantry, albo też modlitwy, może bowiem
książkę Szczypiorskiego da się potraktować jako formę modlitwy? Ciemnej
modlitwy z głębin ciemnego serca, o co prosi Boga narrator powieści? Trudno
powiedzieć, może prosi go przede wszystkim o ocalenie z rzezi i pogromu. Mnie
się wydaje, że tę prozę można nazwać poetycką prozą ciemności. „Msza za miasto
Arras” w całości jest ujawnieniem ciemności, a przecież słowo „ujawnienie” nosi
w sobie słowo „jawny”, jak i słowo „jawa”, więc generalnie chodzi o taką
ciemność, która istnieje w ujawnieniu, nie wiem, czy jasnym ujawnieniu,
ujawnienie może być również ciemne i takim zapewne jest w przypadku „Mszy za
miasto Arras”, ale chodzi głównie o fakt nie jasności, nie mylić jasności z
jawnością, ale chodzi o fakt jawności, czyli że ciemność w „Mszy za miasto
Arras” jest jawnością, jest jawna, to jest ciemność ujawniona, czyli ciemność
jawna. Więc w „Mszy za miasto Arras” chodzi o pewne, kluczowe dla człowieka
sprawy. Przede wszystkim na wskazanie wiary i religii jako na ciemny rdzeń
człowieczeństwa i najważniejszą rzecz w człowieku, rzecz, która z jednej strony
jest pierwotna, lecz z drugiej przeszła przez różne transformacje i
wynaturzenia kulturowe oraz polityczne. Oraz druga rzecz w tej opowieści jest
bardzo ważna: mianowicie patrzenie na ten ciemny rdzeń w sposób jawny, albo jeszcze
lepiej: ujawniony.
W powieści Szczypiorskiego chodzi bowiem głównie o język. Szczypiorski jest jak Odojewski, Haupt, trochę Buczkowski, Kuśniewicz, może nieco ma z Schulza, generalnie podobny typ „kresowej” wrażliwości na język jest tam zawarty, a gdy mówię słowo „kresowy”, to mam na myśli nie tylko kulturowy tygiel, w którym kotłują się wiary, światopoglądy, religie, języki, lecz także to, co z tego tygla się wyłania, czyli esencja, sama, najczystsza esencja języka, która przeszła przez te wszystkie konfrontacje, pola, walki, tarcia i ścierania, chodzi mi o głównie o to, że u Szczypiorskiego mamy do czynienia z samą esencją języka, z czymś czystym i pierwotnym. Najciekawsze jest u Szczypiorskiego to, że to, co czyste i pierwotne jest również ciemne, z tym, że w wypadku ciemności tej nie sposób użyć słowa: skalany, innymi słowy ciemność u Szczypiorskiego nie jest zmazą, ale czymś czystym, białym. Więc jest bardzo dobrze pisarsko i poetycko wygrany ten dualizm: ciemności i czystości. Chodzi o to, że ciemność w „Mszy za miasto Arras” jest biała, ta powieść oddycha, na jednym pewnie pisana strumieniu (bo to jest strumień świadomości, ale to oczywistość), oddycha bielą i czystością. Więc jest u Szczypiorskiego coś takiego, co znajdziemy u Celana, kiedy Celan używa metafory: „czarne mleko poranka pijemy cię nocą, pijemy za dnia”. Więc Szczypiorski robi to samo w „Mszy za miasto Arras”, co Celan w „Fudze śmierci”, czyli łączy kontrasty: ciemność i biel. Z tym, że to łączenie to jest nie jakieś tam zestawianie oksymoroniczne, żeby ukazać pułapki i sprzeczności człowieczej kondycji. Nie o takie banały tutaj chodzi. Chodzi bowiem o ukazanie, że ciemność jest bielą a biel jest ciemnością, że ciemność jest czystością, a czystość jest ciemnością. I że w rzezaniu się z powodów religijnych, tak jak w mordowaniu się na tle rasowym, właśnie te dwa porządki się mieszają. Przy czym znowu, choć od historii i polityki nie da się abstrahować, znowuż to nie one wydają mi się najważniejsze w „Mszy za miasto Arras”, choć przecież niewątpliwie są to rzeczy podstawowe, podstawowe, ale nie prymarne. Pierwszeństwo ma chyba bowiem pewna antropologiczna konsekwencja, a mówiąc nieco mniej brzydko, pewna poetycka konsekwencja, która skutkuje przyrostem wiedzy o człowieku. Chodzi mianowicie o przezwyciężenie porządków dualnych (wszelakich i nie będę ich tutaj wymieniał, bo to też oczywistości), i ukazanie, czy lepiej: ujawnienie ich przenikania na wielu płaszczyznach: religijnej, kulturowej, społecznej, w końcu na tej najbardziej jednostkowej i intymnej: płaszczyźnie indywidualnej wiary. Ta ostatnia płaszczyzna jest w „Mszy za miasto Arras” ukazana najpiękniej: to znaczy człowiek, jednostka, ktoś niewymienialny, niepodrabialny i powiedzmy ogranie, oryginalny, ktoś, kto ucieka z miasta Arras, ktoś, kto wybiera emigrację zewnętrzną (zewnętrzność jest wewnętrznością w tej książce i vice versa).
Powracając do pewnych rzeczy i wątków: po pierwsze kontekst Celine’a i bardzo podobna melodia języka, melodia, która nie brzydząc się jednoznaczności, brnie w wieloznaczność, która staje się równocześnie rodzajem poetyckiej jednoznaczności w znaczeniu suwerennego wyboru takiego a nie innego języka opowiadania o świecie. Celine również poprzez swoją poetycką subtelność, niuanse, smaczki wewnątrz samego języka, rozśpiewanie wewnątrz tej ciemno-jasnej melodii języka. No i również poprzez rodzaj ciepła, bo powieść Szczypiorskie go to nie jest tylko zimny, krystaliczny sztylet języka (jak u Celana), ale to jest również język, który chce pokazać rodzaj ciepła czy swojskości świata, pokazuje go gdzieś między tą główną melodią czy mantrą, pokazuje go delikatnie i nienachalnie, ale jednak ukazuje, nie omija tego aspektu ciepła.
Po drugie jest ta filozofia czy antropologia, która jest przede wszystkim poezją, czyli nie tyle łączenie przeciwieństw, co bycie przeciwieństwem w jedności, albo jedności jako przeciwieństwa, czyli ukazanie tego przenikania się przeciwstawnych porządków nie na zasadzie oksymoronu, ale zmiennej, można powiedzieć kolorowej mozaiki, trochę kalejdoskopu.
I po trzecie ten Celan: z tym, że „Msza za miasto Arras” jest mądrzejsza niż Celan w aspekcie mniej totalitarnego podejścia do języka. Nie język jest najważniejszy u Szczypiorskiego, ale człowiek, który z tego języka się wyłania.
Te trzy rzeczy chciałbym zapamiętać, kiedy pomyślę o „Mszy za miasto Arras” Andrzeja Szczypiorskiego, choć wiem, że to mało. I jeszcze czwarta, dla mnie najważniejsza. Że jest ta książka, ten monolog, czy strumień pamięci rodzajem modlitwy za poległych. Jest też rodzajem modlitwy skierowanej nie tylko do człowieka jak myślę, lecz także do Boga ukrytego w tym ciemnym, chłodnym jądrze człowieczeństwa, o którym pisałem na początku.
Więc trop najważniejszy dla mnie poetycko (i antropologicznie), który się z tych wyznań lekturowych wyłania to trop literatury jako modlitwy. Poezji jako modlitwy. Rzecz niesłychanie mi bliska, bo nie ma większej intymności człowieka i Boga aniżeli właśnie w modlitwie i poprzez modlitwę. Ten ciemny i chłodny strumień modlitwy, bardzo piękny i konsekwentny, będzie dla mnie ważną lekturą i znakiem, że literatura nie wyczerpuje się w języku, ale jest bytem dialogicznym, szukającym potwierdzenia w Bogu i człowieku.
To najważniejsza lekcja, lekcja modlitwy jaką wyniosłem z lektury „Mszy za miasto Arras” Andrzeja Szczypiorskiego.
W powieści Szczypiorskiego chodzi bowiem głównie o język. Szczypiorski jest jak Odojewski, Haupt, trochę Buczkowski, Kuśniewicz, może nieco ma z Schulza, generalnie podobny typ „kresowej” wrażliwości na język jest tam zawarty, a gdy mówię słowo „kresowy”, to mam na myśli nie tylko kulturowy tygiel, w którym kotłują się wiary, światopoglądy, religie, języki, lecz także to, co z tego tygla się wyłania, czyli esencja, sama, najczystsza esencja języka, która przeszła przez te wszystkie konfrontacje, pola, walki, tarcia i ścierania, chodzi mi o głównie o to, że u Szczypiorskiego mamy do czynienia z samą esencją języka, z czymś czystym i pierwotnym. Najciekawsze jest u Szczypiorskiego to, że to, co czyste i pierwotne jest również ciemne, z tym, że w wypadku ciemności tej nie sposób użyć słowa: skalany, innymi słowy ciemność u Szczypiorskiego nie jest zmazą, ale czymś czystym, białym. Więc jest bardzo dobrze pisarsko i poetycko wygrany ten dualizm: ciemności i czystości. Chodzi o to, że ciemność w „Mszy za miasto Arras” jest biała, ta powieść oddycha, na jednym pewnie pisana strumieniu (bo to jest strumień świadomości, ale to oczywistość), oddycha bielą i czystością. Więc jest u Szczypiorskiego coś takiego, co znajdziemy u Celana, kiedy Celan używa metafory: „czarne mleko poranka pijemy cię nocą, pijemy za dnia”. Więc Szczypiorski robi to samo w „Mszy za miasto Arras”, co Celan w „Fudze śmierci”, czyli łączy kontrasty: ciemność i biel. Z tym, że to łączenie to jest nie jakieś tam zestawianie oksymoroniczne, żeby ukazać pułapki i sprzeczności człowieczej kondycji. Nie o takie banały tutaj chodzi. Chodzi bowiem o ukazanie, że ciemność jest bielą a biel jest ciemnością, że ciemność jest czystością, a czystość jest ciemnością. I że w rzezaniu się z powodów religijnych, tak jak w mordowaniu się na tle rasowym, właśnie te dwa porządki się mieszają. Przy czym znowu, choć od historii i polityki nie da się abstrahować, znowuż to nie one wydają mi się najważniejsze w „Mszy za miasto Arras”, choć przecież niewątpliwie są to rzeczy podstawowe, podstawowe, ale nie prymarne. Pierwszeństwo ma chyba bowiem pewna antropologiczna konsekwencja, a mówiąc nieco mniej brzydko, pewna poetycka konsekwencja, która skutkuje przyrostem wiedzy o człowieku. Chodzi mianowicie o przezwyciężenie porządków dualnych (wszelakich i nie będę ich tutaj wymieniał, bo to też oczywistości), i ukazanie, czy lepiej: ujawnienie ich przenikania na wielu płaszczyznach: religijnej, kulturowej, społecznej, w końcu na tej najbardziej jednostkowej i intymnej: płaszczyźnie indywidualnej wiary. Ta ostatnia płaszczyzna jest w „Mszy za miasto Arras” ukazana najpiękniej: to znaczy człowiek, jednostka, ktoś niewymienialny, niepodrabialny i powiedzmy ogranie, oryginalny, ktoś, kto ucieka z miasta Arras, ktoś, kto wybiera emigrację zewnętrzną (zewnętrzność jest wewnętrznością w tej książce i vice versa).
Powracając do pewnych rzeczy i wątków: po pierwsze kontekst Celine’a i bardzo podobna melodia języka, melodia, która nie brzydząc się jednoznaczności, brnie w wieloznaczność, która staje się równocześnie rodzajem poetyckiej jednoznaczności w znaczeniu suwerennego wyboru takiego a nie innego języka opowiadania o świecie. Celine również poprzez swoją poetycką subtelność, niuanse, smaczki wewnątrz samego języka, rozśpiewanie wewnątrz tej ciemno-jasnej melodii języka. No i również poprzez rodzaj ciepła, bo powieść Szczypiorskie go to nie jest tylko zimny, krystaliczny sztylet języka (jak u Celana), ale to jest również język, który chce pokazać rodzaj ciepła czy swojskości świata, pokazuje go gdzieś między tą główną melodią czy mantrą, pokazuje go delikatnie i nienachalnie, ale jednak ukazuje, nie omija tego aspektu ciepła.
Po drugie jest ta filozofia czy antropologia, która jest przede wszystkim poezją, czyli nie tyle łączenie przeciwieństw, co bycie przeciwieństwem w jedności, albo jedności jako przeciwieństwa, czyli ukazanie tego przenikania się przeciwstawnych porządków nie na zasadzie oksymoronu, ale zmiennej, można powiedzieć kolorowej mozaiki, trochę kalejdoskopu.
I po trzecie ten Celan: z tym, że „Msza za miasto Arras” jest mądrzejsza niż Celan w aspekcie mniej totalitarnego podejścia do języka. Nie język jest najważniejszy u Szczypiorskiego, ale człowiek, który z tego języka się wyłania.
Te trzy rzeczy chciałbym zapamiętać, kiedy pomyślę o „Mszy za miasto Arras” Andrzeja Szczypiorskiego, choć wiem, że to mało. I jeszcze czwarta, dla mnie najważniejsza. Że jest ta książka, ten monolog, czy strumień pamięci rodzajem modlitwy za poległych. Jest też rodzajem modlitwy skierowanej nie tylko do człowieka jak myślę, lecz także do Boga ukrytego w tym ciemnym, chłodnym jądrze człowieczeństwa, o którym pisałem na początku.
Więc trop najważniejszy dla mnie poetycko (i antropologicznie), który się z tych wyznań lekturowych wyłania to trop literatury jako modlitwy. Poezji jako modlitwy. Rzecz niesłychanie mi bliska, bo nie ma większej intymności człowieka i Boga aniżeli właśnie w modlitwie i poprzez modlitwę. Ten ciemny i chłodny strumień modlitwy, bardzo piękny i konsekwentny, będzie dla mnie ważną lekturą i znakiem, że literatura nie wyczerpuje się w języku, ale jest bytem dialogicznym, szukającym potwierdzenia w Bogu i człowieku.
To najważniejsza lekcja, lekcja modlitwy jaką wyniosłem z lektury „Mszy za miasto Arras” Andrzeja Szczypiorskiego.
niedziela, 15 czerwca 2014
Opowieści z dziupli. Głębsze dzieciństwo.
Jak
tu zacząć wspominanie Tarnowa? Pewnie od tego, że jako maleńki,
biały, bielutki, bieluchny i strasznie mały chłopiec leżałem w
wózeczku na balkonie i filozofowałem. A prababka Janka brała mnie
na ręce i tuliła. Pewnie zapomniałem o tym, że druga babka Janka
wciąż w moich snach stoi przy piecu kaflowym i grzeje plecy. Musi
się grzać, nawet nie wiecie, jakie to jest ważne, kiedy jest
człowiekowi ciepło i ma, co jeść. Ja tego nigdy nie doceniałem,
nawet wtedy, kiedy usiłowałem doceniać albo owo docenianie
udawałem. Pamiętam, z takim człowiekiem rozmawiałem, na pierwszym
roku studiów, nie szła mi rozmowa z tym człowiekiem, byłem
zdenerwowany, spięty, ale pomyślałem sobie taką rzecz:
najważniejsze to mieć, co jeść, mieć, gdzie mieszkać i pić co
wieczór ciepłą herbatę z cytryną. A potem to ja poznałem wielu
takich, niedobrych ludzi na moich studiach, a potem jeszcze innych
ludzi ja poznałem i do dzisiaj ci niedobrzy ludzie mnie prześladują,
tak jak tamten, pierwszy, napotkany człowiek mnie prześladował, bo
jestem pewien, że on nie wiedział, że najważniejsze to mieć dach
nad głową, ciepłe jedzenie, skarpety, bambosze, kalesony. Ja
bardzo wielu niedobrych ludzi spotkałem ci ja na swojej drodze i
bardzo też niedobre, toksyczne baby ci ja spotkałem na swojej
drodze, ale spotkałem ci ja przepięknych ludzi na swojej drodze i
piękne, dobre kobiety z białym sercem synogarlicy, która wzbija
się w powietrze w jasnym słońcu nad arką.
Więc
tak. Na podwórku to stał ci trzepak. Ten trzepak metalowy, szary do
dzisiaj stoi. Ale z nikim się pod tym trzepakiem nie bawiłem. Nawet
nie straszyłem kotów. Tylko dokuczaliśmy z Dziudzią takiemu
starszemu gościowi, co ciągle palił papierosy i żył bardzo
długo: ty dziadu stary, ty dziadu, a on się na nas wściekał. Albo
ci ja przykleiłem do włosów gumę naszej koleżance z sąsiedztwa,
czego teraz bym nie zrobił, bo uznaję takie gesty za niepotrzebne.
Może zatem dlatego, że tak psociłem i byłem niedobry dla moich
rówieśnic i rówieśników (jednego tak ośmieszyłem podle, że
tańcząc z nim sambę, wylądowała pupa jego nieśmiało w koszu na
śmiecie). Taki ci ja byłem niedobry. Do dzisiaj mam tę
nienawiść do ludzi sporą, ogromną olbrzymią, kiedy są dla mnie
niedobrzy i równocześnie przeolbrzymią czułość, zmiłowanie,
wyrozumienie i troskliwość, kiedy są dla mnie dobrzy, czyli kiedy
mnie chwalą i podziwiają. Jestem bowiem bezwzględny dla tych,
którzy mnie łają i ganią i niezwykle pobłażliwy i kochający
dla tych, którzy mnie chwalą, głaszczą i podziwiają. Taki ci już
jestem, ale chwalić Boga wcale może taki nie jestem, tylko tak
siebie opisuję, a to może co innego? Choć przecież prawda zawsze
jest z ciała i krwi, czasem jest z głębokiej czerni ziemi, czasem
z zieleni drzew, kiedy jest poetycko i przez firanki do pokoju wpada
słońce. A właśnie z tymi, którzy mnie ganią, to ja się nie
umiem porozumieć, albo nie chcę ci ja z nimi rozmawiać, a z tymi,
którzy mnie chwalą, to chcę ci ja ciągle rozmawiać i ciągle z
nimi przebywać i pić z nimi wódkę anyżówkę do białego rana, a
potem przez cały następny dzień pić z nimi piwo, żeby potem,
następnego dnia, cały dzień przespać pijąc nieustannie kefir i
zsiadłe mleko dla regeneracji ciała i duszy. Więc. Więc
niewątpliwie poeci. Nienawidzę tej kasty, jest straszna, okropna,
wykolejona, wygnałbym ich w siną dal albo zepchnął do
najgłębszych podziemi. Jest to kasta do głębi i ze wszechmiar
niezrównoważona psychicznie i emocjonalnie i ja naprawdę nie wiem,
jaka jest ich misja na ziemi, jakie powołanie, co oni tutaj chcą
zrobić swoim nieustającym piciem, pisaniem, narzekaniem, płakaniem,
pierdzeniem w stołek, mędrkowaniem, pseudo intelektualnymi
wynurzeniami, jak również dobrymi, czasem bardzo dobrymi wierszami,
czasem wierszami przyzwoitymi, czasem niezłymi, a czasem
oszałamiająco dobrymi. Więc mnie się wydaje tak tylko nieśmiało,
żeby nie zwracać uwagi na poetów, przynajmniej niektórych, bo jak
się spotka porządnego poetę, co pije herbatę z cytryną i grzeje
plecy przy piecu kaflowym, to na niego trzeba zwrócić uwagę,
porozmawiać z nim, przypochlebić się mu i podlizać, bo to
przeważnie poeta sukcesu (przeważnie spektakularny sukces literacki
osiągają poeci pijący herbatę a nie ci, którzy żłopią tę
przeklętą wódę, czy piją to prostackie, przeklęte piwsko). Więc
z takim poetą trzeba się przyjaźnić, chodzić na jego spotkania,
dzwonić do niego z okazji świąt i okrągłych rocznic, bo to poeta
poważny i uznany, który może przynieść korzyść. Natomiast nie
należy zaznajamiać się i kolegować z innymi poetami, którzy nic
innego nie robią oprócz tego, że piją,łkają, wrażliwi są i
pięknie piszą, otóż z takimi poetami nie należy się kolegować
i wręcz powiem, że należy takich poetów unikać, zmykać przed
nimi, gdzie pieprz rośnie. Na swojej drodze spotkałem kilku poetów
i najbardziej właśnie nienawidziłem lewicujących, niby wrażliwych
na cudzą ułomność poetów lewicy, którzy podszywają się
jedynie pod miłosierdzie, a tak naprawdę niemiłosiernie kpią z
tych, których niby ochraniają, czyli wiadomo z kogo.Otóż takich
poetów ci ja nie znosiłem i było mi z nimi nie po drodze i uznałem
ci ja ich za niedobrych ludzi i do dzisiaj tę nienawiść do nich i
niechęć do nich noszę w sercu. I spotkałem ci ja na swojej drodze
kilku ludzi prawicy i uważam, że oni mogą być również
niewiarygodnymi wprost bałwanami, bufonami, zgredami,
zarozumialcami, i żywię jak najbardziej ambiwalentne uczucia do
ludzi prawicy, chociaż bliżej mi do ludzi prawicy niż do
lewicujących, niby wrażliwych poetów lewicy, ale nie mogę
wykluczyć, że również ludzie prawicy są zdolni mnie wyprowadzić
z równowagi przez swoją olbrzymie zadufanie i bufonadę, jakby to
do nich wyłącznie należał przywilej pisania arcydzieł.
Aczkolwiek uważam, że jeśli mowa o prawdziwym pisarzu, to mowa
przede wszystkim o pisarzu reakcyjnym i ortodoksyjnie, wręcz
hermetycznie katolickim, który na nikim nie zostawia suchej nitki. I
jeśli mowa o prawdziwym pisarzu, to o takim mowa, który jest przede
wszystkim solistą, nie śpiewa w żadnym chórze, w tym, może nawet
przede wszystkim w chórze akademickim.
A
jeśli chodzi o moje dzieciństwo, to szczęśliwe ci ja miałem
dzieciństwo. Teraz to ja sobie, ja ci ja sobie nie wyobrażam
takiego dzieciństwa, że mógłbym ci ja znowu, w Tarnowie, przeżyć
powtórnie takie dzieciństwo, choć przecież wszystko jest możliwe,
nawet, kiedy wczoraj zostałem wysłany na górniczą emeryturę
przez poetkę ze Śląska. Więc miałem wspaniałe, wręcz cudowne
dzieciństwo, bo pamiętam, że było mi dobrze w swoim dzieciństwie
jak w białym, przytulnym kokonie, wypełnionym delikatnymi nitkami
pajęczyn i babiego lata, ale z drugiej strony, kiedy patrzę na
swoją dzieciństwo teraz, jako starzec, widzę, że miałem ci ja z
drugiej strony bardzo samotne dzieciństwo, chociaż przecież
dokazywałem ciągle z kolegami, pamiętam ci ja przecież, że jako
jedynak od urodzenia, byłem ci ja zaprogramowany, jeśli nie na
solistę, to na samotnika. Więc sam ze sobą bawiłem się ciągle i
tak mi już zostało. Najłatwiej jest opowiedzieć swoje życie,
trochę trudniej jest opowiedzieć cudze życie, a mnie się wydaje,
że o wiele lepiej opowiedzieć cudze życie niż własne życie
opowiedzieć, bo co za sztuka opowiedzieć własne życie. Więc ja
lubię czytać o cudzym życiu, ja ci ja na przykład ks.
Twardowskiego „Autobiografię” ostatnio przeczytałem i uważam
ja ci ja zupełnie, najzupełniej, że to jest bardzo ciekawa i
bardzo piękna książka. I myślę ci ja, że takim o wiele jeszcze
bardziej pięknym procesem jest zgłębianie cudzego życia,
wgryzanie się w cudze życie, kiedy jest się na przykład
historykiem literatury albo pisarzem, albo psychoterapeutą czy
księdzem. Myślę, że życie, które opowiada o cudzym życiu jest
ciekawsze, aniżeli takie życie, które jedynie o sobie samym
potrafi opowiadać, bo cóż to za sztuka? Owszem, można o sobie
opowiadać zajmująco, ale myślę ja ci ja, że ja ci ja już tę
sztukę jeżeli nie utraciłem, to mocno nadszarpnąłem w związku z
pewną nadwyżką obiektywizacji, obiektywizacji, która stała się
nieuchronną częścią mojego wieloletniego studiowania, które
sprawiło, że z powodów najpierw przyziemnych i pragmatycznych, z
powodu konieczności dostosowania się do wymogów studiowania,
musiałem ci ja uznać wyższość cudzego życia nad swoim.
I
długo, bardzo długo przeciw temu, mniej lub bardziej buntowałem
się, dopóki nie poddałem się i nie zacząłem pisać wierszy,
nawet wtedy, kiedy o sobie, to o innych ludziach, bo ja nie pamiętam,
czy ja ci ja kiedykolwiek napisałem wiersz o sobie, nawet kiedy ten
wiersz bowiem tylko mnie dotyczy, to w dalszym ciągu nie jest on o
mnie, ale zupełnie o czymś innym, czego ja tutaj na razie nie
podejmuję się nazwać, bo to by zepsuło, całkowicie zepsuło całą
zabawę. Ale właśnie ów problem, problem jakże szlachetny i
ważny, życia cudzego mnie nurtuje istotnie. Nie mówię tutaj o
wulgarnym przeniesieniu i zaczytywaniu się albo w autobiografiach
albo w poradnikach czy pismach o celebrytkach i celebrytach, czy nie
mówię już tutaj o zwykłym podsłuchiwaniu sąsiadki albo sąsiada,
albo całej rodziny, albo sąsiadki, która gra w brydża ze swoimi
kompanami, staruchami i staruszkami, nie, o tym nie mówię, a nawet,
kiedy mówię o tym, to w ogóle nie to mam na myśli i mówię o
czymś całkowicie innym.
Więc
jeśli już pisać, to przede wszystkim o cudzym życiu, innym życiu,
nie swoim życiu, po co pisać o swoim życiu?
Przecież
to, co mamy naprawdę pod ręką, to jest pisanie tylko o swoim
życiu. I jednocześnie, to co naprawdę ważne w tym życiu, mam
wrażenie, nie do końca mną jest, o ile coś takiego jak „ja” w
ogóle istnieje, ale pewną, bardzo istotną interakcją ze światem,
bo, by tak rzec, bez tejże ze światem interakcji, nie ma mowy o
życiu, a bardziej jest mowa o śmierci, bo śmierć to jest nic
innego jak brak interakcji ze światem. Więc nawet, kiedy piszę o
zdarzeniach, które się mnie przytrafiły, uruchamiam tutaj nie
„siebie”, nie „sobą”, ale dziwnym, choć przyznam, czasem
ciekawy moment interakcji ze światem, w którym coś się mniej lub
bardziej jasno klaruje, moje życie, ale nie ja.
Wszystko
to piszę tylko po to, aby usprawiedliwić mój nieokiełznany
narcyzm, bo kiedy tak sobie czy to truchtem czy galopem, wchodzę w
zaczarowany czy odczarowany obszar mojego dzieciństwa, to nie o
dzieciństwo znowu pytam, ale o perspektywę, która na dzieciństwo
pozwala mi spojrzeć jakoś tak albo jakoś inaczej.
Więc
tak. Moja perspektywa znowu nie należy do mnie, ale jest wypadkową
rozmaitych czynności i energii kosmicznych, na które mam znikomy
wpływ. Więcej powiem, jestem coraz bardziej istotnie przekonany, że
krajobraz mojego świata (zarówno wewnętrznego jak i zewnętrznego),
dość mocno odstaje od pozostałych krajobrazów światowych,
zewnętrznych i wewnętrznych. Co nie znaczy, że nie da się ze mną
porozmawiać, bo się da, nie jestem aż tak obłąkany, natomiast
problematyczna byłaby ze mną korespondencja we wszelkiej formie,
włączam w to rozmaite czaty, rozmowy na forach literackich, w
których mój awatar musiałby się nieudolnie dostosować do awatara
cudzego, co w wielu przypadkach byłoby po prostu żenujące i
nieprawdziwe, dlatego unikam ci wszelkich form korespondencji, bo
wtedy jasno widzę, że to do niczego nie prowadzi oprócz klęski
zupełnej i kompletnej katastrofy, że ja w tym wymyślonym „ja”,
to nie ja jestem, nie sobą, i ten ja cudzy, którego stwarzam,
zupełnie jest nieprzekonujący i dla mnie i dla innych moich
respondentów jak myślę. Więc wolę tutaj sobie, w cichości, przy
herbacie malinowej, ten dialog ze sobą prowadzić ważny mniej lub
bardziej, dialog, którego celem jest przyłapanie siebie na gorącym
uczynku, próba odnalezienia pogrzebanego pod zwojami i fałdami
czasu, minionego i pradawnego „ja”, „siebie”, „sobą”,
aby postmodernistom udowodnić, że istota jest, żyje i ma się
całkiem dobrze, że jestem jednością ducha, ciała, duszy, że
żyję i myślę podobnie jak myślałem, choć przecież...
Na
dzisiaj koniec. I nie obchodzi mnie pierwsze wspomnienie, może żadne
wspomnienia mnie nie obchodzą, zadaję sobie teraz gruntowne i ważne
pytanie, co mnie naprawdę obchodzi, ale na dzisiaj koniec. Idźcie
spać. I poczytajcie wcześniej dzieciom do snu moje bajki, bo Wam
nie mówiłem jeszcze, ale przyśniła mi się piękna opowieść o
dziejach pradawnych pszczół, opowieść dla dzieci, młodzieży,
dorosłych i starców, dzieło totalne, ale już dość. Idźcie
spać. I dzieciom swoim do snu opowiedzcie bajki, niech się kołderką
przykryją, niech głowę do podusi przyłożą i niech sobie zasną
słodko, te królewny i królewicze.
poniedziałek, 2 czerwca 2014
Rozsypane okruszki dla wróbelków. Mała uwaga o Hrabalu wokół "Zbyt głośnej samotności".
Przeczytałem po raz drugi czy trzeci Hrabala "Zbyt głośną samotność". Kiedyś usłyszałem na zajęciach z antyku (prawda, że miłe?), zdanie, że to najlepsza powieść Hrabala. Nie wiem. "Obsługiwałem angielskiego króla" jest jaśniejsze, tam jak się kąpią dzieci, to się faktycznie kąpią w słońcu, natomiast w "Zbyt głośnej" to słońce jakby za chmurą, niby dzieciaki kąpią się w lecie, a jednak jest pochmurno, może za chwilę zacznie padać deszcz. No ten Hrabal. Tischner dobrze napisał, że ów pisarz czeski to jest głęboki rewelator nieistnienia, kiedy napisał, że bohaterowie Hrabala nie są z krwi i kości, ale to zjawy, fantomy, postacie nierealne. Bardzo dobra intuicja Tischnera, bo przecież podejście do materii świata narratora powieści autora "Pociągów pod specjalnym nadzorem" jest właśnie nierealne, z pogranicza snu i jawy, albo inaczej: jest to świat przeniknięty tak na wskroś i znakomicie, świat tak znakomicie zinterpretowany i przy pomocy metafory spenetrowany, świat tak mocno jak żółta, ciężka od wody gąbka, nasączony językiem, że nie tyle mówimy tutaj o alternatywnym świecie, autonomicznym świecie, pozorze świata itp, ale mówimy tutaj, bądź powinniśmy mówić o najprawdziwszym z prawdziwych światów, co prawda stworzonym od początku do końca w jedynym i nie dającym się podrobić języku, ale właśnie: świecie prawdziwym, ponieważ do głębi zinterpretowanym i przenikniętym przy pomocy metafory. Bo dla Hrabala świat to teren zmagania się metafor, które, jak to w wypadku prawdziwej poezji, nie oddalają od świata, ale tak mocno, tak niebywale i cholernie silnie doń przybliżają, że w zasadzie ciężko jest znieść tegoż świata materii tchnienie i oddech, ciężko jest przejść do porządku dziennego nad tegoż świata ukrytym duchem, który przecież, w chwilach zwiększonej grozy, kiedy rana pisarza zostanie otwarta, blizna napoczęta i nadwyrężona, nie daje się tak łatwo znieść i oswoić, dlatego ów wylew światowej materii, który niczym innym jest jak procesem pisania (czyli stwarzania, to jest nazywania adekwatnego tego, co jest), jest również swoistym i niezwykle oryginalnym, lecz także nieuchronnie potrzebnym rodzajem ochronnego pancerza przed tego świata ukrytymi, głębinnymi i otchłannymi kłami, które szarpią, kiedy niebezpieczny dryf znosi pisarza w stronę głębin. A dotarcie do światowych głębin jest dla Hrabala niczym innym jak bardzo starannym, skrupulatnym i pieczołowitym wyrażeniem tego, co znajduje się na powierzchni, czyli między innymi barw, rzeczy, elementów krajobrazu itp, czyli innymi słowy dla Hrabala skupienie się na powierzchni (i tylko na niej) jest nie tylko sposobem obrony na głębiny niemiłe kąsanie i tarcie, ale jest również sposobem na tejże głębiny adekwatne wyrażenie, aby ona naprawdę głęboka była i się stała wreszcie (poprzez powierzchnię). Właściwe patrzenie na dylemat głębinno-powierzchniowy poprzez nieusuwalne jednoczenie tych dwóch sfer w pisarskim akcie, jest przecież niczym innym jak gestem dobrego lekarza (choć Hrabal był prawnikiem z wykształcenia), który nie tylko siebie przed zniszczeniem przez głębię chroni, skutecznie wyciszając jej pomruki dając pole śpiewowi światowości świata, ale chroni również tego, kto czyta dając mu właśnie ten ów swój świat (prawdziwy świat), poczuć i ocalić przed ciemnością nicości. Ciemność nicości staje się w tym momencie niestraszna, kiedy świat, ten świat zewnętrzny, już w całości, na wskroś, w głąb i w poprzek, językiem, czyli aktem nieustannego stwarzania i nazywania, wysycimy i damy mu odpocząć w tym wysyceniu, nasyceniu i nienasyceniu zarazem, odpocząć poprzez nadmiar, który równocześnie jest umiarem, czyli innymi słowy, odpoczynek od nicości zawierałby się w optymalnym napięciu między słowem a światem (choć to pewnie niestety banał). Więc u Hrabala nienasycony światem język po to jest budowany (i stwarzany, bo akt budowania jest jednoczesny u tego pisarza z aktem stwarzania, te czynności nie występują linearnie, jedna po drugiej, lecz jednocześnie), żeby świat wysycić, siebie wysycić, wysycić wszystko, nie pozostawiając miejsca na przerwę czy oddech (bo jest to pisanie na jednym oddechu), czyli już nic nie pozostawiając po pisarskim akcie, jedynie pustkę, spustoszenie, depresję, cienie i zjawy. To jest cena, jaką płaci się za heroiczny gest ocalenia świata w języku-utrata świata.
Nie chce mi się pisać tym dobrze oswojonym, krytycznoliterackim językiem, że u Hrabala pięknie jest i malarsko, a jednocześnie czuć powiew świętości, że błyszczą się żółte kreski, że dzieci kąpią się i widać ich gołe brzuszki, że naucza nas mistrz Lao-Cy o tym, że życie jest wyjściem, a śmierć jest wejściem, że Chrystus jest widziany zza książek, które niczym ksero, wydawane są spod pisarskiej matrycy, skąd bohater-narrator, jakby wbrew sobie, pracując w drukarni, jest wykształcony, a jednocześnie obłąkany, możemy domniemywać, skoro widzi Syna Bożego tam i ówdzie, a nie tylko Jego, bo także widzi Archanioła Gabriela i gdzieś tam na niebie, w nitkach latawca, wyczuwa Ducha Świętego. Natomiast "Cyganka łamała chleb, tak jakoś, jakby przyjmowała świętą Eucharystię, łamała, a następnie zbierała okruszki ze spódnicy i wrzucała je sakralnie w ogień". I znów, tyle tropów antropologicznych, trop ognia, który odnawia, misterium Wielkiego Przeistoczenia, stare zostaje zastąpione przez nowe, "progressum ad originem" przez "regressem ad futurum", Lao-Cy przez Chrystusa. Ale Hrabal nie profanuje religii, traktuje ją śmiertelnie poważnie jako podskórnego, ukrytego Ducha Świata, który umożliwia wszystko: okruszki, słoneczniki, motory, fioletowe skarpetki, Cyganki, kwiaty, piwo, dziewczęta. Duch Święty zdaje się być warunkiem tego, aby pan Hopla "stał za dziewczęciem, trzymał je za biodra, a głowę zanurzał od tyłu w dziewczęcych włosach, które z lubością wąchał", więc materialność, sensualność oraz erotyczność świata nie wyczerpują się na samej powierzchni, choć jako samodzielna fluktuacja powierzchni samej, są przedstawione, ale funkcjonują przez to, że przenika je nieuchronnie wartość głęboka, oceaniczna, czarna, ale konieczna. To już zresztą odkrył zdaje się tak naprawdę Nietzsche, że "ludzie naskórkowi są naprawdę głębocy". Więc ten Hrabal jest, owszem Nietscheanistą, nihilistą, dekadentem, który równocześnie śpiewa jasną i żywą pieśń Ewangelii i w tym samym momencie zanurza ją w czarnym słońcu nicości.
Materia i to, co pod nią istnieją u Hrabala w jednym, bardzo mocnym uchwycie, możemy jedynie domyślać się jak jest to wykańczające dla psychicznej higieny (i jednocześnie dobroczynne dla pisarstwa) i dlaczego wybrał Hrabal to, co wybrał, ten doktor praw wybrał bowiem śmierć samobójczą, rzucił się z okna na lekko melancholijne podwórze z trzepakiem, pełne wróbli i gołębi.
Automat, rzeczny wylew, nieustanne stukanie w klawisze maszyny, chroniczna depresja, zbawienie w brunatnym piwie, koty w Kersku, mordowane koty w Kersku, gdzie mieszkał Hrabal, a wyraz swojej rozpaczy z powodu konieczności tych rytualnych mordów na swoich ukochanych kotach dał w "Auteczku".
Pisarz prawdziwy, taki, który nigdy nie da się podrobić, choć wielu pewnie próbowało i próbuje, pisarz, który dał wyraz "prawdziwej" naturze i ukrytej strukturze świata, pisarz, który przez oceaniczne, czarne fale głębinnej nicości nie dał się pożreć i który świat ocalił i jednocześnie zniszczył go, utracił, zostało pogorzelisko.
A czemu doktor Hrabal nie zszedł po prostu do tych wróbelków na podwórku z zielonym trzepakiem i nie usiadł w swojej niebiesko-białej piżamie i szlafroku i nie drobił dla nich ziarenek i okruszków i nie wołał: cip, cip, cip, cip, jakby siebie stwarzając w tym cip cip, swój język, język-Hrabal, jakby jeszcze raz, w swojej starości, był nierzeczywisty naprawdę, jakby to nie on mówił, ale to cip, cip i jego dłonie, które rozrzucają ziarenka. Jak sztuka. Rozsypane okruszki dla wróbelków.
Nie chce mi się pisać tym dobrze oswojonym, krytycznoliterackim językiem, że u Hrabala pięknie jest i malarsko, a jednocześnie czuć powiew świętości, że błyszczą się żółte kreski, że dzieci kąpią się i widać ich gołe brzuszki, że naucza nas mistrz Lao-Cy o tym, że życie jest wyjściem, a śmierć jest wejściem, że Chrystus jest widziany zza książek, które niczym ksero, wydawane są spod pisarskiej matrycy, skąd bohater-narrator, jakby wbrew sobie, pracując w drukarni, jest wykształcony, a jednocześnie obłąkany, możemy domniemywać, skoro widzi Syna Bożego tam i ówdzie, a nie tylko Jego, bo także widzi Archanioła Gabriela i gdzieś tam na niebie, w nitkach latawca, wyczuwa Ducha Świętego. Natomiast "Cyganka łamała chleb, tak jakoś, jakby przyjmowała świętą Eucharystię, łamała, a następnie zbierała okruszki ze spódnicy i wrzucała je sakralnie w ogień". I znów, tyle tropów antropologicznych, trop ognia, który odnawia, misterium Wielkiego Przeistoczenia, stare zostaje zastąpione przez nowe, "progressum ad originem" przez "regressem ad futurum", Lao-Cy przez Chrystusa. Ale Hrabal nie profanuje religii, traktuje ją śmiertelnie poważnie jako podskórnego, ukrytego Ducha Świata, który umożliwia wszystko: okruszki, słoneczniki, motory, fioletowe skarpetki, Cyganki, kwiaty, piwo, dziewczęta. Duch Święty zdaje się być warunkiem tego, aby pan Hopla "stał za dziewczęciem, trzymał je za biodra, a głowę zanurzał od tyłu w dziewczęcych włosach, które z lubością wąchał", więc materialność, sensualność oraz erotyczność świata nie wyczerpują się na samej powierzchni, choć jako samodzielna fluktuacja powierzchni samej, są przedstawione, ale funkcjonują przez to, że przenika je nieuchronnie wartość głęboka, oceaniczna, czarna, ale konieczna. To już zresztą odkrył zdaje się tak naprawdę Nietzsche, że "ludzie naskórkowi są naprawdę głębocy". Więc ten Hrabal jest, owszem Nietscheanistą, nihilistą, dekadentem, który równocześnie śpiewa jasną i żywą pieśń Ewangelii i w tym samym momencie zanurza ją w czarnym słońcu nicości.
Materia i to, co pod nią istnieją u Hrabala w jednym, bardzo mocnym uchwycie, możemy jedynie domyślać się jak jest to wykańczające dla psychicznej higieny (i jednocześnie dobroczynne dla pisarstwa) i dlaczego wybrał Hrabal to, co wybrał, ten doktor praw wybrał bowiem śmierć samobójczą, rzucił się z okna na lekko melancholijne podwórze z trzepakiem, pełne wróbli i gołębi.
Automat, rzeczny wylew, nieustanne stukanie w klawisze maszyny, chroniczna depresja, zbawienie w brunatnym piwie, koty w Kersku, mordowane koty w Kersku, gdzie mieszkał Hrabal, a wyraz swojej rozpaczy z powodu konieczności tych rytualnych mordów na swoich ukochanych kotach dał w "Auteczku".
Pisarz prawdziwy, taki, który nigdy nie da się podrobić, choć wielu pewnie próbowało i próbuje, pisarz, który dał wyraz "prawdziwej" naturze i ukrytej strukturze świata, pisarz, który przez oceaniczne, czarne fale głębinnej nicości nie dał się pożreć i który świat ocalił i jednocześnie zniszczył go, utracił, zostało pogorzelisko.
A czemu doktor Hrabal nie zszedł po prostu do tych wróbelków na podwórku z zielonym trzepakiem i nie usiadł w swojej niebiesko-białej piżamie i szlafroku i nie drobił dla nich ziarenek i okruszków i nie wołał: cip, cip, cip, cip, jakby siebie stwarzając w tym cip cip, swój język, język-Hrabal, jakby jeszcze raz, w swojej starości, był nierzeczywisty naprawdę, jakby to nie on mówił, ale to cip, cip i jego dłonie, które rozrzucają ziarenka. Jak sztuka. Rozsypane okruszki dla wróbelków.
niedziela, 25 maja 2014
Szarlotka mojej babci
Przeczytałem opowieść Teresy Tomsi w najnowszej "Wyspie", dotyczącej dzieciństwa poetki i to mnie jakoś zachęca do podjęcia próby opisu swoich, wczesnych lat. Moja pamięć sięga do domu babci w Krakowie i do zapachu i smaku szarlotki. Więc ten smak szarlotki babcinej będę zawsze pamiętał. Krzesła, obrazy, figurki, stary stół, lampa z abażurem, kanapa, pisma dla pań, zapach domowego obiadu, opalany węglem piec, wszystko to jakoś we mnie się kołata, kotłuje. Jestem bowiem skarbnicą tamtych zapachów, smaków, barw, czasem dźwięków, ale cóż powiedzieć czy nie powiedzieć, dźwięków bezszelestnych, bo to cisza w tym momencie jest najważniejsza, cisza, z której dobyć się może odważny głos z przeszłości. Tamta zieleń. Nie do podrobienia. Wychodziłem na balkon, mały chłopaczek, albo siedziałem na krześle, czytałem książkę, Umberto Eco, "Imię róży", pierwsze wtajemniczenia oraz inicjacje w słowo pisane, więc atmosferę powieści oczywiście czułem, ale dodatkowo ona była wzmagana przez to, co widziałem z balkonu, co czułem siedząc w tym pokoju babcinym, pokoju, który pamiętał przeszłość, zamglonym nieco, ze starymi, trochę białymi, trochę szarymi firankami, przydymionymi kurzem (przeszłości?), czymś, co tam zostało, co się nieśmiało gdzieniegdzie pałętało, te drobiny przeszłości, małe muszki i wieczorem komary, coś niewyrażalnego, które przeczuwam teraz, ale przecież wtedy, mały chłopaczek ostrzyżony na jeża, cały byłem, tak, cały byłem, chodzącą niewyrażalnością, ja się z niewyrażalności składałem, niewyrażalność mną była, ja tą niewyrażalnością oddychałem w sposób naturalny, dopiero teraz, kiedy osiągnąłem wiek dojrzały, ja niewyrażalność psuję i niszczę, pisząc o niej, kładą się szare i ciemne cienie na cały ten problem niewyrażalności, która przecież już nie ta sama, bo wyrażona. Mam w pamięci tamte obrazy, obrazy moim zdaniem cudowne, poetyckie, ale przecież nie mogę o nich napisać, bo czasem zapominam języka w gębie, choćby w tej gębie było niebo, niebo szarlotkowe, niebo kruche i jabłkowe, ach kruszonka, kruszonka, ciepłe jabłuszka, kompocik, dużo zieleni za oknem, nie, o nie, nie straciłem się w tamtej przeszłości, może dojrzałem nieco (przejrzałem?), może odrobinę większy jestem i szerszy, pewnie trochę mniej wrażliwy niż dawniej, ale przecież wciąż, do jasnej, ciasnej, mocium panie, tamtym jestem człowiekiem, bo gdzieś rdzeń we mnie zachowany, nie zginął, choć fluktuował po obrzeżach i marginesach czasu, dalej jest, dalej tkwi i nieuchronnie tkwić będzie, aż po następne jesienie, lata, wiosny, zimy, tak. Teraz boję się bardzo lata, lato mnie przeraża, bo wiem, że zbyt biedny jestem aktualnie, żeby zażyć plaży, nieba, morza, rozkosznego, leniwego letargu wśród fal, roztopienia się w doskonałym bezbrzeżu morza, plaży, fal, zachodzącego słońca, tej całej przyjemności (plasir du texte), bo przyjemność tekstu jest przyjemnością życia, życie przecież ważniejsze niż tekst, życie bez tekstu obywa się wcale dobrze, choć, czy istnieje życie czyste? Człowiek to przecież byt aktywny, spełnia się w tym, kim jest, więc albo spełnia się w fartuchu kucharza, kelnera, majstra bądź ciągle pod krawatem, ciągle w marynarce, nawet, kiedy nagi jest (ach!), kiedy nagi tors obnaża cielesny, garnitur ma stale zapięty i przypięty, czerwony, w zielone grochy krawat (wzmianka zainspirowana świetnym szkicem Wojciecha Ligęzy o plaży i plażowaniu). A o tomie próz krytycznoliterackich, tudzież tomie próz o życiu, codzienności, Grzegórzkach, Hali Targowej, tak mi bliskiej, bo sąsiedzkiej i prawie mojej, jeszcze pewnie napiszę, jeszcze pewnie napiszę esej taki czy owaki, krytycznoliteracki mniej lub bardziej o tomie pięknych, subtelnych, dowcipnych, skrzących się delikatnym humorem i ciepłą autoironią próz Wojciecha Ligęzy zatytułowanych "Pod kreską".
Wracając jednak do mojej babci, idziemy do niej dzisiaj z Ewelinką na obiad. Wiecie, po wczorajszym wieczorze Maćka Frońskiego, niesłychanie wspaniałym, bo melancholijnym (łagodnie?), gdzie czuć było delikatną nutkę nostalgii i przemijalności (niektóre kwiaty w Ogrodzie Botanicznym usychają nawet na wiosnę), poszliśmy, hen, na Kazimierz, w górę, ku tarasowi na dachu albo i nie na dachu, w każdym razie wysoko, gdzie rozlewane było wino, gdzie byli Karol Maliszewski i Krzysztof Kleszcz i zdążyliśmy z poetą młodym, zapowiadającym się właściwie na końcówkę, no ale załapaliśmy się jeszcze na kilka świetnych wierszy Maliszewskiego dla dzieci, to cudne naprawdę były wiersze, bardzo kunsztowne i z dużą miłością pisane, kiedy Karol rozkwitnął w pełni jako poeta, kiedy pisał te wiersze dla swoich dzieci, możemy domyśleć się, że dla swoich wnuczek i wnuczków, czyż tak? Więc ten taras, wino białe, wiersze, papierosy, potem moje papierosy, moje palenie, złamałem zakaz, zapaliłem po ośmiu dniach, ale przecież do piwa czy kawusi to nie grzech, jak to mówi poeta bardzo dobry, Krzysztof Grzebiliszewski, że do kawusi, czy piwa kawałek, odrobina dymku, to nie grzech. Ależ tak, czy wiecie Państwo, że wstałem dzisiaj szczęśliwy niezmiernie, nasączony poezją od środka jak gąbka, że po prostu radość ze mnie parowała, wylewała się jak ten dym, skraplała się, prawie płakałem ze szczęścia w środku, łzy we mnie płynęły, łzy szczęścia wiosennego, majowego, patrzyłem na Ewelinkę, patrzyłem na ten maj, na chwilę ucichły myśli o moim jeszcze nie poprawionym, nie przepisanym porządnie doktoracie, na chwilę po prostu poezja, spełnienie w niespełnieniu, albo niespełnienie w spełnieniu, długie, zielone, wiosenne maje, przecież moja jest ta wiosna poniekąd, moja, ale nie tylko, bo i do mojej babci należy i do jej balkonu, ogrodu, kompociku, szarlotki, ciepłych, miłych nozdrzom posiłków, zieleń, szarlotka, herbatka, kompocik i oczywiście ciasto, na deser ciasto, już nie szarlotka, nie ta mityczna szarlotka, ale ciasto inne, ciasto wzięte ze współczesności, która przecież nie istniałaby, nie miałaby prawa istnieć, gdyby nie mit, przeszłość, tradycja, cała ta (nie)istniejąca przeszłość, która wchodzi w przestrzeń aktualnego i z nią się brata, brata się z jej cieniem.
Jestem całkowicie i zupełnie ogarnięty przez aktualność, która jest równocześnie tym, co minione, jestem całkowicie i zupełnie ogarniony przez tę wiosną która krucha jest i ciepła i soczysta i mokra jak jabłka z szarlotki mojej babci. Jestem równocześnie kruchy, nasączony wiosną i zielenią, majem, liśćmi, trochę zmęczony, poezją przewiercony zupełnie, jakby na granicy niewidzialnego, jakby jednego nogą w baśniowej krainie obłąkania, pięknego obłąkania, ale wciąż przecież trzymający się ziemi, jakoś tej ziemi smakujący, jakoś w tę ziemię wchodzący, wschodzący jednocześnie tym, co istnieje silnie, mocno, intensywnie, a przecież to coś jakby jednocześnie nie istnieje, ledwie jest, słabo jest, a przecież jest tak niezmiernie mocne, tak subtelnie i zdecydowanie zawłaszczające, że przepadam. I składam dłonie do modlitwy w tę niedzielę, tę niedzielę babciną, szarlotkową, wiosenną, zieloną. Składam dłonie do modlitwy i nie mogę nasycić się mokrym miąższem szczęścia i kruchą skałą ziemi, Panie.
Wracając jednak do mojej babci, idziemy do niej dzisiaj z Ewelinką na obiad. Wiecie, po wczorajszym wieczorze Maćka Frońskiego, niesłychanie wspaniałym, bo melancholijnym (łagodnie?), gdzie czuć było delikatną nutkę nostalgii i przemijalności (niektóre kwiaty w Ogrodzie Botanicznym usychają nawet na wiosnę), poszliśmy, hen, na Kazimierz, w górę, ku tarasowi na dachu albo i nie na dachu, w każdym razie wysoko, gdzie rozlewane było wino, gdzie byli Karol Maliszewski i Krzysztof Kleszcz i zdążyliśmy z poetą młodym, zapowiadającym się właściwie na końcówkę, no ale załapaliśmy się jeszcze na kilka świetnych wierszy Maliszewskiego dla dzieci, to cudne naprawdę były wiersze, bardzo kunsztowne i z dużą miłością pisane, kiedy Karol rozkwitnął w pełni jako poeta, kiedy pisał te wiersze dla swoich dzieci, możemy domyśleć się, że dla swoich wnuczek i wnuczków, czyż tak? Więc ten taras, wino białe, wiersze, papierosy, potem moje papierosy, moje palenie, złamałem zakaz, zapaliłem po ośmiu dniach, ale przecież do piwa czy kawusi to nie grzech, jak to mówi poeta bardzo dobry, Krzysztof Grzebiliszewski, że do kawusi, czy piwa kawałek, odrobina dymku, to nie grzech. Ależ tak, czy wiecie Państwo, że wstałem dzisiaj szczęśliwy niezmiernie, nasączony poezją od środka jak gąbka, że po prostu radość ze mnie parowała, wylewała się jak ten dym, skraplała się, prawie płakałem ze szczęścia w środku, łzy we mnie płynęły, łzy szczęścia wiosennego, majowego, patrzyłem na Ewelinkę, patrzyłem na ten maj, na chwilę ucichły myśli o moim jeszcze nie poprawionym, nie przepisanym porządnie doktoracie, na chwilę po prostu poezja, spełnienie w niespełnieniu, albo niespełnienie w spełnieniu, długie, zielone, wiosenne maje, przecież moja jest ta wiosna poniekąd, moja, ale nie tylko, bo i do mojej babci należy i do jej balkonu, ogrodu, kompociku, szarlotki, ciepłych, miłych nozdrzom posiłków, zieleń, szarlotka, herbatka, kompocik i oczywiście ciasto, na deser ciasto, już nie szarlotka, nie ta mityczna szarlotka, ale ciasto inne, ciasto wzięte ze współczesności, która przecież nie istniałaby, nie miałaby prawa istnieć, gdyby nie mit, przeszłość, tradycja, cała ta (nie)istniejąca przeszłość, która wchodzi w przestrzeń aktualnego i z nią się brata, brata się z jej cieniem.
Jestem całkowicie i zupełnie ogarnięty przez aktualność, która jest równocześnie tym, co minione, jestem całkowicie i zupełnie ogarniony przez tę wiosną która krucha jest i ciepła i soczysta i mokra jak jabłka z szarlotki mojej babci. Jestem równocześnie kruchy, nasączony wiosną i zielenią, majem, liśćmi, trochę zmęczony, poezją przewiercony zupełnie, jakby na granicy niewidzialnego, jakby jednego nogą w baśniowej krainie obłąkania, pięknego obłąkania, ale wciąż przecież trzymający się ziemi, jakoś tej ziemi smakujący, jakoś w tę ziemię wchodzący, wschodzący jednocześnie tym, co istnieje silnie, mocno, intensywnie, a przecież to coś jakby jednocześnie nie istnieje, ledwie jest, słabo jest, a przecież jest tak niezmiernie mocne, tak subtelnie i zdecydowanie zawłaszczające, że przepadam. I składam dłonie do modlitwy w tę niedzielę, tę niedzielę babciną, szarlotkową, wiosenną, zieloną. Składam dłonie do modlitwy i nie mogę nasycić się mokrym miąższem szczęścia i kruchą skałą ziemi, Panie.
środa, 21 maja 2014
Mój stary przypis do "Książki twarzy" Marka Bieńczyka
Więc tak. Piękne słońce za oknem, maj. Dzisiaj obiad z dziadkiem. Wczoraj telefon do babci a przedtem rozmowa z mamą. Później rozmowa z tatą o tajemnicach fachu antykwarycznego. Więc tak. Rodzinna wspólnota mojego, prywatnego widnokręgu. Kiedyś (chyba z rok albo dwa lata temu), napisałem taki szkic o "Książce twarzy" Marka Bieńczyka. Czuję się zaszczycony, że "Teksty Drugie" w ogóle się tym tekstem zajęły recenzując go, nawet negatywnie, bo przecież z nimi przegrać to jak wygrać, że sparafrazuję nieśmiertelną frazę z "Misia". Jeszcze mam w odwodzie dwa teksty dla "Tekstów Drugich", z czego jeden już został opublikowany w innym piśmie krakowskim, więc chyba nie można drugi raz, a drugi, całkiem nowy, świeży i o wiele bardziej moim zdaniem "naukawy" niż ten o Bieńczyku, czeka sobie również spokojnie na recenzje. A co mi tam. Chciałbym, swoją drogę poczytać, co oni mi tam napiszą. Bo też tekst mój o "Kamieniu na kamieniu", tekst doktoratowy, jeżeli nie znajdzie sobie na łamach żadnego pisma miejsca, to tutaj, w tej spiżarni i spichlerzu literackim, przeze mnie stworzonym najrychlej i najpewniej skończy, ale nie przesądzajmy sprawy, patrzmy czule i odważnie w przyszłość, przeszłości przy tym nie przekreślając, przeszłość dowartościowując, tym samym patrząc, jak biegły drogi mojej powikłanej myśli literaturoznawczej, jakie były tejże wygibasy i rozgałęzienia, rozwidlenia, jak to ewoluowało naiwnie i dalej się z mozołem wykluwa i na świat z tego jaja intelektualnego chce wyjrzeć i w piórka ptasie się oblec i wzbić się hen, w powietrze. Na razie kura sobie ciężko idzie po podwórku i dogląda od czasu do czasu tego jaja intelektualnego, tego mojego, czule hołubionego jaja, z którego coś tam, coś tam, wykluwa się, jakiś język i tak bez końca wykluwać się może przed wzlotem. Więc zapraszam do lektury szkicu mojego o "Książce twarzy" Bieńczyka, ten tutaj, przeze mnie założony notatnik lekturowy, albo spichlerz czy literacka spiżarnia, niechaj swoją rolę dobrze spełnia. Z czasem może jakieś konfitury, ogórki, czy ciasteczka, czy soki z prawdziwych malin w tej spiżarni będzie można brać, ale na razie, niech się napełnia, wysyca, wykluwa, wypełnia, niech rośnie. Aż moja babka nie wyczaruje czegoś, aż nie zalęgną się w spiżarni mole ( ale to temat na całkiem inną opowieść).
Dualny świat Księgi Marka Bieńczyka
Dualny świat Księgi Marka Bieńczyka
Marka
Bieńczyka poznałem przede wszystkim jako autora znakomitych książek
o melancholii („Oczy Durera, „Melancholia. O tych, co nigdy nie
odnajdą straty”). Dał mi się poznać również jako autor
przenikliwego studium o Zygmuncie Krasińskim „Czarny człowiek”.
Autora postrzegam przede wszystkim jako filozofa literatury,
zbliżonego mniej więcej do obszarów Michała Pawła Markowskiego z
zastrzeżeniem jednak, że Bieńczyk jawi mi się bardziej jako
artysta filozof, a Markowski jako filozof naukowiec z pewną
domieszką artyzmu.
W życiu każdego pisarza „na dorobku” przychodzi moment, kiedy
czas spisać swoistą summę tego, co było do tej pory, swego
rodzaju intelektualną autobiografię.
„Książkę
twarzy” Marka Bieńczyka traktuję właśnie jako podsumowanie
dotychczasowej drogi badawczo artystycznej. Podsumowanie nie tylko
drogi intelektualnej, ale również życiowej, ponieważ w ostatniej
książce autora „Melancholii” dochodzą do głosu, niespotykane
wcześniej akcenty autobiograficzne.
Dałem się porwać specyficznej narracji pisarza. Dałem się
porwać i oderwać się nie mogłem. Za pierwszym razem, po pierwszym
sięgnięciu i przeczytaniu pierwszej strony książka odrzuciła
mnie. Początek wydał mi się dość banalny. Z czasem jednak zaczął
dojrzewać we mnie głód banału, dajmy na to lektury lżejszej i
sięgnąłem raz jeszcze po „Książkę twarzy”.
To,
co mnie szczególnie uwiodło w tej dziwnej narracji Bieńczyka,
można nazwać za Barthesem „przyjemnością tekstu” (plasir
du texte). Bo
też najnowsze dzieło autora „Kronik wina” czyta się bardzo
dobrze.
Ta
książka, można powiedzieć, jest o wszystkim. To jest swego
rodzaju antyczna silva
rerum,
rodzaj kolażu rozmaitych dziedzin życia, pochodzących z popkultury
i literatury wysokiej.
Niech
nas nie zwodzi jednak postmodernistyczna heterogeniczność i
plazmoidalność tekstowej tkaniny. Rzecz jest w istocie utkana
misternie, dokładnie, z troską o tak nie lubianą przez
postmodernistów całość. Pozorna fragmentaryczność esejów
Bieńczyka, mariaż wielu, z pozoru nieprzystających do siebie
dziedzin, posiada jednak istotne spoiwo, któremu na imię język. Bo
też język to najważniejszy bohater „Książki twarzy”. Język,
który określa doświadczenie egzystencjalne oraz intelektualne,
który spaja na zasadzie harmonijnego uzgodnienia pozornie sprzeczne
dwa światy: literatury oraz życia. Zagadnienie jest istotne i można
powiedzieć paradygmatyczne. Odwieczna dychotomia życia i literatury
i rzekome przewagi, które jedna z tych dziedzin ma nad drugą to
problem, który w sposób istotny nurtował również i Markowskiego.
W rzeczy samej nurtuje on wszystkich przyjaciół tekstu, czyli
ludzi, dla których możliwości jakie daje literatura jest sposobem
na podołanie wymaganiom płynącym ze strony życia. Ale też
właśnie, nie o życie zdaje się Bieńczykowi chodzić, lecz o
egzystencję (to rozróżnienie podaję znów za Markowskim). Bo też
życie to nieuformowany bezkształt, forma bez struktury, której nie
daje się uchwycić. Wszelkie tęsknoty intelektualistów za
bezpośrednim doznaniem życia, doświadczeniem hit
et nunc spalają
niestety na panewce, kiedy pojawia się tekstowe zapośredniczenie,
czyli refleksja nad życiem, które bezkształt zamienia w kształt,
bezformiu nadaje filozoficzną oraz artystyczną strukturę. Znana
jest tęsknota Witkacego za doznaniem jedności w wielości
(intelektualna, a zatem z życiem jako takim nie mająca wiele
wspólnego). Pewnego wyłomu chciał dokonać Bergson poprzez
stworzenie filozofii intuicjonizmu, gdzie, dzięki naturalnej
intuicji, możemy pochwycić życie na gorącym uczynku, doznać go
bezpośrednio. Również postulat Miłoszowej epifanii ma tutaj wiele
do dodania przy zastrzeżeniu jednak, że życie przyłapane na
wydarzającej się chwili pojmowanej jako błysk i olśnienie traci
swoją moc, gdy zamienia się w skończoną, wielokroć literacko
doskonałą formę poematu.
Ta dychotomia literatury i życia będzie odwieczna jak się zdaje i
tak też, z ducha poststrukturalistyczny Bieńczyk sięgnął
niebanalnie i z jemu tylko znaną swadą w „przestrzeń dzieł
wiecznych”.
Język jest bohaterem tej opowieści, oczywiście. Bohater to ktoś
na kim skupiamy uwagę.
Barwność, sensualność, a przy tym żywość języka Marka
Bieńczyka przywodzi na myśl najlepszą tradycję eseju, wzór
francuski Michała z Montaigne. Na gruncie polskim można snuć
porównania z twórczością Jerzego Stempowskiego, ale również z
Andrzejem Bobkowskim, przy zastrzeżeniu jednak wydatnych różnic.
Bobkowski nie znosił filozofii (podaję za Maciejem Urbanowskim, w
ostatniej książce krytyka o Bobkowskim „Szczęście pod
wulkanem” jest to wyraźnie powiedziane). Bobkowski był pisarzem,
który filozofię pewnie czytał, ale nie przejmował się nią w ten
sposób, aby przysłoniła mu naturalny urok życia. Bobkowski nie
myślał chyba pojęciami. Raczej chłonął naturalną fakturę
zewnętrznego świata na zasadzie bezpośredniego doznania,
autentycznego wrażenia, niezafałszowanego przez niebezpieczny
czasem język abstrakcji.
Inaczej
Bieńczyk. Ten filozofię chłonie i czuje tak jak Bobkowski chłonął
i czuł świat. Dla Bobkowskiego świat był światem i tyle. Trzeba
było w nim mieszkać, żyć, pracować, a literatura, choć
istotnym, była dodatkiem, ale też dopełnieniem, ukoronowaniem
drogi życia. Odwrotnie jest u Bieńczyka. Czytając „Książkę
twarzy” miałem wrażenie, że najważniejszy jest nie świat, ale
tekst, który świat niejako umożliwia. W tym sensie wszystko, za
Derridą, radykalnym rewolucjonistą, powtórzmy, jest tekstem i nie
ma nic na zewnątrz tekstu (il
n'y a pas de-hors texte). W
tym sensie nie istnieje życie pojmowane jako fakt, który można
doznać na zasadzie bezpośredniego dotknięcia jego zewnętrznej
faktury (jak u Bobkowskiego). Życie wydarza się przede wszystkim
jako rodzaj przymusu nieustającej obserwacji ze strony Innego, który
jest językiem. Innymi słowy życie dla Bieńczyka jest egzystencją,
czyli rodzajem doświadczenia wyłącznie językowego.
W „Książce twarzy” wyrazem tak pojętego doświadczenia jest
opisana relacja z ojcem. Zresztą opisana jest pięknie (i
nieżyciowo). Narrator od młodego wieku oglądał z ojcem piłkę
nożną w telewizji, chodził na mecze Gwardii i Legii. Piłka nożna
była wtedy jednym z najbardziej istotnych punktów odniesienia.
Ojciec i syn byli złączeni emocjonalnie i egzystencjalnie
(niestety) właśnie poprzez doświadczenie piłki nożnej. O czym
mógł rozmawiać dorosły już narrator ze swoim ojcem, który
schorowany i umierający leży w łóżku? O piłce rzecz jasna. Że
Legia spadła, że Gwardia nie wygrała żadnego meczu od wielu lat.
„O niczym innym już nie umiemy rozmawiać?” pyta ojciec.
„Nie
umieliśmy, nie umiałem. Nie umiałem, nie zawsze chciałem.
Rzeczywistość wydawała mi się gorsza niż świat nierealny”
odpowiada sam sobie narrator. W zasadzie ten fragment może posłużyć
jako esencjalny dla interpretacji „Książki twarzy”. Jest w nim
zawarte olbrzymie niebezpieczeństwo, choć nie podane w formie
przestrogi, kiedy świat tekstu, świat językowy stanie się
jedynym, możliwym punktem odniesienia w rozmowie. Giną wtedy
ludzie. I chyba sam język wtedy ginie, stając się martwym,
pilnującym dokładnie swoich granic. Jego niewyczerpalność jest
tylko pozorna, stanowi rodzaj iluzji, fasady, która zasłania to, co
jest, czyli życie pojmowane jako bezpośrednia interakcja ze światem
i drugim człowiekiem. Dodajmy, oparta na dialogu i możliwości
porozumienia obu stron, w której nie dochodzi do zawłaszczenia
relacji przez jeden, monadyczny, osobny i jakby totalny monolog
tworzący pojęciowe fikcje i podporządkowujący tym fikcjom świat
życia.
„Książka twarzy” opowiada o niemożliwości życia innego niż
w języku i poprzez język. Język stwarza świat, powołuje do życia
wszystko, w tym również niemożliwość i nierozstrzygalność.
Kiedy czytamy opowieść o Kazimierzu Górskim, widzimy
charakterystykę postaci trenera, który prostotę łączył z
intuicją. Dobrze oddaje to Bieńczyk w swoim eseju rysując postać
trochę Szwejkowską, która na świat patrzyła zdrowymi oczami; nie
były to oczy intelektualisty, ale człowieka, któremu podoba się
swoje zajęcie bez pretensji do bycia autorytetem w innej dziedzinie.
Ale portret Górskiego jest już pisany przez intelektualistę, stąd
odnosi się wrażenie sporego dystansu między narratorem a bohaterem
jego opowieści. Narrator patrzy z góry, z ironią i rodzajem
wyższości na wykreowaną przez siebie postać, przy czym nie jest
to postawa pozbawiona czułości i sympatii; kreacja odbywa się
raczej na zasadzie współodczuwającego mimetyzmu, o którym
wspominał przytaczany później Roland Barthes, kiedy mówił o
sztuce pisania powieści.
Zaznaczyć bowiem należy, że Kazimierz Górski jest również
konstruktem językowym (podobnie jak ojciec narratora „Książki
twarzy”). Polski trener żyje przede wszystkim w języku i poprzez
język. „No mi si wydaji, że jak Legia nie strzeli drugiej bramki,
to nie strzeli i trzecij”, powiada w eseju „Naszym przyjacielem
jest”, jego bohater, Kazimierz Górski. Bieńczyk skupia się
głównie na językowej charakterystyce nieśmiertelnych aforyzmów
trenera. Ma do nich stosunek na poły poważny, na poły ironiczny,
kiedy pisze na przykład: „Dla słuchaczy jest w tych gnomach coś
z języka Pytii, pozornie prostego, lecz kryjącego w sobie głębię,
tajemnicę; kiedy Pytia twierdzi, że po dniu zapada noc, sens jej
słów jest mniej oczywisty niż mogłoby się wydawać”. Dla
Bieńczyka trener Górski to postać przede wszystkim literacka, choć
żyjąca przecież realnie w poprzedniej epoce.
I tak jest z innymi bohaterami tych szkiców, którzy przecież nie
zostali wymyśleni przez Bieńczyka, choć jednak. Poznajemy
tenisistę Agassiego, trenera reprezentacji Polski Leo Beenhakera,
którzy dostają podwójne życie: jedno znane z telewizji, drugie to
wykreowane, wymyślone przez narratora „Książki twarzy”.
Do tej pory, w trakcie tej relacji, można było ulec złudzeniu, że
język jako bohater a zarazem spoiwo opowieści Bieńczyka stwarza
coś w rodzaju monolitu, powołuje do życia poznawczy monizm.
Heterogeniczność wywodu jest pozorna, w istocie chodzi tylko o to,
co językowe i tekstowe. Otóż i tak i nie.
Warto myślę zwrócić uwagę na wyłaniający się z najnowszej
książki autora „Czarnego człowieka” dualizm. Dotyczy on tego,
co przynależy życiu pojmowanym jako literatura i literaturze
pojmowanej jako życie. Tę gnomiczną sentencję rzecz jasna
wyjaśnię i rozwinę.
Nie przekonuje mnie Bieńczyk jako pisarz, kiedy pisze o swoim latach
dziecinnych, relacji z ojcem, z przyjaciółmi, grze w piłkę,
spływach kajakowych. Jego opowieść wtedy staje się, by tak rzec,
nadmiernie i trochę nachalnie literacka. Chodzi myślę o swego
rodzaju nadświadomość literacką, która uniemożliwia wejście w
kontakt bezpośredni ze swoim życiem. Sprawa dotyczy chyba w ogóle,
szerzej filozofów literatury, bądź literaturoznawców, dla których
podstawowym i prymarnym punktem odniesienia jest Inny zawarty w
tekstach literackich. Kiedy Michał Paweł Markowski pisał felietony
na tak zwane „życiowe tematy”, wyraźnie czegoś mi w nich
brakowało. Chyba nie brakowało mi życia, ono tam było zawarte,
brakowało mi literatury.
„Szkice
piórkiem” Andrzeja Bobkowskiego to świetna literatura, która
opowiada o życiu, ściślej, o osobnym, jedynym i niepowtarzalnym
widzeniu świata. Siła „Szkiców piórkiem” bierze się z
niezwykle interesującego sposobu przyglądaniu się życiu jako
zjawisku, którego doznajemy bezpośrednio, emocjonalnie, sensualnie.
„Książkę
twarzy” Bieńczyka natomiast można nazwać swego rodzaju
autobiografią czy dziennikiem intelektualisty, w którym główny
nacisk położony jest na to, co literackie (czyli życiowe, bo życie
staje się w takim wypadku tekstem do przepisania). U Bieńczyka nie
ma tak naprawdę dychotomii na to, co literackie i nieliterackie.
Każdy temat jest literacki, bo wszystko jest częścią literaturę,
a żyjąc żyjemy „na miarę literatury”. „Książka twarzy”
zatem opowiada przede wszystkim o literaturze, jej przedmiotem
namysłu jest literatura i basta.
„Szkice
piórkiem” natomiast to książka, której przedmiotem jest życie.
Tyle tytułem różnic między tym, który jest literaturą
(Bieńczyk), a tym, który literaturę powołuje do życia
(Bobkowski).
Dualizm Księgi Bieńczyka najlepiej uwidacznia się w
dychotomicznej strukturze dzieła, to jest podziału na to, co
przynależne życiu osobistemu (opis relacji z ojcem, granie w piłkę
w dzieciństwie, wycieczki kajakowe) a tym, co należy już ściśle
do dziedziny literatury. Otóż własne życie, o którym pisze
Bieńczyk, jest zbyt literackie można powiedzieć, tym samym brakuje
mu życia, czyli żywej, bezpośredniej obserwacji, jak u
Bobkowskiego na przykład. Życie u Bieńczyka tylko udaje
literaturę. Co innego, gdy Bieńczyk pisze o innych pisarzach (Hugo,
Mickiewicz, Krasiński, Słowacki, Barthes). Wtedy autor, można
powiedzieć, staje się naprawdę pisarzem. Bieńczykowi potrzebny
jest Inny zawarty w dziele literackim, aby mógł wypowiedzieć
siebie poprzez doświadczenie literackie innych pisarzy. Bieńczyk
wtedy pisze literaturę innymi słowy, kiedy komentuje literaturę
innych. Literatura u Bieńczyka, ta prawdziwa, gdzie język jest
najbardziej żywy, przykuwający uwagę, to nic innego jak komentarz
do literatury innych pisarzy.
Dlatego nie widzę możliwości napisania prawdziwej powieści u
pisarza takiego jak Bieńczyk.
Może on, owszem, pisać powieść w sensie hermeneutycznym oraz
intertekstualnym, to znaczy wieść rozmowę z dziełami innych
pisarzy. Tak powstaje pod jego piórem, gatunek być może nowy,
rodzaj powieści intelektualnej. Ale stworzenie autonomicznego,
fikcyjnego świata opartego na wyobraźniowym zmyśleniu wraz z
obecną tam strukturą fabularną, precyzyjną formalnie, to zdaje
się nie wchodzi w grę w przypadku autora „Nowych kronik wina”.
Przypadek Bieńczyka jest bowiem poniekąd przypadkiem Barthesa
(autor zresztą sam świetnie literacko wciela się w autora
„Fragmentów dyskursu miłosnego” zapożyczając u Barthesa formę
fragmentu i aforyzmu, tworząc własny dyskurs miłosny, oparty
głównie na fascynacjach związanych z polską literaturę
(Mickiewicz, Słowacki, Krasiński).
Jak stwierdza przytaczany przez Bieńczyka Barthes: „w obecnym
stanie moja świadomość mówi, że nie uda mi się i że nie mogę
napisać powieści”. Jak pisze Bieńczyk, Barthes wyjaśnia, że:
„brakuje mu owej wielkiej imaginacji, umiejętności tworzenia
wielkiego kłamstwa; brakuje mu wyobraźni fabularnej, która polega
na umiejętności kreacji innego”. Jak pisze z kolei Barthes:
„napisać powieść to stworzyć Innego” i dalej: „nazywam
powieścią dzieło, w którym dochodzi do przekroczenia egoizmu,
lecz nie w stronę arogancji, lecz współodczuwania z innym,
współodczuwania w zasadzie mimetycznego”. Barthes miał taką
powieść napisać po śmierci matki, z którą był głęboko
emocjonalnie związany. Jednak jak zauważa Bieńczyk: „w istocie
następuje jakieś załamanie w projekcie, że między żałobą a
dojściem do świata i stworzeniem Innego(co jest warunkiem powstania
powieści), żłobi się nieprzebyty rów”.
Istota Księgi bowiem, jak zauważa Bieńczyk, „leżała w jej
niemożliwości, a nie w jej realizacji”.
Autor „Książki twarzy” również nie mógłby pewnie napisać
powieści o swoim zmarłym ojcu. Byt ojca jest bowiem w sensie
ścisłym językowy, ojciec jest tylko literaturą, brakuje tam
czegoś, co nie byłoby językiem, a obserwacją, a przez to właśnie
uzyskało wartość literacką (jak u Bobkowskiego).
Dlatego też najbardziej znakomite fragmenty „Książki twarzy”
poświęcone są właśnie literaturze.
To jak Bieńczyk wchodzi w żywy kontakt z cieniami przeszłości,
zasługuje na uwagę, a nawet podziw. Podobny chyba jeszcze stosunek
do literackiej tradycji ma na gruncie polskim, przywoływany zresztą
przez autora „Czarnego człowieka” Jarosław Marek Rymkiewicz.
Pięknie na przykład zarysowana jest paralela w „Książce twarzy”
między umieraniem Viktora Hugo a umieraniem Adama Mickiewicza. To
pierwsze, w aurze publicznej, spotykało się z powszechną,
społeczną uwagą było faktem, który obserwował cały, ówczesny
Paryż. Umieranie Mickiewicza natomiast, samotne, pozbawione
należnych fanfar, odbywające się wielkim cierpieniu i udręce.
Anonimowe.
W tym też sensie Bieńczyk ożywia niejako literaturę poprzez opis
pisarzy jako „ludzi żywych”.
Nieprzypadkowa jest przecież analogia z Boyem (również zresztą
przytaczanym jako tłumacz Prousta), który podobny rodzaj
literackiej gry uprawiał w swoich pismach. Pod piórem Boya
widzieliśmy nagle żywego Przybyszewskiego („Stacha”) i żywego
Wyspiańskiego. Ten pierwszy, birbant, hulaka, geniusz, któremu
jednak doskwierało wieczne niespełnienie. Ten drugi, stroniący od
alkoholu introwertyk ze głęboko niebieskimi, matowymi oczami, które
błyszczały żywym, stalowym blaskiem, podpierający framugę
chałupy na weselu Lucjana Rydla w krakowskich Bronowicach, którego
poezja była żywym, bezbłędnym i genialnym rytmem, rytmem dodajmy
bardzo polskim.
Przepraszam za tę wycieczkę w kierunku Boya, a tym samym w polską
secesję, ale wydaje mi się, że nieprzypadkowe byłoby zestawienie
Bieńczyka i Boya. Być może Bieńczyk to taki nasz współczesny
Boy? Od Boya jednak, co dodać należy, różni Bieńczyka świetny,
bezbłędny warsztat literaturoznawczy. W tym też sensie jego
pisanie nie wyczerpuje się tylko w anegdocie, ale stanowi pretekst
do pogłębionych, literaturoznawczych rozmyślań. Tak też chyba
powstaje esej, łącząc to, co życiowe, przypadkowe, incydentalne z
pewną strukturą intelektualną, dzięki której przypadek zamienia
się w konieczność uzyskując językowy kształt.
Ostatnie części „Książki twarzy”, poświęcone Barhesowi, są
chyba najciekawsze z literaturoznawczego punktu widzenia. Bieńczyk
chyba najlepiej czuje się w obszarach poststrukturalnych, gdzie
opozycja tekst-życie traci na znaczeniu na korzyść wszędobylstwa
„tekstowego świata”. Przy czym zauważyć i zaznaczyć trzeba,
że w tekście pisanie Bieńczyka się nie wyczerpuje; tekst to
również egzystencja. Szkic o Rolandzie Barcie nie byłby tak dobry
i przejmujący, gdyby nie zarysowany w nim aspekt egzystencjalny.
Roland Barthes stał się pod piórem autora „Melancholii” nie
tylko geniuszem literaturoznawstwa, strukturalizmu, filozofem, który
komentuje dzieła literackie. Barthes jest również żywym
człowiekiem, głęboko związanym z matką, w którego pisarstwie
to, co egzystencjalne i to, co strukturalne istnieje jakoś, w
dziwnej koincydencji.
Na koniec tych rozmyślań chciałem jeszcze raz przedstawić i
pogłębić problem: Bieńczyk jako pisarz. Czy Bieńczyk jest
pisarzem? Nie jest, kiedy pisze o swoim życiu, wtedy jakby brakuje
mu języka, albo powiedzmy inaczej: nie jest to ten język, który by
pasował do specyfiki Bieńczykowego doświadczenia i percypowania.
Podobnie rzecz się miała z felietonami Michała Pawła Markowskiego
zamieszczanymi w „Tygodniu Powszechnym” na ostatniej stronie
pisma.
Tam również owa reguła, być może nie sprawdzająca się we
wszystkich przypadkach, że filozof literatury niekoniecznie jest
dobrym pisarzem, zdała się jednak w przypadku Markowskiego
sprawdzać.
Bieńczyk najlepiej i najbardziej przekonująco brzmi, jeszcze raz
powtórzę, kiedy pisze o literaturze innych pisarzy, albo o innych
badaczach literatury, cierpiących na tę samą niemożność
stworzenia „żywej” literatury.
Bo też dla autora „Książki twarzy” nie ma przepaści pomiędzy
tekstem a życiem. Smakowanie wybornego, starego wina jest podobne do
sposobu odbioru fraz klasyków, starych, mistrzów i filozofów. Tym
samym bordeux podobnie smakuje jak gnomiczna filozofia Heideggera czy
epifaniczna poezja Miłosza. Ten sam rodzaj intelektualnego
sybarytyzmu towarzyszy Bieńczykowi, kiedy robi głęboką analizę
wiersza, powieści, utworu i kiedy pije swoje ulubione wino.
Literatura jest dla niego punktem wyjścia i dojścia, być może nie
ma w niej miejsca na nietekstowe przeżywanie świata. To jest z
jednej strony fascynujące, a z drugiej nużące, świeża
obserwacja, impuls, nagła myśl, błysk, olśnienie (będące
naturalnym surowcem literatury jak u Bobkowskiego), ginie gdzieś na
rzecz wszędobylstwa literackości.
„Książkę twarzy” traktuję jako powieść intelektualną,
której przedmiotem jest sama literatura, namysł nad nią, ale
również wejście z nią w żywy, bezpośredni, sensualny kontakt.
Może być ona również nazwana rodzajem powieści totalnej
(niemodnej w epoce fragmentu). Jej pozorna fragmentaryczność bowiem
maskuje modernistyczną tęsknotę za ogarnięciem całości swojego
doświadczenia. Zatem totalność, nieskończoność z jednej strony,
a z drugiej fragmentaryczność, niemożliwość i nierozstrzygalność
to dwa bieguny modernistycznego z ducha (postmodernistycznego?)
dualizmu, który widać w „Książce twarzy”.
Tak.
Myślę, że w najnowszej książce Marka Bieńczyka zawarta jest
tęsknota za dziełem totalnym i nieskończonym, la
literature et le infini.
Zresztą sama struktura i układ esejów nasuwają myśl o
przemyślanej, domkniętej kompozycji.
Wątki poruszane na początku powracają w późniejszych partiach
(na przykład dziecinna fascynacja Indianami i poruszenie tego samego
tematu w dziale „Geografica”, gdzie mowa jest o ludności
rdzennej Kanady).
Również
ilość poruszanych zagadnień, szeroki wachlarz tematyczny (obecność
tematów takich jak sport, geografia, przekład, obraz, zmysły)
przywodzi na myśl wspomniane przeze mnie na początku silva
rerum, swoisty
tekstowy oraz intelektualny kolaż z różnych dziedzin ludzkiego
doświadczenia.
W życiu jest jak w literaturze. Chodzi o język, który pozwala
dojść do głosu Innemu.
Życie bez języka byłoby pozbawione drugiego, głębszego dna.
Życie w samym tylko języku pokazuje natomiast bezpośrednie
doświadczenie życia jako niemożliwości. Marek Bieńczyk pokazał
w swojej dualnej Księdze ponowoczesności, że możliwe jest
wytrwanie w tej niemożliwości.
wtorek, 13 maja 2014
Obłęd w dziupli. Na marginesie pisarstwa Roberta Walsera.
Temat
obłędu zawsze był mi bliski. Wariatów lubię i cenię. Sam
poniekąd nim jestem, jeżeli uznam, że to nie ja tworzę świat
swój i myśl swoją, ale jestem przez ten świat i myśl swoją
stwarzany. Moja myślowa żegluga, mój myślowy dryf jest
następujący. Najpierw cogito
ergo sum, później dubito
ergo sum, by
następnie uznać trafność sądu Nietzschego, że jestem własnym
konstruktem myślowym. Więc myśl wariata jest rozbita, oderwana od
tego, kto myśli. Ciekawe to, kiedy biorę do ręki dwie książki
Roberta Walsera, pisarza, który sporą część życia spędził w
ośrodku psychiatrycznym, "Rodzeństwo Tanner" oraz
"Willa pod Gwiazdą wieczorną". Zupełnie tam nie widzę
żadnego rozbicia. Wręcz przeciwnie: fraza jest zdyscyplinowana,
siebie pewna, a pod nią płynie nurt głęboki, który ją spaja,
ukryta struktura, żelazo i moc.
Walsera
pożyczyłem z biblioteki osiedlowej. Czytałem przez święta
Wielkiej Nocy. Jak zwykle, czytałem jednocześnie wnikliwie i
nieuważnie. Lubię "Rodzeństwo Tanner", bo mnie się ta
książka kojarzy ze swojskością życia. Dużo w niej słońca,
małych cudów życia, drobiazgów, takich jak na przykład
porcelanowe filiżanki.
Walser
to dla mnie pisarz poniekąd „babciny”, miły jak kubek fajansowy
i porcelanowe figurki. Z drugiej strony jest to pisarz „ciężki”,
dbający szczególnie o język, przywiązujący wagę do wewnętrznej
logiki opowieści. „Willa pod Gwiazdą Wieczorną” to z kolei
opowieść nieco impresyjna i nieco poetycka, przy czym znowu trzeba
stwierdzić: Walserem kieruje nie rytm poety, ale rytm prozaika. Stąd
struktura jego opowieści powinna być rozpatrywana jako oparta na tym, co zewnętrzne a nie wewnętrzne. Wewnętrzną strukturę, strukturę głęboko
filozoficzno-poetycką posiadają niektóre, wybitne prace naukowe.
Na przykład praca Joanny Tokarskiej Bakir „Obraz osobliwy”, o
religijności ludowej bądź też praca Andrzeja Zawadzkiego
„Literatura a myśl słaba” o słabej ontologii Gianniego Vattimo
i Constantina Noiki, bądź też inne prace, choćby Heideggera,
pierwszy tom rozprawy o Nietzschem, bo drugi jest już nie do
strawienia. Wspomnieć tutaj również muszę o pracach Macieja
Urbanowskiego, mojego promotora, którego „Romans z Polską”
czytam obecnie.
Więc
mnie się wydaje, że to, co się dzieje u Walsera to jest
zewnętrzność pięknie opisana poprzez silny promień światła
wewnętrzności. Więc Walser to jest tego rodzaju prozaik, który do
pewnego stopnia jest formalistą, a pod pewnym kątem jest
poetą oraz impresjonistą. Wydaje mi się, że z tego napięcia między
dyscypliną formalną prozaika (zewnętrzność), a ukrytym
promieniem świetlnym poety (wewnętrzność), bierze się istotna
siła tego pisarstwa. Z tym, że jak mówię: „nie urwało mi jaj”
to pisarstwo, że tak powiem, istotnie nie przewierciło, były
momenty większego zachwytu, ale generalnie ja się chciałem z
nim zapoznać poprzez legendę psychiatryczną Roberta Walsera, który
podczas spaceru po alejkach sanatorium, nagle, najzwyczajniej w świecie umarł. Walser
urodził się w 15 kwietnia 1878 roku w Biel (kanon Bern), w
niemieckiej Szwajcarii, jak podaje autorka posłowia do „Willi pod
Gwiazdą Wieczorną”, Teresa Jętkiewicz. Od 1913 roku mniej więcej, borykał się z depresją i innymi problemami psychicznymi. W 1929
roku, jak podaje Jętkiewicz, „choroba nerwowa wybucha w bardzo
ostrej formie, pisarz popełnia zamach samobójczy, zostaje jednak
uratowany i umieszczony w sanatorium w Waldau koło Berna”. Tam
stopniowo odzyskuje siły, jednak w 1933 roku, choroba znów nawraca
i Walser znów trafia do sanatorium, gdzie już jest do śmierci.
Zmarł w dzień Bożego Narodzenia, 25 grudnia 1956 roku.
Te
wiadomości biograficzne, myślę, istotne, przytaczam za Teresą
Jętkiewicz. Dodać można i trzeba, że pisarstwo Walsera wpłynęło
istotnie na Kafkę, Kafka uważał Walsera, jak pisze Jętkiewicz,
„za swojego mistrza i poprzednika”.
Wszystko
to bardzo ciekawe w kontekście biograficznej legendy outsidera, buntownika i dziwaka.Walser przez
kobiety traktowany był raczej czule i z wyrozumieniem, jako
marzyciel i niegroźny dziwak, a nie „prawdziwy mężczyzna”, który
kobiecie i rodzinie potrafiłby zapewnić utrzymanie. Imał się
różnych, przygodnych, mniej lub bardziej poważnych zajęć,
niemniej to właśnie konsekwentne trzymanie się ścieżki, którą
otworzyła przed nim literatura, spowodowało, że przetrwał jako
pisarz, dodajmy, jeden z najciekawszych i największych pisarzy
języka niemieckiego.
Długo
by można pisać o powinowactwach obłędu i literatury. Zaczął
kiedyś Cesare Lombroso, pisząc „Geniusz i obłąkanie”. W literaturze
polskiej najbardziej przejmujące świadectwo to wielka, trzytomowa
powieść Krzysztonia „Obłęd”. Dodajmy, że nie do reszty
„egzystencjalna”, bo jednak silnie przesiąknięta ówczesną
atmosferą czasów komunistycznych, powieść, która jakby jest
apolityczną, bardzo ostrą reakcją, bo prowadzącą do psychozy
głównego bohatera, na bieżącą sytuacją polityczną, mówię
„apolityczną”, a przecież jednak w dużym stopniu jest ona
polityczna, kiedy pomyślimy o tym, jak ówczesny system tłamsił
wrażliwość i wzmagał reakcje lękowe i paranoidalne.
Więc
Walser to jeszcze jeden z tych „Galerników wrażliwości”, o
których pisała Maria Janion w słynnej, gdańskiej serii
„Transgresje”, które obok „Galerników” wydały jeszcze „Maski”, „Osoby” oraz "Dzieci". I wszystko to niezwykle ciekawe i
niezwykle bogate z antropologicznego punktu widzenia, kiedy spojrzymy
na literaturę przede wszystkim jako na swoistą manifestację
egzystencji, ale tego rodzaju, która nawet wtedy, kiedy lokuje się
na marginesie oficjalnego dyskursu, potrafi swoim spojrzeniem
uniwersalizującym objąć pewną całość. Mówię bowiem Walser, a
myślę szaleństwo, jako temat antropologicznie (i medycznie)
jeszcze nie do końca zbadany, jako obszar tajemniczy i zagadkowy, w
którym ujawnia się coś bardzo delikatnego i kruchego w człowieku,
jego olbrzymia, potencjalna wrażliwość, która nagle, kiedy pęka,
wybucha niekontrolowanym wylewem omamów, przywidzeń, majaków,
chorobowych złud, fantomów, masek, które od twarzy odklejają się.
Nie
przylega bowiem w szaleństwie język do ciała w sensie ścisłym, a
nawet więcej powiem: język ten całkowicie się od ciała (czyli
rozumu), odkleja. Sytuacje, które to odcięcie mogą wywołać to
nade wszystkie sytuacje podwyższonego stresu i ryzyka, których
krucha i delikatna psychika danej osoby, danego artysty, nie może
całkowicie udźwignąć uciekając od tego, co rzeczywiste w świat
(nie)rzeczywisty, całkowicie wymyślony, w którym na chwilę lepiej
jest i bezpieczniej, jednak to bezpieczeństwo i to „lepiej”,
jest pozorne, rana bowiem jeszcze szerzej otwiera się i z niej
wylewa się, wycieka, jasna, krystaliczna jak dusza wariata, a
jednocześnie z gruntu chora, woda obłędu.
Walser
jednak pisał wtedy, mniemamy (wiemy to), kiedy był zdrowy, silny,
życie z niego wylewało się na papier. W chwilach bowiem dłuższej
bądź krótszej remisji osoba psychicznie chora, może niekiedy
przenosić góry, burzyć świątynie i w trzy dni je odbudowywać,
innymi słowy ziarnko zostaje zasiane, a z tego ziarnka zielone
wyrastają i czerwone, wiosenne pędy, pędy umajone, które świat
czynią bliższym i bardziej swojskim, szczególnie na wiosnę i
szczególnie w jesieni. Wiosna bowiem i jesień, dwie intensywne pory
duszy. Ale i lato i zima. Ulubioną porą roku Walsera chyba jest
zima i jesień, pory, w których życie jako takie zamiera, chowa się
do swojej skorupy kamiennej i drewnianej, cicho odbywa swój post
zimowy i swój post jesienny, śpi sobie jak brązowy niedźwiedź w
swojej norze. Więc umarła pora, zima, podczas której biały, żywy
śnieg na polu a w domowym wnętrzu pali się cicho i przytulnie
kominek, buzuje wesoło ogień, bohaterowie Walsera ogrzewają się
przy tym ogniu i przeciw zimie, jak również w głębokiej jedności
z zimą, piją ciepłą herbatę z rumem.
Więc
wariat, osoba skromna prawdziwie, pokorna, cicha, potrzebująca nade
wszystko struktur bezpiecznych, gdzie swoje szaleństwo mogłaby
oswajać w cichości, mogłaby dajmy na to, robić na drutach (jeśli
to kobieta cierpi psychicznie) albo rąbać drewno (jeśli to
mężczyzna psychicznie niedomaga), bądź też, jak wielu wariatów
literatury, bezpieczeństwo znaleźć w swojej dziupli wymarzonej,
wymyślonej, gdzieś na obrzeżach państw, systemów, politycznych
struktur i po prostu cicho marzyć, pisać, dumać, pić kawę,
papierosa palić, a nade wszystko czytać, czytać, czytać.
Tajemnicze księgi, księgi tajemnicze tajemnicą piękna z
Biblioteki Osiedlowej pożyczać, aby cykl odnawialny, jak zwykle się
odnowił, aby powróciło całe, tajemnicze piękno świata, kiedy o
kolejnej, pożyczonej z Biblioteki Osiedlowej książce, wariat, ten
Don Kichot i Sancho Pansa w jednym, ten obłąkaniec swojej dziupli,
będzie pisał.
Więc
mnie się wydaje, że Walser to jest pisarz niezwykle istotny dla „szalonego” paradygmatu literatury, który
przecież jest tak obszerny i wielki, że nie ma potrzeby o nim
pisać, bo, co tu nie powiedzieć, wśród artystów, wycieczki w
wymiary „inne” były częste i często kończyły się również
dla literatury fiaskiem, bo jak Krzysztoń pisał „nie sposób
pisać w obłędzie”. Co innego natomiast, gdy mowa o pisarzu o
obłęd „wzbogaconym”, który do świata żywych powrócił i
świadectwo swojej podróży daje. Jak Krzysztoń właśnie, który
na ruinach i zgliszczach tego, co wybuchło wielkim płomieniem i
wypaliło się, pozostawiając popioły, zaczął budować ogromne
gmachy literackie. Ziarno obumarłe zaczęło znowu żyć.
Tak
też wydaje mi się, że choroba dla niektórych pisarzy jest wręcz
do pisania potrzebna, trzeba traktować ją jako zagadkowy dar od
losu czy Boga.
Tym
akcentem z nadziei zakończę na dzisiaj.
Trzeba czytać Walsera, bo Walser to pisarz dobry na te czasy, zarówno jako signum jak i rodzaj antidotum.
Trzeba czytać Walsera, bo Walser to pisarz dobry na te czasy, zarówno jako signum jak i rodzaj antidotum.
niedziela, 4 maja 2014
Hippis codzienności. Krótko o tomie poezji Piotra Madeja, "Tam gdzie nikt nie był i nie chce być", Miniatura 1999
To będzie na razie szkic, skromne przybliżenie, po tym piątkowym pijaństwie, kiedy śmierć była niemal dotykalna.Mam w ręku tom poetycki Piotra Madeja pt "Tam gdzie nikt nie był i nie chce być", wydany przez Miniaturę w 1999. Po pierwsze w roku 1999 wydawano same, najlepsze książki (Kierkegaard, Heidegger o Nietzschem i Madej właśnie). Po drugie, z tomem tym obcuję już od dłuższego czasu i jestem zachwycony. Czemu? Pewnie pewien wzgląd ma tutaj legenda Piotra Madeja, który umarł wcześnie, przed czterdziestką, żył intensywnie w Sandomierzu i nauczał młodzież, więcej, dla tej młodzieży był istotnym autorytetem. Po śmierci Madeja jego żona, która została przy nim do końca, pięknie go pożegnała w jego tomie, który został wydany po śmierci poety. Mnie się wydaje dość ściśle, że ze sporym zjawiskiem mamy tutaj do czynienia. Przede wszystkim jest w tych wierszach niezwykła świeżość, nie silenie się na nic, oryginalność za tym idąca, zupełnie niewymuszona. Poza tym jest spora kondensacja, jak wiersz, to krótki, stara, dobra jeszcze szkoła pisania wierszy krótkich, prostych i treściwych. Inną sprawą jest to, że mam wrażenie, iż wiersze te są bardzo ściśle powiązane z życiem Madeja, kiedy ja je czytam, w tych między wersach staje przede mną poeta jak żywy, a może nie tyle poeta, co więcej powiem: poety dusza. Jak powiedział jego wydawca, to był poeta mocno hippizujący, dzisiaj już takich na lekarstwo, nie wnikam dokładnie na czym to jego hippisostwo miało polegać, niemniej wydaje mi się, że to nie polegało jedynie na używaniu życia aż po destrukcję, ale było powiązane dość mocno z głęboką duchowością, którą widać w tych wierszach. Ja po prostu widzę chłopa, widzę go w tym jego Sandomierzu, kiedy na ławkach, gdzieś na przedmieściach albo w parkach, że gdzieś tam właśnie życia używa silnie, a przy tym pisze te swoje wiersze, wiersze krwią pisane i ciałem i duszą, wiersze znakomite, w których można usłyszeć "wrzask bukietów", między innymi albo leżeć z kobietą przed telewizorem we wieczór i nie iść do łóżka, ograniczyć się do leżenia, jak jest napisane w wierszu "Nagano w łóżku: "zrobię sobie chyba kawę, lubię być z tobą w łóżku" albo w wierszu "Bez tytułu", kiedy bohaterowie "mogliby nie iść" do łóżka, a zamiast tego "łowić razem ryby, malować smoki na ścianach, pić coś, grać na perkusji albo na garnkach, mogliby oglądać film i marzyć żeby główni bohaterowie nie szli od razu do łóżka". Więc mnie się wydaje, że codzienność w wierszach Madeja jest niesamowita poprzez to, jak ją liryczny bohater intensywnie przeżywa, o tej codzienności wszystko można powiedzieć, tylko nie to, że jest nudna. Widać i czuć w tej codzienności powiew świeżych kwiatów, filiżankę gorącej kawy, palonego papierosa, ale to nie są rzeczy zwykłe i zwyczajne, ale przeżywane tak, jakby były czymś bardzo intensywnym, silnym. Nawet zwyczajne patrzenie na pokój może być zajęciem wywołującym doznania tak intensywne i silne jak palenie marihuany czy haszyszu. Przytaczam wiersz "W kącie":
"Siedź tak w kącie
i nie myśl
o niczym
Patrz na kota
jak śpi
patrz ale nie śpij
Spójrz w oczy oknu
Podrap ciszę w kark
Nie wolno ci myśleć
pamiętaj
Czuj swoje istnienie
jak promienie światła
odbite na podłodze
jak krople deszczu
schnące na liściach
jak leśny śnieg
Jaka czysta chwila
nic jej nie zbrudzi
nic się nie zbudzi"
Kiedy czytam te wiersze, jedno określenie mi się nasuwa: czyste hippisostwo. Na czym ono polega? Otóż mnie się wydaje, że kwestię używek trzeba tutaj na bok odstawić, niewiele mnie obchodzi, czy Madej "jarał" czy nie, ale to, co widać w wierszach, a widać przede wszystkim, czyste, jeszcze niezapaskudzone żadną, zbędną influencją, choć przecież nienaiwne, przeżycie świata takim, jakim on jest, czyli takim, jak on się bohaterowi tych wierszy jawi. A jawi się jako teren nieustających fascynacji i zachwytów, ale dodajmy: mocno przecież podszytych cierpieniem i bólem; cierpieniem, które dodam, nie ogranicza i nie blokuje skrzydeł, ale zostaje przemienione w szczęście, bohater z entuzjazmem rozpościera skrzydła swoich wierszy. Codzienność, co prawda jest bolesna, ale ten ból uskrzydla, przynosi radość. Innymi słowy, Piotr Madej zdążył jak mi się wydaje, dopracować swojego, niepodrabialnego idiomu poetyckiego. Ja się zresztą tym Madejem zaraziłem od razu, bo kiedy z Przemkiem Mańką poszliśmy do Miniatury razem, kiedy Pan Mączka, wydawca Madeja, dał nam po jego tomiku, no to ja od razu się tym Madejem zaraziłem, a przede wszystkim w gardle mnie ścisnęło przez to posłowie jego żony w jego ostatnim tomiku, żony, która była przy Madeju do końca, posłowie tak piękne i wzruszające, że gdybym był pewnie więcej podpity, to bym ryknął mam wrażenie, sporym płaczem, albo po prostu łkał wewnątrz jak gruby, brązowy niedźwiedź. A Madeja jeszcze czytałem nie raz od tego czasu i tak się zbierałem, zbierałem do napisana tekstu o tej poezji. Czytałem go między innymi, kiedy miałem iść do pewnego profesora, żeby mnie wydobył z grzęzawisk moich, doktoratowych i powiem, że wtedy ta poezja, kiedy w Krakowie było śliczne, wiosenne, świeżutkie słońce i bardzo dużo zieleni, że wtedy, kiedy byłem sam w mieszkaniu i robiłem sobie tosta z pomidorkiem, powiem, że wtedy ta poezja mówiła do mnie jak nigdy, mówiła do mnie z wnętrza jej specyficznej i arcyciekawej samotności. Czułem dziwną lekkość czytając poezję Piotra Madeja, lekkość, która przybliża istotnie do piękna świata, kiedy jego powierzchnia niewymienialna się staje na chwilę z jego głębią. Bardzo mi się na ten przykład podoba wiersz "Lekkość":
"Chłopcy strzelają z procy
do strażników losu
Dziewczyny klęczą nad strumykiem
i ochlapują wodą swoje uda
Patrz na mokre rąbki sukienek
Chłopcy rozpinają guziki dziewczynom bluzek
zajmuje to tak długo
zdejmują to tak długo
Dzieci mają liście we włosach
Chłopcy całują dziewczyny
one zamykają oczy
Zaraz zgasnę na zawsze
żeby nie minął ten dzień"
Mnie się wydaje, że to, co specyficzne w tej poezji, to zjednoczenie dwóch, przeciwnych pozornie momentów: wieczności i chwili. Chwila w powyższym wierszu jest rozciągana po "wieczność", bardzo długo wszystko to odbywa się, a dzieje się w czasie, jego zastygłej, zamrożonej chwili, zupełnie jak u Prousta zresztą, wszystko trwa bardzo długo, a przecież to wszystko to tylko chwila, życie to mgnienie, życie Madeja przecież było takim mgnieniem, pięknym meteorem właśnie, który na tę chwilę rozbłysnął. I ustanowił, mam wrażenie, rodzaj wieczności, inaczej: dotknął tejże wieczności rąbka sukienki właśnie poprzez uważnie zbadaną, przeżytą, kontemplowaną chwilę, na chwilę istnienie bohatera tego wiersza było zarówno mgnieniem co wiecznością. Dodam, że zdolność taką posiadają poeci o wybitnym talencie, a talent Madeja, jak mi się wydaje, był kryształowy.
Ale nici z tego tekstu o Madeju i tak będą, bo tę poezję albo się czuje i przeżywa albo nie. Można pisać długie rozprawy o średniówce u Miłosza, owszem, można pisać kolejne tomy o Miłoszowej wielkości intelektualnej, Madej w końcu nie Miłosz, ale Madej ciekawy przecież niezmiernie właśnie poprzez swoją prostotę i pozorny jedynie brak intelektualnego wyrafinowania, bo te wiersze, co by tu nie powiedzieć, swój ciężar mają. Młody chłopak, młodo zmarł, żył w tym Sandomierzu, uczył tę młodzież swoją, pił, palił, kochał, oglądał telewizję i jak mniemam, pochłaniał książki jak dobrze nasączona gąbka. Wiersze Madeja to wielka tajemnica, tajemnica nie tylko jego prywatnego czasu jak mniemam, ale w ogóle tajemnica tamtych czasów, lat 90 tych, które ja wspominam jako wielki harmider, wielki rozruch, wielką gorączkę, wielkie bieganie i gonienie, każdy gdzieś za czymś dążył, każdy miał jakiś cel, wielu było bardzo szczęśliwych, radosnych, jasnych i dopiero dzisiaj, nuda, zgnilizna, znużenie, wewnętrzne chaosy, nie ma do czego się wspinać, bo się sam kres do nas zniżył, i nas wsysa w swoje obszary. A Madej dał się wessać istotnie życiu, ono go całkiem pochłonęło, jego rzeka go zabrała, ale on dał temu naprawdę przejmujące świadectwo. Próbka jego talentu, proszę bardzo. Wiersz "Przy drodze":
"Stary Bóg usiadł na kamieniu
przy drodze
i zapalił fajkę
Przejeżdżała młoda kobieta
w czerwonym oplu
i spojrzała na niego współczując.
Para z wózkiem
udała że go nie widzi.
Nie widział go samolot
który wbijał się w
bitą śmietaną chmur
Poznał go tylko mały wróbel
i usiadł mu na bucie.
Zapadła noc."
Nie będę już więcej pisał o tej poezji, może jeszcze kiedyś coś napiszę, coś dopiszę. W każdym razie, kiedy codzienność jest już wysycona, nasycona, kiedy nie ma już w niej miejsca na prosty, dziecięcy niemal zachwyt nad tym, co jest, kiedy wszystko nagle stało się "oczywiste", warto tę oczywistość poddać w stan podejrzenia i sięgnąć po tom poetycki Piotra Madeja, tom, który pokaże, że życie w jego głębokiej istocie, bardzo mocno i precyzyjnie przez Madeja przeczutej, wcale takie oczywiste nie jest.
Na koniec tych elaboratów, przytaczam wiersz Madeja, zatytułowany "John Keats", który mógłby myślę z powodzeniem posłużyć za portret poety z Sandomierza:
"John Keats nie miał konta w banku.
Nie pisał na komputerze
i ani razu nie oglądał telewizji.
Nie brał udziału w wyborach
i nie spłodził żadnego dziecka
John Keats nie słuchał reklam
ani parlamentu
Nie miał prawa jazdy
i nie robił zakupów w supermarkecie
Nie udzielał żadnych wywiadów.
Czy on w ogóle żył
ten niewyrośnięty niedożywiony poeta?"
Tym krótkim szkicem chciałem jedynie troszeczkę, malutko i skromnie przybliżyć sylwetkę twórczą, profil poetycki Piotra Madeja, więcej, ja chciałem jeszcze o Piotrze Madeju po prostu przypomnieć, ponieważ jestem głęboko przekonany, że ta poezja zasługuje na przypominanie, odświeżanie i powracanie do niej. Uważam ją za ważne zjawisko na mapie, powiem górnolotnie, polskiej literatury, ona powinna na tej mapie zająć należne jej miejsce i znaleźć się również w lekturach szkolnych. Skoro Stachura trafiał i Wojaczek do młodzieży, trafiać będzie niewątpliwie i Madej, którego propozycja jest zupełnie osobna i arcyciekawa, choć w pewnym sensie odrobinę zbliżona do tego paradygmatu "poezji przeklętej", który reprezentują twórcy wyżej wymienieni. Madej jednak inny, Madej skromniejszy, nieco "prostszy", ale chyba własnie przez to bardzo ciekawy. Madej, poeta niezwykłej, szalonej codzienności, poeta, który tę codzienność przeżywał tak intensywnie, że w końcu za swoją olbrzymią wrażliwość musiał zapłacić przedwczesną śmiercią. Poeta, o którym trzeba pamiętać, do którego trzeba powracać, którym trzeba się zachwycać.
"Siedź tak w kącie
i nie myśl
o niczym
Patrz na kota
jak śpi
patrz ale nie śpij
Spójrz w oczy oknu
Podrap ciszę w kark
Nie wolno ci myśleć
pamiętaj
Czuj swoje istnienie
jak promienie światła
odbite na podłodze
jak krople deszczu
schnące na liściach
jak leśny śnieg
Jaka czysta chwila
nic jej nie zbrudzi
nic się nie zbudzi"
Kiedy czytam te wiersze, jedno określenie mi się nasuwa: czyste hippisostwo. Na czym ono polega? Otóż mnie się wydaje, że kwestię używek trzeba tutaj na bok odstawić, niewiele mnie obchodzi, czy Madej "jarał" czy nie, ale to, co widać w wierszach, a widać przede wszystkim, czyste, jeszcze niezapaskudzone żadną, zbędną influencją, choć przecież nienaiwne, przeżycie świata takim, jakim on jest, czyli takim, jak on się bohaterowi tych wierszy jawi. A jawi się jako teren nieustających fascynacji i zachwytów, ale dodajmy: mocno przecież podszytych cierpieniem i bólem; cierpieniem, które dodam, nie ogranicza i nie blokuje skrzydeł, ale zostaje przemienione w szczęście, bohater z entuzjazmem rozpościera skrzydła swoich wierszy. Codzienność, co prawda jest bolesna, ale ten ból uskrzydla, przynosi radość. Innymi słowy, Piotr Madej zdążył jak mi się wydaje, dopracować swojego, niepodrabialnego idiomu poetyckiego. Ja się zresztą tym Madejem zaraziłem od razu, bo kiedy z Przemkiem Mańką poszliśmy do Miniatury razem, kiedy Pan Mączka, wydawca Madeja, dał nam po jego tomiku, no to ja od razu się tym Madejem zaraziłem, a przede wszystkim w gardle mnie ścisnęło przez to posłowie jego żony w jego ostatnim tomiku, żony, która była przy Madeju do końca, posłowie tak piękne i wzruszające, że gdybym był pewnie więcej podpity, to bym ryknął mam wrażenie, sporym płaczem, albo po prostu łkał wewnątrz jak gruby, brązowy niedźwiedź. A Madeja jeszcze czytałem nie raz od tego czasu i tak się zbierałem, zbierałem do napisana tekstu o tej poezji. Czytałem go między innymi, kiedy miałem iść do pewnego profesora, żeby mnie wydobył z grzęzawisk moich, doktoratowych i powiem, że wtedy ta poezja, kiedy w Krakowie było śliczne, wiosenne, świeżutkie słońce i bardzo dużo zieleni, że wtedy, kiedy byłem sam w mieszkaniu i robiłem sobie tosta z pomidorkiem, powiem, że wtedy ta poezja mówiła do mnie jak nigdy, mówiła do mnie z wnętrza jej specyficznej i arcyciekawej samotności. Czułem dziwną lekkość czytając poezję Piotra Madeja, lekkość, która przybliża istotnie do piękna świata, kiedy jego powierzchnia niewymienialna się staje na chwilę z jego głębią. Bardzo mi się na ten przykład podoba wiersz "Lekkość":
"Chłopcy strzelają z procy
do strażników losu
Dziewczyny klęczą nad strumykiem
i ochlapują wodą swoje uda
Patrz na mokre rąbki sukienek
Chłopcy rozpinają guziki dziewczynom bluzek
zajmuje to tak długo
zdejmują to tak długo
Dzieci mają liście we włosach
Chłopcy całują dziewczyny
one zamykają oczy
Zaraz zgasnę na zawsze
żeby nie minął ten dzień"
Mnie się wydaje, że to, co specyficzne w tej poezji, to zjednoczenie dwóch, przeciwnych pozornie momentów: wieczności i chwili. Chwila w powyższym wierszu jest rozciągana po "wieczność", bardzo długo wszystko to odbywa się, a dzieje się w czasie, jego zastygłej, zamrożonej chwili, zupełnie jak u Prousta zresztą, wszystko trwa bardzo długo, a przecież to wszystko to tylko chwila, życie to mgnienie, życie Madeja przecież było takim mgnieniem, pięknym meteorem właśnie, który na tę chwilę rozbłysnął. I ustanowił, mam wrażenie, rodzaj wieczności, inaczej: dotknął tejże wieczności rąbka sukienki właśnie poprzez uważnie zbadaną, przeżytą, kontemplowaną chwilę, na chwilę istnienie bohatera tego wiersza było zarówno mgnieniem co wiecznością. Dodam, że zdolność taką posiadają poeci o wybitnym talencie, a talent Madeja, jak mi się wydaje, był kryształowy.
Ale nici z tego tekstu o Madeju i tak będą, bo tę poezję albo się czuje i przeżywa albo nie. Można pisać długie rozprawy o średniówce u Miłosza, owszem, można pisać kolejne tomy o Miłoszowej wielkości intelektualnej, Madej w końcu nie Miłosz, ale Madej ciekawy przecież niezmiernie właśnie poprzez swoją prostotę i pozorny jedynie brak intelektualnego wyrafinowania, bo te wiersze, co by tu nie powiedzieć, swój ciężar mają. Młody chłopak, młodo zmarł, żył w tym Sandomierzu, uczył tę młodzież swoją, pił, palił, kochał, oglądał telewizję i jak mniemam, pochłaniał książki jak dobrze nasączona gąbka. Wiersze Madeja to wielka tajemnica, tajemnica nie tylko jego prywatnego czasu jak mniemam, ale w ogóle tajemnica tamtych czasów, lat 90 tych, które ja wspominam jako wielki harmider, wielki rozruch, wielką gorączkę, wielkie bieganie i gonienie, każdy gdzieś za czymś dążył, każdy miał jakiś cel, wielu było bardzo szczęśliwych, radosnych, jasnych i dopiero dzisiaj, nuda, zgnilizna, znużenie, wewnętrzne chaosy, nie ma do czego się wspinać, bo się sam kres do nas zniżył, i nas wsysa w swoje obszary. A Madej dał się wessać istotnie życiu, ono go całkiem pochłonęło, jego rzeka go zabrała, ale on dał temu naprawdę przejmujące świadectwo. Próbka jego talentu, proszę bardzo. Wiersz "Przy drodze":
"Stary Bóg usiadł na kamieniu
przy drodze
i zapalił fajkę
Przejeżdżała młoda kobieta
w czerwonym oplu
i spojrzała na niego współczując.
Para z wózkiem
udała że go nie widzi.
Nie widział go samolot
który wbijał się w
bitą śmietaną chmur
Poznał go tylko mały wróbel
i usiadł mu na bucie.
Zapadła noc."
Nie będę już więcej pisał o tej poezji, może jeszcze kiedyś coś napiszę, coś dopiszę. W każdym razie, kiedy codzienność jest już wysycona, nasycona, kiedy nie ma już w niej miejsca na prosty, dziecięcy niemal zachwyt nad tym, co jest, kiedy wszystko nagle stało się "oczywiste", warto tę oczywistość poddać w stan podejrzenia i sięgnąć po tom poetycki Piotra Madeja, tom, który pokaże, że życie w jego głębokiej istocie, bardzo mocno i precyzyjnie przez Madeja przeczutej, wcale takie oczywiste nie jest.
Na koniec tych elaboratów, przytaczam wiersz Madeja, zatytułowany "John Keats", który mógłby myślę z powodzeniem posłużyć za portret poety z Sandomierza:
"John Keats nie miał konta w banku.
Nie pisał na komputerze
i ani razu nie oglądał telewizji.
Nie brał udziału w wyborach
i nie spłodził żadnego dziecka
John Keats nie słuchał reklam
ani parlamentu
Nie miał prawa jazdy
i nie robił zakupów w supermarkecie
Nie udzielał żadnych wywiadów.
Czy on w ogóle żył
ten niewyrośnięty niedożywiony poeta?"
Tym krótkim szkicem chciałem jedynie troszeczkę, malutko i skromnie przybliżyć sylwetkę twórczą, profil poetycki Piotra Madeja, więcej, ja chciałem jeszcze o Piotrze Madeju po prostu przypomnieć, ponieważ jestem głęboko przekonany, że ta poezja zasługuje na przypominanie, odświeżanie i powracanie do niej. Uważam ją za ważne zjawisko na mapie, powiem górnolotnie, polskiej literatury, ona powinna na tej mapie zająć należne jej miejsce i znaleźć się również w lekturach szkolnych. Skoro Stachura trafiał i Wojaczek do młodzieży, trafiać będzie niewątpliwie i Madej, którego propozycja jest zupełnie osobna i arcyciekawa, choć w pewnym sensie odrobinę zbliżona do tego paradygmatu "poezji przeklętej", który reprezentują twórcy wyżej wymienieni. Madej jednak inny, Madej skromniejszy, nieco "prostszy", ale chyba własnie przez to bardzo ciekawy. Madej, poeta niezwykłej, szalonej codzienności, poeta, który tę codzienność przeżywał tak intensywnie, że w końcu za swoją olbrzymią wrażliwość musiał zapłacić przedwczesną śmiercią. Poeta, o którym trzeba pamiętać, do którego trzeba powracać, którym trzeba się zachwycać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
"Pałac" Wiesława Myśliwskiego - zdjęcie z krzyża. Impresja krytycznoliteracka
Jak można być zdjętym z krzyża i pisać? Pisanie jest czerpaniem, jest wyczerpywaniem, jest nieustającą radością i zmęczeniem, jest odpoczynk...
-
Władysław Broniewski urodził się 17 grudnia 1897 roku w Płocku rodzinie urzędniczej. Ojciec jego zmarł bardzo szybko, w 1905 roku, kiedy ma...
-
Czemuż znowu zachorowałem, gdy język, którego się wyuczyłem, już stał mi się bliski i nawet zacząłem nim niekiedy nieźle władać? Może ...