sobota, 29 lipca 2023

Wyimki, fragmenty, intuicje, błyski _ cz. 21

 Jednocześnie obecnemu światu wypowiadam wojnę i w tym samym momencie wywieszam białą flagę, to trochę bez sensu…

Człowiek normalny, który najczęściej cierpi z powodu choroby psychicznej, musi mniej lub bardziej udolnie naśladować świat umownie zwanych zdrowymi psychicznie, którzy najczęściej są poważnie pieprznięci.

Po drugim epizodzie psychotycznym, jedyną moją radością, był codzienny, poranny płacz. Aktualnie nie czuję zupełnie nic i z wytęsknieniem wypatruję śmierci.

Dlaczego przestrzegam skrupulatnie tego, co nazwałem Prawami Paruzji? To jest tak, jak nie umiesz rysować albo śpiewać i ciągle bawisz się w malarza albo śpiewaka. Tak i ja, nie umiejąc, nadaję sztucznie jakąś strukturę temu chaosowi, który stale mnie nawiedza.

Życie w obecnym społeczeństwie, w którym ludzie albo zgrywają ważniaków, albo są po prostu nieszczerzy, jest kompletnie bez sensu, po co?
 
Nie mogę wyjść ze zdumienia, że wiece polityczne mają tylu słuchaczy oraz widzów.  Nie ma tutaj zupełnie czego słuchać ani oglądać. Mowa trawa, kretyńskie hasła, puste androny, co to w ogóle za korzyść w czymś tak beznadziejnie głupim brać udział?

Chciałem w końcu coś poczuć, dlatego dzisiaj zgasiłem papierosa przypalając dłoń niedopałkiem.

Beznadziejny, pijany marsz przez życie poety, powinien wzbudzić przynajmniej wzruszenie; tymczasem dla zdecydowanej większości jest on zupełnie obojętny.

Wielu już się śmiertelnie obraziło, ale nikt na to nie zwrócił najmniejszej uwagi, więc ci obrażeni zaczęli po prostu regularnie pić, aby zwrócić na siebie uwagę.

Porozmawiać z kimś szczerze… Właśnie to robię – z Tobą, bracie, szczerze rozmawiam.

Między słowem a czynem przeważnie zieje przepaść. Przy czym słowo użyte na terapii jest jakby czynem, albowiem pozbawione jest ciężaru semantycznego, nie niesie żadnej semantyki – jak lekarstwo może cokolwiek znaczyć prócz tego, że jest użyteczne, pomaga?

Dlaczego nigdy nie interesowała mnie polityka? Albowiem uważam, że świat władzy nie jest światem mądrości, jest nawet jej zaprzeczeniem. Wysuwam z tego sylogizm: świat nigdy nie był mądry.

Rozmawiałem dzisiaj z Marianem Stalą o moich Wyimkach. On się na Tobie nie poznał Misiulka, są tacy, co się na Tobie nie poznali. Babuszka i tak wie, że jesteś genialny.

W tych Wyimkach prowadzę grę ze sobą, ze światem, ze środowiskiem literackim, z kobietami, a przede wszystkim z Marianem Stalą, grę, która po prawdzie mało kogo obchodzi.

Jeśli ktoś spędza mi sen z powiek, jest to właśnie Marian Stala.

Dzisiaj zobaczyłem jakiś paproch kurzu w kącie pokoju, od razu podniosłem i wyrzuciłem do kosza. Prawdopodobnie tym paprochem był Marian Stala.

Prawdziwa potęga, którą znam osobiście, ale o której nic nie wiem, jest dr Michał Piętniewicz.

Nie wiem dlaczego, ale największy szacunek i sympatię z tej całej gromady, czuję do Mariana Stali.

To pewnie zbyt proste, co powiem: Stala, stawiając wyżej moją poezję nad prozę, przyznaje większe znaczenie furii mojej nieświadomości oraz podświadomości, miast pozornemu, racjonalnemu porządkowaniu jakichkolwiek zjawisk. Stala może mieć rację.

Przeczytałem u Horney opis narcyza, który może mieć w życiu epizody psychotyczne (ja miałem), i ten opis dokładnie do mnie pasuje. Sęk w tym, że narcyzm można zarzucić prawie wszystkim samcom, albowiem większość samców swoją pracę traktuje śmiertelnie poważnie, o wiele poważniej zapewne, aniżeli partnerki życiowe, które bywają jedynie rodzajem flary, zasłony dymnej, parawanu.

Zapewne przy bliższym poznaniu mogę zyskiwać, widzę po ludziach wokół mnie. Na odległość raczej mogę budzić niechęć, może zmieszaną z podziwem… Mariana Stalę interesują jedynie jednak produkty mojej niezrównoważonej świadomości, uzyskujące w tym samym momencie efekt krystalizacji, właściwy dla wielkiej poezji.

Żurakowskiemu wyszło jedno w życiu: pogrzeb, który miał naprawdę piękny.

Gdybym cokolwiek w życiu wymiernego osiągnął, to nie pucowałbym się tutaj przed Wami sztucznie, jak jakiś pożałowania godny, nędzny frustrat. A tak, wybaczcie, będę napierdalał tak długo, aż nie sięgnę galaktyki, zapewne galaktyki głupoty.

Czytam różne opisy osobowości u Karen Horney i okazuje się, że człowiek to tak naprawdę chodzący worek gówna… Alkohol powoduje niejakie rozwolnienie uczuć, stąd większość porządnych i uczciwych ludzi to alkoholicy.

Muszę dociec o co mi chodzi… Czy docenienie w postaci Nagrody Nobla usatysfakcjonowałoby mnie? Nie, bo źle się czuję po prostu na wszelkich salonach jajogłowych nadmiernie, snobistycznych typków. Dążę de facto do jednego tylko celu: druku w gazetce Vis a Vis, co zapewne spowoduje we mnie okrzyk radości pawiana.

A czy tym samym sam przed sobą nie wybielam się idiotycznie, gardząc Noblem i wybierając jakąś kuriozalną gazetkę, która nikogo nie obchodzi, poza paroma dziwakami? Na ile chcę być w porządku sam ze sobą, a na ile z własną furią, która prowadzi mnie ku przepaści?

Jedyne, co można o mnie powiedzieć, to to, że nie jestem pozerem. Jestem w obyciu niesłychanie prostolinijny, nie cierpię konfliktów między ludźmi, jeśli konflikt to w sobie.

Czy celowałem w kogoś konkretnego w moich Wyimkach? Zawsze była to bliżej nieokreślona mgła, co do której nie miałem pojęcia, że ktoś, ktoś w tej mgle stoi i boleśnie obrywa.

Człowiek, który zamieszkuje niszę, może tę niszę uświęcać jakoś i nadawać jej rangę uniwersum. Ale tak zawsze było. Literaci, pisarze, filozofowie, intelektualiści to, przepraszam, nie wędrowni kaznodzieje.

Jeśli weryfikacją naszych poczynań i tzw. owocami, miałyby być chodzące za nami tłumy, rzesze fanów, followersów, to weź Pan, Panie, przykład Hitlera, nie miał? Cały naród go popierał i co, fajny gość był?

To oczywista demagogia i zakamuflowana zawiść, że mnie nie udało się osiągnąć popularności ani sukcesu. Ale z drugiej strony wielu przede mną umierało w nędzy, poniżeniu, poważnych chorobach… Ja w sumie to mam dość rajskie życie, choć przyznam, że życie to jednocześnie boli.

Stoję w tych Wyimkach przed lustrem i nie widzę własnej twarzy, bo własną twarz mam w dupie. Może na tym polega prawdziwy i naprawdę okrutny narcyzm?

Iluż jest ludzi poczciwych i naiwnych, a przy tym pozbawionych talentu? Ale iluż w tym samym momencie, jest ludzi dobrych, owym talentem obdarzonych.

Myślę, że otrzymałem jednoczesną karę i nagrodę za mój stosunek do rzeczywistości.
Sęk w tym, że był i jest to stosunek wyłącznie intuicyjny. Niczego de facto nie werbalizuję, niczego nie nazywam, niczego nie porządkuję, nie układam w zgrabne definicje, nikomu de facto i niczym się nie przysłużyłem. Na ludzi jestem jednocześnie otwarty i zamknięty, prawdopodobnie dlatego, że za dużo o nich wiem i dość mnie już zdążyli wkurwić.

Mam jęzor brązowy od kawy i papierosów, duszę czarną od nikotyny, emocji tyle, co nic, empatii jeszcze mniej. Ego rozdęte do granic. Jak bardzo nieciekawym można się stać w przeciągu życia?












 


wtorek, 18 lipca 2023

Wyimki, fragmenty, intuicje, błyski _ cz. 20

Cóż to znaczyłoby być szczęśliwym? Być może być szczęśliwym znaczyłoby utrzymać się na powierzchni.

Im kto mocniejszy i tęższy, tym bardziej musi cicho siedzieć, żeby dać poczucie bezpieczeństwa słabszym.

Kobiety mają do powiedzenia mniej więcej tyle samo… Jednak wykonam gest autoagresji. Uduszę siebie a nie je.

Nie wiem, czy to świat jest schizofreniczny, czy to ja mam schizofrenię.

Czym jest przyjaźń? Ryzykiem.

Bożenka chce zobaczyć we mnie człowieka, ale ja nie jestem człowiekiem. Jestem tekstem i słuchem, wcieloną pustką.

Czy są ludzie, których nie da się zranić słowem? Takich nie ma, ale są tacy, którzy zręcznie omijają rafy i tych umownie zwiemy świadomymi .

Większość mówi wyuczonym językiem relacji albo publicznej debaty, który jest żaden de facto, bo służy przetrwaniu w tym społecznym szambie totalnej paranoi. Można się tego języka nauczyć, ale nic z tego de facto nie wynika, prócz pieniędzy.

Chorobę psychiczną winno zwać się zdrową oraz inteligentną reakcją na to, co jest.

Dogłębna znajomość człowieka wyklucza wszelkie zawodowstwo i wszelką specjalizację, która fiksuje na bardzo wąskim odcinku rzeczywistości, powodując najczęściej u danego „znawcy” urojoną wyższość nad tzw. pospólstwem.

Na razie mocuję się ze światem, który z nas bardziej zwariował i komu zostanie przyznany olimpijski laur bezdennej głupoty. Staram się tego lauru nie otrzymać, dlatego z dużą ostrożnością i flegmą pozwalam.

Postmodernizm to intelektualnie wyrafinowana, ale jednocześnie jałowa i pusta zabawa, nie mająca zbyt wiele wspólnego z życiem. Takie refleksje naszły mnie po lekturze „Anatomii ciekawości” Michała Pawła Markowskiego.

Szustak nie jest żadnym feministą. Jest cwaniakiem. Jak zresztą każdy feminista, tak naprawdę pseudo feminista, prócz homosiów, którzy naprawdę kochają nie tyle kobiety, co kobiecość.
Nazwijcie mnie chrześcijańskim postmodernistą, a ja się zgodzę. Bezgraniczne umiłowanie prawdy, jak i nieustające, cyniczne drwienie z niej, są mi jednakowo obce.

Czy jest możliwe znalezienie prawdy o sobie? Tak, ale obawiam się, że jedynie  w kontrze do kogoś, czy czegoś, co jest tyleż żarliwe, co błędne.

Prawdopodobnie nikt nie chce ze mną gadać, bo jestem postrzegany jako totalny wariat, a do tego abnegat, który nie pójdzie na żaden kompromis z nikim: czy jest to klecha czy czerwony. Dlatego jestem tym, kim jestem – samotnym rozbitkiem na bezludnej wyspie.

Im dłużej służę Kościołowi, tym większą mam ochotę z Kościoła odejść, bo widzę coraz wyraźniej, jaka to niestrawna marmolada, a do tego, przepraszam, pożal się Boże, bujda z chrzanem.

Trzeba niestety monstrualnej głupoty, żeby wierzyć w życie po śmierci.

Oczywistością jest, że przeróżne siły działają w świecie, ale księża katoliccy zaraz ci powiedzą, że to pogańskie wymysły i tylko bliżej nieznany oraz nieokreślony Pan Bóg działa tam i ówdzie.  

Z czym kojarzy mi się katolicyzm? Z linijką, która uderza w zbyt samodzielne dłonie.

Kościół ufundował całe to bagno na Jedynym, świętym i uczciwym człowieku, który żył kiedyś na ziemi. Okropność. Rzygać się chce.

Jeśli nie masz innych możliwości bracie, a masz ich niestety coraz mniej, po prostu pokaż fucka, bądź spokojnie się oddal.

Uwierzyłbym tylko zakonnikowi, który rzuciłby się na mnie, aby mnie rozszarpać. Przeważnie jednak owe gry zakonne służą uzyskaniu przewagi, walą mnie wszelkie strategie, chodź się napierdalać.

Moje Wyimkowe szaleństwo ma rzecz jasna cudzysłów. Szaleństwo bez cudzysłowu jest niestety chorobą, której rzeczywiście można wystraszyć się nie na żarty.

Kto jeszcze czyta wypierdziane recenzje starych tetryków? Tylko ja czynię to z lubością, samemu jednak ów proceder recenzencki porzuciwszy, uznawszy go po prostu za ciekawą i w dalszym ciągu potrzebną dla kolekcjonerów skamielinę.

Szustaka kochają głównie kobitki, które same nie wiedzą za co go kochają, ale jest to miłość drapieżna, zaborcza i nie znosząca sprzeciwu. Boję się jej.

Właściwie, jeśli kto chce się szczęśliwie i wygodnie wymościć w życiu, powinien zostać relatywistą. Nie ma chyba innej drogi do względnie świętego spokoju, aniżeli po prostu mieć wszystko w dupie.

Ludzie, którym prawda leży na sercu, są nagminnie posądzani o brak luzu i poczucia humoru.
A czy nie pomyśleliście, że wkurzać ich może po prostu elementarny brak logiki, który narusza również ład i ich świata, a tym samym ich święty spokój, podczas którego mogliby oddać się rozważaniom?

Dusza moja została powieszona na rzeźnickim haku. Rezultatem owego zwisania są właśnie owe formy połamane, które skapują wolno na brudny stół.

Uznaję istnienie Boga nade mną oraz przestrzegam świętych i niezmiennych praw Paruzji.
Gdybym ich nie przestrzegał, zostałbym skopany. Kiedy Bóg zdecyduje, ja Jemu się oddam, niczego na własną rękę nie będę przedsiębrał, to wielka nieodpowiedzialność byłaby.

Bardzo nie lubię pisać tradycyjnych tekstów, po chuj to teraz komu… Czytać jeszcze czytam tego typu rzeczy, w sumie z braku laku, ale mało co mnie obecnie przewierca.

Najczęstszą strategią bojącego się, jest kąsanie i atak. Jestem tym znudzony i zmęczony. Nie mogę gładzić każdej, łaknącej pogłaskania sierści, umarłbym bowiem z wycieńczenia.

Gdzie bije źródło artystycznego talentu? Owo źródło bije oczywiście w jajach. Niestety, ludzie owymi obdarzeni i artystycznie uzdolnieni, bywają często w mniejszym stopniu obdarzeni rozumem i zdrowym rozsądkiem; układ odwrotny zaś bywa całkowicie nagminny: ludzie rozumni często nie mają pojęcia o co ludziom utalentowanym chodzi.

Dla ludzi jednocześnie rozumnych oraz utalentowanych nie ma miejsca w tym świecie.
Błąkają się oni od knajpy do knajpy, próbując szukać nie tyle zrozumienia, co zapomnienia o beznadziejności i nierozstrzygalności sytuacji, w której z jakiegoś powodu się znaleźli.

Ktoś w końcu powinien głośno powiedzieć, iż żarty Bronisława Maja oraz środowiska z nim zaprzyjaźnionego, są już mocno zwietrzałe, co nie wyklucza zresztą autentycznego poczucia humoru owego poety.

A z czego śmieją się ludzie dzisiejsi? Ludzie dzisiejsi nie śmieją się z niczego, co najwyżej uśmiechają się kąśliwie. Poczucie humoru to zabytek pięknej przeszłości.

Bywam częstym gościem, mieniącej się kabaretową, kawiarni Vis a Vis, zwanej Zwisem. Ale powiem Ci bracie, że więcej lekkości i wesołości znajdziesz na pogrzebach, aniżeli w ciężkim jak ołów Zwisie, w którym po minach bywalców można sądzić, iż marzą oni nieustannie o odłączeniu od Zwisowego krzesła i połączeniu z trumną, aby ich męki dobiegły końca.









 



sobota, 8 lipca 2023

Wyimki, fragmenty, intuicje, błyski _ cz. 19

 Trąbi się wciąż i bez sensu, że życie to dar. Skoro dar, to czemu muszę nieustannie płacić za to, że żyję? Pal licho sens metafizyczny, że płacę za „dar” życia chorobami, a w efekcie muszę to życie zwrócić z powrotem do nicości, ale sytuacji nie umila również to, że ciągle muszę płacić forsę za de facto wszystko, gdzie się nie ruszysz, musisz coś wydać. Najbezpieczniejsi i najbogatsi są chyba ci, którzy nic nie mają, ale tych jest zdecydowanie mniej.

Niektórzy, nie do końca rozumiejący, co piszę, mogą mi postawić zarzut, że stawiam się wyżej nad samego Boga czy Mesjasza. Odpowiem im, że w myśleniu mitopoetyckim wszystko jest możliwe, a tylko o takie w gruncie rzeczy mi chodzi.

W niedzielę, u Augustianów, widziałem samego Boga. Jego twarz była mądra i nieprzenikniona, z pokorą przyjął Komunię św.

Jeśli mnie kto zapyta o genialnego artystę słowa, wskażę rzecz jasna na siebie.

Ludzi nie tyle obchodzi prawda, czy autentyczność, co sensacja, skandal, generalnie coś negatywnego. Ciekawe, że właściwą odpowiedzią na mordęgę życia, miałoby być jakieś głębokie szambo.

Świat głębokich wartości jest obecnie schowany w najgłębszej niszy, do której nie wpada żadne światło.

Byłem i jestem przez ludzi wszelakich bardzo silnie atakowany i gnębiony, jakby przeczuwali moje anielstwo i że kiedyś na nich spadnie mój karzący miecz.

Nieprawdopodobnie się męczę. Rękę podają mi jedynie w ten czy inny sposób walnięci albo również potężnie pogruchotani przez los.

Ludzie przeważnie nie kumają o co mi chodzi, uważają, że się wywyższam albo gram w ciula. A ja jestem znużony swoją chorobą i nie mam siły na ten chleb powszedni dla wszystkich, czyli powszechne udawanie, gra w palanta, gra w ciula, która jest wszechobecna, włączając w to wszystkie terapie, wizyty u lekarzy, itp.

Podobno pacjent uzdrowiony to taki, który wyjątkowo posmakował w grze w ciula, a mnie się zwyczajnie chce rzygać.

Nieodmienną częścią mojej strategii kroczenia przez ten bardzo niebezpieczny bajzel, była asekuracja, ale chciałbym kiedyś chodzić po mojej wariackiej linie bez żadnych zabezpieczeń.

Świat to bracie wielkie oszustwo, arena cieni, najrozsądniej byłoby wymiksować się z tego interesu

Ten, który uczciwie zadaje sobie pytanie, po co żyje, nie powinien w ogóle do tego świata należeć, bo go zeżreją.

Środowisko krakowskie stosuje nagminnie strategię zaczepno obronną, że skoro już nie mogą pomóc, to przynajmniej nie będą przeszkadzać. Stąd wielu czuje się jak porzucone truchła na pustyni.

Jeśli masz w sercu taniec, zatańcz z Jezusem.

Rzeczywistość, cóż to jest? Nic ciekawego to nie jest. Turniej domniemanych przewag, żałosne zapasy rozwścieczonych liliputów.

Jeszcze nigdy podziemna wściekłość w ludziach nie była tak wielka jak dzisiaj. Stąd tyle zewsząd pozornego „dobra”, uśmiechów, uścisków oraz innych głupot maskujących nędzę rzeczywistych motywacji.

Co widzę codziennie? Ten sam jarmark próżności. W sumie to nikt nie jest godzien dziś zaufania, nawet sprzedawcy na targu, bo są przeważnie prymitywni.

Diogenes szukał po zmroku człowieka i go nie znalazł. Każdy uczciwie myślący człowiek jest takim Diogenesem, którego u kresu swych poszukiwań spotka to samo utrapienie i rozczarowanie.

Po co właściwie żyjemy? Być może rację ma mój dziadek, iż żyjemy po to, aby nawiedzać cmentarze i chodzić na pogrzeby tych, od których świat już nie może zażądać zapłaty.

Właściwie to powinienem być na wszystkich obrażony, ale jednak dzwonię, piszę, ganiam, spotykam się i rzecz jasna niczego prawie nie otrzymuję w zamian. To naprawianie świata jest totalnie bez sensu, ale z drugiej strony podtrzymuje przy życiu, które marne, bo marne, ale jest.

Im bardziej i silniej jestem zaszyty w mojej dziupli, tym większą widzę przepaść między tym, co w mojej dziupli się wytwarza, a resztą świata, którego maszyny intelektualne jakby stoją ciągle w miejscu. I choć prawie nikt mnie nie lubi, obawiam się, że to właśnie moja dziupla przetrwa każdą, pierdoloną zawieruchę.

Zamiast dawać po mordzie, piszę te Wyimki. A powinienem robić jedno i drugie.

Wyrzuciłem jakiegoś chuja za burtę mojego statku, który w ogóle mi nie szkodził i był w sumie sympatyczny, ale trudno, trzeba pogodzić się, że już go nie ma.

Jeśli zwariować i umrzeć, to tylko wśród grafomanów. Mają oni najpiękniejsze, najbardziej niewinne i najczystsze serca, nieskażone talentem, który zawsze pochodzi od diabła.

Muszę udawać idiotę, żeby przetrwać, to niezwykle bolesne, czasem odnoszę wrażenie, że wyzwoleniem byłaby zgrabnie zawiązana pętelka.

Naukowcy to przeważnie pożyteczni, ale niezbyt inteligentni ludzie. Poeci to naukowcy niespełnieni, jeszcze głupsi niż ci pierwsi, ale będący na ich smyczy. Tylko bezdomni i bezpańscy, mają cokolwiek ciekawego i odświeżającego do powiedzenia o rzeczywistości. Ich pszczeli ród jednak ginie w brudnych piwnicach, nieogrzewanych mieszkaniach i podłych spelunach.

Pójście na kompromis z tzw. rzeczywistością, jest zwycięstwem niepokornego. Sęk bracie w tym, że idziesz na kompromis z czymś mało w sumie ciekawym i pociągającym.

Te Wyimki czerpią ze świata o tyle, że są wobec niego w totalnej opozycji.

Gdyby ludzie byli między sobą szczerzy, a nie zawracali głowy ciągłym, jałowym pierdoleniem o kulturze spotkania, potrzebie dialogu i temu podobnych chujostwach, świat byłby terenem łatwiejszym do życia.

Zastanawiam się właściwie, czemu nie nauczyłem się pisać w sposób naukowy. Prawdopodobnie byłem na to zbyt gnuśny i leniwy.

Kim jest tzw. profesjonalista? To albo totalny, ale inteligentny cynik albo totalny głupiec, oddający się szczerze i z pasją swojej pracy, wierzący jeszcze w coś tak absurdalnego jak powołanie.

W każdej strukturze bracie znajdziesz siostrę Rachel, która nie znosi wyjścia poza konwenans gwarantujący jej władzę i poczucie bezpieczeństwa. Smutny los tych samotnych straceńców, którzy przeciwko temu potulnemu dyktatowi próbują się buntować, forsując swoją opowieść.

Gdybym władał takim językiem, który w sposób mniej prostacki, aniżeli ten, który czynię, rozpierdolił to, co jest, nie byłbym tu, gdzie jestem, a nie ma mnie nigdzie.

W tych Wyimkach mam w dupie wszelkie niezłomne i niezmienne prawa życia, dlatego jestem w nich niepełny i nieprawdziwy.

Odniosłem już zbyt wiele ran na tej wojnie, żeby móc swobodnie maszerować i podśpiewywać swoją piosenkę.

Po prawdzie chciałbym już umrzeć i mieć z tym cyrkiem święty spokój. Po śmierci zacznie się zapewne solidne a solenne biurokratyzowanie mojego trupa. Jak mnie kto wtedy przywróci do życia, to go zabiję.







czwartek, 6 lipca 2023

Wyimki, fragmenty, intuicje, błyski _ cz. 18

Unieśmiertelniamy się. Rzeczywistość obiektywna i empiryczna pomału staje się nędznym cieniem rzeczywistości wirtualnej.


Pomimo drastycznych zmian w świecie, nic w gruncie rzeczy nie zmieniło się.

Boguś ma rację, że ten świat należy do boga piekielnego, chyba że CDA jest piekielną platformą filmową, bo widziałem już drugi film z rzędu, z piekła rodem, na tej platformie, pt. „Wróg doskonały”, który w sposób doskonały ryje beret.

Nowina Chrystusa była tylko dobra, moja jest prawdziwa…

Ci, którzy do perfekcji opanowali swój zawód, w ogóle mi nie imponują, to raczej w pozornych niedojdach i niezdarach widziałbym nadzieję na autentyczną przemianę tego świata.

Wszyscy walczący o prawdę to wariaci, ale bez nich świat stałby w miejscu. Kilku mądralom i palantom jednocześnie zależy na tym, żeby to wszystko stało nieruchomo.

Będę głosował na PIS, bo to partia łagodna i rozsądna, zafiksowana nieco na własnym ogródku, ale z drugiej strony każdy, nawet najbardziej pojebany, może dzisiaj swobodnie się wypowiedzieć i nikt go za to do pierdla nie wsadza. Zupełnie nie rozumiem o co tym maszerującym i wrzeszczącym rozmaite kretynizmy i brednie ludziom chodzi.

Jedynym moim marzeniem jest, aby rozmaici, odpowiedzialni za kształt mojego życia decydenci, dali mi święty spokój. Niestety, marzenie to, jest de facto niemożliwe do realizacji, gdyż zawsze będziesz musiał bracie płacić daninę kilku kretynom i kretynkom, którzy zawsze będą wiedzieli lepiej niż ty, co jest dla ciebie dobre.

Największe zaufanie mam mimo wszystko do zakonników. Wybrali drogę niemożliwą, absurdalną, ale przez to najciekawszą.

Każdy zawód nakłada przeróżne ograniczenia, których nieuchronnym skutkiem jest mowa – trawa. Intelektualista powinien być w pewnym sensie bezdomny.

Polacy to zły, głupi i gnuśny naród, zafiksowany wyłącznie na tym ,co negatywne. Nigdy im nie dogodzisz. Choćby garniec złota dostali od Kaczyńskiego, narzekać będą, że to Judaszowe srebrniki splamione krwią niewinnych dzieci.

Zdecydowana większość ludzi obecnie nie chce świętego spokoju, ale zadymy, dlatego PIS przegra te wybory.

Kiedy do władzy dojdzie kompania tych wariatów z drugiej strony, doznamy niesłychanego wręcz, biurokratycznego ucisku. Wbrew pozorom, największymi luzakami byli i będą ludzie o usposobieniu konserwatywnym. Ludzi lewicowych denerwuje byle przecinek postawiony nie w tym miejscu, co trzeba albo plamka na podeszwie od buta. Albowiem lewica to niestety kobieta, diabelnie dożarta a przy tym nieprzewidywalna i nieobliczalna.

Zamiast cieszyć się tym, że żyją, lub tym, że jeszcze żyją, albowiem w każdej chwili można wyjechać z tego łez padołu, ludzie wychodzą na ulicę i drą mordy, nie wiadomo po co i dlaczego…

Jedyną wiarygodną motywacją w ludziach pysznych jest chęć udowodnienia swojej przewagi.
Stąd to darcie mordy na ulicach miast, normalny i mądry człowiek wydziera się inaczej, jak już musi.

PIS jest partią schowaną, schowaną przed przemocą narodu, który nienawidzi tej partii, nienawidzi normalności tym samym i dobra, spokoju i wyrozumiałości.

Dzisiaj zrozumiałem, dlaczego i ja i moje środowisko, jesteśmy tak skrajnie niepopularni.

Czy konkretny, pojedynczy uczestnik dzisiejszego marszu, 4 czerwca, może mi wyjaśnić, jakiego konkretnie doznał ucisku i ciemiężenia od Jarosława Kaczyńskiego? To chore, ludzie myślą sloganami i hasłami, podszywają się najczęściej pod czyjąś horrendalną głupotę, która imituje coś przeciwstawnego, ludzie wolę imitacje od prawdy. Dlaczego? Bo prawda jest niezabawna najczęściej i mało efektowna.

Zaczynam poważnie rozważać emigrację z tego pierdolnika, ale jedynym chyba adekwatnym obecnie miejscem emigracji w obecnym świecie, wydają się jedynie zaświaty.

Świat jest różny, ludzie są rozmaici, ale w gruncie rzeczy nic istotnego z tego nie wynika. Jedyną, sensowną odpowiedzią na bezsens tego świata, jest bunt. Dlatego muszę powrócić do systematycznego zalewania dyni.

Byłbym poetą pewnie dalej, ale te wszystkie, cholerne baby, wyssały ze mnie niemal wszystko, co poetyckie.

Czy to w czym tkwię, a tkwię w totalnym gównie, jest oazą czy pustynią czy jednym i drugim jednocześnie? Odnoszę wrażenie, że zamieszkuję ten pierdolnik wraz innymi, ostatnimi ludźmi na ziemi. Reszta woli wyjść na ulicę i drzeć mordę.

Czy jestem wobec tego człowiekiem prawicy? Nie jestem. Nie jestem fanem prawicy, albowiem w większości to zakompleksieni przeciętniacy, ale ci drudzy zdecydowanie bardziej mnie wkurwiają, uważają się za „dobrych ludzi”, a to farbowane lisy.

Zafiksowanie się jedynie na jednym temacie, czy to religii, czy choroby psychicznej, jest czymś koszmarnym. Ufam tylko wszechstronnym amatorom. Obecnie jednak, żeby przetrwać i mieć zawód, trzeba być specjalistą, bardzo często od jakiegoś wąskiego wycinka… To tylko pozornie porządkuje rzeczywistość, tak naprawdę ją bałagani, bo nic nie widać w tym grzęzawisku przeróżnych specjalizacji. Przede wszystkim nie widać żywego człowieka, widać tylko jego wygibasy, żenujące wygibasy dodam.

Jestem w stanie rozmawiać z każdym, pojedynczy człowiek nigdy nie jest niczemu winien, nie są też winne żadne jego poglądy. Ale z władcami dusz już nie jestem tak chętny rozmawiać, żaden to prestiż rozmawiać z kimś, kto psuje krew całemu narodowi i robi to świadomie i z premedytacją. Z daleka mam alergię na Adama Michnika.

Kiedyś wyleciałem z roboty, kiedy wyraziłem mój duży dystans wobec osoby Adama Michnika – romantycznego totalitarysty.

Podobał mi się gest Michnika wobec Papieża, wyszła z niego stara, elegancka szkoła sekretarza Słonimskiego. Niestety swoją gazetę, która kiedyś była na o wiele wyższym poziomie, oddał w ręce ludzi mocno niedokształconych a silnie wojujących.

Nie jestem autorytetem w żadnej dziedzinie, dlatego właśnie mogę sobie swobodnie dryfować po różnych obszarach. Za moim osądem sytuacji, takim bądź owym, stoi wyłącznie intuicja, a tę, co tu dużo nie powiedzieć, miałem zawsze silnie rozwiniętą, co prawdopodobnie pozwoliło mi przetrwać rozmaite zawieruchy życiowe, choć rzecz jasna błędów po drodze było co niemiara.

Dla lewicowców zawsze byłem głupkiem, dla tych z prawicy niekoniecznie. Przy czym zaznaczam, temperament ten bądź tamten nie zależy od środowiska, partii politycznej, czy nawet poglądów. Można mieć poglądy prawicowe i być lewakiem w gruncie rzeczy, czyli za cenę swojego komfortu uprawiać międzyludzką przemoc i odwrotnie: można być lewakiem a widzieć rzeczy w sposób prawy. Rzadko kto potrafił jednak zobaczyć mnie możliwie szeroko.












sobota, 24 czerwca 2023

Wyimki, fragmenty, intuicje, błyski _ cz. 17

 Czym jest psucie społecznego dialogu? Jest niczym innym jak naprawianiem skurwysyństwa.

Uczciwi intelektualnie ludzie znajdują się obecnie jedynie w szpitalach psychiatrycznych. Niepotrzebnie ich tam leczą, powinni móc swobodnie wyśpiewać swoją pieśń do końca.

Czy powrót do świata społecznego z psychiatryka jest zwycięstwem? Ale do czego tu kurwa wracać?

Nie ma nic przyjemniejszego aniżeli narażać się lewicy, prawicy oraz innym głupkom i dupkom tego świata.

Człowiek wielkoduszny powie, że gówno pachnie, człowiek szczery wypali, że strasznie śmierdzi, dlatego świat należy do afirmatorów za wszelką cenę.

Świat należy tylko do jednego typu ludzi: szlachetnych kamikadze. Reszta to w najlepszym wypadku szlachetni nudziarze.

Wadą tych Wyimków jest to, że czasem rykoszetem trafiam w niewinnych i sympatycznych, celując w winowajców.

Do was mówię, wy wszyscy, którzy upiększacie się, aby lepiej wyglądać przed sobą: walcie się!

Nikt prawie nie widzi i nie wie, ile ja widzę i ile ja wiem, gdyż ci, z którymi obcuję w zdecydowanej większości uważają się za mądrzejszych i lepiej widzących ode  mnie.

Wszystkie te zabiegi cosmeo, polegające na rzekomym byciu wyedukowanym oraz umiejętności używania języka konwencjonalnego, są w gruncie rzeczy iluzją, na którą nie godzą się ludzie przenikliwi i z tego powodu często cierpią.

Tyle się dzisiaj gada o uzdrawiającej mocy relacji. Gadanie puste, mowa – trawa – wejść w jakąś relację, znaczy otworzyć się szczerze na kogoś a nie dostosować się do kogoś… Dzisiaj przeważnie mamy do czynienia z drugim rodzajem strategii, stąd nonsens tego świata, wołający o pomstę do nieba.

Dostaje się w moich Wyimkach kobietom, nie wiem, słusznie, czy niesłusznie, wiem jedno: pragmatyzm oraz egoizm kobiet jest dość dobrze mi znany.

Kiedy zorientowałem się, że życie intelektualne w Polsce jest oparte na fałszu i warte tyle, co nic, zostałem całkowicie sam… Zaczął mnie niezmiernie irytować infantylny podziw dla mało atrakcyjnej ciuchci, na którą nawet intelektualne dzieci patrzą z niejakim politowaniem i pogardą.

Wszystkie, podejmowane przeze mnie terapie, zupełnie niczego mi nie dały, albowiem najbardziej lubię rozmawiać ze sobą… Ze sobą czyli z Bogiem? Na tzw. ludzkiej mądrości, szczodrej jak cholera, przejechałem się już do imentu.

Ktoś może mi powiedzieć: jak się Panu nie podoba, to się Pan wypisz z naszej grupy terapeutycznej zwanej Polską i światem… Ale dlaczego? Nie podoba mi się, ale chcę dalej uczęszczać na grupę… Dlaczego? Nie wiem.

Największą sztuką jest uczynienie języka konwencjonalnego takim, aby brzmiał, jak język indywidualny.

Moja schizofrenia polega na tym, że lepię z wielkim trudem, jeśli nie lepszy, to przynajmniej prawdziwszy świat, a dla niepoznaki, choć z jeszcze większym trudem, uczestniczę w teatrzyku świata zastanego i z niechęcią, ale jednak, wdziewam taki czy inny ciuszek, aby nie zostać rozpoznanym.

Poczucie bycia oszukanym czy zdradzonym to naturalna część każdej biografii artystycznej.
Nie ma sensu również mieć pretensji do Pana Boga, Pan Bóg to nie jest św. Mikołaj.

Dlaczego ludzie dziś tak bardzo zaufali publicznemu wizerunkowi: temu, co napisane, przeczytane, wygłoszone… Zacznijmy w końcu ze sobą rozmawiać jak ludzie, a nie nadymajmy się w naszych pseudo intelektualnych bańkach.

W pewnym wieku człowiek zauważa w jak bardzo przesranej sytuacji się znalazł. Mało komu udaje się z tego wyjść z klasą. Jedni kłamią, inni mówią prawdę. Obie te strategie zgoła niczego nie wnoszą. Pierwsza jedynie łagodzi ból, sztucznie go uśmierzając, druga go tylko zaostrza. Na aporetyczność wpisaną w życie, jedyną adekwatną odpowiedzią jest śmierć.

Afirmując świat, popadam jednocześnie w rozpacz. Bezwarunkowy zachwyt tą pustynią byłby zajęciem zgoła perwersyjnym. Dlatego wynaleziono m.in. alkohol – jeden ze skutecznych sposobów powiedzenia temu światu tak. Reszta albo się bawi albo udaje, że się bawi.

Odnoszę wrażenie, że obecny świat nie ma żadnych pasji ani zainteresowań poza chlaniem, ćpaniem i dupceniem.

Drodzy naukowcy, czyńcie dalej idiotyczne konferencje z jednakowo brzmiącymi referatami na nikomu niepotrzebne tematy, dzięki Wam wiem, gdzie mam się nie udawać.

Z konieczności muszę odrzucić wszelkie autorytety, a z czasem może i wszelkie przyjaźnie, pielgrzymować będę bowiem całkowicie sam.
Utalentowani artyści mają przeważnie bardzo dobre serca, ale często są naburmuszeni i pyszałkowaci. To urocze w sumie, choć męczące.

Warunek dobrego funkcjonowania jest jeden: poczucie humoru w stosunku do samego siebie i świata, który jest tak głupi, że tylko ludzie głupi biorą go na poważnie. Stąd nikt prawie nie funkcjonuje właściwie w tej krainie.

Obejrzałem „Funny games” i przestraszyłem się. Nie tyle tej dwójki pojebów, co siebie się przestraszyłem. Jakoś moja potworność w nich się odbiła. Czyste zło to jednocześnie czysta inteligencja, jakkolwiek naiwnie to może zabrzmi. Ludzie mają to do siebie, że lubią być prawi, dobrzy, mądrzy, piękni, ale to być może niewiele ma wspólnego z ich właściwą naturą.
Właściwie to szminka trzyma ten świat w ryzach, a nie jej brak, zabiegi upiększania siebie, narcyzm wrodzony, Neronowa próżność i łaknienie braw trzyma ten świat jeszcze w jako takiej kupie.

Czymże jest prawdziwy talent? Trudno powiedzieć, bo ów, gdy zostanie rozpoznany, rychło staje się dobrem publicznym, a wtedy przestaje być prawdziwy.

Kimże jest prawdziwy człowiek? To niebywale zmęczony życiem nieudacznik albo alkoholik.

Czymże byłby świat po zdjęciu masek? Areną rozwścieczonych zwierząt.

Na tym przedziwnym okręcie, zwanym życiem, stale coś komuś nie wychodzi, choć to przeważnie sprawa bardzo wstydliwa, o której można powiedzieć komuś, kto nam nie zagraża, za zamkniętymi drzwiami kajuty.

Robić coś stale wbrew sobie to znaczy nic innego jak żyć. Natury proste a piękne, przeważnie idą za głosem serca.

Mama moja jest dla mnie zagadką, ale bardzo ją kocham.

Zdrada jest normalną częścią życia, nie ma co się oburzać, że przez tych lub owych, zostaliśmy zrobieni w ciula.

Ludzie są zbyt przywiązani do swojego ego, żeby dostrzec prawdę – wolą widzieć samych siebie, prawda ich guzik obchodzi.

Czas szlachetnych humanistów – nudziarzy, minął bezpowrotnie, teraz liczy się umiejętność celnego komuś przypierdzielenia.

Wskutek zdecydowanie obecnie nadmiarowej oferty świata intelektualnego i jednoczesnego ujednolicenia oraz totalnego zróżnicowania naszych percepcji, jedyną sensowną a zarazem możliwą rzeczą wydaje się pilnowanie swojego ogródka. Sęk w tym, że każdy ma o swoim ogródku mniemanie najwyższe i każdy ogródek w tym świecie ogródkami zapełnionymi jest jedyny, wyjątkowy oraz najpiękniejszy. W efekcie prawie niczego nie widać.














niedziela, 18 czerwca 2023

Wyimki, fragmenty, intuicje, błyski _ cz. 16

Pisząc te Wyimki, popełniam rozłożone w czasie samobójstwo.

 Publikując je, narażam się na ukrzyżowanie.

 Być może przyczyna moich permanentnych niepowodzeń z kobietami tkwiła w tym, że zawsze czułem do tego gatunku jawną bądź zakamuflowaną niechęć.

Kobieta pewnie powie, że traktuję ją zbyt płytko, że jej atak zawsze miał „głębszy sens” i niepotrzebnie utyskuję.

 Zakonnicy, którzy na kobiety są śmiertelni obrażeni, przez kobiety bywają najczęściej najbardziej kochani.

Artyści – feminiści, genderowcy, broniący „demokracji” itp… to najczęściej bardzo utalentowani głupcy.

Wszyscy bez mała, łącznie z profesorami uczelni rzecz jasna, czytając te Wyimki, sądzi, że Michał Piętniewicz naprawdę tak myśli.

W społeczeństwie wszyscy niemal są pracownikami jakiegoś instytucjonalnego gówna, stąd nikt prawie nie mówi tego, co myśli, wypowiadając się jedynie w imieniu owej instytucji, z którą pozostaje się w relacji pracowniczej. Stąd wymyślono forsę, która okazała się bardzo skutecznym regulatorem taktu i dobrych manier, łagodzi też oczywiste nierówności, zapobiegając pogardzie, agresji słownej, itp. 

Czym się różni waga musza od wagi ciężkiej? Waga musza przeważnie pisze, telefonuje, wysyła, wydzwania, chodzi, nachodzi, ubiega się. Waga ciężka przeważnie nie robi nic.

Uwierz w swoją niezwykłość, to trafisz tam, skąd niedawno wróciłeś, w przyjazne mury psychiatryka. Tam pomieszkują sami niezwykli.

Niektóre kobiety, czytając moje Wyimkowe uwagi o kobietach, nie będą pewnie wiedzieć o co mi chodzi. Prawdopodobnie dlatego, że ja też już nie wiem, o co mi tam chodziło.

Staranność w ubiorze łączy się najczęściej ze starannym pilnowaniem swojego uporządkowanego ogródka. Tacy zawsze wygrywają. Chaotyczni, rozchełstani entuzjaści najczęściej przegrywają za życia.

Próbuję Bartuli oraz innym ważniakom rozchełstać trochę koszulę, ale on za każdym razem, bez słowa ją zapina, powracając do pielęgnacji swoich starannych grządek.

 Właściwie Bartula jest zupełnie nieadekwatnym typem osobowościowym, jeśli chodzi o dobrany wybór mojego przewodnika, a jednak, z jakichś przyczyn, za każdym razem, gdy go o to proszę, nie odmawia mi porady.

 Moje uwagi są bardzo infantylne, zgoda, ale gdyby nie wrzeszczące dziecko w nas, świat w ogóle nie posuwałby się do przodu.

 Czym jest tzw. kobieca intuicja? Jest bronią pancerną, której de facto nie da się rozbroić. Jedynym środkiem zaradczym jest jeszcze straszliwsza broń pancerna, której dana niewiasta po prostu się wystraszy.

 Z kobietami nie ma sensu zadzierać, jeszcze gorzej im ulegać.

 Zamieszkując krainę literackich poczciwców, trzeba być bardzo delikatnym i uważnym, by przypadkiem nikogo nie urazić. Ot, dla żartu, obsikasz komuś różyczkę w jego ogródku, albo gorzej: wypróżnisz się na bratek, i już kiwają z dezaprobatą głowami, a niektórzy nawet wznoszą larum i lament. Ale literackimi poczciwcami, tak jak działkowiczami i filatelistami, nikt zgoła się nie przejmuje, reguły gry świata literackiego są bowiem bardzo brutalne.

 Gdybym dostał w życiu choć gram miłości, może inaczej by to wszystko wyglądało. Ale nie mogłem dostać od nikogo, wszak to ja zabiję Boga.

 Dobrzy zakonnicy są wewnętrznie uporządkowani, chaos może i sprzyja wierze, ale nie sprzyja powołaniu.

 Zaiste, nigdzie nie znajdziesz większego głupca, nad pracownika naukowego wydziałów humanistycznych.

 Te Wyimki to wyraz mojej naiwności, prawdopodobnie niewiele poza tym, ale tym chcą uwodzić: urokiem niewinności.

 Kiedy padam już prawie nieprzytomny na dechy, nagle dostaję jakiegoś nieoczekiwanego kopa w dupę, który powoduje, że wstaję, prostuję się i walczę dalej.

 Jak długo będę nienawidził kastę akademicką? Zawsze. Po śmierci też.

 Prawdopodobnie gdyby nie moja głęboka nienawiść do świata, która jest tylko ukrytą miłością, nie byłbym w stanie niczego napisać.

 W upupianiu celują nade wszystko duchowni, kasta wyjątkowo przemocowa.

 Co można a czego nie można, mnie już niestety mało co można i tym większą ochotę mam czasem, aby publicznie popełnić sepuku.

 Znam tych moich pobratymców – pisarzy, bardzo dobrze, dlatego unikam ich jak tylko można.

 Życie w społeczeństwie polega na odpowiednim uzbrojeniu. Upuścisz lekko gardę i już cię mają. Uważaj bracie na piętę. A szkolili ciebie najlepsi: Waldek, Marek, Baca, Longin. I Bartula.

 Nie mogę niczego powiedzieć od siebie, dlatego ciągle udaję, że mówię.

 Tym samym pierdolę cały ten Zwis. Wracam do siebie. Bezbronnego. Takiego siebie wolę. Przynajmniej cokolwiek odczuwam.

 Mam wielki talent, odpierdolcie się ode mnie i zacznijcie mi wiązać buty.

 Jeśli chcesz kogoś skutecznie wkurzyć, zamierz się na uwielbianego przez mniejszą czy większą gromadę frajera, który stwarza dla niej bezpieczny azyl pseudo intelektualny. Od razu wytkną ci kompleksy, frustrację, niespełnienie, uczynią cię mniejszym od robaka, gdyż ośmieliłeś się być większym od ich mistrza.

 Wybierasz karierę czy siebie? Zdecydowanie wybierz siebie bracie. Masz talent większy zdecydowanie od tych wszystkich grafomańskich pojebów, więc możesz wylądować w pierdlu albo psychiatryku, zawsze będziesz sobą.

Wyprowadź się najlepiej na jakieś głębokie zadupie z ukochaną kobietą, pierdol to wszystko, to jest nic niewarte, banda karłów i bufonów, olej ich, oddal się od nich.

Chciałbym zacząć życie od nowa, z daleka od tej krakowskiej i polskiej chujozy. Ale obecnie nie ma gdzie się ukryć, nawet Wszechświat jakby się skurczył.

Niedługo zawartość naszych mózgów będzie przeniesiona na dyski twarde i pendrivy. Anihilujemy życie wieczne, bo będziemy żyć wiecznie w wirtualnej klatce i wszyscy staniemy się celebrytami, bo mając dostateczną ilość czasu, można osiągnąć wielki sukces. Sami ludzie sukcesu, upojeni swoją sławą po wieczność. Prawdziwy raj na ziemi. I wieczna nuda zgliszcz.

Spoglądasz na człowieka i widzisz, co jest wart. Przeważnie wart jest niewiele. Czy coś mi się podoba w tym świecie? W skrócie, prawie nic prócz smutku, który jako jedyny jest prawdziwą i adekwatną emocją odpowiadającą na to, co nas otacza i na to, co nas dotyka. W takim świecie przyjście na świat dziecka jest po prostu nieadekwatne, ten świat powinien już naturalnie zgasnąć.

 Czy można dogadać się z idiotą? Owszem, ale to mało ciekawa rozmowa.

 Nie mamy już dobrych pisarzy, bo wszyscy mają w gębie tampon poprawności i konwenansu.

sobota, 10 czerwca 2023

Wyimki, fragmenty, intuicje, błyski _ cz. 15

 Jestem już dużym chłopcem, a wykładam się czasem na bardzo prostych piłkach, dzięki czemu powstaje ruch w interesie, to co, że nieprzyjemny, ważne, że ruch.

W życiu obowiązuje zasada, żeby nie ufać notorycznie prawiącym komplementy, bo za tym kryje się prozaiczna chęć zrobienia kogoś w buca. Ot, mantryczny figiel, charakterystyczny dla nałogowych pijaków, którzy muszą odreagować własny, żałosny rezultat życiowy. Nabierają się na niego zapatrzeni w siebie frajerzy, którzy nie ufają we własne siły.

Z tych dwóch, z których jeden odnosi się do ciebie notorycznie, notorycznie ci kadząc a drugi w ogóle się do ciebie nie odnosi, bo zerwał z tobą znajomość, bardziej ceni cię ten drugi.
Ten pierwszy szuka jedynie własnej korzyści.

Czyżbym wywyższał się, że nie chcę z nikim gadać? Raczej zapytaj bracie tych, co się wywyższają nade mnie.

Wyrzuciłem dwóch moich apostołów – pijaków, za burtę mojego statku. Być może było to konieczne, acz niemiłe obciążenie i statek mój zatonie z powodu lekkości.

Zdegradowałem Zwisowe orły do roli moich apostołów, czterech dokładnie ewangelistów mojej podróży, mówię Wam, nie są zadowoleni.

Dokładna analiza dzieje się w momencie zetknięcia z tekstem. Ręczę Wam, że wszyscy, którzy we mnie mieszkają i ze mną się zetknęli, chcą prowadzić mnie za rękę, bo ich dłonie zostały odepchnięte.

Pan Bóg pozwala mi na rozmaite figle, bo rozumie je lepiej niż ja, gorzej, kiedy moje poczucie humoru nie jest w stanie objąć figli Jego, w moją stronę skierowanych.

Mieszkając na samotnej wyspie mojej kawalerki, mogę czuć się mędrcem, ponieważ odbijam się jedynie w Tym, który kocha mnie najbardziej.

Najmniej lubię przemoc słowną, ponieważ jest głupsza nawet aniżeli fizyczna. Spotykam ją nagminnie w tzw. „szlachetnych i mądrych” wypowiedziach. Najwięcej tego rodzaju przemocy spotkać można na uniwersytetach, szczególnie na wydziałach filologicznych.

Ktoś zapyta, jak mi się nie znudzi atakowanie gajów Akademosa? Chyba oczywiste, że nieodwzajemniona miłość boli najbardziej, a rękę odepchnięta bywa niezwykle mściwa, ale tę akurat Pan skierował ku sprawie innej, a imię tej sprawy to samodzielność i niepodległość.

Pewne pisma literackie drukują seryjnie wypracowania szkolne. W ten sposób ubożeje świat do poprawnie napisanej klasówki.

Pisarz nie powinien mieć żadnych innych relacji aniżeli miłosnych – w tym miłosnej do języka, ale to oczywistość. Papieże też kochają najbardziej stworzonego przez siebie homunkulusa, którego nazwali Chrystusem.

Trzeba odróżnić troskę realną od troski podszytej przemocą i chęcią zawłaszczenia biednego chorego czy potrzebującego. Troska realna i prawdziwa zawsze daje wolność.

Ludzi głupich i przeciętnych zawsze było więcej aniżeli mądrych i wybitnych. Ci pierwsi obejmują przeważnie decyzyjne stanowiska w kraju i decydują o losie tych drugich, ponieważ tym drugim przeważnie na żadnych stanowiskach nie zależy. Stąd mamy rzeczywistość jaką mamy.

Kobiety nieco gorzej czasem starzeją się aniżeli mężczyźni. Coś jak z „Portretem Doriana Greya”, w sumie alegorii tego, kim może być kobieta.

Najczęściej rzekomej, genialnej i nieomylnej wrażliwości kobiet bronią stare dziady, występujące w roli autorytetów, których małżeństwa albo posypały się albo są wyłącznie fikcją na papierze.

Najbardziej cenię dziwaków, którzy nie mądrzą się i nie zajmują żadnego stanowiska.
Wiedzą, że szkoda na to czasu, więc rzadziej idą na spacer, a częściej piją z tego właśnie powodu: że nie ma najmniejszego sensu zajmowanie jakiegokolwiek stanowiska.

Ludzie, którzy znają lucyferyczną naturę języka najczęściej milczą w sytuacjach towarzyskich, najczęściej używając go w sytuacjach oficjalnych, z trybuny albo ambony, robiąc tym samym unik, bądź pisząc nikomu niepotrzebne w gruncie rzeczy książki, którymi zachwyca się rzesza naiwnych oraz żarliwych frajerek i frajerów. Są jeszcze głupkowaci, ale szlachetni pasjonaci, którzy rozmowę traktują jako przedłużenie swojego ponurego i w gruncie rzeczy jałowego zajęcia.

Może zniechęcić mój brak miłości do świata, ale powiedz starej i brzydkiej babie, że jest piękna, od razu się rozpłacze.

Kim jest kobieta? Kimś, kto jednocześnie kocha i nienawidzi własną biologię, więc w tym jest notorycznie niestała; dla równowagi stałe w kobiecie jest permanentne szukanie korzyści życiowej, ergo tzw. pragmatyzm uczuć.

Tak jak diabła odgonisz tylko modlitwą, tak na celne, ale konstruowane na bardzo podobnej zasadzie podwójnego komunikatu ciosy kobiety, należy odpowiedzieć kwiatem. Z kolei na kwiat kobiety, należy odpowiedzieć mieczem.

Myślę, że kobiety obdarzone przez Boga schizofrenią, wywaliły z siebie całe to przyrodzone diabelstwo wskutek choroby, a które mają w swojej naturze, kobiecej, czyli schizofrenicznej.
Ciągle muszą wybierać między partnerem a sobą, między partnerem a dzieckiem, między sobą a dzieckiem, itp… Nie mają tego problemu big mamy, w których wielkim domu jest powiedzmy dwanaścioro dzieci – one się całkowicie wewnętrznie przeflancowały, bo już nie mają żadnego wyboru – muszą ugotować obiad dla całej tej, pojebanej gromady.

Kobieta jest wskutek swojej natury, całkowicie upierdolona, dlatego nie dziwmy się, że bardzo często daje w dupę, musi odreagować. Mężczyzna z kolei narodził się ku wolności, dlatego zbawienie mogło odbyć się jedynie przez mężczyznę, w warunkach wolności. Gdyby to kobieta została zbawicielem, nie bójmy się tego powiedzieć, wynikłoby z tego totalne szambo.

Nie obawiam się, że kobiety mnie znielubią za moje zapiski, bardziej obawiam się, że mnie za nie pokochają.

Kobieta posłuszna to kobieta równocześnie decyzyjna.

Myślę bardzo prosto, ale prostota nie jest cechą mojego myślenia.

Coś, co uczyniłeś, niekoniecznie może zostać od razu objęte sferą dialogu społecznego, dlatego dzieło Twoje może być martwe za życia, a Ty będziesz martwić się, że nic nie uczyniłeś.

Pisarz to ktoś taki, kto nie rozumie, że świat jest nieopisywalny, dlatego często to naiwny, ślepy i głupi człowiek.

Pisarz, który działa na zlecenie i komercyjnie, jest uczciwy względem siebie i innych, wie, że ma niczego  naprawdę istotnego do powiedzenia, podczas gdy większość pisarzy, działających z tzw. „powołania”, działa grafomańsko, oszukując siebie i resztę, że rzeczywiście cokolwiek mają do przekazania.

Mam świadomość, że moje Wyimki to efemerydy, ważne jedynie dla mojego, aktualnego stanu świadomości.

Języki starzeją się, język, na który zgodzili się wszyscy, również się starzeje. Ale język ewoluuje wraz z człowiekiem z drugiej strony, u niektórych szybciej, u innych wolniej, ludzie zdolni potrafią pójść na kompromis ze starymi językami.

Człowiek obdarzony prawdziwym zmysłem ironii to człowiek bardzo smutny i ponury, za dużo wie o swoich bliźnich.

Żeby zachwycać się tym światem i pisać piękne wiersze, trzeba być trochę głupkowatym. Ale ludzie głupkowaci często mają wielki talent, ludzie mądrzy to przeważnie ludzie mało zdolni.









sobota, 3 czerwca 2023

Wyimki, fragmenty, intuicje, błyski _ cz. 14

Życie społeczne byłoby spoko, gdyby nie chodziło w nim o te wszystkie durne funkcje i idące za nimi domniemane przewagi, a niestety najczęściej o nie chodzi.

Jeśli ktoś reaguje gwałtownie albo uraźliwie na moje Wyimki, wypuszczam zawsze flarę głupka i zbaczam z tematu.

Nienowa to rzecz: w języku chodzi o to, żeby nie mówić.

Jeśli ktoś ci powie, że życie jest piękne, to skuj mu od razu mordę za ohydne kłamstwo i potwarz.

Wszyscy płyniemy na tej samej, bardzo łatwo zatapialnej łajbie życia; to już jest myślę dostateczny powód, żeby do siebie uśmiechać się, miast szczerzyć kły pogardy i nienawiści.

Dlaczego lubimy oglądać filmy?
Przecież nie ma nic przyjemniejszego aniżeli śledzenie sytuacji ze wszechmiar przejebanych w komforcie, cieple i wygodzie przez chwilę, by potem powrócić do rzeczywistości, która jakoś podejrzanie zaczyna przypominać to, co przypadkiem mniejszym bądź większym, obejrzeliśmy w kinie.

Moje siły słabną w obliczu powszechnej chujowizny.
Nie rozumiem obecnych ludzi.
Albo ja jestem idiotą, albo oni.

Jorge w „Imieniu róży” bez potrzeby zeżarł „Komedię” Arystotelesa.
Nastały czasy, w których czułby się wyśmienicie: wszelki żart, wszelki śmiech, jest pozorny – za wszelkim żartem bowiem kryje się prawda, która może zrujnować ciebie oraz obrócić się przeciwko żartownisiowi. Dzisiaj bezkarnie żartować nie można, zamkną cię za to żandarmi.

Świat totalitarny ma to do siebie, że nie lubi ludzi swobodnych, śmiejących się, żartujących, na luzie a do tego samodzielnie myślących.
Dzisiaj trzeba być śmiertelnie poważnym, by broń Boże kogoś nie urazić.
Myślenie totalitarne ma to do siebie, że nienawidzi śmiechu: w pierwszej kolejności w stosunku do siebie samego.

Ludzie oraz instytucje interesują się obecnie tylko jednym: sobą.

Niedługo ludzie będą karani za swoje pasje oraz zainteresowania, ponieważ będą one poczytywane za zdradę wobec bezgranicznej wierności wobec jakiejś instytucji, idei, bądź osoby.

Dla ludzi swobodnych i myślących samodzielnie, moloch dany będzie prawdziwym wrzodem na dupie, natomiast pozostali poczytają to za dobrodziejstwo dające im rzekomą przynależność oraz poczucie sensu.

Niech Cię Bóg broni ptaszku, żeby choć spróbować zanucić swoją melodię wśród tych, co nie umieją śpiewać.
Wyśmieją, obrzucą gnojem, wygnają ze swojej klatki, w której się duszą.

Żyję w niewesołym świecie, niewesołym kraju, wśród niewesołych ludzi, sam znajduję się w niezbyt wesołym położeniu i doprawdy nie mam na tyle wesołości w sobie, aby wesołym być bądź pozostać .
Logicznie byłoby ustąpić, poddać się, ze sceny zejść, niemniej choć ledwo dyszę, dyszę.

Zwariować razem, wespół w zespół z tym obłąkanym światem, cóż to byłaby za rozkosz…
Staram się udawać pierdolniętego, aby przetrwać, lecz uważni obserwatorzy moich cyrkowych wygłupów wciąż nie są w stanie mi zaufać…

Jedyną sensowną rzeczą, którą obecnie czynić mogę, to zgrywać durnia.
Może dlatego jestem tak smutny przeważnie?

Widząc totalny rozpierdziel na kinowym ekranie, czujemy niejaką ulgę w naszej prywatności, która często bywa rozpierdzielona bardziej.

Były już pomysły, aby uczynić ten świat lepszym, lecz za każdym razem, człowiek okazywał się, przepraszam, najzwyczajniejszą w świecie, jebaną kurwą.

Tylko człowiek, najpodlejsze stworzenie na ziemi, wymyślił nieokreślonego giganta, za którym goni przez całe życie, który i tak przy końcu, okazuje się nic nie znaczącym fiutkiem.
Cały paradoks istnienia polega na tym, że nie ma ono żadnego znaczenia.

Dziś w realu ludzi już nie spotkasz, chodzą po świecie ich awatary w cielesnych powłokach, najlepszą swą cząstkę zostawili oni bowiem w wirtualnym szambie.

Więzienie oraz totalne udupienie życia społecznego polega m. in. na tym, że dany osobnik nigdy nie mówi tego, co myśli.
Pytanie wobec tego po co w ogóle mówi?

Ludzie przeważnie muszą pić wódkę, aby móc rozmawiać o czymkolwiek.
Chorzy psychicznie nie muszą pić wódki, bo po pierwsze nikt nie jest zainteresowany tym, co mają do powiedzenia, po drugie coś za nich mówi, nie muszą się oni w ogóle starać, smycz ich języka prowadzi nieświadomość bądź Pan Bóg.

Zdecydowana większość ludzkości jest zbyt głupia na pełnokrwisty obłęd.
Pozostają im nędzne, mierne substytuty: alkohol bądź dragi.

Wątpliwa przyjemność przebywania tego gatunku na ziemi, polega na nieustająco odnawianym geście perwersji.
To mało w sumie dynamiczne i kompletnie niekreatywne.

Moja samotność staje się coraz bardziej wyrazista i bolesna, samotność wśród ludzi, otóż panie i panowie, obawiam się, że jedynie pozornie mówimy tym samym językiem.

Nie bójmy się tego powiedzieć, że nauki filologiczne jeszcze nigdy nie były tak zbyteczne i zarazem tak potrzebne, a nawet konieczne jak teraz.

Przekleństwem mojego kameleonizmu, a zarazem strategią przetrwania jest fakt, że zawsze staram się dostosować do rozmówcy, stąd większość bierze mnie za swojaka i klepie po ramieniu.

Szustak do perfekcji opanował sztukę wyciągania jakiegoś pojedynczego problemu i strojenia go w piórka zgrabnej metafory, która jest miodem na duszę tych wszystkich, którym się nie udało, a tych jest, było i będzie zawsze więcej.

Wypaść z jednego społecznego systemu więziennego znaczy wpaść w inny, często o wiele gorszy system.



sobota, 27 maja 2023

Wyimki, fragmenty, intuicje, błyski _ cz. 13

 

Jeśli za swoje pisanie nie jest się albo kochanym albo znienawidzonym, to nie warto w ogóle pisać.

Najbezpieczniejsza i najbardziej zarazem nudna jest konwencjonalna wypowiedź, zawierające poprawne treści, która nie szkodzi absolutnie niczemu ani nikomu.
Taką wypowiedzią jesteśmy obecni obdarzani w zdecydowanym nadmiarze, ergo nastąpiła swoista inflacja tego, co „mądre”.
Przypuszczam, że najmądrzejsi obecnie są ludzie, którzy niczego z pisaniem nie mają wspólnego.

Największymi szkodnikami literackimi są arbitrzy pozbawieni gustu, dzisiaj ludzie z gustem nie mają chyba za wiele wspólnego z czymś, co obecnie określa się mianem literatury.

W zasadzie, czy ktoś napisał kiedyś rozprawę albo traktat o dobrym guście?
Utarło się, że de gustibus non disputandum, ale dobry gust to warunek sine qua non wszelkiej działalności estetycznej, czy intelektualnej – obecny jednak terror w ogóle o tym nie wspomina, stale karcąc i napominając: „nie szata zdobi człowieka”.

Jaka jest zależność między Duchem św. a wolną wolą?
Nie mam pojęcia, ponieważ Duch św. to totalny anarchista.
Jaranie blantów, słuchanie mocnej muzyki, picie, ćpanie, czy wizyty w burdelu, to niewinność niemowlęcia przy Jego rozpasaniu.

Kiedy zaczęło się z hukiem, trzeba skończyć konwencjonalnie, dbając przede wszystkim o higienę widza.

Zachować sztuczki i akrobacje cyrkowe na bardzo kameralny oraz intymny wręcz występ.
Przed większą publicznością pokazać bardzo niewiele, tyle, co konieczne.

Dla człowieka nadwrażliwego, a szczególnie uzdolnionego, dobrze jest wykonywać jakąś pracę bardzo zwyczajną, która byłaby przeciwwagą dla jego nadmiernej wrażliwości, a jednocześnie zachowującą relację z materią jego tworzywa.
Stąd człowiek pracujący nad słowem własnym, powinien jak najczęściej komentować słowa cudze, aby w ten sposób uzyskać dystans do tego, co jest słowem i tego, co jest „ja”.

Jestem człowiekiem lubiącym prostotę, dlatego chcę wierzyć i ufać, że Duch św. działa linearnie, po prostej mojego życia.

Ludziom służy się mówiąc do nich językiem dla nich zrozumiałym.
Ale czy człowiek, który mówi w sposób zrozumiały, ma cokolwiek ciekawego do powiedzenia?

A może by napisać rozprawę o wyższości języka konwencjonalnego nad językiem indywidualnym?
Zachowawcza i poczciwa część środowiska nie będzie wiedzieć o co chodzi, mniej poczciwa i bardziej inteligentna część środowiska przeciwstawnego pozostanie chłodna i obojętna.

Przejawiam bardzo mało inicjatywy własnej, prawie wszystko przerzucam na Boga, dlatego mam, co mam, czyli niewiele.

Być może psychiatrzy mają rację, żeby zapomnieć całkowicie o sobie i jakimś tam, rzekomym powołaniu. Życie jest ważniejsze niż jakakolwiek pisanina.

Znaleźć swój język przeciw czy wobec?
A może jedno i drugie.

Po moich urodzinach nachodzi mnie refleksja, że z roku na rok coraz bardziej młodnieję.
Być może dlatego, że w nikim innym nie odbijam się prócz Boga.
Kiedy miałem 20 lat, byłem zdecydowanie większym staruchem.
Żyję samotnie, jestem wolny, nie odbijam się niekorzystnie i staro w gderającej i wiecznie niezadowolonej żonie.  I rzecz jasna w  tzw. „relacjach” artystycznych, które mnie między Bogiem a prawdą, średnią cieszą. Poznałem osobiście dwóch, wielkich artystów, którzy mi bardzo pomogli: Zagajewskiego i Wiśniaka, po co mi więcej.
Mam jeszcze swoich Przyjaciół prawdziwych, ale umawiałem się z kimś, pewnie ze sobą, że o dobrych rzeczach w Wyimkach pisać nie będę, bo na to, co dobre, najłatwiej napluć, rzadko który desperat będzie dodatkowo obsrywał uprzednio już dostarczone gówno.

Najbardziej z całego towarzystwa kochał mnie chyba mój tato, człowiek szlachetny i niebywale głęboki, choć w dupę czasem potrafiący też dać, jak to zawsze w rodzinie.

Naszła mnie refleksja, że człowiek kocha zawsze na odległość i zawsze z perspektywy, nieuchronną konsekwencją bliskości, w podstawowym, geograficznym wymiarze, trwającej dłużej, jest konflikt.

Projektując moje relacje z domu i moje doświadczenia, kobiecie nie wiem, czy którejkolwiek zaufam, ponieważ na „miłość” tych stworzeń trzeba zawsze zasłużyć, natomiast dla facetów byłem po prostu kumplem, lubili przeważnie moje dziwactwo.
Niektórzy faceci starają się być dla mnie „matkami”, ale mnie to zupełnie nie przeszkadza, mam taki kod już, że facetów traktuję zawsze luźno, do kobiet jestem przeważnie bardzo spięty, nie ufam im. Chyba, że mi się nie podobają albo mi na nich nie zależy.

Kobitki mają w sobie zawsze więcej ciemności niż faceci – to jest uwarunkowane biologią – kobieta rodzi i w tym samym momencie odbiera życie, bo nienowa to prawda, że z chwilą narodzin umieramy. Facet ma z tego procesu jedynie radochę i przyjemność. Zresztą na pogrzebach przeważnie płaczą kobiety.

Być może życie w społeczeństwie polega na pełnieniu jakiejś roli, ale cóż to za bezsens zupełny, ciągle spełniać oczekiwania Wielkiego Brata, który zna moją duszę i moje potrzeby lepiej niż ja.

Jedynym wiarygodnym, obiektywnym oraz nieprzekraczalnym sędzią moich poczynań, jest pani w Zusie. To już dostateczny myślę powód, aby z owej rzeczywistości emigrować, albo wysadzić ją w powietrze bądź też palnąć sobie w łeb.

Nie poszedłem do zakonu, ponieważ musiałbym całe życie wymądrzać się na temat jakiegoś faceta, który podobno mnie stworzył i który jest ode mnie nieskończenie mądrzejszy – to groteskowe i infantylne, aby mrówka opowiadała szczegółowo o zwyczajach oraz upodobaniach słonia, lecz z drugiej strony pewnie rozczulające i dla słonia jakoś miłe.

Cała ta nasza „wolność” skończy się pewnego dnia zupełną katastrofą komunikacyjną, pomieszaniem języków, niemożliwością porozumienia z kimkolwiek.
A wojny czym niby są, jeśli nie chorobą albo jakąś nieświadomością języka?
Ale wojna zakłada stan jakiegoś odniesienia jednak, choć to może dziwne w tym kontekście, bo owa apokalipsa komunikacyjna będzie według mojego mniemania i obserwacji polegała na takim świecie, w którym już nikt do nikogo się nie odnosi, bo każda monada stanowić będzie odrębne i nieprzeźroczyste królestwo.

Niezbyt lubię tych wszystkich, radykalnych klechów, wieszczących rychły koniec świata, ale coraz bardziej przekonuję się, że mogą oni mieć dużo racji.

Kiedy po dwunastu latach mordęgi, Lewiatan uczelni wypluł mnie w końcu na bezludną wyspę, całe moje, późniejsze życie polegało na użeraniu się z tym trudnym do pojęcia systemem w Polsce, o którego wątpliwe dobrodziejstwa zabiegają wszyscy w kraju mym mieszkający.

Kobieta to produkt z jednej strony niezbędny a z drugiej wysoce umowny – egzemplarze wyjątkowe i niewymienialne w fabryce tego gatunku po prostu nie zdarzają się.

I choć seksualnie ukierunkowany jestem na kobiety, to od kobiet niczego, ale to doprawdy niczego naprawdę dobrego w życiu nie zaznałem.

Mężczyzna posiada jedną, niewątpliwą, moralną wyższość nad kobietą: jest zdecydowanie bardziej niedbały. Z drugiej strony, świat, w którym mieszkaliby sami mężczyźni, przypominałby wieczną, ponurą spelunę, pełną zakazanych mord, ergo chciałoby się z takiego miejsca jak najszybciej spierdalać.

Coś się ewidentnie zjebało w tym świecie, któremu brak miłości.
Faceci gadają między sobą, kobiety między sobą, są tak sobą zmęczeni i poranieni, że nikt już nie ma na tyle poczucia humoru, dobrej woli i beztroski, żeby raz jeszcze podjąć tę beznadziejną, z góry skazaną na porażkę grę.

Najsympatyczniejsza rzecz, jaka mi się dziś zdarzyła to rozmowa z dwoma menelami pod Zwisem, którzy uśmiechali się od ucha do ucha po wymianie zdań ze mną i serdecznie mnie pozdrawiali. O wiele bardziej ufam im, aniżeli tym wszystkim, spedalonym gogusiom, porozsiewanym po różnych stołkach tego nieszczęsnego kraju, jak morowe powietrze.

 

 

 


sobota, 20 maja 2023

Wyimki, fragmenty, intuicje, błyski _ cz. 12

Humaniści określają mianem poszukiwania prawdy to, co psychologowie nazywają emocjonalną labilnością.

Drogi różne na wiele lat się rozchodzą, by potem nagle i nieoczekiwanie się zejść.
Niby banalne i proste, a jednak zawiera się w tym jakaś przygoda, coś, co czyni życie ciekawym, może nawet znośnym.

Życie to niebywale męczący proces, po którym nie następuje żadnego gratyfikacja a podczas owego życia rzadko udaje się osiągnąć coś naprawdę satysfakcjonującego.

Cóż za komfort rzekomej prawdy, kiedy duchowni opowiadają o kimś, kogo nie ma.

Sztuka (wielka) nie od Boga pochodzi, ale z genitaliów.
Cały paradoks i całe okrucieństwo stworzenia w tym się zawiera.

Znałem kiedyś gościa, który na tym świecie trochę pożył, a potem na własną rękę postanowił go opuścić. W chwili śmierci jednak bardzo żałował swojej decyzji.

Najszczęśliwsi są ci, którzy nigdy nie narodzili się.
Nie przeżyli nigdy żadnego zranienia, dramatu, rozdarcia, konfliktu, tragedii, zdrady ani opuszczenia. Pływają w metafizycznej zupie niebytu, są błogo nieświadomi.

Dziadek Freud był wyjątkowo bezwzględny, ale wygląda na to, że miał rację.

Żeby być zadowolonym z życia, czy cieszyć się życiem, trzeba być jednak choć trochę prymitywnym. Zauważcie Państwo, że najweselsza grupa społeczna to ci, którzy interesują się sportem.

Najgłupsze co można powiedzieć do smutnego człowieka, to ciesz się bracie życiem, życie jest piękne, akurat uwierzy, że czarne jest białe.

Tak na dobrą sprawę, to nie mam kompletnie z kim porozmawiać, dlatego głównie rozmawiam ze sobą.

Ludziom szczerym powinny uchodzić płazem nawet złość czy niezręczność, ponieważ przeważnie mają do wyrażenia jakąś prawdę.
Reszta udaje albo nadyma się albo jedno i drugie.

Dowartościować świat pozoru, masek, ról, konwenansów?
Ależ to właśnie czynią wariaci, często przepraszając resztę gawiedzi za to, że mają nieco głębsze dusze.

Życie w swojej najgłębszej istocie jest proste jak budowa cepa, dlatego wymaga prostych i zdecydowanych rozwiązań.
Niestety natury subtelne zupełnie nie odnajdują się w tego rodzaju strukturze.

Dostojewski najwnikliwiej przedstawił wyższość wierności nad prawdą.
Niestety ludzie wierni mają najmniej przyjaciół, albowiem cenieni są przede wszystkim specjaliści od prawdy, którzy grupują się w pseudo przyjacielskie grona wierności nie wobec siebie, ale wobec idei. Szczerze?
Pierdolić ideę.

Kiedy będę miał syna, powiem mu: synu nie martw się nigdy, jeśli ktoś do ciebie odnosi się, choćby krytycznie… Najbardziej wulgarnym i zmasowanym atakiem pogardy jest obojętność.

Sam dobrze wiem, ile odniosłem ran na tej wojnie.
Teraz odwracam się od ludzkiego mrowiska, siedzę samotnie w swoim centrum dowodzenia i knuję. Obmyślam strategię.

Zdejmijcie w końcu te błazeńskie maski i przebrania.
Wyjdźcie z gołymi siurkami i pipkami na rynek.

Zgromadzenie wariatów zwie się często happeningiem i nikomu nic się nie dzieje.
Samotny wariat, który wcześniej wpadł na ten sam pomysł i realizuje go, najczęściej kończy zamknięty w psychiatryku.

Moja strategia polegająca na ograniczeniu kontaktów międzyludzkich do minimum, jest w zasadzie najbardziej higieniczna.

Zastanawiam się, czy znowu wchodzić w picie czy nie.
Kiedy znów wejdę w picie, otworzy się możliwość rozmowy, przebywania, itp.
Bez tego, najczęściej się żremy, albo nie mamy sobie niczego do powiedzenia,  przynajmniej my Polacy. Wyobrażacie sobie spędzić z kimś na trzeźwo parę godzin, o ile nie jest to sytuacja np. w pracy, czy jakiejś innej sytuacji przymusowej, ewentualnie wspólnego oglądania czegoś ciekawego?
Ja tak nie potrafię.
Alkohol jest jak muzyka, łączy ludzi.

Teoretycznie i fikcyjnie oraz iluzorycznie, mam dookoła siebie pełno ludzi.
W rzeczywistości mam dwie towarzyszki, którym naprawdę ufam i które mnie nie zawodzą: są to książka oraz flaszka.
Jest jeszcze jeden mój przyjaciel: lek przeciwpsychotyczny rispolept, który mnie umacnia, dlatego żyję, piję i biorę prochy. 

Wczoraj wypiłem samotnie całą flaszkę ruskiego szampana, którego  trzymałem od obrony doktoratu. Uwaliłem się słuchając swojej ulubionej muzyki.

Z drugiej strony jednak zdaję sobie sprawę, że jak będę chlał znowu, to znów mnie to zaprowadzi do psychiatryka, a tego wolałbym uniknąć.

Przeniknąłem kobiety i dlatego one wszystkie kochają mnie, ale na odległość, dla własnego bezpieczeństwa.

Życie nieprawdopodobnie deformuje człowieka, dlatego wszyscy jesteśmy potworami, ergo kochamy się, kiedy nas muzyka alkoholu ulula.
Bóg musiał umrzeć na krzyżu, więc nie dziwmy się temu, że jest tak a nie inaczej, bo nigdy dobrze nie będzie.

Na ludzi, poza tymi, którzy nas naprawdę kochają (czyli mama i tata), trzeba po prostu bardzo uważać. Ta uważność na ludzi to nic innego jak uważanie na ludzi, dzisiaj to widać bardzo mocno, mało kto ma w sobie na tyle dystansu i poczucia humoru, żeby tak beztrosko bywać tam i ówdzie.

Wszelkie próby uzdrowienia tego świata czy wprowadzania tzw. miłości, kończyły się zawsze krwawą hucpą. A to dlatego, że istota ludzka bardziej niż życie kocha grę w to życie.
Ergo tzw. miłość była wprowadzana na ten świat w mundurze.
Co ma wspólnego miłość z mundurem?
Nic. Tyle co Pan Bóg z biskupim ciuszkiem.

Wielu ludzi nie potrafi porzucić swojej skóry i spróbować wejść w skórę cudzą, stąd tyle ran, konfliktów, nieporozumień.

Najcieńsze włókno duszy to Ewelinka, najgrubsza warstwa duszy to mama.

Być może przez to, że tak mocno krwawię, że tak mocno się wykrwawiam, uczestniczę w męce Chrystusa.

Najważniejszy jest dla mnie krzyż Chrystusowy.

Wierzymy, że był ktoś taki jak Jezus, który jako Jedyny był absolutnie w porządku.

W życiu literackim nie ma przyjaźni.
Są interesy, plemiona, obozy, kliki, tzw. środowiska, które łączy jakaś iluzoryczna wspólnota celów przeciwstawionych z pozoru innym celom.
Czego bym chciał uniknąć, to skończenia w roli jeszcze jednego gadającego o swojej poezji poety, nabzdyczonego własną, domniemaną potęgą.

Obecna pan narracja, aby każdego jednakowo kochać, czyni może ów padół łez nieco mniej toksycznym, ale z drugiej strony nudnym, jałowym, przewidywalnym, bez odpowiedniego pieprzu i prztyczka w nos dla tych, którzy na niego ewidentnie zasługują, choćby przez połączenie z jednej strony pychy a z drugiej ignorancji.
Wskutek love przede wszystkim dla debili, debile przyjęły miłość z całym dobrodziejstwem inwentarza i stali się owi niepodzielnymi władcami aktualnego świata.
Cham otrzymał królewskie berło za darmo i jeszcze na kolanach, więc mamy co mamy panowie pięknoduchy.

Jestem już nieprawdopodobnie zmęczony rolą idioty, która niesie ze sobą możliwość przetrwania w tym szambie zwanym podobno krajem, moim krajem.

To, że samych siebie będziemy określać, nawet w relacji z kimś, jako Boga, Jezusa, Mozarta, Salieriego, czy Johnego Deepa, niewiele tak naprawdę znaczy…
Bo słowa są najsłabszym tak naprawdę wehikułem sensów.
Określa nas wyłącznie nasza postawa wobec  rzeczywistości i podejmowane wybory, które mogą wkurzać bądź onieśmielać.

 

 

niedziela, 14 maja 2023

Wyimki, fragmenty, intuicje, błyski _ cz.11

 Cały czas mam nadzieję, że jakiś poczciwiec czy poczciwina mnie znienawidzi za te moje zapiski.

Ale nic się nie dzieje, nikt nie daje się nabrać.

Tak, czuję się prowadzony przez Ducha św., jakkolwiek to zabrzmi, nie wiem, czy megalomańsko, czy „chrześcijańsko”, ale to jedyna osoba Trójcy św., z którą czuję się w bardzo bliskiej komitywie.
Do Pana Boga nie mam cierpliwości, Pana Jezusa nie rozumiem, jedynie Duch św., ten Trzeci, jest jakby dla mnie „namacalny”.

Być może wszystko, czym żyłem, wszystko, co robiłem, jakoś odgrywałem.
Prócz wierszy.

Czy schizofrenia jest mózgojebną chorobą, powodującą totalną degradację?
To się właśnie okazuje, wszak to właśnie teraz, dla Was, tańczę na tej scenie złożonej z desek.

Chciałbym, żeby mi ktoś kiedyś mądrze rzekł: „nie doceniasz kobiet”.
Bo może faktycznie nie doceniam, może coś, jakiś cholernie ważny szczegół, wciąż umyka mojej uwadze.

Artysta ci nigdy słowa prawdy nie powie, bo by musiał albo położyć się na tobie i rozryczeć albo cię zabić.

Ćwiczenia w konwencji społecznej – dotyczy wszystkich umundurowanych, czyli de facto wszystkich członków społeczeństwa.

Czasami wydaje mi się, jakby Szustak nie zamieszkiwał tego, wspólnego nam wszystkim świata, ale czynił swoją osobą i działaniami jakąś imitację nieba, na większym speedzie.
Ale to mu się ostatnio mniej udaje, jest już wyraźnie zmęczony, to widać.

Sami o sobie niczego nie wiemy, bo ziemia jest sterowana przez kosmitów, stąd te wszystkie nieporozumienia.

Ktoś powie, że jestem niezrównoważony albo po prostu pieprznięty, ale przynajmniej jestem prawdziwy w tej całej mojej, miejmy nadzieję, że błogosłowionej nieuważności.

Wzrost człowieka odbywa się zawsze w dół: ku ziemi. 

Artysta zawsze ma albii, że to nie on napisał, jeśli kogoś uraził, lub sprowokował jakąś niemiłą sytuację, ale że odpowiedzialna za to lub owo, jest jego nieświadomość, na którą nie ma wpływu.

O ile ludzie przeważnie, mniej lub bardziej cieszą się życiem, o tyle artysta bardziej cieszy się formą życia.
Nie tyle ludzie go interesują, ale formy oraz bryły, również relacje międzyludzkie traktuje jako kształty układające się we wzajemne powikłania oraz zależności, dla artysty nie ma relacji, jest forma danej relacji, w związku z tym jest on od ludzi odgrodzony totalnie.

Ów język, który napotykam, czy to literacki, czy krytycznoliteracki, nie jest jednakowoż językiem (na mój gust), który cokolwiek o świecie i życiu miałby do powiedzenia naprawdę ciekawego.
Milczenie pacjentów na grupach terapeutycznych, w szpitalach psychiatrycznych, niesie ze sobą o wiele większy ciężar semantyczny.

Uczenie się języka, jakiegokolwiek, mówię tu o umiejętności świadomego używania go , to trud taki sam jak najcięższa, fizyczna praca.

A gdyby tak odcedzić ze słów ich semantykę i do każdego, napotkanego przechodnia, z uśmiechem na ustach mówić: „wal się pedale”, albo: „pierdol się kurwo”.

Takie proste stwierdzenie na dziś: najważniejsza w życiu jest przyjaźń, która wyraża się w wierności na dobre i złe.
I nie byłbym sobą tych w tych wyimkach, gdybym nie napisał, że to stwierdzenie przeważnie nie dotyczy kobiet, gdyż te najczęściej są niewierne, kiedy sytuacja staje się, najoględniej rzecz ujmując, chujowa.

Dostałem lewego sierpowego od Boga. A potem prawego sierpowego.
A jednak stoję i nadal, choć ledwo, ledwo, to jednak w tym dziwnym ringu jakoś się poruszam.

Gdybym miał wskazać wiodącą i główną ideę, a lepiej anty ideę tych czasów, to jest nią egoizm i chęć zaskarbienia sobie followersów.
Wierzę jedynie anonimowym mnichom, zamkniętym w eremach.
Są wiarygodni, bo nie ma ich na fejsbuczkach, youtubkach, nie ma ich nawet w księgarniach.

Tak się dzisiaj stało, że najbardziej intymnym naszym bytem dzielimy się w mediach społecznościowych. W związku z tym w kontakcie bezpośrednim jesteśmy dla siebie nieprzystępni. Nie potrafimy już normalnie ze sobą rozmawiać.

Cudze buty zawsze są najwygodniejsze.

Człowiek uczy się władania szablą, mieczem, szpadą.
Uczy się fechtowania przy pomocy jakiegoś wyuczonego języka.
Moje wyimki przypominają wrzask samotnego, pijanego wariata na środku rynku, który odrzucił wszelką broń.

Poprzez liczne zranienia moja maska się zmienia.

Wynika z tego, wynika z wyimków, że muszę stale pobudzać się jakąś niezgodą, konfliktem, zgrzytem, wtedy dopiero zaczyna pracować moja wyobraźnia.
Wynika to z tego pewnie, że jako człowiek nie jestem do końca zdrów i stale przyzwyczajam się do noszenia ran, które zresztą przeważnie sam sobie zadaję, ale bez nich, bez ran tych, jakby nie mogę żyć…

Wszyscy mówimy tym samym językiem, jedyne, co nas dzieli, to miejsce, które zamieszkujemy.

Poezja czysta trzyma się tego, co na powierzchni.
Poeci podziemni są totalnie zagubieni w relacjach powierzchniowych.

Jeśli kiedyś wpadłem na trop najważniejszego języka, który istnieje i nazwałem go językiem relacji międzyludzkich, językiem najtrudniejszym do zdefiniowania, to nadaję się do tego wyśmienicie, ponieważ niczego nie wiem o relacjach jakichkolwiek.

Mieszkam już dawno poza językiem. 

 








 




"Pałac" Wiesława Myśliwskiego - zdjęcie z krzyża. Impresja krytycznoliteracka

Jak można być zdjętym z krzyża i pisać? Pisanie jest czerpaniem, jest wyczerpywaniem, jest nieustającą radością i zmęczeniem, jest odpoczynk...