niedziela, 10 kwietnia 2016

Julian Tuwim_Wykład dla Domu Kultury Podgórze

Notatki z książki: Mariusz Urbanek: „Wylękniony bluźnierca”, Warszawa 2013,

Śmierci Tuwima towarzyszyła anegdota, na którejś, knajpianej serwetce, znaleziono zapis: „ze względów oszczędnościowych polecam zgasić światłość wiekuistą, która mi może będzie świecić”.
Dowcip, paradoks, ironia zawarte w tym zdaniu. Zestawiano z Mickiewiczem, „Kwiaty polskie” z „Panem Tadeuszem”. Piosenki, „Wspomnienie” (Niemen), „Grande valse Brillante” (Ewa Demarczyk), „Lokomotywa”, „Ptasie radio”, wiersze dla dzieci, „Bal w operze”, komentarz do polskiej rzeczywistości.

Biografia: rodzina zasymilowanych, łódzkich Żydów, Matka Krukowska, babka Łapowska, prababka Dillon, a dopiero praprababka Goldberg”, mawiał. Brat ojca, Albert nosił nazwisko „towim”, co znaczy dobry, ojciec już podpisywał się jako Tuwim. Urodził się 13 września 1894 roku o godzinie 13. Ojciec Izdydor Tuwim był urzędnikiem bankowym, matka chyba nie pracowała. W 1890 przyszła na świat Irena Tuwim, przyszła tłumaczka „Kubusia Puchatka”.
Konflikty domowe, niezdrowa atmosfera, matka Adela o 16 lat młodsza, próbowała pisać poezję, żal do ojca, że zamyka się w swoim świecie i mało czasu poświęca dzieciom. Po ojcu, który gromadził słowniki, na starość uczył się włoskiego, mały Julek odziedziczył zamiłowanie lingwistyczne, natomiast po matce miłość do poezji, jak podaje Urbanek.
W domu czytało się Mickiewicza, Słowackiego, Syrokomlę, Asnyka, Konopnicką.
Poeta przyzna później, że stał się poetą dzięki przede wszystkim matce. Rodzinna Łódź, miasto niemiecko-żydowsko-rosyjskie. Włókiennicze dynastie lodzermenschów, rozrost Łodzi, przy czym w mieście brzydko. Znamię na policzku, trauma z dzieciństwa. Skaza, myszka na policzku. Chodził do szkoły, gimnazjum Romanowych w Łodzi, gdzie rusyfikacja, na lekcjach uczniowie jedli, pili, gadali, grali w karty, niepoważna nauka, Tuwim deklamował co lekcję „Kot i kucharz”, bajkę Kryłowa z ostatniej ławki.
„Tępota moja matematyczna byłą niemal upiorna”, przyznaje poeta. 11 lat miał, kiedy dopadła go rewolucja 1905 roku. Na ulicach strzały, krew, w mieście robiło się niebezpiecznie.
Niemniej dzieciństwo, pasje: zbieranie znaczków i motyli na początku, potem chrząszcze, jaszczurki i zaskrońce, potem było kolekcjonowanie dzienników, po których nastąpił „szał chemiczny”, kiedy poeta omal nie wysadził swojego domu w powietrze. Po chemii, mechanika, budowanie z drucików, korbek, pudełek po cygarach maszyn. Bzik najtrwalszy, jak pisze Urbanek, to jednak fascynacja poety językiem. Godzinami ślęczał wśród książek w osobnym pokoju.
Pierwsze wiersze Tuwima, jak podaje Urbanek, były przepojone, czarnym, Byronicznym Weltschmerzem, skrajnie pesymistyczne, ewentualnie satyry na kolegów. Patroni: Rimbaud, Whitman, Staff, Baudelaire, Błok. Uwielbiał Staffa, zaczytywał się w nim namiętnie. W 1911, zadebiutował drukiem jako tłumacz wiersza Leopolda Staffa, „W jesiennym słońcu” na esperanto. Poeta Tuwim wysłała mistrzowi Staffowi swoje wiersze, z wielkim lękiem i przejęciem czekał na odpowiedź. Po wielu tygodniach przyszła i tam było na przykład takie zdanie: „Niektóre wiersze sprawiają wrażenie, jakby przerwano im oddech, dlatego Staff radził pisać mniej, a dać rzeczy zjędrnieć, nabrać soku”. Po latach Staff wspomina, że stanął wobec talentu i że dla jego, czyli Juliana Tuwima dobra, musiał być surowy. Przyznawał jednak, że wśród utworów znajdują się i takie, które są „dużej piękności”. „Czyhanie na swego Boga”, kto się nie burzył w 17 roku życia, kto się nie piął na szczyt, pierwszy tom Tuwima, „Czyhanie na Boga”.
Potem się przyjaźnili, poznali 1913 roku, korespondowali aż do śmierci młodszego Tuwima.
Leśmian, drugi bóg na poetyckim Staffa, obok Tuwima go strasznie zbeształ, na pytanie, czy warto pisać wiersze, odpowiedział, „nie warto”, mówił, że nie ma u Tuwima poezji, nie ma tajemnicy.
Po latach, w kawiarni Leśmian, zachwycał się wierszami Tuwima, krzyczał, że cudowne o tych samych, dokładnie tych samych, okazało się, że nawet nie zajrzał do kajetu, który Tuwim mu przesłał.
Sierpień 1914 roku, wybuch wojny. W mieście jednak dalej toczyło się „normalne” życie, miasto żyło rewiami, ukazywały się gazety, toczyło się życie literackie, w którym świeżo upieczony maturzysta aktywnie uczestniczył, jak pisze siostra o swoim bracie: „Nosił się z fantazją, chodził w rozpiętym szynelu, w czapce podziurawionej jak sito papierosami, co należało do elegancji, rozbijał się dorożkami i skrapiał sobie włosy wodą brzozową Drallego”, jak wspomina siostra. Rodzice załamywali ręce nad młodym synem.
W 1916 roku zapisuje się w Warszawie na studia prawnicze, kompletnie go nie interesują, współpracuje za to z kabaretami, pisze skecze, monologi, parodie, melorecytacje. Oprócz skeczów, miał też odczyty w Warszawie o ukochanych poetach, na przykład o Walcie Whitmanie, już wtedy zauważono jego talent, mówiono o nim, że „żyje wśród nas prawdziwy, natchniony poeta”, mówiła to Izabela-Czajka-Stachowicz, późniejsza pisarka. Na prawie mu się strasznie nudziło, zaliczył co prawda pierwszy rok, mógł studiować dalej, ale zmienił prawo na polonistykę, potem jednak się okazało, że studia w ogóle nie są mu do niczego potrzebne. Jak wspominała siostra: „swoich studiów nie brał na serio”.
Warszawa żyje literacko, poeci gromadzili się w kawiarni Pod Pikadorem.
W 1918 roku wychodzi jego pierwszy tom, wielkie wydarzenie poetyckie, „Czyhanie na Boga”.
W 1919 roku natomiast poeta bierze ślub ze Stefanią Marchwiówną. On był nieprzytomny ze szczęścia, ona jak królewna z bajki, urocze zjawisko, wspomina ich ślub kuzynka Ewa Drozdowska.
Zamieszkali nowożeńcy w Warszawie przy Królewskiej 41 u wuja Julka, doktora Stanisława Krukowskiego. Po kilku miesiącach wynajęli kilkupokojowe mieszkanie na ulicy Chłodnej 6.
Urbanek pisze o rewolucji Pikadora, tomiki rozchodziły się jak świeże bułeczki w nakładzie 5-6 tysięcy, publiczność się zachłystywała, rewolucji Pikadora przewodził Tuwim, po „Czyhaniu na Boga” przyszła kolej na przełomie 1919 i 1920 roku na „Sokratesa tańczącego”, potem „Siódmą jesień” w 1923, „Wierszy tom czwarty”, które zamykały słynne „Słopiewnie”. Do „Słopiewni” , dość wspomnieć, muzykę, skomponował słynny kompozytor Karol Szymanowski.
Nowa poetycka era razem z Tuwimem, tak się wyrażał o tym zjawisku Iwaszkiewicz że tym był dla poezji polskiej po 1918 roku, czym dla nowoczesnego malarstwa Cezanne, jak pisał Józef Wittlin.
Skamandryci rządzili polską literaturą ze swojego stolika w Ziemiańskiej przy Mazowieckiej 12 w Warszawie, źle wyrażał się o nich Gombrowicz, źle wyrażał się o Tuwimie, ale skrycie im zazdrościł, bo on dopiero zaczynał, terminował. (Tuwim, Lechoń, Słonimski, Iwaszkiewicz, Wierzyński, najważniejsze nazwiska). Dosiadał się do stolika w Ziemiańskiej czasem Wieniawa Długoszowski, adiutant Marszałka Piłsudskiego, a czasem Franz Fiszer, postać barwna i legendarna, skarbiec anegdot, dowcipów i kawałów, który sam jednak niczego nie napisał, natomiast jemu samemu poświęcono sporo miejsca w literaturze. Wiersz Tuwima, „Do Franciszka Fiszera”. Za swoje odkrycie wielkie Skamandryci uznawali talent i urodę Marii Pawlikowskiej Jasnorzewskiej. Tuwim nazwał ją „staroświecką, młodą panią z Krakowa”. Czasem przysiadał się Żeromski, bóg drugi obok Staffa. Oprócz tego Tuwim współpracuje stale z kabaretami, w tym ze słynnym kabaretem Qui pro Quo, do którego dołączył później Marian Hemar. Tuwim pisał dla kabaretów skecze, szmoncesy, dowcipne scenki, zachwycał się tym Boy-Żeleński, który mówił: „Cóż za bajeczny temperament u tego człowieka, aby tak od niechcenia lewą ręką rzucać owe drobiazgi, od których sala trzęsie się ze śmiechu”.
Pisał tego Tuwim bardzo dużo, faktycznie od niechcenia, nie przywiązywał do tego dużej wagi, więc spora część tego wciąż jest jeszcze odkrywana i do odkrycia.
Kabaret, operetka, wieczory autorskie, redagowane „Skamandra” oraz „Wiadomości Literackich”, to tylko niektóre zajęcia w życiu Tuwima. Oprócz tego miał on inne pasje, które pewnie powstały zamiast studiów, jak demonologia, zbieranie informacji o diable, ale także o szczurach. Oprócz tego odwiedzał antykwariaty w poszukiwaniu najbardziej dziwacznych książek i wydawnictw, Tuwim był zapalonym, wręcz „obłąkanym” bibliofilem. Biblioteka Tuwimów rozrastała się do rozmiarów monstrualnych, nad czym załamywała ręce żona, Stefania Tuwimowa, ponieważ w domu zwyczajnie zaczęła brakować życiowej przestrzeni. Potem zaczęło się redagowanie jednego z najważniejszych pism literackich w XX leciu, „Wiadomości Literackich”, tam Tuwim zaprzyjaźnia się z Broniewskim, który od 1925 był sekretarzem pisma. Naczelnym był Mieczysław Grydzewski, współpracownikami na przykład Boy-Żeleński, Krzywicka, Ksawery Pruszyński, ale też wiele innych, najważniejszych ówcześnie nazwisk w krajowej literaturze.
Słówko o żonie Tuwima, Stefanii: była uważana za piękność, Witkacy namalował jej portret w 1929 roku, ale Krzywicka na przykład określiła ją mianem „zimnej, małomównej, zajętej wyłącznie swoją urodą”. Tuwim ją opiewał, zadedykował jej tom wierszy „Siódma jesień”. Jak pisze Urbanek, Tuwim był poetą, natomiast Stefania była muzą i kapłanką domowego ogniska.
Urbanek zarzuca Skamandrytom i Tuwimowi serwilizm, „Cyrulik warszawski”, na usługach.
Podróże: Berlin, Paryż, Praga. Podróże wraz z Iwaszkiewiczem. W 1926 roku, kiedy poeta ukończył 32 lata, jego wiersze weszły do spisu lektur szkolnych. W 1928 roku został laureatem nagrody miasta Łodzi pokonując Wacława Berenta stosunkiem głosów 7:6.
Sam oceniał wiersze młodszych od siebie poetów, na przykład Brzechwy, mówił, że przez wiersz musi przebiegać „iskra elektryczna, muszą bić pioruny”.
Ukazywały się kolejne tomy jego wierszy: 1926, „Słowa we krwi” w 1929 roku „Rzecz czarnoleska”, w 1932 roku „Biblia cygańska i inne wiersze”, fascynacja kulturą i językiem cygańskiej, wspólnie z Jerzym Ficowskim sprawowali literacką opiekę nad cygańską poetką Papuszą.
W 1934 roku ukazuje się „Jarmark rymów”, zbiór humoresek, piosenek, satyr, parodii, kabaretowych szmoncesów, fraszek. W 1935 natomiast ukazuje się „Słownik pijacki”,
Polska Akademia Literatury: Zofia Nałkowska, Wacław Sieroszewski (prezes), Leopold Staff, Tadeusz Boy-Żeleński, Bolesław Leśmian, Wacław Berent, Piotr Choynowski, Juliusz Kleiner, Tuwim zajmuje miejsce 10 te, nie starcza miejsca dla niego.
Tuwima w latach 30 tych atakują za jego żydostwo, nawet Gałczyński go atakuje wtedy. Gałczyński, syn marnotrawny, Tuwim starszy od Gałczyńskiego o 10 lat, Gałczyński był członkiem grupy Kwadryga, która buntowała się przeciwko Skamandrytom. Przez te ataki na swoje Żydostwo, Tuwim cierpiał, zaczęły się lęki, choroba zwana agorafobią, lękiem przed otwartymi przestrzeniami, całe dnie Tuwim spędzał w swoim pokoju, zaczęło się to w roku 1932, pierwsze oznaki choroby, odtąd przestrzeń i światło to wrogowie Tuwima. Poza tym wrzód żołądka, nerwica lękowa, to go ścinało z nóg, jak wspominała jego siostra Irena. Jak pisze Urbanek: „Spędzał wiele godzin, leżąc w półmroku przy zasuniętych storach (nie znosił jaskrawego światła), ale zawsze nieskazitelnie ubrany i gotowy do wyjścia”. Leczył się nawet u znachora, ale coraz częściej zdarzały mu się stany poetyckie odpływania w dziwne, inne, poetyckie rejony. Więc ta nerwica, stany psychiczne, które go wykańczały, poza tym problemy rodzinne, jak śmierć ojca (pochowany na cmentarzu żydowskim w Łodzi), choroba psychiczna matki, która została umieszczona w zakładzie dla nerwowo chorych w Otwocku. Jak napisała Irena Tuwim, „cierpiała na czarodziejstwo tragicznego syna”. Ostatni raz matkę widział w życiu latem 1935 roku. Niemniej z tego kotłowania, z tej ciemności, z tych niezdrowych, sosów duchowych, wyszło coś przedziwnego i bardzo ciekawego, miłego, uroczego, pamiętanego przez wszystkie lata, wiersze dla dzieci, słynne „Abecadło”, „Dwa Michały”, o Murzynku Bambo, w 1936 roku, ukazuje się słynna „Lokomotywa”, „Ptasie radio”, „Słoń trąbalski”. Wiersze te były zaskoczeniem o tyle, że z żoną oni nie posiadali dzieci, taka była ich decyzja, natomiast posiadali pieska Dżońcia. Tuwim swojego pieska bardzo kochał, pisał „Mój piesek Dżońcio, oto go macie, to mój największy w świecie przyjaciel, codziennie w kącie kanapy siadam i z moim Dżońciem gadam i gadam. Gadam i gadam, a Dżońcio milczy, Lecz mnie rozumie piesek najmilszy”. Najmądrzejszym na świecie pieskiem był Dżońcio.
W 1936 roku powstaje „Bal w operze”, satyra na ówczesną Polskę. Natomiast w 1937 roku ukazuje się „Wiersz, w którym autor grzecznie, ale stanowczo uprasza liczne zastępy bliźnich, aby go w dupę pocałowali”, ukazał się Poznaniu, w bibliofilskim nakładzie 30 egzemplarzy.
„Absztyfikanci grubej Berty
I katowickie węglokopy,
I borysławskie naftowierty,
I lodzermensche, bycze chłopy,
Warszawskie bubki, żygolaki
Z szajką wytwornych pind na kupę,
Rębajły, franty, zabijaki,
Całujcie mnie wszyscy w dupę.

I wy, o których zapomniałem,
lub pominąłem was przez litość,
ale dlatego że się bałem,
albo że taka was obfitość,
i ty cenzorze, co za wiersz ten
zapewne skarzesz mnie na ciupę,
I żem się stał świntuchów hersztem,
Całujcie mnie wszyscy w dupę!

W 1936 roku, Tuwim zaczyna współpracę ze „Szpilkami”, powstałymi niejako na miejsce „Cyrulika Warszawskiego”, tam drukuje utwory satyryczne oraz humoreski.
Satyry były wymierzone w różne, powstające wtedy w Europie faszyzmy, w pismo prawicowe „Prosto z mostu”.
Kiedy wybuchła wojna, w 1939 roku, Tuwimowie najpierw wyjechali do Kazimierza, potem znaleźli się w Śniatyniu w Rumunii. Potem Paryż, byli tam również Słonimski, Lechoń, Wierzyński, Grydzewski. Potem ucieczka do Portugalii, armia francuska zaczęła ulegać wojskom Hitlera. Potem, w Lizbonie poszukiwanie wizy, aby wyjechać za ocean aż w 1940 roku, Tuwimowie wyruszyli statkiem Angola do Brazylii. Rejs trwał statkiem 16 dni, Tuwim tam odpoczywał na pełnym morzu, odegnały się od niego lęki i nerwice warszawskie, przybyli 5 sierpnia do Drio de Janeiro. Brazylijskie gazety witały „dwóch intelektualistów z Polski”, Juliana Terwina, autora książek dla dzieci i poetę Jana Lessona (Lechoń). Brazylijska Akademia Literatury i Pen CLUB zrobiły poetom wieczór, ale na tym się opieka skończyła. Do Tuwima i Lechonia dołączyli rychło Wierzyński, Czermański, Malczewski, Wrzos,Choromański, spotykali się rano między 10 a 12 i po południu, koło piątej w Cafe O;Key na Avenida Atlantica, taka tamtejsza, brazylijska Ziemiańska:).
W 1940 roku Tuwim zaczyna pisać najważniejsze dzieło swojego życia, „Kwiaty polskie”. .
W 1941 roku Tuwimowie dostali wizę do Stanów i 19 maja 1941, po dwutygodniowym rejsie, przybywają do Stanów, znajdują się w Nowym Jorku. Zamieszkali przy West 72 Street nr 244 niedaleko rzeki Hudson. Zachłysnął się Ameryką Tuwim, jak pisze Urbanek. W tym czasie obrał silnie kurs rosyjski, uważał, że faszyzm może załatwić tylko bolszewizm i stalinizm, popierał politykę Władysława Sikorskiego zbliżenia z ZSRR. Nie chciał publikować już w „Wiadomościach Literackich”, bał się cały czas widma faszyzmu, nie uznawał St. Piaseckiego, który zginął rozstrzelany za wydawanie antyniemieckich gazetek, dawny w nim pozostał uraz z Międzywojnia.
Zbliżył się do środowisk mniej lub bardziej komunizujących, Związek Patriotów Polskich, Polska Partia Robotnicza, Armia Ludowa. Zawierzył rewolucji. W Ameryce najbardziej zafascynowany był amerykańskim proletariatem. Nie chciał mieć nic wspólnego z przedstawicielami „faszystowskiej” kultury, najlepiej czuł się wśród ludzi pracy. Rewolucja zwycięży i tylko ona jest dobra, tam walczą ludzie z sercem, a wszystkich innych uważał Tuwim za faszystów.
29 sierpnia 1942 roku zginęła matka Ireny i Juliana, Adela, podczas likwidacji otwockiego getta.
12 maja 1946 roku na statku Queen Mary, Julian i Stefania opuszczają Nowy Jork, statek płynie do Londynu. Gałczyński też wrócił do Polski w 1946 roku, tutaj nastąpiła relacja z Tuwimem, artykuły, teksty. W 1947 roku Tuwimowie adaptowali z sierocińca małą dziewczynkę Ewę, Tuwim miał wtedy 53 lata.
Był, jak podaje Urbanek, wiernym sługą reżimu. Taka próbka:

„I już tli się, czekając, ta łuna
Legend przyszłych o Wiośnie, o Wschodzie,
I zakwitniesz, zakwitniesz na strunach,
Twórco ery, radziecki narodzie!
Wielką dadzą ci rangę bajeczną:
Epos-jakąś wszechludzką Bylinę,
Z Rewolucją, krasawicą wieczną,
Z wiecznie żywym herosem Stalinem”.

Córeczce Ewie kazał kłaniać się wszystkim ludziom pracy i zadedykował jej strofy takie, z wiersza „Do córki w Zakopanem”:

„Mocno i pewnie chodząca po polskiej ziemi,
Umiłuj lud sprawiedliwy, co Polskę zbudził.
A tam, kochanie, gdzie mieszkał Włodzimierz Lenin,
Złóż kwiatek. To był przyjaciel tych prostych ludzi”.

Urbanek pisze o ogromnym zaślepieniu ideologicznym Tuwima, nie pamiętał o starych przyjaźniach z XX lecia, nie przyjmował do wiadomości morderstw bolszewików w Katyniu, to same ideolo, które wyszydzał, teraz zupełnie nim zawładnęło, był ślepy.
Proszenie o łaskę u Bieruta dla Jerzego Kozarzewskiego, skazany za nawiązywanie kontaktów ze środowiskiem emigracyjnym na karę śmierci. Tuwim recytował wiersz „Egzekucja”, zręcznie kłamał nawet, pisał o pomocy jaką rodzina Kozarzewskiego udzieliła jego chorej psychicznie matce. Bierut zamienił karę śmierci na 10 lat więzienia.
Podlizywanie się władzy nieustanne, mieszkanie w Warszawie, willa w Aninie. Miał szofera, pielęgniarkę, sekretarkę, kucharkę, ogrodników, pokojowe, ja napisała Kowalska w „Dziennikach”, stać go było na łatwą historiozofię.
W 1949 roku Tuwim, z okazji 70 urodzin Stalina, opublikował w „Trybunie Ludu” artykuł: Stalin-geniusz, wódz i nauczyciel Związku Radzieckiego, wódz i przyjaciel wszystkich cierpiących i uciemiężonych na ziemi, wychowawca wielkiej rewolucji”.
Niesłychany był serwilizm tego pisarza, byleby kasa spływała do kiesy, był w stanie napisać każdy panegiryk, był lokajem władzy, jej sługusem. Urbanek pisze, że może jego choroba, agorafobia, sprawiała, że nie wystawiał nosa z pokoju i nie widział tego, co naprawdę dzieje się w Polsce w latach 50 tych, latach stalinizmu, terroru. Przy czym, jak podaje Urbanek, nie był Tuwim cyniczny, naprawdę chciał wierzyć czy wierzył w jedyny, słuszny ustrój.
W kwietniu 1948 roku odwiedza Tuwim Związek Radziecki. Tam pękł mu wrzód na dwunastnicy, był operowany. Po operacji i wyzdrowieniu, Iłłakowiczówna przesłała mu „O naśladowaniu Chrystusa” Tomasza a Kempis i „O Bogu żywym” Romana Guardiniego.
O jego bajkach mówili badacze wtedy, za Polski Ludowej, że pozbawione morału, że mało wychowawcze, że niebezpieczne dla dzieci, a zatem, zauważmy, podobnie jak prawica w XX leciu międzywojennym. W 1949 roku zostaje Tuwim doktorem honoris causa Uniwersytetu Łódzkiego, dwa lata później otrzymuje Nagrodę Państwową I stopnia.
W 1949 roku zostaje redaktorem rubryki „Cicer cum caule, czyli groch z kapustą” w miesięczniku „Problemy”. W kwietniu 1949 roku Tuwimowie zamieszkali w Aninie, rząd podarował poecie willę z wielkim ogrodem, basenem, służbą, gosposią oraz ogrodnikiem.
W 1950 roku, jak pisze Urbanek, składa Tuwim hołd Władysławowi Broniewskiemu w imieniu poezji polskiej.
Wiosną 1951 roku wraca do Polski Słonimski, przyjaciel Tuwima.
Tuwim spędza dużo czasu w Aninie, krąży między pokojem wypełnionym od góry do dołu książkami, w którym ma wszystko posegregowane w doskonałym ładzie, a kawiarnią. Współpraca z Ficowskim, Ficowski wniknął głęboko dzięki Papuszy (Bronisławie Wajs), w świat cyganów polskich, PIW wydał książkę Ficowskiego, „Cyganie polscy”, pomógł mu w tym Tuwim.
Zebranie sekcji poezji ZLP: krytyka przekładu Ważyka „Eugeniusza Oniegina”.
Zadbał o 70 te urodziny i 50 lecie twórczości Staffa, zadbał, żeby wszystko przyrychtować w Krakowie.
Błoński, 23 letni współpracownik „Przekroju”, przychodzi do Tuwima, żeby mówić o poezji, ale Tuwim o poezji nie chce mówić, wymykał się, cały czas się młodemu krytykowi wymykał, jak podaje Urbanek.
5 marca 1953 roku, umiera Stalin. Tuwim znów pisze hymniczny panegiryk w „Trybunie Ludu” jako pierwszego nauczyciela ludzkości, prawodawcę i nauczyciela sumień.
Potem nastąpiła odwilż, dwa lata później Adam Ważyk ogłasza „Poemat dla dorosłych”, w trzy lata później Chruszczow, następca Stalina, ujawnia stalinowskie zbrodnie. Wszyscy nagle zaczęli mówić o zaślepieniu, własnej winie, wypierało się własnych czynów, et caetera, ale Tuwim nie zdążył, zmarł 27 grudnia 1953 roku na wylew krwi do mózgu w pensjonacie Halama w Zakopanem. Kilkanaście dni wcześniej wziął udział w pogrzebie swojego „ucznia”, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, po pogrzebie pisze wiersz Hołdy:

„A co za makabryczna kolejka?
Kto do Cienia z hołdami się tłoczy?
Dobrze, cieniu, że masz martwe oczy,
Jeszcze lepiej, że i usta twoje
Śmierć wieczystym zamknęła spokojem,
Miłosierna Śmierć Dobrodziejka.
A najlepiej, że już nie masz siły”.

27 grudnia, w niedzielę, wiał halny, Tuwim miał wtedy chandrę, żona mówiła, że to nic takiego, że się to jemu często ostatnio zdarza, wtedy w jednej z zakopiańskich knajp miał napisać to słynne zdanie otwierające książkę Urbanka „Ze względów oszczędnościowych polecam zgasić światłość wiekuistą”.
Pogrzeb miał z honorami, z wielką pompą, państwowy, żegnał go premier Cyrankiewicz.
Wszyscy pamiętają i będą pamiętać takie nieśmiertelne wersy:
„Mimozami jesień się zaczyna”, „A może byśmy tak najmilszy wpadli na dzień do Tomaszowa?”, „Czy pamiętasz jak ze mną tańczyłeś walca?”.  To Czesław Niemen oraz Ewa Demarczyk.Marek Grechuta śpiewał „Pomarańcze i mandarynki” oraz „Zadymkę”.
Wiele utworów Tuwima zaginęło. Urbanek uważa, że „Bal w operze” bardziej aktualny niż „Kwiaty polskie”, można z tym polemizować.
Okazuje się, że dzisiaj Tuwim robi karierę wielką w internecie i co ciekawe, jego poezja jest inspiracją dla zespołów punkowych, czy anarcho punkowych (na przykład dla zespołu Włochaty).
Oprócz tego sięgają po niego twórcy piosenki popowej i rockowej jak Krzysztof „Grabaż” Grabowski, lider zespołu Pidżama Porno, czy Kazik Staszewski, lider zespołu Kult.
Od 1999 stoi na Piotrkowskiej w Łodzi ławeczka Juliana Tuwima z wyrzeźbionym poetą siedzącym na ławeczce.















piątek, 1 kwietnia 2016

Papusza_Wykład dla Domu Kultury Podgórze

 Na początek kilka wiadomości o Cyganach, ponieważ Papusza była poetką cygańską, przy czym warte podkreślenia jest to, że była również poetką polską, ale o tym za chwilę. Cyganie, jak podaje Ficowski, pochodzą z Egiptu („Cyganie na polskich drogach”, Kraków 1985). Inne źródła podają, że wywodzą się oni z Indii. Pierwsza wzmianka o Cyganach w Polsce pochodzi z roku 1419 z Trześniowa w ziemi Sanockiej, gdzie wymienia się imię i nazwisko osadnika: Petrus Cygan. Nazwisko Cygan, nadane polskiemu chłopu, w znaczeniu nieobraźliwym (jak oszust, szalbierz), mogło oznaczać człowieka o czarnych włosach i smagłej cerze. Jak podaje Ficowski, „od początków XV wieku przemierzali nasz kraj smagli przybysze z południowego wschodu, uprawiający kowalstwo i wróżbiarstwo, cieszący się poparciem władz, obdarzani zabobonnym lękiem przez ludność miejscową”. Cyganie bowiem trudnili się również profesją złodziejską, która to profesja musiała zastąpić na przykład kowalstwo dla zdobycia środków utrzymania. Cyganie był to lud wolny, nie przywiązujący wagi do ziemi ani do panów, feudalizm był im obcy. Słynny kronikarz Marcin Bielski, nie szczędzi im obraźliwych epitetów: „lud próżnujący, chytry, plugawy, dziki, czarny, wiary ani postanowienia nie mający […] mowę sobie zmyślili ku kradzieży godną, aby nikt nie zrozumiał, jeno sami sobie”. W 1557 roku Zygmunt August wydaje nawet dekret o wypędzeniu Cyganów. Ważne podkreślenia jest to, że Cyganie jednak jakoś radzili sobie z władzą w Polsce, władza ustanawiała tak zwanych Królów cygańskich, którzy dzierżyli pieczę nad całym, swoim ludem. Jak wyglądali Cyganie, Państwo pytają. Jak podaje Ficowski, „pierwsze pokolenie przybyszów odznaczało się strojami węgierskimi: obcisłymi, na wzór naszych, góralskich, spodniami i węgierskimi kołpaczkami na głowach. Późniejsze pokolenia Kełderaszów ubierały się już nieco inaczej. Pozostały im kurty z wielkimi jajowatymi guzikami ze srebra, ale spodnie Cyganów były już-jak do dziś-obszerne, bufiaste, wpuszczane w wysokie cholewy butów. Ta moda charakter bardziej rosyjski”. 
Warto wspomnieć, że 25 stycznia 1930 roku w Piastowie koło Warszawy na króla Cyganów polskich został wybrany Michał II Kwiek. Uroczysta elekcja, jak podaje Ficowski, odbyła się z wielką pompą, z ochroną policji, zaszczycił nawet uroczystość sam Józef Piłsudski. Taka pojawiła się wtedy wzmianka w prasie, Ficowski pisze słusznie, że to „wypociny”, niemniej warto ją przytoczyć:
„Cyganie. Któż nie pamięta z miłych pejzaży dzieciństwa brązowych twarzy cygańskich, szczerniałych wiatrem i walką z naturą. Rozsypani po całym świecie, dręczeni przez burzę i niepogodę, nagle zawsze zjawiali się gdzieś na skraju lasu, skąd, obok dymu rozpalonego ogniska, wlokły się tajemnicze szepty napawające dreszczem. Nic w sobie z owej przejmującej grozy nie ma wgłębiony w wygodny fotel w poczekalni „Pałacu Prasy”, w eleganckim, europejskim garniturze, Michał Kwiek, autentyczny władca polskich Cyganów”.
Na uwagę w historii Cyganów na ziemiach polskich zasługuje fakt zagłady w trakcie II wojny światowej, pierwsze kroki poczynił ku tym zbrodniom Himmler, który w grudniu 1938 roku zapowiedział, że zamierza zająć się kwestią cygańską w aspekcie ich „czystości rasowej”.
Masowe mordy Cyganów miały miejsce na Wołyniu, nie tylko z rąk hitlerowców, ale również z rąk ukraińskich faszystów. W województwie warszawskim zamykano Cyganów w gettach, skąd wywożono do Treblinki. Mordowano Cyganów również w getcie łódzkim. Największym jednak i najbardziej masowym miejscem zagłady Cyganów był obóz koncentracyjny Oświęcim-Brzezinka.
Mówią o tym słowa cygańskiej piosenki, która jak podaje Ficowski, „wraz z nielicznymi Cyganami uszła cało zza oświęcimskich drutów”, oto jej słowa: „Wyprowadzili nas przez bramy, wypuścili kominami”.
Na uwagę również zasługuje fakt jak dzielą się Cyganie, na jakie szczepy, ponieważ to będzie nam pomocne przy omawianiu postaci Papuszy:
a).Polscy Cyganie nizinni, zwący się polska Roma
b).Polscy Cyganie wyżynni
c).Kełderasza,
d).Lowari

ad.a). Polscy Cyganie nizinni, to, jak podaje Ficowski, „wędrowni mieszkańcy naszego kraju, którzy od wielu pokoleń przebywają na terytorium Polski”. Do tego szczepu, polska Roma należy właśnie nasza Papusza.

Możemy sobie wyobrazić jak wyglądała na co dzień poprzez charakterystykę cygańskiego stroju:
jak podaje Ficowski, do cech charakterystycznych stroju kobiet cygańskich należą „długa i fałdzista spódnica, chusta przewieszona przez jedno ramię i „ozdobność”, będąca wynikiem zamiłowania do błyskotek i jaskrawych barw. Z kolei według XIX wiecznego świadectwa Teodora Narbutta, tak wyglądałaby kobieta cygańska: „Kobiety stroją w co złapią, warkocz roztrzepany, długi, hebanowego koloru, spada wolno na plecy i ramiona. Lecz aby narodowość w stroju zachować, obwijają się w płachty, które, nie zszyte, na wzór togi rzymskiej, zawieszają na ramionach, tak że ręka prawa, nad której ramieniem płachta zaczepiona , wolna i nie zakryta zostaje”.

Co Papusza jadła na co dzień? Jak podaje Ficowski, najczęstszą potrawą w wędrownych taborach jest gotowana kura i rosół, ponieważ właśnie kury są głównym łupem Cyganek chodzących po wróżbie. Przysmakiem jest również jeż, po cygańsku „jeżo” lub „karnało”. Cyganie uwielbiają mięso jeża, ponieważ według nich przewyższa wszelkie inne: jest tłuste, znacznie podobne do wieprzowego, ale o wiele delikatniejsze i smaczniejsze. Poza jeżem Cyganie jedzą także zupę z pokrzyw, kwaśny barszcz z wiśni, duży kawał mięsa-cielaka, barana czy świnię. Oprócz tego chętnie Cyganie zjadają grzyby. Cyganie bardzo skrupulatnie przestrzegają czystości. Jak podaje Ficowski, „specjalne naczynia służą do mycia mięsa, kur i innych produktów spożywczych: garnki są czyszczone do blasku, a oskubana i wypatroszona kura myta jest kilku wodach-bardzo dokładnie, centymetr po centymetrze. Z napojów Cyganie lubią piwo („łovina”), wódkę („bravinta”) i wino („moł”). Bardzo dużo piją mężczyźni, spory z nich odsetek do alkoholicy. Oprócz tego trudnią się Cyganie ziołolecznictwem, na przykład z trującego grzyba sromotnika robią nalewkę do smarowania bolących miejsc, z dojrzałej purchawki robią środek przeciwko oparzeniom, z szyszeczek olch sporządzają środek przeciwko boleściom, natomiast z młodych, majowych pędów i pączków sosen-nalewkę od kaszlu.

Cyganie mają swój kodeks zakazów. Z tą potrzebą higieny i przestrzegania czystości, łączy się coś bardzo ważnego, co określa się pojęciem skalania („Mageripen”). Ktoś skalany, to ktoś, kto nie tylko nie przestrzega zasad cygańskiej higieny, na przykład zje końskie albo psie mięso (kobieta po urodzeniu dziecka jest też wśród Cyganów skalana i dopiero muszą minąć dwa lub trzy tygodnie, nim powróci do cygańskiej społeczności, podobnież wdowa jest skalana, ale nie można żałoby nosić zbyt długo, gdyż grozi to śmiercią, Ficowski podaje przypadek wdowy, która nosiła żałobę półtorej roku i w końcu zmarła). Ale skalanie dotyczy również kogoś, kto wystąpił wbrew cygańskiemu kodeksowi. Jest wtedy sądzony przez cygańską wspólnotą, na której czele stoi Baro-Sero(Wielka Głowa), pozostałość po dawnym królu cygańskim. Natomiast najcięższe wykroczenia przeciw cygańskim prawom, jak podaje Ficowski, „są przedmiotem szczególnego potępienia i sprowadzają one na winowajcę, zwanego „Famuso”, czyli infamis, czyli nikczemnik, okryty hańbą), dożywotnie i całkowite wyłączenie ze społeczności cygańskiej. Do kategorii niewybaczalnych występków należy na przykład zdrada. Dodam, że taką infamią była objęta właśnie Papusza za „Cyganów na polskich drogach”, czyli za rzecz, którą napisał Jerzy Ficowski jako efekt włóczenia się z taborem cygańskim, gdzie poznał Papuszę, która nauczyła go języka cygańskiego po pierwsze a po drugie wyjawiła mu wiele cygańskich sekretów, takiej zdrady wspólnota nie mogła przepuścić, objęto Papuszę wykluczeniem ze wspólnoty cygańskiej, za co ona przypłaciła ciężką chorobą psychiczną, ciągnącą się za nią właściwie do końca życia.
Często właśnie myśli się o Cyganach jako o ludzie żyjącym w sposób anarchiczny, bez praw, to stereotyp, jak podaje Ficowski, ponieważ mimo że cygańskie prawa nie są zapisane, trwają, przekazywane ustnie i są bardzo surowe.

Mówię dalej o tradycyjnych zajęciach i profesjach cygańskich, aby nakreślić Państwu tło historyczne oraz obyczajowe, z którego wyrosła Papusza oraz jej poezja. Otóż najczęstszą profesją cygańską jest muzykanctwo, jest to odwieczna profesja cygańska, Stanisław Bystroń podaje w „Dziejach obyczajów w dawnej Polsce”, , że „gdy Cyganie na cytarach uderzą w smętną strunę, to Zygmunt rozpływa się w zadowoleniu”. Mowa tutaj o Zygmuncie Starym, który już jako królewicz był rozmiłowany w muzyce. Ulubionymi cygańskimi instrumentami są skrzypce, cymbały i lutnie.
Wielu Cyganów to byli również tak zwani niedźwiednicy, dziś powiedzielibyśmy zaklinacze niedźwiedzi. Otóż oni tresowali w udany sposób niedźwiedzie przy pomocy muzyki. Na przykład w jakiejś chłopskiej chałupie mieszkało „złe”, znakiem tego „złego” było, że niedźwiedź nie chciał przejść przez próg chaty. Dopiero, kiedy został uraczony serem, mięsem, chlebem, winem, przestępował próg chaty i złe się wyganiało. Oprócz tego Cyganie wyganiali i zaklinali szczury, kiedy niektóre gospodarstwa cierpiały na plagę szczurów. Stąd mowa, że Cyganie pochodzą z Indii, bo wiele z tych zasad oddziaływania dźwięków na zwierzęta wywodzi się z zaklinaczy wężów z Indii.

Innym zajęciem cygańskim jest wróżbiarstwo. Również i Papusza była uczona wróżbiarstwa. Ficowski dobrze i szczegółowo opisuje te praktyki. Na przykład każda wróżka miała swojego „diabełka”, „trupka”, „kostki”, „włochate krzyże. Ciekawe jest to, że Cyganie strasznie, jak podaje polski badacz, boją się diabła, a jednocześnie taki „diabełek” zrobiony nich dla nich nie znaczy, to po prostu zabawka. Dla ciekawości podam jak wygląda taki diabełek: Dwie pary kurzych oczu, zszyte ze sobą ściśle na płask stanowią jego głowę, która zaopatrzona jest w zakrzywione różki zrobione z pazurków kury. Dalszy ciąg diabełka to zwisający w dół kosmyk czarnych włosów, najczęściej cygańskich. Cyganki uważają, że diabełek jest wtedy skuteczny, kiedy kurze oko jest świeże, błyszczące, spoglądające jakby żywym wzrokiem. Natomiast kiedy ten wzrok matowieje, wysycha, robi się kolejnego diabełka. Tak zaopatrzona w diabełka Cyganka idzie wróżyć czy czarować do poszczególnych gospodarstw chłopskich. Na przykład, kiedy Cyganka wyczuwa, że w gospodarstwie źle się dzieje a gospodyni każe sobie powróżyć, każe jej Cyganka przynieść kurze jajo, a potem je rozbić, niepostrzeżenie trzyma przy tym diabełka, który równie niepostrzeżenie wyskakuje z kurzego jaja i przerażenie gospodyni jest ogromne, że w tym jaju diabeł mieszkał. Cyganka potem oferuje pomoc, wypędzenie złego, diabła za odpowiednią opłatą: masła, kury, mąka, byleby pozbyć się diabła.

Teraz krótko przedstawiam rysik cygańskiej poezji ludowej, której najwybitniejszą przedstawicielką i do tego jedyną, piśmienną, okazała się Papusza. Otóż są to utwory bardzo krótkie, lapidarne, tematyka ich jest różna, czasem zahacza o daną profesję, na przykład kiedy powstaje wśród cygańskich kowali. Poza tym przewijają się w nich odwieczne tematy cygańskie, jak wędrówka, tęsknota, śmierć, miłość, bieda. Tutaj może krótki cytat z cygańskiej poezji miłosnej:
„Cyganeczko młoda
w twoim dzbanie woda.
Będę pił ze dzbana
i z twych ust kochana
Cyganeczko młoda,
rozpal mi ognisko,
nie wielkie, nie małe.
Chcę mieć ciebie blisko”.
Przetrwała również pieśń cygańska mówiąca o zagładzie Cyganów w Oświęcimiu,
„Dom jest duży w Oświęcimiu,
to on nam szczęście przyniósł.
Ohej! Lata mały ptaszek.
Niechby zagrał słowa nasze,
może liścik mógłby zanieść
memu ojcu, mojej mamie...
Tęskno mi tu, czas się dłuży.
W Oświęcimiu dom jest duży.
Da Bóg, że otworzą się bramy,
że mateczkę powitamy,
że powrócę do rodziny,
że pić będę wódkę z nimi...
Tu nas biją w Oświęcimiu,
to on nam szczęście przyniósł”.
Oprócz tego trzeba zwrócić jeszcze uwagę, że kultura słowa nie tylko w piosenkach cygańskich przetrwałą, ale również w ludowych porzekadłach, na przykład: „Wierzę w Boga, bo mi już nic innego nie zostało”, „Nawet Bóg odwraca się na widok głupca”, „Życie składa się z wielu kłamstw i z odrobiny prawdy”, „Biedny jest diabeł, bo nie ma duszy”, „Pies, który wędruje, znajdzie sobie kość”„Dużo dzieci-dużo szczęścia”, „Chcesz bić, to bij, ale słowem”, „Cygan i po śmierci fajkę kurzy”.

Właśnie w takim otoczeniu kulturowym, w tych fermentach i tyglach, wyrosło zjawisko, któremu na imię Papusza. Nazywała się ona naprawdę Bronisława Wajs, wołali ją jednak Papusza, co po cygańsku znaczy lalka. Ficowski był odkrywcą jej talentu, kiedy włóczył się z cygańskim taborem. Najpiękniejszy utwór poetki to „Pieśń cygańska z Papuszy głowy ułożona”, którą poetka poświęciła Julianowi Tuwimowi, drugiemu, obok Ficowskiego, opiekunowi jej talentu. Data jej urodzenia nie jest dokładnie znana. Umownie przyjmuje się datę 30 maja 1910 i Lublin, miasto. Papusza nigdy nie chodziła do szkoły, jednak jako jedyna w zasadzie nauczyła się czytać i pisać, posłuchajmy wspomnienia Papuszy .
Wyszła za mąż za Dionizego Wajsa i weszła w krąg Cyganów-muzykantów. Szlaki przedwojennych wędrówek taboru Papuszy to głównie Wołyń, Podlasie oraz Wileńszczyzna. Latem 1949 roku Ficowski poznaje Papuszę w okolicach Stargardu Szczecińskiego i podróżuje z taborem Dionizego Wajsa, słuchając wieczorami, przy rozpalanych ogniskach cygańskich pieśni oraz opowieści.
Po 40 latach wędrówki, zdecydowała ze swoją rodziną się na osiadły tryb życia, w 1950 roku, poprosiła o przydział mieszkania, domek otoczony drzewami, żeby mieć wspomnienie lasu, mały fragmencik swojej 40 letniej wędrówki. Tęsknota za wędrowaniem i koczowniczym trybem życia pozostała w niej do końca życia. Obok „Pieśni cygańskiej”, „Krwawe łzy”, są epicką opowieścią o Cyganach uciekających od zagłady w czasie wojny. Są to wspomnienia samej Papuszy, która wraz z innymi Cyganami kryła się przed hitlerowcami i faszystowskimi Ukraińcami w lasach wołyńskich.
Najważniejszym, by tak rzec, bohaterem tych utworów jest las, tytuł wyboru wierszy Papuszy jest „Lesie, ojcze mój”. A zatem las śpiewa cygańską pieśń (ves bageł romani gili). Jak pisze Ficowski, „w szumie lasu wyraża się radość i smutek poetki”. Las to również wyraziciel nastrojów Papuszy, do lasu poetka jest niezmierne przywiązana. Las jest również czymś uczłowieczonym, współdziałającym z Cyganami i taborem, „leśne ptaszki” są „leśnymi braciszkami” poetki.
Początkowo Papusza mieszkała w Żaganiu, a potem przeniosła się rodzina do Gorzowa Wielkopolskiego. Wpływ na jej poezję miała przede wszystkim cygańska poezja ludowa, cytowana wcześniej, Papusza raczej nie znała „cudzej” poezji, dzięki temu nie naśladowała nikogo, nie była wtórna wobec żadnej tradycji. Papusza nie szlifowała swoich tekstów, pisała jednym cięgiem od początku do końca kartki, nie znając podziału ani na strofy ani na wersy, stąd na pewne dłużyzny i rozwlekłości w tej tekstach narzeka Ficowski. Rękopisy Papuszy występują często z błędami, są pisane pośpiesznie. Ficowski, co charakterystyczne, nie używa na określenie jej tekstów słowa pieśń, ale raczej słowa gawęda, bardziej podatne, jak pisze do zrytmizowanej melorecytacji niż do śpiewu. Nie są to również w pełni profesjonalne, wypracowane utwory, ale jak pisze Tuwim, „proste, z serca Cyganki płynące wiersze”. Jak pisze Ficowski, twórczość Papuszy pełna jest świeżej pomysłowości poetyckiej, obfituje w odkrywcze metafory, celne porównania, trafne skojarzenia. Oprócz tego charakterystyczna jest również tutaj świeżość widzenia i swoista, poetycka prawdomówność, poezja Papuszy wyrasta bowiem z jej przeżyć i doświadczeń, z dziecięcego patrzenia na świat, jakby dany przedmiot, rzecz lub zjawisko, udało się zobaczyć po raz pierwszy.  Tuwim mówił o „bijącym, czystym źródłem” poezji Papuszy, kiedy dostał „Pieśń cygańską z Papuszy głowy ułożoną”.
Pierwsze wiersze zaczęła zapisywać Papusza w początkach 1950 roku, parę miesięcy po wędrówce z taborem, Ficowskiego po Pomorzu Zachodnim. Namówił do zapisywania wierszy Papuszę właśnie Ficowski. W grudniu 1953 roku, nastąpiła wskutek choroby psychicznej, przerwa w pisaniu. Jeden z ostatnich jej wierszy nosi tytuł „Ziemio moja, jestem córką twoją”, przywiązanie do ziemi polskiej, Cyganie mówią, że niemożliwe dla Cyganki, ale Papusza jest Cyganką ze szczepu polska Roma, który nie opuszcza ziem polskich od dziesiątków pokoleń. Całkowicie zgadzam się z bardzo lapidarnym, ale niezwykle celnym określeniem Tuwima. Kiedy czytałem te nieliczne, do dzisiaj zachowane pieśni Papuszy i poematy, uderzyła mnie właśnie ich czystość, gawędowa, epicka śpiewność, opowieść, z której bije czyste źródło poezji. Poza tym bezpretensjonalność tej poezji, nie silenie się na nic, nie udawanie, brak fałszu, autentyzm, ludowość podana w formie nieoszukanej, a jednocześnie naznaczonej piętnem indywidualnego talentu, Bronisława Wajs, Papusza, czyli lalka, trzeba o niej pamiętać








piątek, 18 marca 2016

Kilka słów o Gałczyńskim dla Domu Kultury Podgórze

Gałczyński przedstawiał się jako poeta ziemi, ale dziwny i specyficzny poeta ziemi.
Chciał zniżyć niebo do ziemi, a ziemię przybliżyć niebu, tak można odczytać jego wspaniałe liryki i zamknąć to odczytanie w lapidarnej, metaforycznej formule. 
Był wielkim samotnikiem, outsiderem, cyganem. Pełno w nim było życia, a jednocześnie jakby jakiś smutek drzemał, co widać w jego wierszach. Potężnie pił, alkohol, w jego życiu lał się strugami, podobnie jak poezja, która wylewała się z jego przepastnej, oceanicznej duszy. Gałczyński cierpiał na depresję czasami, a czasami był nadmiernie wesoły, wszystkich rozbawiał. Dzisiaj to fachowo nazywa się w psychiatrii chorobą dwubiegunową, afektywną albo cyklotymią.
Zresztą teraz, coraz częściej ona występuje, nie tylko u artystów.
Urodził się 23 stycznia 1905 roku w Warszawie przy ulicy Mazowieckiej. Zmarł 6 grudnia 1953 roku. Szczegółowiej o biografii, artystycznym, nieco szalonym życiu cygana, outsidera, prawdziwego artysty i prawdziwego poety pisze Anna Arno w swojej książce o Gałczyńskim, ja powiem od siebie kilka słów o jego twórczości.
Bez wątpienia wiersze Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego są niezwykłe. Wiele w nich magii, w tym tej krakowskiej magii, zaczarowanych dorożek, koni, ten cały nadrealizm wybrzmiewa tam ze szczególną siłą, zwłaszcza w poemacie „Bal u Salomona”. Oprócz tego trzeba zwrócić uwagę na związek Gałczyńskiego z grupą Kwadryga, obecnej w XX leciu międzywojennym. Jej program polegał na żądaniu poezji uspołecznionej, dostępnej dla szerokich rzesz. Chociaż sam Gałczyński kiedyś popełnił rodzaj manifestu pro faszystowskiego, kiedy współpracował z mocno prawicowym pismem „Prosto z mostu”, to jego poezję trzeba rozpatrywać jednak w nieco innym aspekcie niż społeczny.
O Gałczyńskim mówi Marta Wyka jako o poecie cyganie, trochę odszczepieńcu, chodzącym własnymi drogami.
Taka też jest poezja poety: bardzo mocno nacechowana indywidualnie. Gałczyński dopracował się własnego języka, który zasadniczo niemożliwy jest do podrobienia: to znaczy albo się to ma, albo się tego nie ma, a tę rzecz określa się po prostu mianem talentu, rzeczy przyrodzonej, ingenium.
Poezja Gałczyńskiego jest czasem jak wielka, liryczna fala, która porywa ze sobą czytelnika. Można łatwo w niej przepaść i zatracić się w tych barwnych, fertycznych obrazach poetyckich, poczuć dźwięki muzyki („Bal u Salomona”), nawet zacząć tańczyć w rytm tych piosenek i pieśni, bo przecież poezja Gałczyńskiego jest też silnie umuzyczniona, wpada w ucho człowieka jak muzyka i jak muzyka czytelnika przeszywa i porywa.
Jest też napięcie, by nie powiedzieć rodzaj sprzeczności wpisany w tę poezję. Mianowicie między głębią poetyckiej konfesji, a żartem, drwiną, parodią, zabawą.
Tak pisze o tym Marta Wyka: Połączenie drwiny i powagi, błazeństwa i koturnu to charakterystyczna i typowa maska wielu artystów XX wieku. Postulat traktowania sztuki również jako zabawy da się wyśledzić w programach czołowych, nowatorskich prądów literackich XX wieku- a więc u dadaistów, futurystów, surrealistów.
Poezja była zatem faktycznie chyba traktowana przez poetę jako zabawa, ale jednak zabawa śmiertelnie serio. To znaczy poetycka brawura raczej wzmagała prawdziwość oraz unikalność tej poezji, aniżeli jej zaprzeczała.
Trzeba tutaj powiedzieć o jeszcze jednej sprzeczności pojawiającej się u Gałczyńskiego: mianowicie o niezwyczajnej poezji i życiu poety, które jak podaje Marta Wyka, było raczej życiem filistra (choć nie stroniącego od alkoholowych ekscesów), który cenił bardzo sobie rodzinne życie, żonę, córkę, kota.
Inną ważną sprawą w tej poezji jest przywiązanie do rzemiosła. Jak podaje Marta Wyka, taką tendencję ówcześnie uznawano za poniżającą rangę poety. Poeta-rzemieślnik zatem pisze często na zamówienie, od przypadku do przypadku, czasem na kawiarnianych serwetkach, jego wiersze idą całkiem dosłownie w świat i do ludzi, ale w tego rodzaju przypadkowych splotach bardzo często powstają małe bądź wielkie arcydzieła, tchnienia czystego talentu lirycznego. Często sam poeta powołuje się na Wita Stwosza, słynnego rzeźbiarza epoki Renesansu, autora ołtarza Mariackiego, podaje Wita Stwosza jako przykład doskonałego rzemieślnika i zarazem genialnego artysty.
Gałczyński w swojej drodze twórczej raczej odcina się od tradycji, na przykład od Skamandra czy Awangardy, podążając własną drogą. Bliski mu był Mickiewicz jak się zdaje z tradycji romantycznej, ale też romantyzm jako prąd i jakość występuje bardziej u Gałczyńskiego na zasadzie parodystycznej oraz ironicznej trawestacji. Bo też to, co ważne u Gałczyńskiego to nie tylko głębia lirycznego przeżycia, ale również to, co wchodzi w jego skład i czyni z niego jakość na wskroś oryginalną, czyli występowanie elementu groteski.
Jak pisze Marta Wyka na temat groteski: w sferze realizacji literackich oznacza groteska sposób przeżycia świata, czyli jego określoną interpretację, nie będącą zresztą interpretacją mimetyczną, lecz deformującą(...). Poetyka absurdu i nonsensu ma obronić poetę przed rzeczywistością, nie poddającą się żadnym zdroworozsądkowym i racjonalnym argumentom.
Spieszę z wyjaśnieniem tego akapitu, jednego terminu: mimesis. Otóż znaczy to tyle, co odwzorowanie, dobra, XIX wieczna powieść Balzakowska czy u nas Sienkiewicza, Prusa, nowele i powieści pozytywistyczne, były właśnie powieściami mimetycznymi, to znaczy takimi, które dążyły do wiernego oddania świata widzialnego. Natomiast język niemimetyczny czy antymimetyczny nie tyle świat oddaje jako obiektywną wartość czy stan, ale głębię przeżyć piszącego. Innymi słowy język ten zatrzymuje na sobie uwagę bardziej i bardziej na sam język zwracamy uwagę aniżeli na to, co przedstawia. A groteska jest właśnie takim rodzajem języka antymimetycznego, który nie tyle oddaje świat, rzeczywistość, ile ją deformuje poprzez parodię, ironię, trawestację, przedrzeźnianie, zabawę, poetykę absurdu i pur nonsensu.
To zbliża nieco Gałczyńskiego do Witkacego, przy wydatnej różnicy; Witkacy nie był poetą w tym znaczeniu w jakim był nim Gałczyński, bo Gałczyński był, powiedzmy otwarcie i niemodnie: prawdziwym poetą. Marta Wyka pisze też o różnicy między nimi w postaci Gałczyńskiego romansu z publiką, co jednak nie jest do końca trafne, bo w tym znaczeniu Witkacy również chciał czy mógł być popularny, poklasku łaknął jeden i drugi, przy czym Witkacy faktycznie nie trafiał do wszystkich,  Gałczyński potrafił natomiast chwycić za serce i robotnika i żołnierza i profesora.
Sprawa kolejna, jaka się z tym wiąże to odrzucenie literatury racjonalnej, rozumowej, dziedzictwa Oświecenia można powiedzieć, choć jak pisze Marta Wyka, Gałczyński do niej paradoksalnie nawiązuje poprzez ów romans z publiką i pisanie do „rzesz” jak Krasicki, Trembecki.
Niemniej ważnym zjawiskiem jest jednak w tej poezji to, co poza rozumowe, niezwykłe, niewytłumaczalne i dalej to, co jest również poza powszechnie przyjętą konwencją czy konwenansem społecznym. Przy czym można powiedzieć, że jest to poezja szalona, ale nie obłąkana, obłąkana poezja bowiem (jak Holderlina, Trakla na przykład), w ogóle nie zważa na żadne konwencje, konwencje życia społecznego w ogóle jej nie obchodzą. Gałczyńskiego natomiast społeczne konwencje oraz konwenans obchodziły bardzo, on był nimi przesiąknięty tak głęboko, że bez trudu obnażał ich miałkość, hipokryzję, zakłamanie i obłudę, na przykład w Teatrzyku Zielona Gęś.
Ale na ten element groteski nie tylko demaskacja utrwalonych form się składała, ale również umiłowanie tego, co groteskowe, dziwaczne, odmienne, inne. Zatem na przykład jego umiłowanie odpustów oraz zabaw ludowych odgrywało tutaj istotą rolę.
Ów Teatrzyk Zielona Gęś, bardzo zabawny, składający się z miniaturowych aktów i scen. Marta Wyka mówi, że nań wpłynąć na przykład  Zielony Balonik Boya, ale także teatr absurdu (Beckett, Ionesco), przy różnicy, że tamci dwaj byli filozofami również, wyciągali z teatru wnioski natury ogólnej, egzystencjalnej oraz filozoficznej, natomiast Gałczyński od filozofii trzymał się z daleka.
Jego poetyka przedstawia oczywiście pewien model filozofii świata, patrzenia na świat, natomiast Gałczyński zapewne bardzo by nie chciał, by go nazywać filozofem.
Ciekawie natomiast pisze Marta Wyka o tradycji renesansowej u Gałczyńskiego, którą za Nietzschem nazywa tradycją apolińską (czyli tą jasną, umiarkowaną i klasyczną). Właśnie Gałczyński, na przykład poprzez umiłowanie Wita Stwosza, ale również muzyki klasycznej (Bach, Beethoven, Mozart), szuka czegoś jasnego, harmonijnego i renesansowego w człowieku, jakiejś regularności, miary i jasności, stąd właśnie Wyka wskazuje na dziedzictwo tradycji renesansowej (Kochanowski) oraz oświeceniowej (Krasicki, Trembecki). Z tradycji romantycznej Słowacki, Mickiewicz, Krasiński, Norwid, z nich zaś najbardziej Mickiewicz, zapewne poprzez śpiewną formę swoich wierszy oraz poematów. Z zagranicznych (Villon, poeta włóczęga, Poe, Rilke, Rimbaud, Verlaine, Eta Hoffman, Apollinaire, Błok, Jesienin).To rozpoznanie stoi w pewnej sprzeczności z tym, co powiedziałem przed chwilą, to znaczy z tym umiłowaniem pierwiastka poza rozumowego. Otóż wydaje mi się, że dlatego właśnie poezja Gałczyńskiego jest szalona, a nie obłąkana, ponieważ w niej zawarta jest racjonalność, ten pierwiastek rozumowy, ratio, przy czym ratio służy demaskacji hipokryzji, zakłamania, obłudy, miałkości pewnych form społecznych. W tym znaczeniu szuka ona tego, co dziwne, inne, wyklęte, marginalne oraz peryferyjne. Natomiast poszukuje jednak jasności w życiu i świecie, ciemność rozpaczy stara się rozświetlić wielkim humorem, wspaniałym, lirycznym obrazem, porywającą muzyką wiersza. 
Gałczyńskiego poezja jest bowiem również silnie muzyczna, zrytmizowana. Charakterystyczna dla tej poezji jest ogromna dynamika, ruch, zmienność, często poetyckie obrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie, a strofy następują po sobie jak poszczególne fragmenty świetnie skomponowanej symfonii lirycznej. Jak w Balu u Salomona, utrzymanym w poetyce nadrealizmu, występuje marzenie senne, rodzaj somnambulizmu, śnienia na jawie, mieszania porządków przywidzenia, majaków oraz rzeczywistości, stany pograniczne między snem a jawą, a nawet całość tego poematu skąpana jest w onirycznej mgle i aurze marzenia sennego. Prócz tego trzeba zwrócić uwagę, że poezja ta mieni się rozmaitymi barwami, odcieniami. Z kolorów występują szmaragdowy, srebrny, biały, zielony, czerwony, turkusowy, srebrny, szafirowy.
Teraz, pomału zbliżając się do końca tego krótkiego odczytu, trzeba powiedzieć o miejscu Gałczyńskiego na polskiej mapie lirycznej, o jego zasługach. Wprowadził to, co Marta Wyka nazywa katastrofizmem buffo, to znaczy mówieniu o wielkich tragediach na wesoło, z przymrużeniem oka, dowcipnie. Apokalipsa występuje tutaj naprzeciwko ludowego festynu, jak ciekawie zauważa krytyk. Ale te pierwiastki, apokalipsy i ludowości przenikają się czyniąc konglomerat niepowtarzalny. Przy czym znowu, na chwilę pozostając przy tej dychotomii, można zastanawiać się, czy Gałczyński był wieszczem czy tylko błaznem? A może być wieszczem i błaznem w jednej osobie, który wieszczył apokalipsę i jarmark jednocześnie?
Jerzy Kwiatkowski użył określenia na tę poezję: „poezja prostych dziwów, cygańskich czarów”.
Czesław Miłosz z kolei w książce Zniewolony umysł, pisze o „potężnej afirmacji życia”, płynącej z tej poezji. Wszystko to są oczywiście prawdy, ale trzeba pamiętać również, że pieśni Gałczyńskiego, tak jak każde wielkie pieśni, mieściły w sobie całe bogactwo życia, czyli również pewne odcienie smutku, zadumy, refleksji, melancholii. Czynienie z poety tylko błazna i wesołego kabareciarza oraz kompana do wódki jest stanowczo nadmiernym uproszczeniem, to nie wynika z jego wierszy (przynajmniej nie tylko). Natomiast wynika z nich również głębokie, liryczne przeżywanie świata, Gałczyński nosił w sobie przepaść i otchłań również, powiedzieć można metaforycznie i tę przepaść i otchłań chciał zasypać bawiąc się, ucząc, ale w tym wszystkim pobrzmiewa bardzo poważny i wręcz uroczysty, czy nawet nabożny, mieszczący w sobie pierwiastek sacrum, stosunek do poezji. Gałczyński bawił się, ale była to zabawa na śmierć i życie, a żył niezwykle intensywnie, o czym opowiedziała, wtedy, w Domu Kultury Podgórze, Anna Arno, autorka biografii poety.





piątek, 11 marca 2016

Przypomnienie postaci Władysława Broniewskiego. (z cyklu Wykłady dla Domu Kultury Podgórze).

Władysław Broniewski urodził się 17 grudnia 1897 roku w Płocku rodzinie urzędniczej. Ojciec jego zmarł bardzo szybko, w 1905 roku, kiedy mały Władek miał niespełna 5 lat. Matka, Zofia z Lubowidzkich Broniewska, zajmowała się nim, zmuszała go do gry na fortepianie. Mały Władek w dzieciństwie, co ważne, bardzo dużo czytał. Na początku chodził do gimnazjum w Płocku, gdzie nie przykładał się do nauki, robił w trakcie lekcji różne figle i kawały kolegom, jak podaje jego biograf Mariusz Urbanek, nauczyciele mówili o nim, że „nie miał ambicji ubiegania się o czwórki”. W 1912 roku zmienił szkołę w Płocku na Gimnazjum Kopczyńskiego w Warszawie. Poznawał wtedy twórczość Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, Wyspiańskiego oraz Żeromskiego-ten kanon literatury polskiej utrwali mu się już na zawsze.
W 1914 roku, podczas szkolnych wakacji, wybuchła I wojna światowa. Jak podaje Urbanek, w kwietniu 1915 roku, pojawia się w Płocku oficer, który obejmuje komendę nad oddziałem strzelców. 7 kwietnia 1915 roku gimnazjaliści otrzymują biało amarantowe opaski  z napisem Legiony Polskie 1 pułk oraz legionowy ekwipunek: pled, plecak, manierkę, kubek. Broniewski od siebie dołożył jeszcze notes i ołówek, bo już w tym czasie zaczął pisać bardzo dużo, w tym analizy polityczne. W lipcu 1917 roku, za odmowę służenia Austrii i Niemcom, wraz z innymi legionistami trafił do obozu w Szczypiornie pod Kaliszem. Spędził Broniewski w Szczypiornie pięć miesięcy, potem został wypuszczony. 23 października 1918 roku zdaje egzamin maturalny przed komisją egzaminacyjną Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego Królestwa Polskiego w Warszawie. Otrzymał jedną ocenę celującą: z religii, natomiast z polskiego, niemieckiego, francuskiego, łaciny, historii, matematyki, fizyki, noty dostateczne. Początkowo podjął studia filozoficzne na Uniwersytecie Warszawskim.  W tym czasie cały czas jest na służbie Legionowej, nauką się raczej nie zajmował zbytnio. Matka pokazuje mu artykuł z 6 kwietnia 1919 roku o wybitnych zasługach dla Polski Władysława Broniewskiego. W  tym czasie dostaje też rozkaz wyjazdu do Wilna, jak później napisał w swoim „Pamiętniku”, „w Wilnie jest byczo. Wynaleźliśmy sobie jakąś eksbolszewicką kwaterę, ongi mieszkanie urzędnika rosyjskiego i wiedziemy tu żywot burżujski”. Czyta tam między innymi Lwa Trockiego, ma niewiele służbowych zajęć. W tym czasie wdaje się też w rozmaite flirty i romanse, plażował nad Wisłą, pił wódkę, spotykał się również z prostytutkami. Mama przysyłała mu paczki z żywnością: kawałek kiełbasy, odrobina cukru, węgierskie wino, buteleczka wódki i stare, podarte, ale ciepłe skarpety). Matka martwiłą się o syna, marzyła dla niego o przyszłości w dziedzinie nauki i wiedzy, ale to stawało się coraz mniej realne.  Pod koniec 1919 roku znów zaczęła się służba, walki z bolszewikami. Latem 1920 roku Broniewski otrzymuje order Virtuti Militari oraz trafia do „Złotej Księgi Bohaterów”, publikowanej na łamach czasopisma „Wiarus”. Broniewski wiele lat po wojnie, opowiadał Wojciechowi Żukrowskiemu, jak zasłużył na order, trafił na plebanię, ksiądz zapalił świecę i wyciągnął gąsiorek z wódką. Wtem zaczęli ich ostrzeliwać Kozacy. Broniewski złapał karabin a za nim wybiegli jego ludzie, nie trzymał się dobrze na nogach, więc kazał się wieźć w kierunku Rosjan taczką. Żołnierze krzyczeli: „Broniewski, Broniewski”, przy czym oni mogli usłyszeć słowo „broniewik”, co znaczy auto pancerne, broń straszna, więc przerażeni uciekli. Odpoczywa od służby w lutym 1921 roku, dostaje też w tym roku awans na kapitana i wraca do Warszawy, pytał siebie, co dalej. Oddawał się wtedy pijaństwu i grze w karty, wygrane sumy w karty przesyłał matce. Wdaje się też w romanse, odwiedza także prostytutki. W październiku 1921 roku przechodzi do cywila. Na karcie o przebiegu służby wojskowej otrzymał wzorową opinię: „oficer o dużym poczuciu honoru, godności własnej i prawego charakteru. Jako dowódca w boju bardzo odważny, o dużej samodzielności i inicjatywie.  W najcięższych momentach cechowała go zimna krew, szybka i świetna orientacja”.  Ale na końcu dopisek już mniej pochlebny: „wykazuje mało chęci do pracy w wojsku”.
Jesienią 1921 roku wraca na Uniwersytet, co było trudne. Odzwyczaił się od pracy umysłowej, trudno mu było się skupić, pisał, że wielu rzeczy nie rozumie i że „przewyższają jego inteligencję, jak pisał w „Pamiętniku”. Studia traktował mało zobowiązująco, był niesystematyczny: były dnie, kiedy spędzał nad książkami po kilkanaście godzin, ale były i takie, podczas których nie mógł się skupić i nic nie wchodziło mu do głowy. Zaprzyjaźnia się ze starszą o kilka lat Izą Szwarc, pierwowzorem Heli Bertz z „Pożegnania Jesieni” Witkacego.
Zaprosiła go ta kobieta na kolację, ale ojciec zakazał przebywania w domu młodych mężczyzn po godzinie 9 wieczorem. Broniewski postanowił udawać kobietę, bo był delikatnej urody. Ubrany był w kapelusz i grube palto i jako panna Władzia Broniewska został przedstawiony ojcu, w czasie kolacji odpowiadał na pytana gospodarza półgębkiem. Udało się. Następnego dnia ojciec mówił do swojej córki, że panna Władzia bardzo miło, ale że trudno będzie jej wyjść za mąż. Izabela zaprotestowała mówiąc, że to urocza koleżanka, za którą uganiają się chłopcy. Mówił: Czyś ty widziała jej stopy? Ona ma stopy jak saper, jak kapral, jak sierżant. Nie, z takimi nogami nie uda się jej wyjść za mąż”.
W tym czasie Broniewski klepał biedę. Przestał dostawać oficerski żołd, został oficerem objazdowym w Związku Strzeleckim, jeździł po całym kraju, zaniedbując tym samym zajęcia na uczelni. Przeżywa rozczarowanie zastaną Polską, uważa, że za dużo w niej nacjonalizmu i faszyzmu, dlatego wstępuje do Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej, gdzie poznaje między innymi Aleksandra Wata, z którym późnej złączą go losy. Do tego kręgu należała też między innymi Irena Krzywicka, oni gromadzili się i dyskutowali o sztuce i rewolucji w Rosji.
Futuryści ówcześni byli najbardziej lewicujący, Broniewski do nich trochę pasował, ze względu na liryzm swojej poezji pewnie do Skamandra. Skamandrytów uważał za „dzieci”, on miał za sobą bohaterską służbą wojskową, jego wiersze były proste jak rozkaz, , rytmiczne, twarde a tamtych miękkie, poetyckie. Dzięki futurystom poznaje poezję rewolucyjną Jesienina i Majakowskiego.  Od Majakowskiego nauczy się, co ważne będzie dla jego późniejszej twórczości, apoteozy rewolucji oraz kultu mas. Wiąże się w tym czasie z pismem „Nowa Kultura”, gdzie zostaje sekretarzem redakcji.  Zaangażował się również w działalność Uniwersytetu Ludowego, w ramach którego odbywały się odczyty dla robotników, coraz bardziej zaostrzają się jego przekonania komunistyczne. W drugiej połowie 1924 roku, Broniewski znajduje się za granicą, pracował w polskim konsulacie w Pradze, zwiedził też Wiedeń i Drezno, odwiedził też Włochy i Paryż.
W lutym 1925 roku, ukazuje się jego tom poetycki „Wiatraki”, złożony z 18 wierszy, który został dobrze przyjęty przez krytykę, pisano o pierwszorzędnym, mocnym talencie, o objawieniu się prawdziwego poety, doszukiwano się również w jego wierszach komunistycznych deklaracji.  Po „Wiatrakach” ukazał się tom „Trzy salwy”. Jesienią 1925 roku, poeta zostaje sekretarzem, najważniejszego wówczas pisma literackiego w kraju, „Wiadomości Literackich”, którego naczelnym jest Mieczysław Grydzewski. Od czasu do czasu pisuje sporadyczne recenzje między innymi o Tuwimie, Zegadłowiczu. Dużo tłumaczy, przekłada z rosyjskiego.
W maju 1926 roku dochodzi w Polsce do przewrotu majowego. Piłsudski, na czele wiernych mu oddziałów, ruszył na stolicę, w mieście doszło do walki, zaatakowano Belweder. Kapitan Orlik, czyli Broniewski, również poparł Marszałka.  Wierzył, że Piłsudski wcieli w życie ideały rewolucyjne, w które wierzył. Dwa lata później, 1 maja 1928 roku, bierze udział Broniewski w antypiłsudczykowskiej demonstracji na Placu Teatralnym.
Na wiosnę 1927 roku, ukazuje się trzeci tom Broniewskiego, „Dymy nad miastem”.
Warto zwrócić uwagę na jego związek z Janiną Kunig, którą poznaje pod koniec 1924 roku w Warszawie, na zebraniu Związku Młodzieży Socjalistycznej. Zakochał się w niej, pisał egzaltowane, w manierze młodopolskiej listy, co nie przeszkodziło mu się wdać w romans z inną kobietą, Wandą, która zaszła z nim w ciążę, a on kazał jej dziecko usunąć. Janina wiedziała o tym związku, ale wybaczyła Broniewskiemu. Pobrali się w 1926 roku, 28 listopada w kościele ewangelicko-augsburskim. Zamieszkali na Sandomierskiej 17, w pokoiku z antresolą i kuchnią, która pełniła jednocześnie rolę łazienki. W ich małżeństwie nie działo się najlepiej, Janina narzekała, że Władek jej nie kocha. Ona pracowała jako nauczycielka, rano szła do pracy, do szkoły, natomiast on jeszcze odsypiał nocne eskapady do Ziemiańskiej, Wróbla, spelunek na Powiślu, pod most Poniatowskiego. Po południu natomiast mył się, golił, odświeżał i szedł na dyżur do „Wiadomości Literackich”, kiedy ona ślęczała nad poprawianiem zeszytów szkolnych albo szła do szkoły na wywiadówkę. Jak podaje Urbanek, małżeństwo to żyło w dwóch różnych rytmach.  Kiedy nocami zapił i długo nie wracał do domu, przynosił Janinie białe wino i ananasa. Siadywali niekiedy razem przy stole i Broniewski zawsze chwalił się nowym wierszem, który napisał w nocy. Był to dla nich swoisty rytuał, który przetrwał rozwód, wojnę, dwa kolejne, poważne związki Broniewskiego, do końca życia, kiedy dzwonił do Janki z nowym wierszem, tak brzmiała formuła:
Mówił Władek: -Bo ja, jak ta kura…
Uzupełniała Janina: -gdy zniesie jajko, gdakaniem musi tę nowinę obwieścić…
-Tobie pierwszej, kończył Władek.
Borykali się z trudnościami finansowymi nieustannie. Zwłaszcza, kiedy Janina zaszła w ciążę. Ich córka, Joanna Broniewska urodziła się 24 listopada 1929 roku, zwana przez ojca Anką, „córką-bzdurką”. Janka, była jeszcze bardziej zaangażowana w komunizm niż mąż, ale nie okazywała tego po sobie. W 1933 roku małżeństwo zaczęło się sypać, Broniewski wdał się w romans ze studentką prawa, o 15 lat młodszą, Ireną Hellman. Anatol Hellman wyzwał Broniewskiego na pojedynek, na białą broń, na szable. 16 listopada 1933 roku o 22.30 przy ulicy Hożej, w lokalu sportowym, odbył się pojedynek. Broniewski otrzymał kilka draśnięć na przedramieniu, jego rywal, brat Ireny otrzymał dwa lekkie cięcia na głowie i jedno na ręce, lekarz orzekł, że Anatol Hellman nie może walki prowadzić dalej, po pojedynku udali się spokojnie na popijawę.
Potem przyszła kolej na następny romans, z aktorką Marią Zarębińską, dlatego wiosną 1938 roku Janina wyprowadziła się ostatecznie od Broniewskiego, choć formalnie rozwiedli się dopiero w roku 1946 roku w Łodzi. Po wojnie Janina była sekretarzem partii w Związku Literatów Polskich i stawała się coraz bardziej dogmatyczną komunistką.
W tym też czasie, pomimo kłopotów finansowych oraz osobistych, Broniewski staje się coraz ważniejszą postacią w polskiej literaturze, obok Staffa, Tuwima, Irzykowskiego, Nałkowskiej, Boya Żeleńskiego.
W tym czasie też zaczął pracować w „Przeglądzie”, gdzie redagował między innymi rubrykę satyryczną „Małpie zwierciadło”.
Potem przyszedł czas na pracę w mocno lewicującym „Miesięczniku Literackim”, który zaczął ukazywać się w grudniu 1929. Pisał wtedy wiersze mocno zaangażowane w komunizm. Ciekawie na ten aspekt liryki zapatrywał się Aleksander Wat, który świadomość Broniewskiego nazwał wówczas świadomością schizofreniczną, to znaczy z jednej strony wiersze-manifesty, a z drugiej liryka, czysta poezja, dzięki tej schizofreniczności ocalała jego poezja, jak uważał Wat.
Za to komunizowanie miał problemy Broniewski w Polsce międzywojennej, nawet redaktorzy „Miesięcznika” zostali osadzeni w więzieniu, gdzie jednak dostatnie im się żyło, regularnie przychodził prowiant od Wieniawy Długoszowskiego: dwa litry wódki, wędzony łosoś, kawior oraz inne specjały z luksusowego sklepu braci Hirszfeldów. Broniewski w celi palił bardzo dużo papierosów, czytał Pasternaka, tłumaczył Gogola. Pobyt w więzieniu wspomina Broniewski w wierszu „Magnitogorsk albo rozmowa z Janem” (chodzi oczywiście o Jana Hempla).
Pod koniec 1932 roku wychodzi kolejny tom poezji „Troska i pieśń”, który otwiera płomienna„Elegia o śmierci Ludwika Waryńskiego”. Tom składał się w głównie z wierszy rewolucyjnie zaangażowanych, gorących, zawierał również poematy o Rimbaudzie oraz Bakuninie, oraz poetycką opowieść o uczniu krawieckim z ulicy Pawiej na Muranowie, Icku Gutkindzie. Krytyka, nawet ta, która nie podzielała poglądów politycznych autora, przyjęła tom znakomicie, Karol Wiktor Zawodziński nazwał ten tom „najwspanialszym dziełem poetyckim nie tylko ostatniego roku”. Radykalizuje się jego zaangażowanie w komunizm coraz bardziej, odbywa podróż do Związku Radzieckiego w 1934 roku, po którym pisze płomienny reportaż, pytany o głód na Ukrainie w tym czasie, wzrusza ramionami, jest coraz bardziej przepojony wiarą w jedyną, słuszną ideologię.
Warto też wspomnieć mimochodem o miłości poety do gór, do Tatr, gdzie często się wyprawiał, chcąc trochę odpocząć od politycznej codzienności w Warszawie. Tatrom poświęcił piękny wiersz „Hawrań i Murań”.
W 1938 roku, wiąże się Broniewski z tygodnikiem „Czarno na białym”, gdzie był redaktorem technicznym, a oprócz tego przygotowywał kolumnę satyryczną, miał również redagować dodatek literacki.
Na początku 1939 roku ukazuje się kolejny tom wierszy Broniewskiego „Krzyk ostateczny”.
Były w tym tomie wiersze dedykowane Marii Zarębińskiej, oprócz tego autobiograficzne, jak „Bar pod Zdechłym Psem”, czy „Ulica Miła”. Tom znowu został przez krytykę entuzjastycznie przyjęty, pisano o porażającej szczerości poety, o wrażliwość na skrzywdzonych i poniżonych,
o rewolucyjnym tonie tej poezji, z którym się można zgadzać lub nie, ale bez wątpienia wiersze według na przykład Mariana Czuchnowskiego, „chwytają za gardło”.
W kwietniu 1939 roku, na wieść o mającej wybuchnąć wojnie, ukazuje się w tygodniku „Czarno na białym”, słynny wiersz Broniewskiego, „Bagnet na broń"..
Gdy wybuchła wojna, Broniewski chciał walczyć. Zgłosił się do wojska, wyciągnął mundur z szafy i czekał na przydział, ale przydział dla 42 letniego kawalera orderu Virtuti Militari nie nadszedł.
W czasie wojny przebywa początkowo we Lwowie wraz z innymi literatami, gdzie stara się jakoś zorganizować literackie życie, często chodzi również po tamtych knajpach i upija się, trwa jego problem alkoholowy. 24 stycznia 1940 roku zostaje zaproszony do Klubu Literatów na wieczór poezji, podczas którego swoje wiersze czytali Pasternak, Wat, Peiper. Byli tam również Rosjanie, pijani, doszło z nimi do awantury, Broniewski zostaje aresztowany. Zostaje wpierw osadzony w areszcie śledczym na Zamarstynowie, który był więzieniem bardzo ciężkim. Aleksander Wat, jak opisuje w „Moim wieku”, trafił do celi, w której na 11.5 metra kwadratowych, zamknięto 28 więźniów. Broniewski pewne tkwił w podobnych warunkach. Do tego dochodziły częste przesłuchania, rewizje, brak spacerów. Jak podaje Urbanek, brakowało ruchu, snu, powietrza. Dokuczały wszy i głód. Więźniowie dostawali kawę parzoną z cykorii, ciężki, gliniasty chleb i gotowany pęczak z odrobiną soli. Do kąpieli prowadzono raz w miesiącu, do klozetu dwa razy dziennie.  W lutym i marcu 1940 roku powstają dwa, przejmujące wiersze, adresowany do córki „List z więzienia” oraz „Rozmowa z historią”. W czasie śledztwa poeta nie przyznał się do stawianych mu zarzutów. Pytano go o odchylenia nacjonalistyczne, o antyradziecką działalność, okazało się, że donieśli na niego koledzy literaci, którzy zmyślili zeznania: Putrament, Borejsza, Piach. Wata, jak i Broniewskiego, umieszczono w karcerze, była to piwniczna klitka w podziemiu z drewnianą pryczą i wybita szybą, choć za oknem panował trzaskający mróz. Każdego ranka dyżurny wylewał na posadzkę wiadro lodowatej wody. Zaśnięcie na pryczy, jak podaje Urbanek, choćby na kilka godzin, groziło zamarznięciem.  Sam Broniewski, niczego śledczym nie zdradził, nie doniósł na nikogo, przez pięć dni karceru chodził żołnierskim krokiem od ściany do ściany i śpiewał legionowe pieśni, pięć dób, jak podaje Wat, który nie mógł wyjść z podziwu i przyznał po latach Miłoszowi w „Moim wieku”, że przy Broniewskim czuł się jak inteligencki, nędzny wymoczek.
W maju 1940 roku Broniewski zostaje przewieziony z Lwowa do więzienia NKWD na Łubiance w Moskwie. Tam trafili również Aleksander Wat oraz Tadeusz Peiper. Tam przebywa rok, przyznaje poeta w swoich „Pamiętnikach”, że najbardziej mu dokuczał brak papierosów, tam przeczytał, jak się chwalił, 300 książek.  Siedział tam do VI 1941 roku. Potem zostaje przewieziony do innego więzienia NKWD, na Butryki. Trafia do maleńkiej celi, za ciasnej, żeby usiąść, spędzili tam więźniowie kilkanaście godzin stojąc obok siebie. Stamtąd został ewakuowany do więzienia w Saratowie, które jest położone nad Wołgą, na południu Rosji.  Tam trafił do wielkiej, wspólnej celi, w której zamknięto setki więźniów. Tam otrzymał wyrok: 5 lat zesłania do Kazachstanu.  Pod koniec lipca przewieziono go do stolicy Kazachstanu, Ałma Aty, natomiast 20 VIII 1941 roku trafia do Moskwy. Próbuje dowiedzieć się, co z jego ukochaną, Marią Zarębińską, ma wieści, że trafiła do Oświęcimia. 18 września 1941 roku powstaje jego jeden z najsłynniejszych wierszy „Droga”.
21 marca 1942 roku, na rozkaz Władysława Andersa, zostaje przydzielony Do Batalionu Szkolnego 6 Dywizji Piechoty. Ma stawić się  w sztabie armii w Szachrisabz w południowym Uzbekistanie. W czerwcu 1942 roku, pisze wiersz „Co mi tam troski”.
W lipcu 1942 roku zostaje mianowany dowódcą kompanii w 16 pułku 6 Dywizji Piechoty, która później została ewakuowana do Iraku. W sztabie Andersa, Broniewski pisze wiersz „Hymn żołnierza polskiego na pustyni”, w pułku pisze fraszki, w tym jedną, nieprzychylną na generała Michała Karaszewicza-Tokarzewskiego, który tępił słabość poety do alkoholu.
Fraszka brzmiała tak:
"Wolę mieć na dupie czyrak
wolę zamieszkiwać Irak
wolę przegrać w każdym robrze
wolę z dwójką mieć niedobrze
wolę w wacie nosić wała
Niż za wodza mieć Michała"
W sztabie zarzucano Broniewskiemu brak patriotyzmu, szerzenie komunizmu, poza tym bardzo dużo pił. Anders wysłał go na urlop 1 lutego 1943 roku, miał zostać zamiast tego redaktorem technicznym dwumiesięcznika literacko-politycznego „W drodze”, wydawanego od 1942 roku w Jerozolimie, dokąd wyruszył z Marianem Czuchnowskim.
Jerozolimę, jak podaje jego biograf Urbanek, Broniewski polubił. Zdawał w swoich listach relację swojej córce, Ance, z pobytu tam, z odwiedzin grobu Chrystusa, Ściany Płaczu, dał relację znad Morza Martwego. Podziwiał Hajfę. Na tamtych terenach, powstało sporo wierszy o tematyce poruszającej cechy krajobrazu, który obserwował. Chodził tam po knajpach i przedstawiał się nowo poznanym Polakom: „Broniewski jestem. Polak, katolik, alkoholik”. Pił bardzo dużo wódki.
Oprócz tego czytał. Głównie Biblię w przekładzie Jakuba Wujka, by, jak podaje Urbanek, lepiej zrozumieć Żydów. Na wieczory autorskie Broniewskiego przychodzili młodzi Żydzi, którzy podziwiali zaangażowanie rewolucyjne poety. Jednak wtedy Broniewski jakby miał mniej złudzeń co do sowieckiej Rosji, zaważyło zapewne nad tym więzienie. Kiedy rozmawiał z młodymi Żydami o komunizmie w Rosji, powiedział im, żeby ich z miejsca wszystkich aresztowali za drobnomieszczańskie poglądy, tryb życia, za szerzenie kontrrewolucji. W liście do czytelniczki pisał Broniewski tak o Związku Sowieckim: „Sądzę, że ten kraj przestał być nosicielem idei socrealizmu. Jest to państwo rządzone terrorem i despotyzmem, zaprzeczające wszelkiej wolności, a w pierwszym rzędzie wolności sumienia”.
Jako redaktorowi w „W drodze”, finansowo wiodło się Broniewskiemu nieźle, pracował cztery dni w miesiącu, miał już bardzo duże doświadczenie redakcyjne, zaczerpnięte w Międzywojniu. Zarabiał co prawda nieźle, ale wszystko przepijał w knajpach, miał też długi karciane, wdał się też w romans z Krystyną Domańską, która była malarką i szefową wojskowej kantyny z herbatą w Jerozolimie. Miał 46 lat, był od niej starszy o 18 lat. Wiosną 1945 roku Domańska wyjechała do Rzymu. Wiosną 1946 roku bierze ślub z Gustawem Herlingiem Grudzińskim. Natomiast w listopadzie 1952 roku popełniła samobójstwo.
Sam Broniewski dalej pisze i wydaje. W VI 1943 roku ukazuje się jego pierwszy tom wojenny, „Bagnet na broń”, w 1945 natomiast tom „Drzewo rozpaczające”.
Natomiast w maju 1944 roku zaczyna pisać Broniewski poemat, w zamierzeniu, na miarę „Pana Tadeusza”, „Bania z poezją”, blisko „Kwiatów polskich” Tuwima. W lipcu została opublikowana w dwutygodniku „W drodze” I sza część „Bani”, która wzbudziła zachwyt, pisano o tym dziele jako o poetyckim klejnocie, utworze o szerokim oddechu i wielkiej formie. Broniewski zasiadł do kolejnej części, ale nie dokończył, w listach do córki donosi, że jest „rozklekotany psychicznie, że pisze dużo, ale że nie lubi tego, co pisze”. Poza tym otrzymuje wiadomość, jak się później, okazuje, o śmierci swojej ukochanej, Marii Zarębińskiej, w Oświęcimiu, wpada w coraz gorsze pijaństwo.
W 1945 roku coraz więcej osób zaczęło wyjeżdżać z Palestyny, najczęściej do Europy, do Londynu, Broniewski czuł się osamotniony, również chciał wyjechać.
Decyduje się, co nieco zaskakujące, na powrót do Polski, rządzonej wtedy przez komunistów, do którego stracił entuzjazm, jednak liczył, że w ojczyźnie będzie mógł żyć, pracować, pisać.
Na wiadomość o śmierci Marii Zarębińskiej, wpada w rozpacz, chce popełnić samobójstwo, ale okazuje się jednak, że Maria żyje. Maria miała córkę Majkę, Broniewski traktował ją jak przybraną córkę, nazywał wróblem na nitce, a ona jego starym niedźwiedziem. Maria i Władek poznali się w czerwcu 1938 roku, przed wojną często spotykali się razem, nawet zamieszkali wszyscy w willi przy Czarnieckiego 80. Na górze Janina Broniewska, Anka i Romuald Gadomski. Na dole poeta z Marią, Majką i ojcem aktorki, sędzią Pawłem Zarębińskim. Poeta pił wtedy, Marię to bardzo bolało, zaklinała Władka, żeby przestał pić.
Wojna ich rozdzieliła na kilka długich lat, Maria trafiła do Oświęcimia, skierowano ją na blok karny, wysyłano do najcięższych robót. Pisała w Oświęcimiu opowiadania o tym, co widziała, potem te opowiadania doceniono w powojennej Polsce.
Broniewski wraca do Polski w XI 1945 roku, w dniu imienin swojej córki Anki.
Na lotnisku w Warszawie odbiera go Maria. Zamieszkują na parterze Łódzkiego Domu Literatów, w służbowym mieszkaniu Janiny Broniewskiej. Rychło jednak okazało się, że Maria, wskutek przeżyć oświęcimskich, jest bardzo chora. Poeta załatwia jej leczenie w Klinice Hirslanden w Zurychu. Tam spędza czas między sierpniem 1946 a lipcem 1947, tam też Broniewski i Maria wzięli symboliczny ślub, gdyż poeta wiedział, że choroba żony jest śmiertelna.  Maria bowiem zmarła 5 lipca 1947 roku w klinice Hirslanden w Szwajcarii. Broniewski, po śmierci Marii, staczał się w coraz cięższy i mroczniejszy alkoholizm.
Teraz powrót do Polski, kilka słów trzeba poświęcić temu. Otóż Broniewski był w Polsce komunistycznej niesłychanie czczony, miano go za barda rewolucji, bohatera, pisano, że jest równy Mickiewiczowi, ogłoszono następcą narodowych wieszczów. Czytał na rozmaitych spotkaniach i wiecach przede wszystkim wiersze rewolucyjne, musiał przemilczeć na przykład wiersze takie jak „List z więzienia” czy „Rozmowy z Historią”. Miał świadczyć o tym, że Polska ludowa jest wolna, sprawiedliwa i demokratyczna. Jak podaje jego biograf, Mariusz Urbanek, został „jednym z najbardziej skłamanych poetów Peerelu.  Jeździł na wiece, otwierał mosty, popierał z całych sił ówczesną władzę. Bardzo dużo ludzi chciało go słuchać, na przykład przekonał się o tym podczas pierwszego wieczoru autorskiego w Łodzi, zebrało się wtedy kilkuset ludzi, by go zobaczyć i posłuchać. W Polsce „wolnej i demokratycznej” bardzo dużo pił, rozpaczał po stracie Marii. Dostał od władz mieszkanie w Warszawie, w Alei Róż, gdzie mieszkał również Gałczyński, z którym Broniewski się zaprzyjaźnił. Trzecia żona poety, Wanda Broniewska, wspomina, że łazienki obu mieszkań sąsiadowały przez ścianę i gdy jeden z poetów zaczął śpiewać, drugi się przyłączał, koncertowali razem.
Broniewski, jak podaje Urbanek, „był najważniejszym poetą proletariackiej Polski”, był, „jedną z wizytówek nowej władzy”. Jednak Broniewski nie chciał pisać wyłącznie wierszy zaangażowanych ideologicznie, ciągnęło go stronę liryzmu, z czego zwierzał się swojej córce Ance.
Dawał spotkaniach w wielkich halach, w świetlicach wielkich fabryk, na które przychodziło czasem po kilka tysięcy ludzi. Wzbudzał wielkie zainteresowanie, zwłaszcza wśród robotników, którzy poniekąd utożsamiali się z jego wierszami.
Wiosną 1948 roku Broniewski bierze ślub ze swoją trzecią żoną, Wandą Burawską. Jak wspomina krytyk Ryszard Matuszewski, autor książki o twórczości poety, „Wanda była opiekuńcza, ale dość ostra”. Nie tolerowała przyjaciół Broniewskiego, jak podaje Urbanek, winiła ich za alkoholizm poety. Opiekowała się nim i pilnowała go. To ona zadbała o to, żeby utworzono Muzeum im. Władysława Broniewskiego, którego była kustoszem aż do śmierci w 1991 roku.
W 1949 roku napisał „Słowo o Stalinie”, poemat, który będzie mu wypominany do końca życia. Oto cytat:
„Pędzi pociąg historii,
błyska stulecia semafor,
Rewolucji nie trzeba glorii,
nie trzeba szumnych metafor,

potrzebny jest maszynista,
którym jest On:
towarzysz, wódz, komunista-
Stalin-słowo jak dzwon!

Wielu literatów miało mu to później za złe, między innymi Marian Hemar, Gustaw Herling Grudziński. Ciekawie pisze o tym Mieroszewski w „Kulturze”.
„Lokomotywa dziejów, którą opiewał, to nie był tak naprawdę jego pojazd. Broniewski był czystej krwi lirykiem, wielkim poetą lirycznym”, pisał Mieroszewski, a dalej: „O polityce, materializmie historycznym, Marksie, Engelsie, Leninie-Broniewski nie miał pojęcia, urzeczony mitem rewolucji”.
Kilka słów trzeba poświęcić córce poety, Ance, którą on nazywał córką-bzdurką, z którą miał kontakt przez cały czas do jej tragicznej śmierci 1 IX 1954 roku. Znaleziono ją martwą w mieszkaniu, na tapczanie, w kuchence odkręcony był gaz. Woli się o tym mówić bardziej jak o tragicznym wypadku, niż o samobójstwie. Pogrzeb Anki odbył się 4 września, na tym pogrzebie Broniewski szlochał, wył, rwał włosy, chciał rzucić się za Anką do grobu.
Anka, gdy miała 18 lat, wyszła za byłego powstańca, Stefana Kozickiego, rok później urodziła córkę Ewę. Pracowała wtedy w Przedsiębiorstwie „Film Polski”.
Po śmierci Anki Broniewski załamał się zupełnie, zaczął koszmarnie pić, znikał na całe noce w warszawskich knajpach, a kiedy trzeźwiał, pogrążał się w zupełnej apatii. Jak wspomina jego kolega, Lesław Bartelski, „godzinami leżał na tapczanie, z twarzą odwróconą do ściany”.
Po śmierci córki, powstał tom wierszy „Anka”, od stycznia 1955 do stycznia 1956 ten tom powstawał, w ciągu jednego roku. Wiersze te są wzruszające, do głębi przejmujące. Poeta miał życzenie, żeby Ankę ekshumować i z nim w jednym grobie pochować, ale nie spełniono jego życzenia.
Po śmierci Anki, trafia 7 września 1954 roku do Sanatorium dla Nerwowo Chorych w Kościanie na przymusowe leczenie psychiatryczne. Dostał jednoosobowy pokój z radiem, a przez 24 godziny na dobę czuwało przy nim ośmioro sanitariuszy. Jak podaje Urbanek, wtedy poeta „prawie nie sypiał, bardzo dużo palił, niewiele jadł, czytał i często wspominał Ankę”.
Broniewskiemu bardzo się w Kościanie nie podobało, narzekał na stałą obecność sanitariuszy, dlatego podejmuje głodówkę na znak protestu, która trwała od 27 września o 3 października. Na skutek głodówki, został ze szpitala wypuszczony do domu.
W 1950 roku, obchodzono 25 lecie twórczości Broniewskiego jak święto państwowe. Hołd w imieniu poezji polskiej złożył mu Julian Tuwim. Dostał od władz zegarek, Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski oraz willę. Jak podaje Urbanek, wybrał dużą działkę na Mokotowie przy ulicy Jarosława Dąbrowskiego 51. Zamieszkał w willi z żoną Wandą. Do Domu często przychodzili goście, z którymi Broniewski pił. Dla młodych literatów był bogiem i idolem, miał 60 lat, kiedy stanął z młodym literatami w szranki sportowe (Konwicki, Czeszko, Bartelski). Zarządził zawody, kto stanie na rękach, wspierając się jedynie na krawędzi stołu. Żaden nie potrafił z nich. Jedynie Broniewski złapał za krawędź stołu i bez wysiłku stanął na rękach wyprostowany jak świeca. Broniewski potrafił, jak podaje Urbanek, pić przez całą noc, by potem, bez snu, prezentować się rześko, w świeżej koszuli, z krawatem. Bardzo dużo też palił, w zasadzie cały czas, na zdjęciach ciągle jest z papierosem. Grywał też dużo w karty i dużo pieniędzy tam przegrywał, przepijał i przepalał.
Interesowali się  nim młodzi studenci polonistyki, najważniejsza z nich, Feliksa Lichodziejewska, która przygotowała cztery tomy jego poezji, najpełniejszy wybór, wydany w jego rodzinnym Płocku.
Czasem podróżował za granicę. Na przykład latem 1956 roku odwiedza Karlowe Vary w Czechach, by leczyć zniszczoną przez alkohol wątrobę.
Był również w Paryżu z żoną Wandą.
Lubił też spacerować samotnie wzdłuż Wisły i nie cierpiał, kiedy ktoś mu przeszkadza w trakcie spacerów. Odwiedził swój rodzinny Płock. Pod koniec życia pił coraz mniej, jak podaje Urbanek.
Chociaż zdarzały mu się skandale na przyjęciach, na przykład kiedyś zwymiotował na Wisławę Szymborską, która siedziała z nim przy stoliku. Miał dużo takich wybryków i dlatego był traktowany z lekkim przymrużeniem oka, już pod koniec. Albo wyjazd do Związku Radzieckiego, kolejne faux pas. Na lotnisku w Moskwie delegacja, na czele której Wiktor Woroszylski, Broniewski pijany idzie sztywnym krokiem, jeden Rosjan zaproponował: „Towarzyszu Broniewski może usiądziemy na chwilę?”,
Broniewski zareagował natychmiast:
-Ja już tu u was siedziałem”.
Zresztą tego rodzaju „numerów”, nieprawomyślnych i niepoprawnych politycznie było o wiele więcej, na przykład uwidocznienie swojego przywiązania do Legionów i Marszałka podczas któregoś ze spotkań, władza jednak przymykała na to oko.
Pod koniec życia miał również zwyczaj dzwonić po nocach do swoich przyjaciół i czytać im wiersze.
Mówił do Lesława Bartelskiego, którego ściągał czasem do siebie w nocy, opowiadając mu swoje wspomnienia wojenne, że poeta może pisać wiersze tylko między jedną depresją a drugą.
Pod koniec IX 1961 roku, trafia do szpitala ze stwierdzeniem obrzmienia jednego z płatów płucnych. W szpitalu, nad wierszami, pracował do końca swoich dni, rano dzwonił do swojej żony Wandy, żeby podyktować jej wiersz, który ułożył w nocy.
18 X 1961 roku, poeta pisze jeden ze swoich ostatnich wierszy, „Dąb”. Oto cytat z wiersza:
„Idę sobie zamaszyście
i opada ze mnie życie jak jesienne liście.
Jakie liście?- dębu, brzozy, topoli,
ale to boli”.
Wychodził ze szpitala do domu na przepustki, tam przyjmował przyjaciół, z którymi się żegnał, między innymi z nielicznymi już towarzyszami z Legionów. W Sylwestra jego dom wypełnił się ludźmi, czytał im wiersze, „Magnitogorsk”, „Elegia o śmierci Ludwika Waryńskiego”, „Troska i pieśń”.  Przy ostatniej wizycie Feliksy Lichodziejewskiej, do końca trzymał fason, mówił liczne anegdoty ze swojego życia, tryskał humorem, potem kobieta ta napisze: „Wróciłam do domu z przeświadczeniem, że choroba nieszybko pokona niespożyty organizm poety”.
W sobotę, 10 lutego 1962 roku, był już znowu w Klinice, w towarzystwie swojej żony, Wandy,
prosił, żeby czytała mu wiersze, chciał się z nimi pożegnać, mówił też żonie, co w nich zmienić, nie zdołał doprowadzić redakcji do końca, zmarł o trzeciej po południu.
Broniewski do dzisiaj wpływa na XXI wiecznych poetów. Przyciąga szczerością swoich wierszy, ich niezwykłym, wzruszającym liryzmem. Do powinowactw artystycznych z poetą przyznaje się między innymi Marcin Świetlicki, który wyrecytował kiedyś z zespołem Świetliki wiersz „Bagnet na broń”. Oprócz tego Muniek Staszczyk, Pidżama Porno, czyli Grabaż. W trakcie ustawy dekomunizacyjnej, złożonej przez PIS, aby zniknęły nazwy miejscowości, ulic i placów, gloryfikujących komunizm, to właśnie Broniewski ocalał, wraz z Tuwimem i Brzechwą, ponieważ: „Ustawa nie obejmie nazw i przedmiotów upamiętniających wybitnych twórców, którzy w dłuższym czy krótszym okresie życia ulegali komunistycznym mirażom, jeśli dana nazwa bądź dany przedmiot nie wyraża pochwały komunizmu”.
Na uwagę jeszcze zasługuje wywiad, jaki Mariusz Urbanek, autor pełnej biografii Broniewskiego, „Miłość, wódka, polityka”, przeprowadził z Marią Broniewską Pijanowską, córką Marii Zarębińskiej. Wspomina tam ojca przede wszystkim jako człowieka, który dbał o staranne wychowane córek, poza tym czuł się, jak powiada Broniewska Pijanowska, do końca życia socjalistą i piłsudczykiem, w domu o Związku Radzieckim w ogóle się nie rozmawiało. Na przykład, na imieninach, po śmierci Stalina, na których obecny był Mieczysław Lepecki, zwany Lepą, Broniewski zawołał do Lepy: „Lepa, baczność, pijemy zdrowie naszego marszałka Józefa…”, zawiesił głos, a córka bała się, że powie „Stalina”, a on potem strzelił obcasami i zawołał: „Piłsudskiego”.
Na uwagę zasługuje jeszcze jedna anegdota, zaproponował Bierut Broniewskiemu, żeby napisał nowy Hymn Polski. Broniewski żachnął się, stanowczo odmówił, „ja hymnu narodowego nie będę zmieniał. Nie będę, bo nie mogę! Bo nie chcę! Bo to tak, jakbym orłowi polskiemu urwał głowę”.
Niezwykła była biografia tego poety i niezwykłe wiersze po sobie pozostawił, gdzie słychać wybijany miarowo rytm żołnierskich butów. Wiersze pełne werwy, przy tym niezwykle liryczne, często obrazowe i gęste, bez zbędnego gadulstwa, proste jak żołnierski rozkaz, a jednocześnie, gdzieś w środku, czułe, ale bez tkliwości, liryczne czystym liryzmem, na jaki tylko stać poezję polską, to zostawił po sobie poeta Władysław Broniewski.


wtorek, 23 lutego 2016

Tadeusz Peiper. Zapomniany poeta Krakowa. (Z cyklu Wykłady dla Domu Kultury Podgórze).

Mój szkic ma na celu przybliżenie oraz przypomnienie sylwetki Tadeusza Peipera, jako poety i człowieka. Zastrzegam, że skupiam się jedynie na najważniejszych moim zdaniem wydarzeniach z życia i twórczości twórcy „Żywych linii”, w tym tych, które mają związek z Krakowem. Mam jednocześnie świadomość, że dla wielu z Państwa, sprawy, o których będę pisał, mogą być znane, niemniej uznałem, że podczas konferencji, mającej na celu przypominanie zapomnianych poetów Krakowa, warto może raz jeszcze przypomnieć sobie to, co już może być znane.
Tadeusz Peiper urodził się 3 maja 1891 roku w Podgórzu. Rodzice, dr Marek Peiper oraz Maria Elżbieta z Eisenów, należeli do środowiska inteligencji. Ojciec Tadeusza był adwokatem, asesorem Rady Miejskiej, a potem wiceburmistrzem w Podgórzu. Dom był z wyższych sfer. Usługiwał w nim lokaj w białych rękawiczkach. Atmosfera w domu panowała polska, patriotyczna, urodzonemu w setną rocznicę Konstytucji synowi, dano na imię Tadeusz. Śmierć ojca nastąpiła w 1903 roku, a w domu skończył się dobrobyt. Matka nie miała zabezpieczenia materialnego, ale była rzutka, energiczna, zdolna dojść do majątku, zapewnić utrzymanie synom i siostrze. (Peiper miał dwóch braci i siostrę). Tadeusz Peiper rozpoczął naukę w Podgórzu, a później przeniósł się do gimnazjum Sobieskiego, które ukończył z notami celującymi. W 1909 roku zdał maturę, jak pisze Stanisław Jaworski, z wynikiem chlubnym. Wtedy już zdradzał lewicowe sympatie.
Na uwagę zasługuje epizod hiszpański, w czasie którego Peiper zapuszcza charakterystyczną bródkę. Beata Lentas, autorka książki o pobycie w Hiszpanii poety, pisze o tym, że Peiper źle odnosił się do rewolucji bolszewickiej i popierał Piłsudskiego, że pisał dla hiszpańskich periodyków, ważnych, między innymi El Sol, i że w Madrycie skradziono mu teczkę z rękopisami, całą walizkę, po czym poeta bardzo rozpaczał. Po powrocie do Polski, do Krakowa, założył awangardowe pismo Zwrotnica. Niektórzy przysyłali listy zawiedzeni, ponieważ myśleli, że to techniczne pismo, a tu takie niepoważne rzeczy, albo kolejarze przesyłali prośbę o prenumeratę. Brało się to z pragnienia technicyzacji poezji. Słynne hasło miasto, masa, maszyna, jako odpowiedź na współczesność. Poezja ma przedstawiać człowieka z ulicy, życie codzienne, kultura zostaje przeciwstawiona naturze. Sztuka ma moc przekształcającą. Sztuka jest działalnością przede wszystkim intelektualną, przeciwstawioną działalności spontanicznej. Potępia Peiper romantyzm, modernizm, impresjonizm, potępia ludowość i zafascynowanie ludowością przez romantyków, dla niego sztuka jest działalnością arystokratyczną, dla wtajemniczonych, nie dla ludu. Dzieło ma być konstrukcją językową. Dzieło jest, jak pisze Peiper, w "Tędy", aktem porządkowania świata, a poezja to jest tworzenie pięknych zdań. Proza nazywa, poezja pseudonimuje. Poezja tworzy ekwiwalenty stanów uczuciowych. Dzieło jest nie tylko konstrukcją, ale również rekonstrukcją, stąd bierze się na przykład układ rozkwitania.
Peiper nazywa poetę "brudnym więźniem rusztowania". Występują u niego wątki erotyczne, które odbijają świadomość mityczną, odbijają ciemność podświadomości, ale przede wszystkim to jest poezja miasta. Peiper, jak Przyboś, jest nade wszystko poetą pojęć. Poetą słowiarzem, ale również poetą społecznikiem, nie kryjącym swoich lewicowych sympatii.
Peiper zapisał się w historii literatur między innymi jako genialny teoretyk i powieściopisarz, jego poezja nie wywarła dużego oddźwięku na jego współczesnych. W manifeście teoretycznym „Tędy”, poeta podejmuje próbę definicji swojej epoki. Co to jest nowa epoka? Znajduje się w "uścisku z teraźniejszością", jak pisze Peiper, ma podłoże społeczne i jest w niej świeżość ziemi i świeżość powietrza. Jak już mówiłem, dla Peipera twórczość artystyczna jest przede wszystkim porządkowaniem, tak jak polityka i nauka, wszystko to są działalności porządkujące. Dlatego tak ważna jest forma dzieła sztuki i to, że ma ono budowę organiczną, organiczność dzieła sztuki odzwierciedla organizację żywego społeczeństwa, bo to cudowny, najbardziej organiczny organizm.
Dlatego Peiper zwraca uwagę na pewne widowiska społeczne, dla niego ważny jest moment teatralizacji życia społecznego, jak na przykład święta w Podgórzu, Rękawka, albo Lajkonik, albo Wianki.
Sztuka dla Peipera to również ornament i narzędzia, jak wyroby z drogich kamieni, albo noże, dłuta, siekacze, topory. Dla niego ideałem jest, co nazywa "ornamentem zygzakowatym", ponieważ właśnie ten, ma idealne poczucie symetrii. Romb, walec, trójkąt, kształty geometryczne są wyznacznikiem formy sztuki. Sztuka jest generalnie i powinna być metaforą teraźniejszości. Używa również poeta określenia, "życiorództwo metaforyczne", na oddanie tego, że sztuka jest żywa, poprzez swoje wytwory. Sztuka u Peipera jest także czynem (coś podobnego znajdziemy u Irzykowskiego). Czyn ten jest zestawiony z rytmem. Przy czym rytm nie jest kojarzony z pierwotnością, tańcem plemiennym na przykład, ponieważ sztuka ma od pierwotności się oddalać. Piękno jest nade wszystko ładem, powie Peiper. Ze względu na uścisk z teraźniejszością, eliminuje wiejskości, ruralizację i prymitywności. Innymi słowy walczy z ludowością, co było podyktowane również jego zorientowaniem mocno lewicującym.
Jakim był człowiekiem? Otóż kiedy wrócił do Polski z Hiszpanii, Polski niepodległej, miał przeszło 30 lat, charakterystyczna kozia bródka, barczysta sylwetka, w Hiszpanii pokazał się jako bardzo zdolny publicysta, piszący dla najlepszych i największych, tamtejszych pism, zresztą był rekomendowany do nich po znajomości, ale to na marginesie. Natomiast w Polsce, oczywiście, zakłada Zwrotnicę, oczywiście publikuje poezje i pisma teoretyczne, oczywiście organizuje spotkania literackie i życie literackie, jak przychodzi kilkadziesiąt osób, spotkanie jest nieudane, kilkanaście odwołane, publiczność trzeba liczyć w setkach a nawet tysiącach uczestników i słuchaczy (pisze o tym zjawisku Tadeusz Kłak w pracy, „Stolik Peipera”). Peiper był związany z kawiarnią Esplanada, róg dzisiejszej Krupniczej i Podwala. Tam miał swój stolik. Przy nim czytał prasę, publicystkę głównie, a po lekturze młodzi adepci pióra, ośmielali się podejść do mistrza, zapytać o radę i tak dalej. Oprócz tego był związany z kawiarnią Gałka Muszkatułowa.
Oto jak wspomina Peipera Julian Przyboś:
Pod czarnym szerokim rondem kapelusza żarzyły się małe ogniste oczy, a czarna, spiczasta bródka była aluzją do jego hiszpańskości, chcę rzec: do jego wieloletniego pobytu w Hiszpanii w czasie wojny (kształt tej bródki on potem inaczej tłumaczył, ale i dla mnie i dla moich kolegów z uniwerku owiewał ją legendą gorący wiatr Madrytu). Widywałem go kroczącym, energicznym się krokiem ulicą Szewską do "Gałki Muszkatułowej", klubu futurystów w Esplanadzie, gdzie mieli jedną salkę pomalowaną przez formistów i –płowy wieśniak oszołomiony Krakowem-miałem go raczej za profesora niż poetę.


Nieco inaczej, choć również w superlatywach, wspomina Peipera Adam Ważyk:

był zjawiskiem bardzo krakowskim. Wystąpił po formistach i futurystach. Tamci uchodzili za garstkę sezonowych i hałaśliwych blagierów. Peiper przemówił głosem proroka. Budził sennym krakowian niebywałą wieścią, że wiek XIX, wiek Ducha, minął, że idzie wiek triumfującej cywilizacji technicznej. Już samo połączenie tych dwóch, bulwersujących zapowiedzi ze szczególnie cenioną w Galicji elegancją stylu miało swoiste zabarwienie lokalne.

Peipera jednak również krytykowano. Zarzucano mu lenistwo i to, że nie czyta powieści współczesnych (vide Irzykowski mu głównie to zarzucał, kiedy recenzował jego powieść „Ma lat 22”. Pisze na przykład Zbigniew Leśnodorski: "Zarzucano Peiperowi lenistwo, że pisał mało, że ustawicznie obracał kapitałem tych samych, kilkunastu wierszy, pracowitość nie była jego cnotą". Z kolei zaprzyjaźniony z nim, poeta i pisarz chłopski, Stanisław Piętak, tak go wspomina:

Sondowałem go, co myśli o takich aktualnych, szeroko analizowanych zjawiskach pisarskich jak Mann, Proust, Conrad, Gide, Joyce. Niestety, tylko Manna i Gide'a znał, innymi prawie się nie interesował.
Bo w ogóle czytał jakże mało i jeśli sięgał w tym czasie po książkę, to raczej z dziedziny polityki niż literatury.

Peiper, był można powiedzieć, w sensie intelektualnym, duszą towarzystwa. Potrafił zainteresować swój stolik błyskotliwym sposobem stawiania spraw i oświetlania zagadnień. Inny awangardzista, Jan Brzękowski, tak napisał scharakteryzował słynny, Peiperowy układ rozkwitania, na przykładzie jego mowy kawiarnianej:

Był umysłem wyjątkowo odkrywczym, który w każdej rzeczy potrafił uchwycić to, co dla niej najbardziej istotne. Umysł Peipera funkcjonował w sposób zadziwiający: zaczynał od jakiegoś drobniutkiego szczegółu, czegoś równie mało znaczącego jak spinka od mankietu w stosunku do koszuli, a następnie poprzez analizę, kręcenie się wokół tego drobnego tematu, stanowiącego punkt wyjścia, zataczał coraz szersze kręgi i dochodził wreszcie do koncepcji ogólnych, do syntezy. Było to swoiste zastosowanie "układu rozkwitania" do krytyki literackiej.

Więc jawił się on współczesnym przede wszystkim jako wielki intelektualista, krytyk, teoretyk, filozof. Natomiast jego poezje były w zasadzie w całości przemilczane, prawie nikt o nich nie pisał, nikt się do nich nie odnosił, a jeśli już, to odmawiano im jakiejkolwiek wartości poetyckiej. Pisano o akrobatyce metafor, niezrozumialstwie, skrajnym intelektualizmie Peipera. W dalszym ciągu tego wykładu udowodnimy tę pomyłkę.

W dalszych latach, zwłaszcza w 1929-1930, które były uważane za granicę w jego literackiej biografii, Peiper, wchodzi w stan kryzysu psychicznego. Na przykład tak pisał o nim Władysław Strzemiński:

Ukrywa od wszystkich swój adres. Jest strasznie zdenerwowany i mówi, i mówi, że ja tego nie mogę zrozumieć, bo nie znam jego spraw. Wiązać się z nikim nie chce i będzie drukować wszędzie, gdzie do zaproszą. Żadnych  grup nie uznaje. Kiedy mówiłem, że musimy się skupić i wszystko zacząć na nowo, nowy atak- on tylko prorokował niepowodzenia i że każdy musi na własną rękę. Ma pisać powieść.
(Kolumb Odkrywca).

I znowu, kolejne, pesymistyczne wspomnienie Strzemińskiego:

Rozmawiałem z Peiperem, Brzękowskim i Kurkiem. Refleksje raczej pesymistyczne. Peiper wydaje się raczej wielkościowo-zarozumiałym wspomnieniem samego siebie. Nic właściwie nie robi, "leczy nerwy" i twierdzi, że jeśli przetrwa ten kryzys (co mu chiromantka powiedziała), nastanie dla niego okres potęgi. Da powieść pomnikową-literaturze światowej. Chciałbym bardzo chętnie temu wierzyć, ale obawiam się, że jego neurastenia połączona z megalomańskim przewrażliwieniem, przeszła już w stan chroniczny.
Tutaj zaczynają się początki schizofrenii i osamotnienia Peipera, izolacji na własne życzenie.
Peiper bardzo to przeżywał, bardzo przeżywał, że pewnym momencie swej literackiej kariery, z centrum, przeniósł się na margines, obrzeża.
Kolejnym nawrotem tej choroby będzie rok 1957, kiedy już całkiem poeta pogrąży się we własnym świecie urojeń i podejrzeń co do otoczenia. Umrze w osamotnieniu, na zapalenie płuc 10 XI 1969 roku w Warszawie.
Odnośnie spraw jego lenistwa. Ten niewątpliwie, bardzo bogaty i obszerny dorobek, zwłaszcza teoretyczny, naukowy, nie zasługuje, na takie potraktowanie. Peiper był człowiekiem ogromnie pracowitym, i musiał swój talent okupić ciężką chorobą psychiczną, schizofrenią i manią prześladowczą.
Zaczęła się ona już po wydaniu książki Raz w 1929 roku, wtedy zaczęły się pierwsze cierpienia natury psychicznej, ta książka to jest bez wątpienia wybitnym dziełem poetyckim.
Ponieważ trochę już mówiłem o  teorii poezji Peipera, pragnę zwrócić również uwagę na jego powieści, na przykład na powieść Ma lat 22, obszerna, gruba powieść o dojrzewaniu, blindugsroman, młodego Julka Ewskiego, o jego miłościach, zauroczeniach młodzieńczych, frustracjach seksualnych w związku z wpojonym katolicyzmem. Przede wszystkim tak pięknie przedstawiony jest Kraków, Planty, kościół Felicjanek, klasztor Kapucynów. Dla Ewskiego te krajobrazy są silnie upsychicznione, jak to u młodego artysty, na przykład noc majowa i całujące się pary na ławce w parku. Więc jest to powieść o powolnym, żmudnym dojrzewaniu psychologicznym do zadań artysty, jakie niesie sztuka. Ale nie tylko, ponieważ jest to również powieść o ucieczce, co udowadnia Jarosław Fazan, o wiecznym młodzieńcu, który nie chce dorosnąć, uciekając w świat sztuki, będący obszarem ciągłej, niezrealizowanej potencjalności i niewymiernym sposobem sprawdzenia własnej wartości, zamiast realnego sposobu na sprawdzenie siebie, poprzez na przykład przystąpienie i zdanie egzaminów na studiach, od których Ewski uciekał w artystyczne rojenia.
Inna powieść, Krzysztof Kolumb Odkrywca, nad którą Peiper pracował wiele lat, przynosi portret wielkiego marzyciela, który poświęcił szczęście rodzinne po to, aby realizować siebie, własne marzenia, a przy okazji odkryć nowe lądy, zbawić świat przez rozwój, badanie nowych horyzontów i możliwości, postęp wiedzy naukowej. To wszystko było jakby wynikiem programu teoretycznego Peipera, ta powieść Kolumb Odkrywca była bowiem w pewnym sensie programowa.

No i rzecz jasna działalność Peipera jako publicysty, mnóstwo napisanych artykułów, lecz również jako recenzenta teatralnego i kinowego, też bardzo bogaty dorobek. Wszystko to sprawia, że miast leniem, jak go nazwali współcześni, był jednym z najbardziej pracowitych artystów swojej epoki, który nie rozpraszał się, ale szedł prosto, do celu. Jego żelazna konsekwencja miała swoje minusy, zupełnie przysłoniła mu urok zwykłego życia, na przykład kobiet, awangardziści stronili od płci pięknej, poświęcali się sztuce bez reszty. Ten brak radości z powodu uroków świata, poeta rekompensował w swojej sztuce. Niestety, spodziewane, a nawet wywróżone laury nie przychodziły krytyka albo milczała, albo mówiła źle o jego poezji. Za ta ten niezwykły artysta zapłacił najwyższą cenę: wykluczenie. I dalsze czekanie w limbusie historii literatury, aż ktoś sięgnie i na nowo odkryje jego geniusz.
Ciekawą książkę, „Od metafory do urojenia”, poświęcił Peiperowi Jarosław Fazan. Książka ma charakter w dużej mierze historycznoliteracki, ale pokazuje też historię Peipera, jako człowieka, który stopniowo zapadał w chorobę psychiczną, u którego aż roiło się od podejrzliwości, co do otoczenia. Trzeba sobie wyobrazić dramat tego człowieka, który z byłego „papieża awangardy”, powszechnie czczonego i szanowanego, stawał się pomału poetą zapominanym, spychanym na margines życia społecznego, który zapadał w urojenia i dziwactwa, wygrzebywał nawet jedzenie ze śmietników i nikt się nim nie interesował. Peiper, jednakowoż, co udowadnia również Fazan, miłował życie i życia się trzymał ze wszystkich sił. Dość wspomnieć, jak umykał przed okupacją hitlerowską do Sowietów, na Syberię, uwierzywszy początkowo w nieomylność i geniusz Stalina, który później jednak odrzucił, nazywając system komunistyczny zbrodniczym i bandyckim. Był to człowiek złożony ze sprzeczności, Żyd z urodzenia, zupełnie nieortodoksyjny, czujący się przede wszystkim Polakiem, który później do Żydów miał stosunek negatywny, ale sprawy antysemityzmu Peipera na razie nie będę rozwijał. Wiersze Peipera są ciekawe, w pewnym sensie szalone, mające rozwijać pewne wątki programowe i teoretyczne poety, ale będące jednak, moim zdaniem, pewną osobną, autonomiczną, poetycką całością. Współcześni całkowicie lekceważyli jego utwory poetyckie, mówiono o hermetyzmie i niezrozumialstwie. Dzisiaj te wiersze przemawiają inaczej, poprzez niezmiernie gęstą fakturę poetycką, językowo są niezwykle zaciekawiające. Na uwagę zasługuje jeszcze stosunek dzieł Peipera do jego choroby. Jarosław Fazan udowadnia w swojej książce o poecie, „Od metafory do urojenia”, że poprzez wcielanie się w swoich, poszczególnych bohaterów literackich, Krzysztofa Kolumba, Juliana Ewskiego, czy później, Marylin Monroe, Peiper, jakoś swoją chorobę próbował oswajać. Oswajać poprzez heteronomiczne rozmnożenie masek i person lirycznych, aby ukryć to, co prawdziwe, być może poeta nie chciał dowiedzieć się, kim jest, zresztą taka wiedza nie jest potrzebna do życia w społeczeństwie, a poezję traktował Peiper w głównej mierze poprzez pryzmat społeczny, odrzucał zdecydowanie romantyczny indywidualizm. Peiperowi, jak mi się wydaje, chodziło o stworzenie dzieła wielkiego, genialnego, wiecznego, miał w chorobie poczucie, że coś takiego udaje mu się osiągać. Dynamika jego działania pisarskiego była w pewnym sensie sprzęgnięta z jego dolegliwościami psychicznymi, choć nigdy oficjalnego „wyroku” psychiatrycznego poeta nie otrzymał, jednak opinie współczesnych o nim, jak i późniejsza „Księga Pamiętnikarza” i zawarte tam treści, wskazują niedwuznacznie na jego niezdiagnozowaną schizofrenię. Trudno powiedzieć, czy był „wielkim” poetą. Na pewno, wbrew temu, co mówili o nim współcześni, był tytanem pracy, człowiekiem, który całe swoje życie złożył na ołtarzu literatury, by później o nim całkiem zapomniano. Pewne inicjatywy przybliżają dzisiaj dorobek Peipera, w dalszym ciągu jednak jest to artysta, o którego twórczości nieco wymownie się milczy, a to przecież twórca niezwykle ważny, choćby dla takich, współczesnych poetów, jak Ryszard Krynicki. Krótkie to wystąpienie jest po prostu zachętą do ponownego pochylenia się nad człowieczeństwem i dorobkiem artystycznym Tadeusza Peipera, który jest bardzo ciekawy i bogaty, dający możliwości wielu odniesień, kontekstów, interpretacji.


"Pałac" Wiesława Myśliwskiego - zdjęcie z krzyża. Impresja krytycznoliteracka

Jak można być zdjętym z krzyża i pisać? Pisanie jest czerpaniem, jest wyczerpywaniem, jest nieustającą radością i zmęczeniem, jest odpoczynk...