wtorek, 30 sierpnia 2022

Wyimki, fragmenty, intuicje, błyski

 Być może jako recenzent lepiej się sprawdzam, gdy tchnę świeży, różany powiew w myśl cudzą, gdy myśl własna moja jest po prostu wtórna.


Być może istnieję jedynie w interakcji szeroko pojętej, kiedy jestem sam ze sobą, jestem nikim.
Być w odniesieniu to jednocześnie tworzyć i być stwarzanym.
Ale tym, kto naprawdę jest głęboki, jest drugi – jestem jedynie akuszerem jego głębi.

Mówienie to bardzo niewdzięczny i mozolny proces, zwłaszcza mówiony monolog, bo rozmowa to proces o wiele bardziej twórczy, wręcz iskrzący się.
Pisarze monologizujący skazani są na nudę i w efekcie na zapomnienie w dłuższym odcinku czasowym.
Pisarz musi przede wszystkim umieć rozmawiać.
Niemniej monolog, zwłaszcza ten mówiony, jest pod pewnymi względami ciekawszy, bo po pierwsze projektuje się nieokreślonego odbiorcę, a po drugie wystawia się swoją słabość i kalekość na próbę.
Mówiony monolog jest najtrudniejszą formą komunikacji.

Krytyka literacka to nic innego, jak rozmowa z dziełem.
Żeby była prawdziwa, musi być żywa, nawet sama sobie może zaprzeczać, być pełna paradoksów, sprzeczności i nagłych zwrotów akcji, a jednocześnie niebywale konsekwentna i w swojej poetyce zdyscyplinowana, skonsolidowana, zwarta.

Czy ciekawiej jest gadać ze sobą, czy z drugim?
Jeśli pierwsza opcja byłaby bardziej atrakcyjna, pandemia nie wywoływałaby żadnych zniszczeń psychicznych, a wywołuje ogromne.
Poza tym kawiarnie byłyby puste.
Do istnienia potrzebny jest drugi człowiek – obojętnie czy martwy, w postaci dzieła, które pozostawił, czy żywy, w postaci żywej książki, którą sobą przedstawia.
A życie ma to do siebie, że wybiera zawsze to, co żywe, lgnie do podobnego.
Ludzie o głębszej naturze lgną do przeczenia, czyli w życiu szukają elementów martwych, truchła, kukieł, manekinów, gratów, odpadków, śmieci i trupów.

Praca pisarska, którą wykonuje się za życia, jest jedynym sposobem na nieśmiertelność.
Niektórzy pisarze za życia uznani, po śmierci zostają całkowicie zapomniani, i vice versa,  to truizm, ale prawdziwy.

Nadświadomość językowa to wcale nie jest skuteczna broń przed cierpieniem; kobieta trafia tam, gdzie język nie sięga.
Dlatego pisarz powinien być kawalerem, a niewykluczone, że również sierotą.
Wszelka bowiem bliska relacja zabija u pisarza to, co u niego naturalne, czyli bycie nieludzkim.
Język u pisarza zawsze wyprzedza relację, stąd konfuzja w jego społecznym odbiorze.

 Być takim aktorem teatru życia społecznego, którego akceptują wszyscy, to nie być w ogóle.

Dzieło, które wyprzedza epokę, musi bardzo długo leżakować, z reguły jego okres leżakowania jest dłuższy aniżeli życie danego pisarza.

Być względnie wolnym to mieć dystans do świata, zwłaszcza do wpisanej weń od zarania niesprawiedliwości, rodzącej poczucie krzywdy, które było, jest i będzie wynikiem ciągłego wzmacniania strefy komfortu piastujących jakieś funkcje, stanowiska, urzędy i psujących zawsze życie społeczne, ergo naprawdę wolny jest ten, kto się nie narodził; reszta społeczeństwa dzieli się na panów i niewolników.
Są jeszcze tęskniący za wolnością pisarze, ale z nimi nikt się dziś już nie liczy.

Paruzja będzie możliwa wtedy, kiedy ludzie pozbędą się marzeń, związanych z własnym ego, ale gdy te marzenia wygasną, ludzkość przestanie istnieć.

Żyję w czasach totalnego rozproszenia i pomieszania języków, na którym największy kapitał społeczny zbijają cwaniacy i oszuści, wykorzystują po prostu tę sytuację.
Niedługo będziemy liczyć fałszywych proroków.

Świadome uczestnictwo w życiu literackim zakłada wysokie kompetencje w sztuce dyplomacji.

Cały ten facebook to fake book.

Ludzie o temperamencie lewicowym bardzo nie chcą traktować życia serio, ale z drugiej strony brakuje im lekkości, dystansu i poczucia humoru, zwłaszcza względem wyznawanych przez siebie idei, stąd przekaz ich, choćby nie wiem jak bardzo wyrafinowany był, w istocie siermiężnym pozostaje.

A gdyby choć raz mistrzostwa świata zorganizować w robieniu czegoś fatalnie, albo przynajmniej przeciętnie? Jakaż ulga i oddech! Stop puszeniu się, nadymaniu, prężeniu muskułów, wypinaniu cycków, i to zawsze przed lustrem, które odbija w gruncie rzeczy twarz i postać pokaleczonej pokraki przez system wartości, wpajany jej od dziecka.

Człowiek najbardziej stroniący od świata, zaszczytów i apanaży, nagle staje się słynnym celebrytą, gdyż jego postawa wobec rzeczywistości, wzbudziła powszechne zainteresowanie i podziw.
To paradoks opisany przez Kołakowskiego.
W rzeczy samej człowiek jest zakładnikiem najpotężniejszej formy miłości,
której na imię miłość własna. Miłość cudza, zewnętrzna, może być tej miłości własnej potwierdzeniem bądź zaprzeczeniem, przez co świat staje się ciekawy – ciekawy przez to, że nasze ego tak często bywa ranione.

Ludzie kochają najbardziej ludzi utalentowanych, a człowiek utalentowany bardzo i w dodatku niezmiernie leniwy, wzbudza szczególną sympatię.
O ileż bardziej przykuwa uwagę niezwykle zdolny student, przesiadujący całe dnie w kawiarniach albo na zabawach, aniżeli ten sumienny i pracowity, któremu w głowie jedynie nauka.
Ten pierwszy rzecz jasna bez problemu zdaje wszystkie egzaminy, ten drugi oczywiście z trudem zalicza kolejną poprawkę.
Polacy wydają się szczególnie czuli na tym punkcie; uczciwa i sumienna praca kojarzy im się z brakiem wrodzonej inteligencji, spowinowacowanej z frajerstwem.

Talent jest szczególnie wielbiony przez to, że jest „niezawiniony” i że talent prawdziwy kojarzy się z brakiem oszustwa, bo jak tu oszukać na czymś, czego się nie zdobyło nieuczciwie, a ma od urodzenia? Dzisiaj jednak o talencie danego „artysty” decydują skrajnie nieutalentowane i nie posiadające elementarnego gustu gremia, stąd często mówi się obecnie, że prostolinijny odbiorca „nie rozumie” współczesnej sztuki, że sztuka nie jest dla mas i nie dla „ciemnogrodu”.
Tymczasem talent jest sprawą uniwersalną, która trafia do mas właśnie najczęściej, o ile jest talentem prawdziwym – niestety obecne instytucje oraz autorytety mają własną koncepcję ludzi utalentowanych – pod odpowiednim kątem oczywiście ideologicznie sprofilowanych, bo nie można być dzisiaj artystą, nie będąc jednocześnie po jedynej, słusznej stronie.

To, czym obecnie się zajmuję, to nagminne milczenie w towarzystwie, zresztą nigdy nie byłem specjalnie gadatliwy, zawsze lepiej szły mi wystąpienia publiczne.
Rozmowa to taka dziwna forma porozumiewania się, w której tak naprawdę nie chodzi o nic konkretnego; raczej o danie świadectwa: jestem z tobą, zależy mi na tobie, albo chciałbym pójść z tobą do łózka, dlatego mówię o czymś, co zgoła nie jest z tym związane, bo inaczej powiedzieć tego nie potrafię.
Najtrudniejsze są relacje damsko – męskie, tutaj rozmowa jest fajna, o ile dana osoba nie jest atrakcyjna dla płci przeciwnej i kiedy wymieniane opinie są w miarę interesujące.
Kiedy jest odwrotnie, a przeważnie jest odwrotnie, zaczyna się ten cały, niezwykle męczący i niezmiernie upierdliwy teatrzyk.
Czy lepiej wobec tego nie wychodzić, nie spotykać się, nie rozmawiać?
Ależ w końcu żyjemy w tym piekielnym teatrzyku, gdziekolwiek jesteśmy, czegokolwiek nie robimy, robimy w odniesieniu do czegoś lub kogoś, ergo wcielamy się w jakieś dziwne i absurdalne, a do tego męczące postacie.
Konstatacja, że życie w obecnej formie jest skrajnie bez sensu i wywołuje zdecydowany nadmiar cierpienia, może i prosta jest, ale z drugiej strony prawdziwa.

Wszelkie cierpienie bierze się z pobudek ambicjonalnych.
Albo inaczej: cierpię, więc żyję.
Albo inaczej: chciałbym za wszelką cenę być fajny, fajna, ale nie wiem, jak to zrobić, więc wymyślam sobie kogoś.
Jakby to fajnie było, gdyby to ktoś odkrył.

Fantazja ludzka nie zna granic: można wymyśleć siebie również jako Boga albo samobójcę, ale tu i tam, gorset roli okazuje się zbyt ciasny.

Pełnia wolności po śmierci?
Cóż to za wolność, kiedy nie wiem, że nie ma mnie i że nie muszę już użerać się ani ze swym istnieniem albo nieistnieniem?
Toż to dopiero prawdziwy dramat – to ja już chcę z powrotem więzienną pryczę i szare mydło, albo przeraźliwe zimno w nieogrzewanym budynku…

Być może przygoda życia jest przygodą wiedzy, choć to bardzo prosta konstatacja.
Wiedza ma to do siebie, że nie przynosi dla życia żadnego pożytku, teraz to widać szczególnie dobrze, a jakie życie wobec tego przynosi pożytek?
Czy nie jest równie bezużyteczne jak ta ukochana przeze nie wiedza?

Dzisiaj każdy pilnuje własnego ogródka w myśl tego, że żadna struktura społeczna dzisiaj ani żadna nagroda, łącznie z Noblem, nie jest miarodajna.
Można dostać Nobla rano, a wieczorem wrócić do domu wariatów, aby przed snem zażyć lekarstwa.

 
 

 

 
 



piątek, 12 sierpnia 2022

Róże przed deszczem

 

Czy rozumiem cokolwiek z tego, co mi się przydarza?
Oczywiście, że nie, bo kto, będąc na służbie, cokolwiek z czegokolwiek rozumie?
Służba to święta powinność, a święci są jak poeci, niczego nie rozumieją.

Żyję w kulturze bardzo agresywnego narcyzmu (mówię o rzeczywistych intencjach, a nie o mydlących oczy przejawach).
W tej kulturze mnożą się bogowie a gwarantem ich przetrwania jest próba zbliżenia się do tego, co obiektywne i definitywnie rozstrzygające.
Zapanował totalitaryzm badań i myślenia obiektywistycznego, coraz mniej prawdziwego człowieka, czyli w swojej słabości pięknego, bo potrafiącego się do niej przyznać.
Kalectwo i ułomność zostały zastąpione pseudo dyskursem o kalectwie i ułomności.
Słabość i totalna rozwałka życia bronią się jedynie wtedy, kiedy są pokazywane przed kamerą jako zjawisko medialne, a nie rzeczywisty problem.
Generalnie wszyscy w tym świecie są normalni, a najnormalniejsi są ci, którzy mają jakieś problemy. Kiedy trafi się prawdziwy wariat, wzbudzi prawdopodobnie wielką konfuzję, śmiech, płacz, politowanie, strach, w końcu odrazę i wstręt i chęć odwetu.
Reguły tego świata, obecnego świata, są bowiem ustanowione przez najsprytniejszego kłamcę, którym jest Szatan.
Szatan, który mówi o, że życie nie powinno boleć, że nie powinno być w nim krzyża, że bycie religijnym świadczy o niskim ilorazie inteligencji, co dla większości będzie wielką obrazą.
Ba, nawet najżarliwiej broniący wiary kapłani, padli jego przemyślnym łupem.
Sprzedając się na youtobowych stacjach, nawet najbardziej radykalni kapłani, są w istocie w jego królestwie, czyli w pandemonium narcyzmu, odmienionego przez wszystkie, możliwe przypadki.
Diabeł chce, żebyśmy spoglądali tylko w lustro.
Taki też świat nam zgotował, świat, w którym nie człowiek jest ważny, a jego odbicie.
Rzeczywista relacja już de facto przestała istnieć.
Staliśmy się dla siebie nieskończenie transparentni jednocześnie i nieskończenie dalecy.
Celem Szatana jest właśnie osiągnąć taki stan świata: bez ran.
No to mamy ten świat już uczyniony, ale ktoś już zaczął rzucać kamieniami w lustra…
Czy kiedy stracimy swoje odbicie, będziemy prawdziwsi, czy całkiem już nas nie będzie?

Język, czy jak kto woli, mój język, całkowicie oderwał się od literackiej gleby, definiowanej jako doświadczenie wyłącznie literackie i literacko przetwarzane.
Stał się czymś więcej: widzeniem człowieka.
A język to nie słowa bynajmniej, ale sposób widzenia.

Klucz do naszego istnienia i tożsamości tkwi w sposobie porozumiewania się.
Ten aktualny jest moim zdaniem strasznie przytłaczający i nazbyt wciąż konwencjonalny.
Trzeba wymyśleć nowy sposób komunikacji, nowy język, który by zapobiegł chorobom psychicznym, gdyż każda choroba psychiczna niczym innym jest jak chorobą języka.
Dzisiejszy odwrót od literatury jest podyktowany jednoczesnym zwrotem ku lepszemu samopoczuciu. Język staje się coraz bardziej ubogi i przez to coraz bardziej pragmatyczny oraz utylitarny. Bogactwo języka bowiem świadczy o nadmiarze wyobraźni, co związane jest jednocześnie z jakimś niewyobrażalnym wręcz cierpieniem.
Ceną jaką płaci się za kreację, jest cierpienie.
Wyeliminowanie cierpienia będzie jednoznaczne z wyeliminowaniem kreacji.
I jednoczesnym usunięciem krzyża z ludzkiego życia, Lucyfer zwycięży i już zwycięża.
Czyż bowiem nie jest naturalne raczej dążenie do szczęścia aniżeli spoczywanie pod ciężarem niewyobrażalnego cierpienia i krzyża?
Jednak poznanie nie znosi próżni i to, co powstanie w miejsce dotychczasowego języka, będzie tworem moim zdaniem dającym o wiele więcej możliwości aniżeli tradycyjny język konwencjonalny. Jednak będzie to język sztucznie wytworzonego nieba na ziemi przez sztuczną inteligencję, język, w którym krzyż Chrystusowy zostanie zastąpiony tabletką Murti Binga, skutecznie wypełniającą wszelkie poczucie braku, niedosytu, niespełnienia.
Odwrót od literatury (aktualny), niczym innym jest bowiem moim zdaniem, jak odwrotem od Chrystusowego krzyża.
Język przestanie spełniać jakąkolwiek funkcję poza terapeutyczną.
Stanie się wyłącznie narzędziem, a jako obiekt poznawczy, w zupełności utraci swoją dotychczasową użyteczność.
Obym nie miał racji, choć przecież racją jest przecież, że żadna czynność nie jest bardziej destruktywna aniżeli czytanie, które skutecznie przesłania rzeczywistość za pomocą języka.
Jeżeli zatem żyjemy w czasach totalnej dominacji tzw. rzeczywistości, cóż z językiem?
Jego funkcja estetyczno epistemologiczna, nie mówiąc o aksjologicznej, jest już de facto marginesowa, nikomu niepotrzebna, dzisiaj język służy przede wszystkim wyrażaniu ego i własnych tęsknot,
kamuflowanych właśnie przy jego pomocy.
Wszelka komunikacja obecnie, aby być prawdziwa, musi być oparta na tym, co fałszywe.
To fałsz dzisiaj prowadzi do porozumienia, nie prawda.
Prawda stała się kimś lub czymś w rodzaju Pana Boga na emeryturze, podlewającego kwiatki w przydomowym ogródku, którego nikt już nie słucha i którego już nikt nie traktuje serio.
O to właśnie chodziło Szatanowi, dlatego czas Paruzji jest moim zdaniem bardzo blisko.
Na czym ona będzie polegać?
Na triumfie prawdy rzecz jasna, ale nim ona zajaśnieje, musi uprzednio zgasnąć i zetleć jak popiół.
Prawda dzisiaj ledwo zipi, o ile już nie jest martwa, a my nawet tego nie zauważyliśmy, bo nawet ci, którzy biadają nad jej zanikiem, muszą wpierw nauczyć się zręcznie jej zaprzeczać, aby przetrwać. Dzisiaj prawda stała się w najlepszym wypadku wyborem językowej konwencji, bo jako sprawa osobista nikogo już dzisiaj ni ziębi ni grzeje.
Na moim biurku mam różaniec, jedyny znak, w którym upatruję ocalenia.
A wracając do początkowej myśli…
Tak, nowy świat, będzie światem bez chorób psychicznych i to pewnie będzie świat w jakimś sensie wspaniały, ale jednocześnie taki, w którym nie chciałbym żyć.
Dlaczego? Bo wierzę, że noszenie danego krzyża prowadzi do uświęcenia, najważniejszej sprawy w życiu. A świętość w moim odczuciu to nie stan pozbawiony skazy, ale stan, w którym skaza zostaje odpowiednio pogłębiona, tak że w pewnym momencie (w sensie metaforycznym), zaczyna pachnieć różami. Różami przed deszczem. 

 
 
 

 

 


sobota, 16 lipca 2022

Zrozumieć własny język

 

  Jeśli prowadzi mnie Duch św… Również przez te wszystkie literaturoznawcze oraz krytycznoliterackie "łgarstwa", które nie mają niczego wspólnego z żywym językiem Parakleta. Wiedza dzieli się na dwa rodzaje: gotowa, której człowiek nabywa w trakcie studiów i niegotowa, która jest znacznie ciekawsza, bo wynika z bezpośrednich kontaktów z ludźmi, językiem, samym sobą oraz Duchem św. No i oczywiście niegotowa wiedza wiedzą jest możliwie najbardziej współczesną, bo będącą efektem reakcji na aktualną rzeczywistość, zapisaną choćby w postaci książek, które powinno czytać się w ilościach bardzo dużych, żeby cokolwiek móc powiedzieć o tym, co jest, a  przede wszystkim o tym, dzieje się, wydarza, staje… Pewien kamelelonizm rozmaitych sytuacji komunikacyjnych jest po pierwsze konieczny, a po drugie pozorny, bo w istocie wszystkimi relacjami językowymi włada Ten, który jest od nich najlepszym i największym specjalistą, czyli Duch św.;  to On ożywia dany schemat komunikacyjny, prowokując go do przemian i nowości. Czasem dla rozmaitych, językowych artefaktów, bywa Duch św. bezlitosny wręcz… Jezus Chrystus jest miłosierny dla wszystkich ludzi, ale Duch św. bywa wyjątkowo wręcz perfidny wobec tych, którzy języka nieumiejętnie używają, skazuje ich na limbo, albo za życia już, albo po śmierci.
     Umiejętność przebywania w różnych rejestrach języka, w tym i w tym najgorszym, czyli akademickim, jest tak naprawdę językową dojrzałością, albo też sposobem na życiowe przetrwanie, kiedy dana korporacja dajmy na to, zamówi tekst na określony temat, będący oczywiście rezultatem pewnych oczekiwań czyt
elniczych, które po pierwsze bardzo często są mylne, a po drugie nie są niezmienne.
     Tzw. bycie wiernym sobie jest dzisiaj oznaką zupełnego nieprzystosowania i nie do końca już wiadomo, co ono oznacza, bo często staje się synonimem komercyjnego sukcesu, który jest notorycznym zaprzeczeniem tej postawy.

    Ale słuchać Boga, to słuchać trzech osób Trójcy św., zatem życie ograniczone jedynie do przeżywania języka, nie wydaje się życiem prawdziwym.
    Niemniej dogłębna znajomość języka z drugiej strony bardzo ułatwia życie oraz sposób reakcji w danej sytuacji komunikacyjnej.
     Trzeba tutaj dodać, że świadome przeżywanie języka jest zaprzeczeniem emocjonalnego do niego stosunku (niestety dla wielu to może być cios, bo większość pragnie jedynie wykorzystywać język do wyrażania tzw. emocji, które tak naprawdę, przynajmniej moim zdaniem, niewiele wnoszą do rozumienia języka, a wręcz zaciemniają daną sytuację komunikacyjną, czy nawet czynią ją niemożliwą, zamiast rozjaśniać ją i czynić możliwie najbardziej transparentną.
     To, co wydaje mi się najistotniejsze w świadomym przeżywaniu języka to bardzo duży wobec niego dystans,  nie biorący się rzecz jasna z powietrza, ale będący rezultatem wieloletnich studiów.
    Mnie na przykład bardzo interesuje problem języka w jego aspekcie relacyjnym, bo w większości sytuacji komunikacyjnych, nie mam pojęcia, co dana osoba chce mi zakomunikować, czy to werbalnie, czy niewerbalnie.
     Stąd z jednej strony potrzeba we mnie utrwalonego grypsu, o którym nie mam pojęcia, bo nikt mnie grypsery społecznej porządnie nie nauczył, byłem i jestem na to wyjątkowo oporny,  a mój stosunek do społecznej grypsery ma charakter wyłącznie intuicyjny i na wskroś samodzielny, stąd towarzyszy mojej postawie częsta konfuzja tych, którzy umiejętność społecznej grypsery nabyli wcześniej, a którą to umiejętność niemniej uważam za niebywale prymitywną, wyżej stawiając grypserę więzienną nad wyjątkowo perfidną grypserą akademicką.
     Z drugiej jednak strony moja kompletna nieświadomość gotowych schematów komunikacji relacyjnej, gwarantuje mi pewną elastyczność w moim, własnym, bardzo wąskim zakresie doświadczenia osobistego, co dla niektórych osób z mojego kręgu towarzyskiego, jest nawet pewną zaletą.
     Być może wolność komunikacyjna (prawdziwa), polegać głównie na tym powinna, by oddać głos innym. Tak też pojmuję powinność pisarza, który dlatego właśnie, że więcej wie, powinien mieć baczenie na swoich podopiecznych, którzy również chcą bawiąc się, zaistnieć w tej nieokreślonej i dziwnej sferze, umownie jedynie zwaną literaturą.
     Nie chcę tutaj jednak nikomu przeszkadzać w jego przyzwyczajeniach, jeżeli w nich czuje się szczęśliwy i spełniony. Nie chcę nikogo na siłę uszczęśliwiać, sam szczęścia pragnąc.
     Uważam jedynie, że śledzenie stawania się języka w jego żywej zmianie, jest powinnością nie tylko filologa i pisarza, ale każdego człowieka myślącego, który swojemu życie pragnie nadać kształt.
    Dwa wnioski na dziś:
1). Najważniejsze są relacje.
2). Życie jako takie to kategoria zupełnie osobna, do której opisu ma prawo każdy, kto żyje.
     I wniosek ostatni: n
ic nie wynika z tych moich zapisków, nic w sensie społecznym… Choć z drugiej strony, jeśli język miałby gwarantować jedynie społeczne przetrwanie, to mnie taki język ni ziębi ni grzeje.  
    Będę mówił zrozumiałym dla wszystkich, własnym językiem.
 

 
 

czwartek, 30 czerwca 2022

Komunikacyjna frustracja

 

  Komunikacja jest rzeczą umowną, jej umowność jest de facto przerażająca. To, co naprawdę ciekawe, nigdy nie jest powiedziane tym językiem, na który wszyscy się zgadzamy. Są możliwe dwa, błędne podejścia do języka: albo to, co ktoś mówi, jest znane i nie niesie zagadki, albo jest niewyczerpalną tajemnicą. Oba te podejścia są błędne;  pierwsze albo do nudy prowadzi, albo dla nudziarzy jest charakterystyczne, drugie prowadzi do chorób psychicznych, albo wręcz jest ich objawem. Taka panwiedza językowa może pozornie jedynie eliminować wszelki ból psychiczny, ponieważ ból psychiczny powstaje jakby niezależnie od tego, co językowo wytłumaczalne.
     Być może gwarantem zdrowego podejścia do kwestii komunikacji, są zdrowe relacje, czy tzw. zdrowe relacje, bo trzeba w tym miejscu powiedzieć, że relacje, zwłaszcza te bliskie, prawie nigdy nie są zdrowe, a kiedy udają, że są zdrowe, to tak naprawdę celowo przykrywają jakiś głębszy problem, który dla zachowania status quo i tzw. świętego spokoju, nie powinien ujawnić się, ani wyjść na wierzch.
    Ale to, co utajone, prędzej czy później na jaw wyjdzie i to przeważnie przy najmniej spodziewanej okazji Np. po wielkiej radości,przychodzi nagle smutek, a po nim jakiś niewyobrażalny ból psychiczny, który nie ma racjonalnej przyczyny. A w zasadzie ma, bo jest przejawem jakiejś sytuacji, która nie została pogłębiona ani porządnie przepracowana.
     Oddalenie, zwłaszcza to fizyczne, największą bliskość może rodzić. I to nie bliskość w znaczeniu komunikacyjnej łatwości, ale wręcz przeciwnie: w znaczeniu niesłychanej jej trudności, a czasem wręcz niemożliwości, co przy relacji bliskiej, może rodzić potworny ból oraz frustrację.
      To, co językowo wyczerpać się nie daje, jest faktycznym życiem.
To, co objęte zostaje językiem, zastygnąć może w martwotę, albo w pozór tejże.
    Pracownicy akademiccy kierunków humanistycznych, mają przeważnie bardzo ograniczoną inteligencję językową, zastygają w kilku, może kilkunastu gotowych schematach komunikacyjnych i poza nie nie wychodzą do końca swojej mocno, przepraszam za sformułowanie, zramolałej kariery akademickiej.
      Inteligencja językowa w tym się przejawia, że wychodzimy poza swój językowy ogródek, ku językom innym.
     Nie znam ludzi mniej ciekawych świata, aniżeli pracownicy naukowi kierunków humanistycznych.
     Ważnym krokiem w rozwoju swojego stosunku do języka, wydaje mi się negacja dotychczasowych języków, w których się przebywa, które się bada i o których się pisze.
    Ale ta negacja musi wynikać z faktycznych przesłanek, nie może być robiona tylko dlatego, bo tak trzeba, musi za nią stać autentyczne zobaczenie miałkości i banału dotychczasowych języków opisu.  Tak naprawdę nie ma zdrowego podejścia do języka, tak jak nie ma zdrowej relacji, wybór filologii jako przedmiotu studiów powinien wynikać z bardzo dużych kłopotów komunikacyjnych, a nie z rzekomego talentu, który prowadzić może jedynie do wypełnienia pewnych luk publikacyjnych w uniwersyteckich archiwach. Problem z językiem jest czymś prawdziwym, a nie gładkie używanie tego.
     Nie mówię tutaj w tym momencie o chorobach takich jak dysleksja czy inne upośledzenia komunikacyjne, ale o żywym i żarliwym stosunku do języka, który często prowadzi do kompletnie ślepego zaułka.
    Stereotypowo można to wyrazić nieładnym, akademickim sformułowaniem: język właściwie przeżyty. Język powinien żyć, taka jest jego główna rola, a żyje prawie zawsze w odniesieniu do danej sytuacji komunikacyjnej (również brak tejże, jest jakąś jej formą).
     Radykalnym brakiem sytuacji komunikacyjnej jest oczywiście śmierć.
     Przy czym sama śmierć jest już jakimś aktem komunikacyjnym.
     Ze światem najlepiej komunikują się umarli, którzy są albo stają się ważnym punktem odniesienia dla żywych, zapewne z tego powodu, że już nie mogą niczego powiedzieć, a swoim życiem zaświadczyli rzetelnie o tym, że nie dopuszczono ich do słowa.
     Najlepiej używają języka ci, którzy niczego nie mówią, albo mówią bardzo mało.
    Są niedostosowani do żadnej, konwencjonalnej sytuacji komunikacyjnej, ergo, najżywiej przeżywają swój wewnętrzny język – a wszelki, prawdziwy język, ze środka pochodzi, to, co zewnętrzne, zazwyczaj w kogoś jest wymierzone i powstaje jako konceptualna całość z myślą o konkretnej osobie, taki jest najczęstszy zwyczaj używania języka w sensie jego wymiaru społecznego. Nie należy się tym wymiarem w ogóle przejmować moim zdaniem, ponieważ bazuje on w przeważającej mierze na przeświadczeniach, przesądach a często wynika z osobistych frustracji oraz kompleksów danego nadawcy, rzadziej na głębokiej intuicji co do adresata danej wypowiedzi. 


środa, 15 czerwca 2022

Fragmenty rozmyślań o naturze języka

 

   Intuicja: odnoszę wrażenie, a raczej mam przeświadczenie, że język w swojej najgłębszej strukturze nie jest samodzielny, innymi słowy to nie my nim władamy, ale bardziej jesteśmy mówieni, jesteśmy pisani.
     Język dostosowuje się do rzeczywistości: obojętnie, czy zewnętrznej, czy wewnętrznej.
Najpierw jest motywacja, potem czyn, a dopiero potem praca języka, czyli nazywanie.
Być może Paruzja języka będzie polegała na odwróceniu tego linearnego porządku: rzeczywistość będzie kształtowała się pod wpływem języka, zresztą już tak poniekąd się dzieje, tylko mało kto o tym wie, dlatego język jako narzędzie de facto najpotężniejsze, jest traktowany bardzo źle, ale paradoksalnie to bardzo dobrze dla języka, bo im gorzej jest on traktowany, tym bardziej rośnie w siłę jego faktyczne znaczenie.
Dopóki człowiek nie zrozumie, jak bardzo język jest ważny, że jest de facto ważniejszy aniżeli rzeczywistość, świat, będzie
cierpiał niebywałe męki.
     Dogłębna bowiem znajomość języka i jego mechanizmów, daje de facto nieskończony dystans do rzeczywistości, choć to może być oczywiście bujda, bo sam język nie załatwi tego, co jest od języka głębsze nieskończenie: czyli samego człowieczeństwa.
A człowieczeństwo to coś, co jest nie do nazwania, ale do przeżycia i do bycia.
     Efekt płaskości języka, kiedy wie się już w zasadzie wszystko, co wiedzieć trzeba i po prostu zdaje się relację, referuje swoją wiedzę, jest bardzo nieciekawy,
bo nie na tym powinno polegać władanie językiem.
    Myślę, że właściwym miejscem prawdziwego wydarzania się języka jest rozmowa: z niewidzialnym Bogiem po pierwsze, a po drugie z człowiekiem.

Coś się pozmieniało w komunikacji. Świat i czas niebywale przyspieszył.
Słowa do niczego nie prowadzą, są jakimś faktem, konieczną przerwą, która nic nie znaczy.

Kolejne rozważania o języku - to, czego nie mówimy, jest ważniejsze aniżeli to, co wypowiemy, bo to, co wypowiemy zastyga w gotową i martwą strukturę, a język ożywia to, co niewymówione moim zdaniem - im więcej prześwitów tego niewymówionego, tym żywszy jest i bogatszy język, choć zapewne sam akt powoływania do życia wypowiedzi ma

swoje źródło w nieświadomym. Chodziło mi o to, że tak naprawdę naszym językiem rządzi nieświadome, ale wstyd się do tego przyznać, stąd ten Gombrowicz, ergo gotowe, instytucjonalne gotowe struktury języka, które zapewniają np. tytuł naukowy, bazujące na pewnych gotowcach. A im mniej tych gotowców, tym żywszy moim zdaniem jest język, często te gotowce są pewnym wytrychem w relacyjnej strukturze języka, który chce maskować prawdziwe intencje i naturalną bezpośredniość. A mnie chodzi właśnie o badanie relacyjnej natury języka – pochodna zapewne terapii i przyglądania się temu, jak tam funkcjonuje język, a raczej jak nie funkcjonuje... Stąd te kwestie podniesione powrotu do raju

(w tym wypadku językowego), bez tych wszystkich mediatyzacji, konwencji, stąd trzeba czytać z tytułem, czyli tym Lucyferem i szminką... Nie wiem, czy moja "teoria" języka nie byłaby możliwa jedynie w warunkach ambulatoryjnych, ludzie są za dumni, by się przyznać do tego, jak dziecinni są... , co w ogóle nie jest niczym złym, ale naturalnym - chodzi raczej o to, że w sensie relacyjnym moim zdaniem język nie działa i nie może w społeczeństwie w miarę uporządkowanym działać naturalnie. Być może "dorosły" język możliwy byłby jedynie

w niebie.

 

W jakich rejonach świadomości czy nieświadomości znajduje się niewypowiedziane, nie wiem i nie wiem, czy ktokolwiek wie... Natomiast język jest narzędziem komunikacji, porozumiewania się, to standardowa i powszechna definicja języka. Ale ma on oczywiście wiele odmian: język artystyczny, naukowy, publicystyczny, krytycznoliteracki, poza tym język muzyki, malarstwa, język ciała, itp... Barwa głosu również jest odmianą języka. Natomiast w mojej, amatorskiej teorii języka chodzi bardziej o to, że tak naprawdę nie wiemy tego, co chcemy powiedzieć i dostosowujemy się do rozmówcy, sytuacji, okoliczności, medium, poprzez które wydarza się język (np. Internet), itp... Więc to niejako podziemna definicja języka, w której tak naprawdę go nie znamy, to raczej nic odkrywczego, ale pobawić się tym można . Więc czym jest język? Tym, czego nie znamy, a co staje się, wydarza w interakcji, w danej sytuacji komunikacyjnej... Taką sytuacją komunikacyjną jest dialog, ale również tworzenie dzieła, np. pisanie jakiejś pracy naukowej - mamy na względzie odbiorcę, czyli gremium akademickie, przywykłe do precyzyjnego definiowania tego, co chce się powiedzieć... Ergo w tej definicji język istnieje jedynie jako twór społeczny. A mnie

chodzi bardziej o powrót do języka adamickiego.... , sprzed upadku, który był wyjściem z Ogrodu, a wejściem w świat. To takie Heideggerowskie, jak zapomnienie o byciu, u mnie zapomnienie o języku.

    Jeśli chodzi o komunikację, warunkiem jej przetrwania, może nie tyle porozumienie jest, co zgrzyt w tym porozumieniu.
    I kolejna rzecz: mówimy zawsze do kogoś, do jednego łatwiej nam się mówi, do drugiego trudniej i od wielu czynników to zależy, a czynnikiem podstawowym jest tzw. oswojenie sytuacji komunikacyjnej, kiedy przy danym rozmówcy, mogę poczuć się komfortowo, a czasem wręcz wolny. Ponieważ udana komunikacja, to komunikacja oparta na wolności.
Wolność ta zakłada powiedzenie tego, co na ten moment wydaje się najistotniejsze.
Nieciekawa jest komunikacja oparta jedynie na wymianie pojęć, o ile za tymi pojęciami nie stoi jakaś odświeżająca energia inteligencji, która daną skorupę konceptualną rozbija, ergo ożywia.
     Gotowe schematy komunikacyjne, tzw. gotowce, są użyteczne, potrzebne, a niekiedy nawet konieczne w konwencjonalnej oraz utylitarnej poniekąd sytuacji komunikacyjnej.
Komunikacja, która jest w jakiś sposób nieutylitarna, zakłada dwie rzeczy:
1). Rozmowę z samym sobą.
2). Odniesienie do świata.
     Komunikacja, w której przeważa aspekt tego, co utylitarne, w mniejszym stopniu zakłada rozmowę z samym sobą, w większym zaś odniesienie do świata, a przede wszystkim do rozmówcy, ergo do tego, kto jest kreatorem danej sytuacji komunikacyjnej i jest kluczowy dla danej treści komunikatu ze strony adresata. Metoda położnicza to metoda będąca zawsze po stronie nadawcy komunikatu, to on zawsze stwarza swego Pigmaliona, innymi słowy to prowadzący dane spotkanie kreuje daną sytuację komunikacyjną, a nie jego bohater, który jedynie dostosowuje się mniej lub bardziej udolnie do danej sytuacji komunikacyjnej.
Sytuacja komunikacyjna, która nie jest wywiadem, może być monologiem, zakładającym jednak, że ktoś danych treści wysłucha, bądź je przeczyta.
Ten typ monologu nie jest ani wywiadem, ani całkowitym monologiem, nie zakładającym  żadnego odbiorcy, należy on do przejściowej sytuacji komunikacyjnej.
Może on charakteryzować się celowym brakiem czytelności, jasności wywodu, oraz zaciemnianiem sensów. Jest on taki również ze swej istoty i powołania, ponieważ nie posiada vis a vis swojego nadawcy, który niejako cyzeluje dane treści, jest ich jawnym bądź skrytym jubilerem, dany diament szlifuje do połysku. 
 
 



 
 


 

sobota, 21 maja 2022

Lucyfer i szminka, czyli o byciu bezradnym wobec konwencji

 

   Pisanie, choćby nie wiem jak dobre i znakomite, zawsze będzie sztuczne, konwencjonalne i wtórne, ale to w mówieniu trzeba odważyć się być na maksa odważnym – nawet kiedy rozmowa zakłada pewne konwencjonalne obyczaje właściwe obyczajom piśmiennym. To jest wtedy rewelacyjne i zarazem bardzo ryzykowne, bo może przyjechać karetka i odwieść do psychiatryka, kiedy w mowie, w obyczaju konwencjonalnym, coś chcemy pokazać z siebie – do tego dążyć powinna mowa – do przełamywania konwencji właściwej obyczajom piśmienniczym, do przezwyciężenia dominacji kultury pisma.
     Psychoza moja: walka z Cerberem z Vis a Vis, zbawianie Lucyfera, to tylko nazwy zewnętrzne, zewnętrzne oznaki bardzo głębokich, utajonych konfliktów, który wyszły na wierzch w postaci nieudanego obłędu.
     Instytucjonalna teoria literatury to w dzisiejszych czasach żart i mrzonka. Mamy do czynienia z poważnym kryzysem wszelakich instytucji, co nie znaczy też, że życie podziemne i utajone jest bardziej „poczytne”. Czas jest tak bardzo obecnie chaotyczny, że jedynym gwarantem przetrwania jest trzymanie się z góry albo oddolnie, wyznaczonej struktury oraz rytuału. Żyjemy w czasach wielkiej ciszy, na którą odpowiedzią może być jeszcze większa cisza. To w istocie prowadzi do głębokich załamań, psychoz, nerwic oraz dezintegracji. Pozostaje szermowanie wciąż tymi samymi liczmanami i gotowymi formułami słownymi oraz intelektualnymi w nadziei, że przykryją naszą bezradność w obliczu tego, co jest i nadchodzi, czyli gigantycznej wręcz Apokalipsy komunikacyjnej, mogącej prowadzić nawet do zniknięcia dotychczasowego języka porozumiewania się i zastąpienia go czymś lepszym. Taki stan, czegoś bardzo przejściowego i bardzo nienazywalnego, może być wytłumaczeniem dla obecnego kryzysu literatury i jednoczesnego, nawet niezłego stanu czytelnictwa, co prowadzi jakoś do konkluzji, że ludzkość szuka nowych formuł, nowych nazw, nowego kodu swojego człowieczeństwa, o ile coś takiego jak człowieczeństwo nie jest już formułą z lekka trącącą myszką, przestarzałą. To, co najistotniejsze, nie w słowach ma miejsce, ale w specyficznej energii słownej i plastycznych obrazach, będących odpowiedzią na rosnące spustoszenie naszego świata, zarówno w wymiarze zewnętrznym, jak i wewnętrznym. Tego taranu nadmiaru słów i jednoczesnego, kompletnego ich braku w ich wymiarze istotnie treściowym, nic nie jest w stanie, jak się zdaje, już powstrzymać.
     Zamieszkiwanie w kulturze jest oznaką z jednej strony strachu przed życiem, a z drugiej daje do tego życia jakiś olbrzymi dystans. Poza tym stawia pod znakiem zapytania, czym w ogóle jest życie i czy coś takiego, jak życie w ogóle istnieje poza przyporządkowanymi nazwami go określającymi.
     Jest jeszcze moment niepewności: poza schematami, określającymi naszą konwencjonalność, definiowalność, ergo życie społeczne, jest jeszcze coś nieokreślonego, co nie daje się praktycznie uchwycić w żadnej nazwie, to jest sam moment przemiany bytu konwencjonalnego w nowy byt niekonwencjonalny i odświeżający dotychczasowe myślenie o świecie. A świat będzie chodził wciąż tymi samymi szlakami właśnie przez to, że ów moment przemiany jest poza definicją. I tego zapewne chce Pan Bóg
J.
    Moja teoria komunikacji jest bardzo prymitywna i pewnie niemożliwa: żeby mówić nie o tym, co wiemy, ale o tym, czego nie wiemy. Ujawnieniem nieświadomości jest psychoza.
To nie znaczy, że optuję za społeczeństwem szaleńców. Raczej chciałbym tymczasowego zrzucenia maski w warunkach, czy jakichś trybach konwencjonalnych czy instytucjonalnych i ujawnienia swojej faktycznej dziecinności, która za wszelką powagą pewnie stoi. To praktycznie nie do przeprowadzenia, ponieważ podważałoby autorytet wielu profesorów, którzy są jak dzieci i bawią się do śmierci swoimi zabawkami. Noszenie maski zatem wydaje się być gwarantem trwałości społecznego ładu, ergo generowaniem piekła, w którym żyjemy: kompleksów, nerwic, psychoz oraz wielu dezintegracji. Wszyscy zakładają szaty. Bycie nagim jest oznaką obłędu. Oznaką obłędu byłby powrót do raju po grzechu pierworodnym, który podobno Pan Jezus zmył. Czyżbyśmy nie wsłuchali się uważnie w Jego naukę, żeby być jak dzieci? Czy wygoda naszego ego nie pozwala nam na ujawnienie naszej faktycznej bezradności wobec nieobjętości tajemnicy? Czy ciągle musimy się puszyć naszym stanowiskiem, urzędem, funkcją? I czy nie jest to de facto objaw naszego zdziecinnienia, który wywołuje jedynie uśmiech politowania Aniołów? Baudelaire optował za szminką, która wydała mu się bardziej naturalna aniżeli jej brak. Wiedział doskonale, że księciem tego świata jest Lucyfer, ale nie wiedział, że można go zbawić, o czym z kolei wiedział Stanisław Vincenz, ale to już temat na kolejną opowieść.





poniedziałek, 9 maja 2022

Notka o tym, co (nie)komunikowalne

 

    Komunikacja jest bardzo skomplikowaną sprawą, bo tak naprawdę nie wiadomo, o co w niej chodzi. Wydaje mi się, że ludzie, w erze komunikacji, w ogóle ze sobą się nie komunikują. Znaczy lubią spotykać się ze sobą, siedzieć, wymieniać poglądy, ale nie komunikują się ze sobą. Komunikowanie pochodzi od komunii, zjednoczenia. Ludzie mają teraz wstręt przed jakimkolwiek zjednoczeniem, a najbardziej chyba przed zjednoczeniem komunikacyjnym, dlatego wymyślają różne języki. Najpierw trzeba poznać rzeczywistość, a dopiero potem dopasować do niej język, a kiedy jest odwrotnie: kiedy zgłębia się język, a w ogóle nie zna rzeczywistości, straszne zaczyna panować pogubienie i wielki bałagan komunikacyjny. A że rzeczywistość nie jest, a jedynie wydaje się, o czym wiedzą literaci, bałagan z dnia na dzień się pogłębia. Moja rzeczywistość, jeśli mogę tak nazwać mój skrawek świata, jest jednocześnie bardzo prosta i niebywale skomplikowana, także wymyślonym moim językiem objąć jej nie potrafię – dlatego patrzę na cudze. I również one, choć niebywale pogmatwane i piękne, jakoś nie oddają tego, co chcę powiedzieć i do końca nie wiem, nawet, co chcę powiedzieć. Może jedynie pragnę wyrazić głód mojego ego? Może wszelkie pisanie z tego się bierze: z chęci zaspokojenia głodu swojego ego? A może chodzi o coś jeszcze? O wewnętrzną rzeczywistość, która tak naprawdę nie podlega żadnej nazwie? Bo żadna nazwa nie wystarcza, nie jest adekwatna na nazwanie rzeczywistości, która jak piskorz, wymyka się z rąk. I czymże jest język, jeśli nie umiejętnością nazywania? Bez nazw całkowicie pogubiliśmy się. Ale coś jeszcze za wszelką nazwą stoi i o to co z tyłu, rozgrywa się cały bój, o cały ten poligon paskudnych motywacji. A życie jest ciekawe przez swój wymiar nieprzewidywalności. Ale trzeba mieć coś w zanadrzu… Ogląd świata, spojrzenie na rzeczywistość, żeby nie poddać się terrorowi… Bo gdy wychodzisz z domu, jesteś na arenie, tu musisz zapłacić, tam musisz poprosić, gdzie indziej potrzebujesz wypełnić jakieś zobowiązania i tak naprawdę jesteś wyłącznie bytem społecznym, ergo bytem komunikacyjnym, więc jakby nie ma cię wcale, dla siebie samego nie istniejesz jakbyś chciał. A co to jest istnieć dla siebie samego? Może to jest to samo, co nie istnieć dla świata społecznego? Ale to za proste, bo ciągle troszczymy się o świat jednak, nawet w najgłębszych intymnościach i samotnościach, potrzebujemy, żeby ktoś wypuścił iskierkę, jak dymek z papierosa. Bez tego dymka, iskierki, daremne nasze zabiegi, bo nie tyle dzielić się chcemy, co być zauważeni przez bliźniego, ergo straszliwa samotność jest domeną każdego bytu ludzkiego, nawet najbardziej społecznie zrealizowanego. I tak, tysiące, miliony samotności archiwizują się w rozmaitych dokumentach piśmienniczych po to tylko, żeby być razem, szczęście poczuć, że skoro ktoś, w danej księdze obok jest, taki sam nie jestem już, mam przyjaciela. I tak czasem dzieje się, na progu przejścia w nową epokę, że jedynym właściwym i adekwatnym przyjacielem naszym jest lustro naszych wynurzeń, w którym przegląda się nasza twarz – wykrzywiona przez pismo maska, przybierająca na chwilę wyraz prawdy. Człowiek pisma nie istnieje, tak samo zresztą jak człowiek życia, tak go nazwijmy umownie, pisma pozbawiony. Oba te wymiary niebycia są tak naprawdę wymiarami bardzo głębokiej samotności, która pragnie tylko jednego: szczerej i prawdziwej rozmowy z bliźnim, która dzisiaj, przy tak olbrzymim chaosie komunikacyjnym, jest de facto niemożliwa, tak jak niemożliwe jest wypowiedzenie jakiegokolwiek zdania, które by naszego wnętrza nie oszukało i jednocześnie uczyniło możliwą, daną relację.
Między zewnętrzem a wnętrzem trwa antagonizm, tak jak między językiem a bliźnim.
I on będzie się coraz bardziej pogłębiał, dopóki ktoś nie zauważy na danej filologii (najlepiej polskiej), że ciągłe pogłębianie znajomości warsztatu filologicznego nie jest wystarczające i czas skupić się na tym, co dana, żywa rozmowa (w jej warstwie skrytej i jawnej),  do języka wprowadzić może.




wtorek, 8 lutego 2022

Uprowadzony. Krótka autorefleksja

 

Ludzie piszą. Po co? Czy nie lepiej żyć po prostu? Zakładać rodziny, mieć dzieci, kochać, żyć? A wszystkich ogarnęła mania zapisywania, nagrywania, mówienia, pozyskiwania followersów, jakiś obłęd, któremu uległem i ja i to całkiem na serio. Żeby coś powiedzieć, napisać, najpierw trzeba naprzebywać się z ludźmi, nasiąknąć rozmowami, interakcjami, całym tym bólem i czasem radością. Mój obłęd bierze się z tego, że ja już człowieka od tekstu nie odróżniam. Im więcej rozmawiam, poznaję, tym mniej czuję, że rozumiem. W zasadzie to dobry ze mnie poeta, jeśli prawdą jest, co Zagajewski powiedział o poetach, że nic nie rozumieją, to o mnie można śmiało powiedzieć, że niczego zupełnie nie rozumiem. A książki są jakimś uproszczeniem i zawężeniem świata do formy, konwencji, schematu, jakiegoś uporządkowania. Życie jest bezładne, chaotyczne, jest żywiołem… Żywiołem, który jednocześnie musi posiadać pewną strukturę dnia, tygodnia, roku. Moje napięcie wewnętrzne bierze się z permanentnego zmagania z tą strukturą: zarówno wewnętrzną (swojego myślenia), jak i zewnętrzną, o którą muszę cały czas dbać, żeby moje życie miało jakieś ramy zewnętrzne, aby w ramach tych zewnętrznych jakaś wewnętrzna treść się rodziła. A zupełnie nie znam siebie jako mówcy. Dlatego tak intensywnie siebie sprawdzam jako mówcę. Bo ni to pisarza ni to naukowiec, a cały czas poeta, który mówi bez ładu i składu, po swojemu, że go nikt, łącznie z rodzoną matką i ojcem nie rozumie i wciąż krytykuje za bezład wypowiedzi. Moim zdaniem, żeby wypowiedź była ciekawa, wcale nie musi posiadać jakiejś wewnętrznej struktury uporządkowanej, czy nawet linii przewodniej. Jednak niebezpieczeństwo zawsze powstaje takie, że tylko dla mnie, który rozumiem siebie doskonale, ta wypowiedź będzie atrakcyjna… Albowiem co człowiek to inny świat, inne przyzwyczajenia, inna percepcja, inny ogląd rzeczywistości. Szukanie ludzi, którzy by rozumieli to,  to chyba szukanie ludzi jakoś nadświadomych pod względem językowym. Albo po prostu bardzo zdolnych intuicjonistów, którym nic nie trzeba tłumaczyć.  I jakie to w gruncie rzeczy fatalne, że pracując nieustająco w materii języka, prawie w ogóle nie ma się poczucia tego, czym jest życie… Wydaje mi się, że z moją chorobą, moim upośledzeniem, tak to trzeba nazwać, będę do końca życia terminował i w obszarze życia i w obszarze literatury. Muszę sobie odpowiedzieć na pytanie, po co piszę i nagrywam? Żeby to się komuś podobało, czy żebym ja był zadowolony?  Odpowiem tak: chcę mieć poczucie, że po swojemu i na tyle, na ile potrafiłem, wyczerpałem dany temat. Moja sumienność o wiele lepiej sprawdza się w konferansjerce, która zakłada tryb bardziej swobodny. W trybie wykładu jestem zawsze bardzo swobodny, ale to przeszkadza takim odbiorcom, jak moja mama na przykład, która wolałaby porządku, planu, dyscypliny, wynikania jednej myśli z drugiej. Dla mojej mamy, że pociągnę ten temat, porządek niekoniecznie jest porządkiem formalnym, ale konsekwentną i celowo zorganizowaną wypowiedzią, która zewnętrznie nie musi być uporządkowana, ale zakładać jakiś cel jednak, nawet w pozornej niekonsekwencji.
Dla mnie cel wypowiedzi nie jest tak ważny, jak sam eksperyment.
Praca w laboratorium języka niekoniecznie przypominać musi triumfalny spektakl, na który przychodzą tłumy.  
Dlatego bardziej jestem laborantem aniżeli spektakularnym zdobywcą jakiejś gotowej przestrzeni, którą dałoby się uchwycić i nazwać. Moja wewnętrzna struktura szuka czegoś źródlanego, a do źródła można dotrzeć tylko przez to, co moim zdaniem uprzednio zostało zmącone. Mój tryb pracy z tekstem opiera się na dialektyce zmącenia oraz krystalizacji, gdzie mimo wszystko pierwszeństwo przyznaję zmąceniu. Zmącenie jest dla mnie ciekawsze aniżeli najciekawsza nawet krystalizacja. Może dlatego, że myślę trybem nieco zmąconym… Niewyraźnym… Jakby za mgłą. Moje kontury i mój oścień nie mogą się wyrazić inaczej aniżeli poprzez zmącenie. A na koniec powiem, że to nie ja jestem decydentem własnych poczynań artystyczno – intelektualnych, ale czuję, że to bardziej przychodzi z zewnątrz. Innymi słowy, język mnie prowadzi, nie ja jego. Zapewne dlatego moje upośledzenie można równie dobrze nazwać uprowadzeniem.
     Krytyk literacki to taki człowiek, któremu zawsze łatwiej przychodzi mówienie o cudzym dziele, na kanwie cudzego dzieła może stworzyć arcydzieło.
    Najważniejsze nie jest pisanie, ale przerwy w pisaniu, najlepiej, żeby były bardzo długie, im dłuższe, tym lepsze, bo więcej wtedy pracy i wysiłku przeznacza się na czytanie i próby myślenia. Ale czy jest w ogóle myślenie poza językiem, poza tym, co wypowiedziane i tym, co napisane? Czy myśleć znaczy to samo, co oddalić się na pewien czas od danego dzieła, albo najlepiej od siebie, żeby siebie tym lepiej pomyśleć, a najlepiej na nowo w języku wymyśleć, stworzyć od początku? Każdy akt pisania, jak go rozumiem, jest aktem tworzenia siebie od początku. Dlatego tym, co ciągłe w życiu pisarza, nie jest linia jego dzieł, ale krucha i kapryśna linia jego życia, która przeważnie donikąd nie prowadzi.











wtorek, 11 stycznia 2022

Dojrzewanie człowieka postnego

 

   Układam słowa – zawsze przypadkowo, ale czasem sens one tworzą nieprzypadkowy, konieczny. A kiedy czytam, to zawsze intuicją, nigdy rozumem, nigdy znaczeniem. Znaczenie zostawiam dla starych pryków. Zresztą znaczenie jest ograniczone, znaków jest nieskończoność. Mnie bardziej znaki interesują niźli znaczenie. Można te znaki układać dowoli i jak się zachce. Te znaki są kapryśne, chimeryczne, nie chcą słuchać, podążają w taką stronę w jaką im się podoba. A ja jestem dla tych znaków jakimś Bogiem – znaczeniem. To ja znaki beztreściowe obdarzam treścią. A one kryją się w moich fałdach brzucha – ptaki potulne.
    Myślę, że moje pisanie, raczej bazgranie, wynika ze ślepoty. Nie jest ani świadomym pisarstwem, ani świadomym nawet odbiorem czytelniczym, wszystko jest u mnie intuicyjne, nawet treści przyswajanych porządnie nie filtruję intelektualnie…
     Czy bycie schizofrenikiem może okazać się zabawą w schizofrenika? Okazuje się, że przy dużym dystansie do własnej choroby i siebie, tak. Grać siebie, udawać siebie, wygłupiać się, robić ten dumny teatr jednoosobowy, który do niczego nie prowadzi, prócz mglistych przeczuć co do jakiegoś kształtu. On się tak łatwo nie wyłoni, musi być jakieś tarcie czy starcia, najlepiej tarcia i starcia wielokrotne i to najchętniej z tymi, z którymi nam nie po drodze. Najlepiej działa krytyka, szyderstwo czy nawet zakamuflowane poniżenie, tak hartuje się stal, powiedzielibyśmy.
    Ludzie zawsze ciągną do czegoś bezpiecznego, to nic dziwnego. Albo czegoś zadziwiającego z drugiej strony, oswojonego jednak przez nadrzędną instytucję kultury, co przez to staje się bezpieczne. Albo czegoś totalnie nieudanego, kretyńskiego, co również czyni bezpieczną ich delikatną naturę, nie lubiącą poniżenia. I tak ładna czuje się dobrze przy brzydkiej, mądry przy durniu, szczupła i zgrabna przy grubej i niezgrabnej. Prawdziwa mądrość jednak najlepiej się czuje przy większej od siebie mądrości, niestety takiej pozbawione są uniwersytety, gdzie zależność pewnej, intelektualnej niewoli opiera się głównie na realizacji niskich instynktów panów profesorów i profesorek krytych pod zgrabnie generowanym, szlachetnym kameleonizmem uczoności, który najlepiej uwidacznia swoje braki i negatywy, gdy dochodzi do konfrontacji realnej, na inteligencję i mądrość wrodzoną a nie jej fikcje i rzecz wtórną oraz nabytą, jak „naukawe” konstrukty, które służą jedynie utwierdzaniu złej monety, aby ten lub tamten miał na kim i na czym się wyżywać, a przy okazji potwierdzać swoje dobre samopoczucie kosztem monety dobrej.
    Nie jestem od nauczania, a jedynie od wczuwania, ponieważ przyswajałem i przyswajam wiedzę całym sobą. To moje wczucie, tak, jestem zwolennikiem teorii wczucia, ma również negatywne konsekwencje, mianowicie, że nie potrafię zdystansować się od rzeczy negatywnych, mnie spotykających, bo jestem z nimi zespolony zbyt ściśle, za blisko są one mojej koszuli i jak szata Dejaniry palą mnie. Oczywiście wzmożona obecność rzeczy pozytywnych również nie jest dobra, bo grozi odlotem, tyle że w drugą stronę. Dlatego w moim przypadku najlepszy jest stan między tymi skrajnościami, czyli umiarkowanego, znośnego nieszczęścia, z którym da się żyć na co dzień nie szczerząc jednak michy z byle powodu. Uwielbiałem pić niegdyś alkohol, bo frunąłem, miałem poczucia romantycznej przygody. Teraz moje serce jest wypalone i na tych pogorzeliskach tam rumianek a tam mięta, cosik rośnie pomalutku, ale co to jest, Bóg wie tylko. Całe szczęście mam wokół siebie (jeszcze) ludzi, z którymi mogę wymieniać (o ile to możliwe), pewne poglądy i spostrzeżenia. Piszę „o ile to możliwe”, ponieważ bardzo często mam wrażenie dysproporcji komunikacyjnej, ale może to tylko moje niewinne złudzenie po czasie, kiedy utraciłem niewinność.
     Czym jest dla mnie „pisarstwo”?
Jest wyostrzeniem rysy obecnej w każdym życiu, bo nie ma życia bez rysy.
Wyostrzeniem oczywiście karykaturalnym i groteskowym, bo pisanie jest karykaturą życia, jak wszelka działalność artystyczna, bo życie samo w sobie kształtu jednak nie posiada.
Człowiek prawdziwie mądry nie bierze się za pisanie, ten jarmark próżności i narcyzmu.
Mądrość to łagodzenie wszelkich wyostrzonych rysów, czyli coś, co stoi na antypodach pisarstwa. Za pisanie nie bierze się kapłan, ale błazen.
Mądre pisarstwo to pisarstwo bezpłciowe, tylko dureń przykuwa uwagę, a najlepiej, żeby to był uzdolniony pisarsko dureń.
W tym sensie, w świecie mądrze urządzonym, pisarze nie powinni się znaleźć.
Co innego zapisywacze, sekretarze, protokolanci.
Ci są pożyteczni i potrzebni.
    Czy świat potrzebuje rysy?
Nie tyle potrzebuje, co ją immanentnie posiada, dlatego siłą rzeczy, świat, który wypiera się swojej rysy, opiera się na fałszu.
    Nie będzie nowe, co powiem, że w karykaturze zawsze najlepiej widać to, co najbardziej szlachetne. Ergo, świat pozbawiony pisarzy, jest światem wyzbytym szlachetności i na tym dzisiaj zakończę.







 


wtorek, 28 grudnia 2021

Droga do źródła

 

  Mam tyle wspomnień różnych. Z Kątów Rybackich i nie tylko. Regularnie czytam i publikuję ostatnio wyłącznie moje pogadanki na Pisarze.pl. To moje ulubione, internetowe pismo literackie, innych zresztą w Internecie nie znam i poznawać nie mam chęci.
     Literatura jest jak przeczytane życie: powoduje bezbrzeżny i okrutny dystans do wszystkiego
    Mój spór z prof. Ligęzą powinien nabrać charakteru publicznego, bo jest to de facto spór o imponderabilia. On broni swojej racji badacza wątków japońskiego łucznictwa u Wata, ja stoję na stanowisku, że nikomu do niczego to niepotrzebne, ale może z drugiej strony stanowić pewną, osobliwą frajdę poznawczą, jak podziwianie skamielin czy owadów zatopionych w bursztynie. W skrócie duże dzieci intelektualne mogą się bawić tym smoczkiem, ot tak, dla zabawy, jak zjedzenie smacznej gałki lodów, ale przecież lody nie mogą stanowić głównego dania. To jedynie deser, Ligęza to pisarz intelektualnego deseru, czekamy na danie główne Panie Profesorze.
    Na Pisarze.pl lubię czytać Andrzeja Waltera, ostatni jego tekst o Różewiczu, sowicie okraszony wierszami tego genialnego poety, jest dobry, może nawet bardzo dobry, gdyż stanowi swego rodzaju zagadkę, otwarcie pytania, co dalej z kulturą słowa pisanego. Rzeczywiście nastąpił chyba zdecydowany zwrot ku kulturze oralnej. A w gruncie rzeczy to do końca nie wiadomo ku czemu nastąpił zwrot. Ludzie są za bardzo zajęci swoimi prywatnymi mikrokosmosami, mikroskopijnymi wspólnotami, które tworzą w rozmaitych przestrzeniach i wyspach społecznych, aby zauważyć choćby tak istotny fakt, jak koniec świata, Paruzję, czy przyjście Zbawiciela. Mógłby Zbawiciel przyjść, ale nie zauważy Go prawie nikt, jedynie garstka nikomu niepotrzebnych nieudaczników życiowych oraz obłąkańców. Ten oficjalny świat stał się niebywale przewidywalny, płaski, w gruncie rzeczy nijaki, dlatego to, co najciekawsze, rozgrywa się teraz w „chudej warstewce nieoficjalności”, delikatnej jak dusza poety. Ale tłum zawsze przedkładał huczne igrzyska nad subtelną frazę Petroniusza, tak było zawsze i to się nigdy nie zmieni.
   Fenomen Ojca Szustaka ukazuje zjawisko niebywale dynamicznej myśli religijnej, która jest w stanie porwać tłumy, to niesamowite, tak gruntowne i dogłębne odnowienie języka religijnego. Z drugiej strony egalitaryzm zawsze walczył z elitaryzmem i tak naprawdę nie wiadomo, co gorsze… Mądrość nie jest ani elitarna ani egalitarna, jest po prostu mądrością, która łączy się z pokorą, dobrocią i delikatnością. I można z niej zrobić genialne przedstawienie, na które przyjdą tłumy.
To się chyba nazywa prawdziwe zwycięstwo, czyż nie? Chyba każdy człowiek ma pewien pogląd na świat, oprócz dozgonnych naukowców, których interesuje wyłącznie własna dziedzina wiedzy, pielęgnowana dla dobra ludzkości oraz jednostkowego przetrwania w społecznym systemie. A ten pogląd wyraża się w sposobie ubioru, jedzenia potraw, uśmiechu, prowadzenia rozmowy. Odnoszę wrażenie pewnej uniformizacji tych sposobów bycia, ale może się mylę, w końcu nie tak często znowu wychodzę z domu, a jeśli wychodzę, to do miejsc, które stanowią mojego domu niejako przedłużenie, więc nie mam tak naprawdę żadnego prawie oglądu świata. Powinienem iść do wulgarnego klubu albo na wulgarną dyskotekę, żeby się przekonać, czym jest „prawdziwy” świat i „prawdziwe” życie, jak to kiedyś robiłem. Zapewne zostałbym bardzo zawstydzony w moich oczekiwaniach, że spotkam chamów i tępaków. Zapewne spotkałbym bardzo wrażliwych i mądrych ludzi, którzy po prostu nie mają wyjścia i których życie zmusiło. Do harowania najpierw, a potem do zabawy. A czym jest życie intelektualne, jeśli nie nieustającą grą i zabawą, która nikomu żadnych korzyści ani pożytku nie przynosi, prócz samych bawiących się? Widziałem listę czasopism naukowych, punktowanych, humanistyki de facto w niej nie ma, same dziedziny praktyczne; inżynieria, biomedycyna, architektura, urbanistyka. Czy komuś Cioran uratował życie? Myślę, że bardzo wielu ludziom mógłby, ale świat zapomniał już o takim ratunku. Pozornie jedynie, bo gdzieś, podziemnie, podskórnie, to wszystko żyje, tętni, pulsuje i odnawia się, mam takie wrażenie i kiedyś wybuchnie świeżym źródłem, tak myślę. Najpierw jednak trzeba dogłębnie poznać stare źródło, bez którego nie zaistnieje nigdy źródło nowe, i to jest, jak mi się zdaje, główny problem tych czasów:  ignorancja. Do źródła, choćby nie wiem jak bardzo świeżego i odnawiającego, nigdy nie powinno iść się na skróty.
Stare języki mogą nieco nużyć po zbyt długim czasie przebywania w ich obrębie, ale to konieczne. Nowy język wyrasta bowiem organicznie ze starego.
Kiedy wyrośnie z niczego, jest bełkotem albo obłędem, dlatego szanujmy stare języki.
Tym świeższe stanie się wtedy dotknięcie źródła, czymkolwiek ono jest bądź wydaje się.  


 








piątek, 3 grudnia 2021

Adrenalina kiczu. O tomikach Marty Półtorak

 

Poprzedni tomik Marty Półtorak pt. "Wersal show" nosi wszelkie cechy zjadliwej autoparodii, groteski, świadomego siebie kiczu, nawiązania do swoistego danse macabre w sztuce. Bo w istocie można pogubić się, kiedy narrator liryczny jest serio, a kiedy z czytelnika drwi, a przy okazji z samego siebie. Tomik ten ma wszelkie cechy święta, rozumianego jako karnawał, zbratanie wszystkich ze wszystkimi a przy okazji odwrócenia ról i rysowania zaskakujących, nieprzewidywalnych sytuacji karnawałowych, kiedy np. głupiec staje się królem karnawału,
a kicz dyktuje warunki właściwego postrzegania sztuki. W świecie tego tomiku ciężko o rozeznanie, gdzie przebiega linia graniczna między prawdziwą sztuką a tą buffo czy kiczową (zresztą autorka pisze o swojej fascynacji kiczem we  wstępie). Dlatego, że nie mamy jasnych
kryteriów, panuje pomieszanie i swoisty bal maskowy, gdzie za maskami kryją się i prawdziwy artyści i zwykli pozerzy, cwaniacy, udający i podszywający się pod prawdziwych artystów kłamcy, którzy jednak również biorą udział w balu na równych prawach. Dlatego w tomiku Marty Półtorak mamy w rezultacie do czynienia jedynie z maską, rolą, oszustwem, a narrator liryczny przybiera rolę obserwatora uważnie śledzącego przemiany współczesnego świata, który niejako celebruje swój upadek i kompletne pomieszanie gustów. Bawmy się, cóż, tyle można powiedzieć i tyle można wysnuć (aż tyle i tylko tyle), ale nie zapominajmy, że smutna to w rezultacie konstatacja, bo tak naprawdę powodów do zdrowego śmiechu i autentycznego humoru jest niewiele, o czym w przekonujący artystycznie sposób, parodiując liryczne role i persony,
świadomie przedrzeźniając style, pisze Marta Półtora w tomiku "Wersal show".
     W tomie "Adrenalina" mamy do czynienia z kontynuacją pewnego poezjo myślenia, które miało miejsce w tomiku "Wersal show", wzbogacone jednak o wymiar "adrenaliny", która nadaje tomikowi tempo, życie, bardzo czasem niebezpieczne, na granicy wypowiedzenia... Dalej mamy do czynienia z balem kostiumowym, ale teraz aktorzy jakby są nieco bardziej niecierpliwi, można powiedzieć, że chcą być nadzy, zdjąć a nawet zedrzeć gwałtownie swoje kostiumy i maski i zacząć uprawiać pewien taniec i karnawał ciał aż do zatracenia. Podmiot mówiący w tych wierszach jest bardzo żywy, żywo mówi, żywo gestykuluje poetyckim gestem, dobiera czasem słowa na zasadzie zaskakujących i celnych zestawień oraz paradoksów. Wszystko tutaj sprawia wrażenie nieco obłąkanego tańca nagich ciał, które zrzuciły kostiumy, ale nadal mniej niż prawda, wyzwolenie, klasyczny umiar, obchodzi podmiot i bohaterów lirycznych tych wierszy podrzędna sfera kiczu, pruderii, masek, pozorów i całego tego karnawału tandety, ukrywającego się za płaszczykiem elegancji. Martę Półtorak obchodzą niejako kuluary, garderoba duszy, to co, dzieje się przed spektaklem, aniżeli to, co przedstawia sam spektakl, którzy zawsze przecież jest udawany, wystudiowany. Aktorski grymas, wyrażający niezadowolenie, upudrowanej twarzy aktora, który swojego ocalenia w sztuce szuka w kiczu i tandecie. Nazwałbym tomiki Marty Półtorak śledzeniem podskórnego życia kiczowego, które przecież ukryte jest w każdym artyście, bo rewersem klasycznej prawdy o dobru i pięknie, jest kiczowy potwór, który szczerze zawsze niezgrabnie swoje zęby nad każdą, z pozoru udaną frazą. Gdyż każda fraza, jak myśli o tym podmiot mówiący wierszy Marty Półtorak, jest w gruncie rzeczy nieudana, już w samym zalążku, zawiera w sobie niezgrabny teatr duchowej garderoby, który z każdej, "wielkiej" sztuki czyni w gruncie rzeczy sztukę małą, gdyż każdy artysta jest tylko człowiekiem ergo jest tylko aktorem, albowiem nie mówi prawdy, gdyż o prawdę w sztuce nie tyle ciężko, ale jest to niemal niemożliwe. Niemniej "Adrenalina" przedstawia jednak taką gorączkową, nieustającą tęsknotę za nagą prawdą, bez zasłon, bez gier, bez masek karnawałowych, tęsknotę, można powiedzieć za szczerą, prawdziwą rozmową twarzą w twarz bez wzajemnego przedrzeźnienia się. Tęsknotę, dodajmy, która na razie nie może być zrealizowana, gdyż na razie w tym świecie trwa nieustający teatr i jednoczesne pragnienie by porzucić swoją rolę... Napięcie jest duże, stąd tytułowa adrenalina, która czasem nie wytrzymuje napięcia ciągłej gry, tego ciągłego nakładania na siebie pudru, spod którego coraz częściej płyną kiczowate łzy... Niemniej nawet zaciskając pięści i połykając skrycie łzy, trzeba grać, "show must go on", to w gruncie rzeczy nieco tragiczna konstatacja będąca równocześnie deformacją prawdziwej twarzy, o którą najtrudniej.

Zachęcam do wspierania mojej działalności na Patronite: https://patronite.pl/pietniewicz?podglad-autora 
Bardzo dziękuję moim Patronom: Ewie Piętniewicz, Józefowi Baranowi, Markowi Burskiemu, Jakubowi Ciećkiewiczowi, Wojciechowi Kaczmarkowi, Jackowi Dziewińskiemu, Markowi Kasperskiemu,  Wieniowi oraz Sieciechowi J.

"Pałac" Wiesława Myśliwskiego - zdjęcie z krzyża. Impresja krytycznoliteracka

Jak można być zdjętym z krzyża i pisać? Pisanie jest czerpaniem, jest wyczerpywaniem, jest nieustającą radością i zmęczeniem, jest odpoczynk...