Jak można być zdjętym z krzyża i pisać? Pisanie jest czerpaniem, jest wyczerpywaniem, jest nieustającą radością i zmęczeniem, jest odpoczynkiem po zdjęciu z krzyża. Krzyż tonie w kwiatach – kwiaty układają się w znak krzyża. Bohater „Pałacu” – Jakub Owczarz, jest błogosławiony. „Tymczasem człowiek potrzebuje piękna”, pisze narrator „Pałacu”, ale tym pięknem jest przede wszystkim nagość, a w kobiecie najłatwiej zranić nagość, pisze narrator „Pałacu”. „Prawdziwe piękno nie jest ozdobą świata”, pisze Myśliwski, „prawdziwe piękno jest jego cierpieniem” – to cierpienie wynika z tragizmu ludzkiej egzystencji i to, że miłość prawdziwa jest ciągłą raną, ciągle boli. Tak jak zawstydzenie, obnażenie, ośmieszenie śmierci, o którym pisze Myśliwski – ale ta kpina może być jedynie „tęga”, może być jedynie chłopska.
Ten bohater „Pałacu” chodzi „obnażony” (chyba ze swojej chłopskości), jak duch
po sypialni, po komnatach, celach, czasem budzi się przy swojej żonie zlany
potem – to zmora chłopskości do niego przemawia – on chciałby być Jaśnie Panem,
a nie Owczarzem. „Winy mojej nieskończone kroki” – zatem droga po pałacu to
rodzaj zadośćuczynienia oraz odkupienia. Ten proces odkupywania swoich win
wydaje się bardzo długi, wydaje się nie mieć końca. Droga przez pokoje,
korytarze, komnaty, strychy, piwnice – kolejne warstwy jego świadomość,
podświadomości, nieświadomości – to jakby droga przez duchową i psychiczną
nieskończoność. „Dusza pokutująca” za swoje winy musi za karę błąkać się po
wszystkich salach pałacu – być może to kara za nieprzeżyte życie, za
nieprzeżyte życie z odwieczną zmazą chłopskości. Ciemność nadchodzi, „topiel”,
obejmuje obłąkanego topielca. Puste, uśpione komnaty to kolejne piętra
psychiczne. „Cisza zalega komnatę i cały pałac” – to może cisza przed wielkimi
narodzinami, które pomału transformują się w wielką, nieprzeźroczystą śmierć. To
śmierć, co boli, śmierć miłości, która zdawała się prawdziwa przed rozdwojeniem
psychiki na Jakuba Owczarza i Jakuba Jaśnie Pana. „Poprosiłem cię tu, księże,
abyśmy zastanowili się nad nieśmiertelnością kanarków”. To coś małego, coś
niewinnego, coś pięknego, coś, to zasługuje na nieśmiertelność – kanarek to
ucieleśniona metafora czystej duszy. I to pytanie zasadnicze, które pojawia się
w tej najbardziej tajemniczej powieści Myśliwskiego, powiedz księże, czy nie
można śpiewaniem samym się zbawić, czy koniecznie trzeba cierpieniem? Przecież
to zdjęcie z krzyża odbywa się już po ofierze, po zdjęciu z krzyża rozbrzmiewa
już w całym pałacu kanarkowy, czysty śpiew zmartwychwstania. „Kanarek, a
widzisz w jaką rozpacz mnie wtrącił” – powiada bohater „Pałacu” do księdza –
czyli to śpiew bolesny, dalej śpiew cierpienia, dalej śpiew ofiary, to chwila
zaraz po zdjęciu z krzyża. „Tęsknota światła za ciemnością, ciemności za
światłem” – to ważne zdanie – być może śpiew krzyża i śpiew zmartwychwstania to
jakby awers i rewers tej samej monety, której na imię kara… Co jest tą karą?
Błąkanie się w poszukiwaniu prawdy o własnej tożsamości. „Bo nic tak człowieka
z człowiekiem nie jednoczy jak jedno wspólne cierpienie” – powiada narrator
„Pałacu”. Poszukiwanie jest zawsze poszukiwaniem kogoś z kim moglibyśmy dzielić
wspólną wędrówkę po bezdrożach. Głównego
bohatera, co już swoje życie przeżył i o nim opowiada, choroba przykuła do
fotela, tak że świat może widzieć jedynie przez okno albo na tarasie. Ale to
nie choroba, tylko „źródło kryniczne”, z którego bije nieustające uczucie dla
swojej żony. Warunkiem miłości jest choroba, prawdziwa miłość jest jakoś
kaleka, jakoś ułomna, jakoś obolała – wydarza się w ofierze krzyża – krzyża w
kwiatach. Te kwiaty, które ozdabiają krzyż, to kobieta ciągle patrząca w
lustro, tęskniąca za swoją młodością, zaklinająca lustro, żeby ją przywróciło,
tak jak jej mąż jest skazany na nieustającą wędrówkę w poszukiwaniu prawdy o
życiu, tak kobieta jest skazana na ciągłą tułaczkę od lustra do lustra i na
próbę określenia, które z tych odbić mówi o niej najtrafniej, ergo, czy jest
piękna i młoda. „Świergot ptactwa za oknem, nawoływania pierwszych ludzi w
obejściach” – po tej ciemności lustrzanej coś wstaje, jakiś dzień, w którym
czysty śpiew ptaków oznajmia bycie człowieka z człowiekiem. „Bóg niczym
wesprzeć nie jest jej w stanie, jak tylko bezradnością swoją” – słaby Bóg jak
bezbronne dziecko, któremu ciągle trzeba pomagać – kiedy to dziecko nauczy się
samodzielności? „Chciałem moi złoci, aby świat był wesoły” – to marzenie
dziecięcej, naiwnej psychiki, owładniętej fantazmatem psychotycznym, marzenie o
szczęściu, niewinności, radości. „A im byli weselsi, tym prawdziwiej czuli się
ludźmi” – cała, nieśmiertelna, niekończąca się pieśń świata opiera się na
paradoksie wpisaną w ludzką łzę, ona tak naprawdę, kiedy wpadnie w nią światło
prawdziwej tajemnicy, śmieje się najszczerzej i najgłośniej. „I zrobiło się tak
wesoło, jak się wiosną robi zielono” – ale to dzięki gorzałce, pijaństwu.
„Taczają się, chichoczą, śpiewają” – ten bal pijacki prowadzi do pożaru świata.
Ten pożar świata obejmuje wszystkie piętra psychiki – płonie człowiek i jego
duch. „Jeden drugiego więcej czuje niż samego siebie” – jest braterstwo,
solidarność w tym spalaniu się, jest empatia ognia. „O niebem przelatują ptaki.
Wielka chmura ptaków”. Jakub spogląda w górę, z góry lepiej widać upadek.
„Ciemno, że jakbym ślepy szedł. A trafiłem”. Dokąd można trafić, kiedy wszelkie
światło jest złudą? Jakub jest pijany, zatracił różnicę między poznaniem a
rozeznaniem, staje się czystym, pijanym, rubasznym duchem. „Jeszcze tylko ta
święta gorzałka trzyma nas przy wesołości” – wynika z tego, że czymś do końca
prawdziwym jest ostateczne ośmieszenie tej wędrówki Jakuba. „Gra jest dawno
przegrana” – rzecze narrator – bohater Jakub – nie było sensu podejmować tej
walki, tej harówy po komatach – wynik był przesądzony, od początku Jakubowi
dano mata. „Koń już, kończ mój sędzio” – nie ma sensu dalej szukać – nawet
gorzałka nie da rozgrzeszenia. „Chociaż bal się dopiero zaczyna” – mat dany
Jakubowi był tak naprawdę zaproszeniem do tańca, na ucztę, gdzie kobiety po to
tylko się stroją, aby tym bardziej wydać się nagimi mężczyznom. „Żebyś
wiedział, kobieta to suknia” – zedrzesz z niej wszystkie warstwy i prócz tej
ostatniej, uskrzydlającej, czyli śmierci, skrzeczy w niej pospolitość, tak
bardzo bałeś się Jakubie zdradzić jej pospolitość. „Gramy już o nic, ale to
dopiero piękna gra, to dopiero gra prawdziwa”. „Gramy do końca, moi drodzy”.
„Nie zapalajcie świateł, niech ciemność będzie naszym światłem”. „Może to nasz
ostatni bal, mój drogi”. „Bo ten bal jest tylko dla nas, dla nas dwojga”. „Może
nawet zapomnijmy, że żyjemy, skoro bezradność nas jedynie łączy”. To dialog z
bezradnym, dziecięcym Bogiem, który w tym wypadku jest wybranką serca. „Czy
widzisz ten pałac? Tam nas nie ma”. „Sine światło wstającego dnia zamieni nas w
trupy”. W tę relację damsko – męską od początku wpisane jest jakieś
niespełnienie, Jakub w pewnym momencie siada wściekły do fortepianu i zaczyna
grać.
„Chce mi się przepaść, zapodziać do niepamięci, do nieistnienia” – powiada
Jakub owczarz, jest bardzo zraniony, nie wiadomo do końca czym, być może chodzi
o kobietę, która wolała lustra, a może o pierworodną, niewymazywalną zmazę
chłopskości. „To mój pałac się pali” – powiada dalej, płoną wszystkie piętra
jego psychiki. „Nic mnie nie boli, już nic. Nic”. To agonia jego psychiki, jego
całego jestestwa – był ukrzyżowany – został zdjęty z krzyża, Jakuba Owczarza i
Jaśnie Pana już nie ma i teraz, na ziemi, tylko świeże kwiaty.