piątek, 9 stycznia 2015

O Eliadem, jego Traktacie i o moim życiu.

Osobno napisałem, że nie mam już potrzeby pisania tekstów recenzenckich. W oparciu o rumuńskich filozofów, Eliadego, Ciorana, Noikę, próbuję zastanowić się nad swoim życiem. Rumuńskość i oddział dzienny na chwilę przed potopem zrywają się z arki białe ptaki w górę. Eliade jest genialny, styl ma bardzo konkretny, przejrzysty, jasny, przy tym pełen nadziei i światła ukrytego wewnątrz, pod skórą (kocham jej ziemistość i światło pod skórą). Na przykład bardzo poetyckie stwierdzenie, że śmierć nie jest kresem, ale odpoczynkiem i regeneracją, to mi przywodzi na myśl cykliczność życia i śmierci, a także to, że jeżeli wydarzy się już, myślę, że zawsze nieprzypadkowy cud życia, to mamy do czynienia z ciągłością, linearną ciągłością, a nie kresem i zamknięciem. Poprzez cykliczność bowiem wyraża się u Eliadego linearność przypisana życiu pojętemu jako kontynuacja, rodzaj wieczności żywej nadzieją, Bogiem, wynika z tego, że śmierć również jest obdarzona życiem i że życie po śmierci będzie nasycone niczym innym jak konkretem ziemskim, właśnie ziemskim konkretem a nie niebieskim. Czy dobrze mówię? Dajmy na to chmury istnieją u Eliadego o tyle, o ile odbijają się w czarnej ziemi, w ziemskiej, konkretnej powłoce. Kolejne określenie: "niewyczerpalność życia", słuchałbym i czytał o tym ciągle, bez końca, zawsze. Eliade jest artystą, węże, niedźwiedzie, smoki, jeże, wiele innych, cała ta wielowarstwowość świata przyrodniczego, nakładanie się na siebie kolejnych warstw, przenikanie konkretów, kontakt zmysłowy ze światem, opowieść o świecie bowiem wyrażona zostaje przez zmysły, pojęcia u Eliadego bowiem są nacechowane sensualnie. Oprócz tego on używa określenia, którego ja użyłem w doktoracie, a przede mną użył go Czesław Dziekanowski na określenie cechy antropologicznej "Kamienia na kamieniu", "życie w śmierci" (Piślo mną pisze, jej jasne, lniane włoski, pisze mną Piślo, jej jasna cera), w związku z kolejnymi przemianami, fazami księżyca, umarli bowiem nie tylko umierają w spokoju drzew, jak napisałem w wierszu inspirowanym twórczością Poświatowskiej, ale również śpią sobie słodko na księżycu, gdyż jak wiemy z pięknej bajki, bardzo plastycznej, "Wallace i Grommit", księżyc jest zrobiony z sera (figiel i głupotka wyniesiona z domu w Tarnowie).  Jest ważna u Eliadego metafora sieci, która oplata i łączy ze sobą życie i śmierć. Ta sieć przenika wszystko, chyba cały Wszechświat, w każdym razie potrzeba na nią zwrócić uwagę, ze względu na to, że łączy ze sobą wiele ziemskich konkretów, ziemskich naleciałości, które tak naprawdę są do życia niezbędne, stanowią cel sam w sobie, chodzi o to, że twórczość będzie zawsze górą wtedy, kiedy będzie trzymać się ziemi, chodzi bowiem o to, że zawsze wygra to, co ziemskie. Istnieją oczywiście poeci nieba, ale ci są najbardziej niebezpieczni, przede wszystkim dla siebie, bo innym mogą nieumyślnie nieba przychylić. Ale najważniejsi są artyści ziemscy, Eliade, Rumun z krwi i kości, którego genialną rumuńskość widać w jego tekstach, właśnie opiewa smak, barwę i zapach ziemi, barwy, zapachy i smaki swojej ojczystej Rumunii, terra mater. 
U nas, w Polsce takie przywiązanie do ziemi ojców nazywa się różnie: przeważnie mówimy na to matecznik, ewentualnie mityczny matecznik. Takiego określenia używa na przykład Marian Pilot w swojej powieści. Termin "matecznik" jest stosowany również przez Rocha Sulimę na określenie "małej ojczyzny" życia człowieka, jego miejsca urodzenia. Z kolei pierwszym chyba, który używał terminu "mityczny matecznik", był Bruno Schulz, mówił on o cudownych latach dzieciństwa właśnie jako o mitycznym mateczniku, "fajczarni fabuł i bajek". Słowo matecznik słowotwórczo łączy się ze słowem matka, dalszą konsekwencją filozoficzną oraz antropologiczną tego słowa jest określenie macierz. Mówi się bowiem (nie tylko w literaturze filozoficznej), że ktoś lub coś pochodzi z macierzy. Na przykład życie ludzkie wzięło swój początek z jakiejś przedustawnej, jeszcze przed Wszechświatem będącej, macierzy. Są to wszystko rzeczy niesłychanie ciekawe, idące bardzo mocno w głąb, w tym w ową przedustawną głąb mityczną. Mnie jednak interesuje bardziej Eliade jako pisarz. Zatem próbuję udowodnić i sobie i Państwu w tym moim szkicu, że lektura dzieła Eliadego jest inspirująca zarówno dla naukowców, jak i dla artystów, dodając jeszcze skromną tezę od siebie, że dzieło Eliadego ma niezaprzeczalny walor literacki, ergo może być wzięte wcale (nie)omylnie za literaturę. 
Inna ważna rzecz u Eliadego to tkanie czy tkactwo. Chodzi nie tylko o przędzenie nici żywota swojego jak mniemam, ale tkanie takiej pajęczyny, która jeden żywot łączy z drugim na zasadzie jakiegoś ciekawego, kosmicznego przenikania. 
Dalej: motyw palingenezy i ważna rzecz rytmów. U Eliadego, w "Traktacie o historii religii" i nie tylko w nim zresztą wszystko podlega rytmizacji: przede wszystkim czas życia ludzkiego jest przedstawiony rytmicznie. Życie ludzkie polega na byciu czy przebywaniu w określonym rytmie czasu ziemskiego. Czas ziemski jest silnie bowiem speriodyzowany, tam idzie za okresem okres, okres za okresem (ziemia przemija, rytmy człowiecze przemijają wraz z ziemią). 
Niezwykle interesujące są rozważania Eliadego o wodzie. Porusza on problem całej, bogatej symboliki akwatycznej, ale na na tym nie poprzestaje, idzie w głąb. Woda zatem ma walor leczniczy, gwarantuje życie wieczne, woda uzdrawia, przedłuża życie, z wody bierze początek wszelkie życie, woda stanowi swoistą macierz (czarną?) życia i Wszechświata. Ale nie. Właśnie nie. Chociaż słowo macierz kojarzy się zwykle z czarną barwą, ja stanę na przekór, powiem: chodzi o białą, uzdrawiającą, leczniczą i dającą życie wieczne macierz, z której bierze początek ludzkie życie, w swoim zarodku niewinne. Odpowiedź na pytanie, dlaczego woda leczy, Eliade daje prostą: ponieważ odtwarza akt stworzenia. Mnóstwo u Eliadego jest fragmentów mówiących o powtórzeniu wzoru kosmogonicznego, ale z całą konkretnością ten problem wybrzmiewa dopiero w "Traktacie o historii religii".  Jest piękny fragment u Eliadego, ewangeliczny, o św. Janie Chrzcicielu, który mówi, że on chrzci wodą, ale po nim nastąpi Ten, czyli Jezus Chrystus, który będzie chrzcić "Duchem Świętym i ogniem". 
Na jedną, chyba najważniejszą rzecz jeszcze nie zwróciłem uwagi. Przede wszystkim trzeba powiedzieć tutaj, że Eliade pięknie, znakomicie i zajmująco pisze, opowieść niesłychana: nasycona konkretem i treścią. Na przykład kiedy pisze o tych mitologicznych nimfach wodnych, ukrytych w pieczarach, grotach, skałach, ta opowieść jego, opowieść Eliadego po prostu niezwykle jest wciągająca. Bardzo ciekawe zdanie, które znalazłem u Eliadego: "z punktu widzenia struktury potop jest podobny do chrztu". Nad tym jednym zdaniem można się pochylić na bardzo długo i bardzo długo można to zdanie smakować, kontemplować, medytować nad nim. Co ono oznacza? Zapewne to, że struktura potopu jest ukryta, na pierwszy rzut oka potop nie posiada przecież żadnej struktury, jego fale zalewają wszystko, nie wybierają, nie selekcjonują, nie są zatem uważne, nie są zatem celowe, a przecież (co ważne), wszelka struktura posiada pewien telos, ku któremu zmierza. Niemniej trzeba to zdanie rozważać dalej. Przyjmijmy że zarówno potop jak i chrzest są zbliżone pod względem struktury. Tutaj znowu zdziwienie. Przecież ksiądz polewa małe dziecko jedynie odrobiną wody, maleńką ilością, a nawet z powodu tej małej ilości wody, dziecko i tak płacze (choć są przecież dzieci, które nie płaczą podczas chrztu). Jednakowoż pisałem o strukturze ukrytej, a zatem wszelkie oznaki widzialne tej struktury mogą nas mylić. Zarówno bowiem potop jak i chrzest są pod pewnym względem totalne i chodzi tutaj o totalność w znaczeniu głęboko religijnym (w pierwszym przypadku jest to totalność zatracenia, będąca wynikiem kary Bożej, w drugim natomiast chodzi o totalność przyjęcia na siebie godności dziecka Bożego, w drugim przypadku zatem chodziłoby zapewne o totalność narodzin w Bogu, narodzin niejako powtórnych (czyli tych właściwych), które gwarantuje właśnie obrządek chrztu świętego. Obie te totalności, co również ważne, wyrażają się oraz istnieją poprzez oraz dzięki wodzie, która daje życie, oczyszcza, ma liczne walory lecznicze oraz uzdrawiające. Z wody bierze się również życie, to ona jest pierwiastkiem najsilniej nacechowanym witalnie.  
U Eliadego widać połączenie historyka religii z filozofem religii. Nie wiem, czy traktować te dwa obszary osobno, chyba nie, ale jednak historia jakby pomyka nieco odmiennym torem niż filozofia. Historia jest bardziej literacka, szczegółowa, filozofia natomiast u Eliadego dąży do struktury. 
Ważne: kamienie chronią zmarłych. Określenie "religijna wielowarstwowość" pasuje świetnie do ziemskiego, chtonicznego charakteru prac Eliadego. Bo wierzenia agrarne, bo ziemia, niebo, niebo nasycone deszczem, ziemia nasycona deszczem. 
"Kosmos zbiornikiem rozproszonych sił sakralnych". Eliade jest wielkim poetą. Pisze traktat o religijności ludów ziemi. Ziemia zabiera, ziemia w siebie wchłania następnie, a potem odnawia. "Wszystko, co wychodzi z ziemi, obdarzone jest życiem, a wszystko, co powraca do ziemi, na nowo życie uzyskuje". Jest to bardzo piękna poezja ziemi i nieba, przy czym niebo u Eliadego ma odcień ziemski, a ziemia odcień niebieski (niebiański).
Pisarstwo Eliadego jest pisarstwem wielkiej nadziei w człowieka, odnowę, ziemię. 
Przejdźmy do konkretów. Jest niesamowita jesień (posucha, ogromne wyczerpanie i zmęczenie). Osiedlowi mieszkańcy siedzą w ogródku piwnym na tyłach Hali Targowej, żywo rozmawiają i gestykulują. Ja wczoraj jak zwykle nie przygotowałem się. To znaczy zwykle się przygotowuję, ale tym razem się nie przygotowałem. Może to być związane z owym wyczerpywaniem się. 
Widziałem dzisiaj dwóch, wspaniałych, genialnych odszczepieńców uniwersyteckich, z których jeden robi doktorat na uniwersytecie, a drugi został wypluty przez uniwersytet, tak czy inaczej obaj szukali jakiegoś, małego kotka, nie wiem, gdzie on był, może w tym brązowym pudełku, takim malutkim, co to kotek został schowany. Nie wiem. Ale oni byli w środku tej jesieni, jesień ich ogarniała, tak jak mnie teraz ogarnia i dopada niezwykła, niezmierna słabość (chłód jest stowarzyszony z namyślaniem się i wyczerpywaniem). 

Słabość moja, tellus mater, święta matka telluryczna
Słabość moja, tellus mater, święta matka telluryczna,

O, Eliade: "polimorficzna na pozór symbolika drzewa".
Drzewo-żywy kosmos, który nieustannie się odradza.

niebieski prawzór (raj).
ziele, które ma moc scalania części ciała zmarłego. Z tym ziołolecznictwem u Eliadego też ważna sprawa, w ogóle zioła, cały, osobny traktat o ziołach. Zioła leczą, kurują, uzdrawiają, w ziołach mieszka opieka, którą daje duch ziemi.

Więc Eliade to jest pisarz konkretu. U niego stale jest o tym dramacie śmierci i zmartwychwstania, na przykład w "Szamanizm i archaiczne techniki ekstazy", przekład Krzysztof Kocjan, Warszawa 1994. Jest ciekawa w tym szamanizmie uwaga o kości, że "kość zwierzęcia symbolizuje totalne życie w ciągłej regeneracji i przez to zawiera w sobie - choćby tylko teoretycznie- wszystko, co należy do przeszłości i przyszłości tego "Życia". Eliade odnośnie tego szamanizmu powiada w ten sposób, że maska umożliwia u szamana koncentrację. Nasuwa się cały kontekst filozoficzny, antropologiczny, psychologiczny. Że maska tak naprawdę umożliwia a nie uniemożliwia życie w społeczeństwie, że człowiek zamaskowany to innymi słowy człowiek społeczny, że relacje międzyludzkie, aby być zdrowe, muszą opierać się przynajmniej częściowo, jeśli nie na kłamstwie, to przynajmniej na częściowo zakrytej czy też zamaskowanej prawdzie. Więc idzie o takie pragnienie: życie w pełnym i jasnym świetle, czy to jest w ogóle możliwe? Czy możliwe jest, żebyśmy patrzyli, żebym ja patrzył, żebyś ty patrzył(a) w samo sedno, jądro i rdzeń słońca? Czy nie oślepniemy od jego blasku? Mnie się wydaje, że trzeba ostrożnie dawkować sobie słońce a tym samym prawdę. Do prawdy, w co głęboko wierzę, dostęp ma jedynie Pan Bóg, ale nie mnie przenikać tę prawdę. W swoim codziennym, przeciętnym życiu, bytowaniu, skazany jestem na domysły, hipotezy, coś częściowego i wybrakowanego, coś, co jest również czymś nietrwałym i ulotnym. Pomimo tego, poprzez kultywowane codziennie rytuały, staram się w jakiś sposób uzyskać efekt, zjawisko czy pozór trwałości. Nie do końca mi się chyba to udaje. Moja pozorna, wewnętrzna spoistość, czasem prowadzi mnie na duchowe, poznawcze, filozoficzne oraz antropologiczne manowce. Tu nawet nie chodzi o odpowiedź na pytanie, kim jestem, wydaje mi się, że jestem tym, którego z jednej strony stwarzają pewne okoliczności historyczne, społeczne aktualia, a z drugiej jest we mnie jakieś silne, ukryte pożądanie czy pragnienie życia. Więc myślę, że jeżeli cokolwiek może mnie w istotny sposób ożywiać i czynić moje życie naprawdę sensownym, to właśnie owo pożądanie czy pragnienie życia.
W czym ono się objawia? Mam wrażenie, że już wiele razy o tym pisałem w różnych szkicach. Przede wszystkim moje pragnienie, aby dać się życiu objawić, wyraża się w woli dialogu, zabawy, picia piwa, paleniu papierosów, ale to nie wszystko. Bo wciąż, jak mniemam, chcę od życia czegoś więcej. Chciałbym, mówię to z pełną jak mniemam odpowiedzialnością, otóż chciałbym od życia rodziny. Chciałbym, żeby w naszym Królestwie, które stworzyliśmy z Ewelinką zamieszkał ktoś trzeci, nasze najważniejsze ogniwo i spoiwo.
U Eliadego mnie wiele rzeczy bardzo urzeka. Na przykład metafora Drzewa Świata, Drzewa Kosmicznego, Środka Świata. Eliade na przykład opisuje szczegółowo, antropologicznie i literacko bęben szamański, jego skórę, uchwyty, budowę a także funkcje, które spełnia w archaicznym plemieniu. Coś podobnego robiłem wczoraj, kiedy mówiłem o cygańskiej poetce Papuszy i w ogóle o Cyganach, byłem nie tylko etnologiem i antropologiem, który na przykład opisywał szczegółowo rekwizyt do wróżenia, którego używają kobiety cygańskie, tak zwanego "diabełka", "trupka", "kostkę" albo "włochate krzyże", ale byłem również, powiem to, literatem, pisarzem, który stara się oddać sprawiedliwość rzeczy konkretnej, bo z takich rzeczy składa się głównie czasoprzestrzeń dzieła literackiego, nie jest ona mglista, jest ona konkretna. Przy czym konkret ów może być rozpatrywany tyleż w materialnym aspekcie powierzchni (jak czynią nurty filozofii ponowoczesnej), co w aspekcie fenomenu czy zjawiska, uruchamiając potencjał noumenalny dzieła dzieła literackiego (co czyni na przykład Roman Ingarden w swojej znakomitej pracy "O dziele literackim").
Dalej pisze Eliade, że "bęben przedstawia mikrokosmos z jego trzema sferami-Niebem, Ziemią, Piekłem-i równocześnie wskazuje środki, dzięki którym szaman urzeczywistnia przerwanie poziomów i ustala łączność z górnym i dolnym światem".
Powraca oddział, ptaki, jasność i ciemność.
Z przedmowy Dumezila, do "Obrazów i symboli", Warszawa 1998, przekład: Magda i Paweł Rodakowie, ciekawa uwaga o życiu ludzkim jako o plątaninie więzi. O co chodzi w symbolu, wynika z tego, co Eliade pisze, że o jego ahistoryczność oraz głębię, głębię, która posiada ukryty rdzeń, będący właśnie czymś na przeciw, w opozycji, czymś, co się nie poddaje przypadkowej, historycznej fluktuacji. Eliade polemizuje z Freudem na samym początku. Pisze na przykład o tym, że nie istnieje seksualność "czysta", że najważniejszą funkcją seksualności, "jest funkcja kosmologiczna". Eilade na określenie specyfiki obrazów, używa terminu "wielowartościowe". Eliadego ambicją, z tego, co pisze, jest stworzenie "obiektywnej historii religii"(s.32). Rytmy czasowe, czasem ucieczka od codzienności, na  przykład w teatr albo słuchanie muzyki. Rytmy życia, rytmy śmierci, archaiczny symbolizm łączył się w pewnych zakresach z szamanizmem (s.44). Ponadto pisze Eliade o maieutyce, to jest znana metoda Sokratejska, która tutaj jest synonimem dobywania z głębi prawdziwie wartościowego, niepowtarzalnego oraz autentycznego doświadczenia swojego człowieczeństwa, które jest równocześnie doświadczeniem religijnym. Znowuż chodzi o to, że od historycznej sytuacji, tak zwanych aktualiów społecznych nie da się uciec, niemniej to nie tylko i nie do końca one determinują człowieczeństwo. Przestrzeń święta, czyli przestrzeń Środka, to innymi słowa przestrzeń rzeczywista. Dla intelektualisty jedyna, prawdziwa rzeczywistość-jego praca, książki, laboratoria (s.67). U mnie zawsze ważna była sprawa swojego laboratorium. Byłem nie tylko laborantem w dzieciństwie, ale również pisarzem-opowiadaczem, który opowiada o swoim laboratorium, tak jakby sam fakt bycia w laboratorium, szperania w laboratorium, przeglądania próbówek, oglądania rozmaitych, małych stworzonek przez mikroskop, był ważniejszy od samego eksperymentu. No cóż, nie całkiem poważny to naukowiec, raczej taki przytulny misiak, który lubi sobie stworzyć atmosferę do pracy. A pracować, fakt faktem, nie inaczej bowiem czytałem Brzozowskiego, już na studiach doktoranckich i te jego apele o pracę szczególnie do mnie trafiały. W dzieciństwie czytałem Schulza i pisałem esej o cierpieniu. Schulz powiadał, że cierpienie wcale nie jest dobre. Otóż praca również nie musi być najokrutniejszym wymiarem kary ani szczególnie potworną męką, pisałem zresztą o tym poprzednio w eseju o pracy. Praca powinna być natomiast organicznie związana z człowiekiem, z jego temperamentem, osobowością, zdolnościami, usposobieniem, charakterem, wtedy ona jest owocna prawdziwie. No a ja od najmłodszych właściwie lat albo naukowcem byłem, albo się w naukowca bawiłem, właśnie: może bardziej byłem dzieckiem, które pisząc nie pisało, bo życie tego dziecka było nieustającą, wewnętrzną rozmową ze światem, tak właśnie ze światem rozmawiam do dzisiaj, poprzez i dzięki wnętrzu. Mam rzecz jasna sprawy kalejdoskopowe, jako mały chłopiec lubiłem bawić się kalejdoskopem i to hobby zamieniło się w organiczną część mojej małej osobowości, ja się zmieniałem, dostosowywałem do ludzi, po prostu odbijałem się w ludziach poszczególnych jak w osobnych i rozmaitych lustrach i do dzisiaj nie wiem, które z tych odbić było prawdziwe, przypuszczam, że im wyżej wchodzę, tym lepiej siebie poznaję, moja wędrówka intelektualna jest bowiem poznawaniem siebie właśnie poprzez innych, poprzez te inne lustra, w których się przeglądam. Mam poza tym ostatnio obsesję swojej galicyjskości, tego, że pochodzę z Wielkiego Królestwa Galicji i Lodomerii, że to mnie jakoś napiętnowało, być może uwarunkowało i stworzyło częściowo mój artystyczno-literacki autyzm, który przecież, dzięki pewnym obiektywizacjom, mowa tutaj między innymi o robieniu doktoratu i implikacji z tego wynikających, stał się autyzmem strawnym i możliwym, nawet takim, który może stanowić jeden z nieskończonej ilości kluczy otwierających tajemnicę życia. Jest to, by tak rzec, rodzaj autyzmu konstruktywnego, który ludziom stara się nie wyrządzać szkody, a nawet więcej: pozwala na pewien rodzaj myślenia empatycznego, rozumienia cudzej historii.
Teraz czekam na księdza i myślę sobie, że to nie tylko obrządek, nie tylko kult, nie tylko biała hostia, że to jest o wiele więcej, że to jest Boże. Ksiądz przyszedł po kolędzie, zaśpiewaliśmy kolędę, ksiądz pobłogosławił Nasz Dom, specjalnie dzisiaj nową kartkę przykleiłem, która wita gości, pokropił Dom wodą. Smutno jednak było bez Ewelinki, powiedziałem księdzu, że jest w pracy i że ją długo trzymają, że pracuje w biurze tłumaczeń, że zna angielski i niemiecki, ksiądz był zachwycony tym faktem, że moja Ewelinka zna języki. Pytał mnie o zdrowie, pokazywałem mu szczelnie wypełnioną półkę ze swoimi artykułami i szkicami krytycznoliterackimi w pismach literackich, krajowych oraz jednym zagranicznym, rumuńskim. Pokazywałem mu swoje książki, te poetyckie i prozę, mówiłem mu, że prowadzę wykłady w Domu Kultury Podgórze. Ksiądz siedział, mówił, że pracuję pewnie więcej w domu, opowiadał o tym, że gra w piłkę, że pracuje w szkole, dał mi jeden, tylko jeden obrazek ze Świętą Rodziną. Kiedy wychodził, dom zaczęła wypełniać nicość, na odchodnym rzucił, żeby pozdrowić Ewelinkę, kiedy wróci.
Och, ja mam nicość w sobie i dookoła siebie i nawet te białe gołębie, które odwiedzam na uczelni i w barach, nawet one nie są w stanie zaradzić mojej nicości, białej, czarnej, szarej, ciemnej. A ja chciałbym, żeby moja nicość była ciemna jak studnia, głęboką, studzienną ciemnością i żeby z tej studni dochodziły dobre głosy, dobre wołania, dobre, Boże wołania.

Eliade też pracował w laboratorium. Wiem, że bez mojej Ewelinki nie byłbym dobrym laborantem ani nawet przyzwoitym doktorantem. Bez niej byłbym niczym, bez tej miłości, zrobić wszystko muszę dla tej miłości, białej, szarej, białej, gołębiej miłości w Krakowie, na Rynku, pod parasolami, gdzie gołębie skubią małe ziarenka z grubych rąk, okutych w wełniane rękawiczki, z rąb rynkowych bab, sprzedających precle.



środa, 19 listopada 2014

Esej dla dziadka Ewelinki o zależnościach między pracą a przyjemnością.

Dziadkowi Ewelinki.

Z całą pewnością zjawisko pracy stoi wyżej w hierarchii wartości aniżeli wrażenie czy doznanie przyjemności. Praca kojarzy się z obowiązkiem, jest podstawowym zadaniem człowieka, który chce żyć w społeczeństwie i poprawnie w nim funkcjonować. Uczestnictwo w społeczeństwie na przykładzie pełnoprawnego i pełnowartościowego uczestnika gry społecznej odbywa się właśnie w pracy, dzięki pracy i poprzez pracę.
Przyjemność natomiast stoi niżej w hierarchii cnót. Przyjemność kojarzyła się z czymś niewłaściwym w dawnych wiekach, kiedy życie ziemskie pojmowano jako drogę usłaną kamieniami, drogę pełną znoju i trudu, po której człowieka osiąga wieczne zbawienie w Królestwie Bożym.
Przyjemność w tym sensie była rozdzielona od pracy ostrą granicą. Najpierw powinniśmy pracować, trudzić się, zarabiać na chleb, żeby potem, tym łacniej i chętniej korzystać z uroków życia. Dajmy przykład: zapracowany mąż utrzymujący rodzinę przychodzi po pracy, zakłada swoje ulubione, puchate kapcie, wygodnie zasiada w fotelu i zaczyna czytać gazetę. Czeka na obiad, który ma przynieść mu żona. Rozkosz popołudnia pewnie nie smakowałaby tak intensywnie, gdyby nie była poprzedzona trudem pracy. W tym sensie praca jest konieczna dla przyjemności i przyjemność nie mogłaby zaistnieć, gdyby wcześniej nie poprzedzał jej trud pracy.
W tym też sensie przyjemność jest uczuciem pozytywnym, rodzajem nagrody, który przychodzi po trudach pracy, kiedy człowiek zasłużył sobie na przyjemność. Praca natomiast jawi się w tym dualnym schemacie jako zjawisko konotowane negatywnie, przykra konieczność, która musi zostać starannie i sumiennie spełniona. Praca w najlepszym wypadku jest zjawiskiem neutralnym, po prostu obowiązkiem człowieka jak codzienne czynności higieniczne i toaletowe. Ani ich nie lubimy ani je lubimy, wykonujemy po prostu codziennie pewne czynności chcąc żyć jakoś i funkcjonować w świecie społecznym.
Chciałbym przywołać w tym miejscu Nietzschego. Schemat, który przedstawiłem powyżej jest średniowieczny, dualny, może nawet w pewnym sensie rozdarty. Praca jest cierpieniem, koniecznym przykrym obowiązkiem, który ma prowadzić do zbawienia i osiągnięcia życia wiecznego, które będzie pojmowane jako wiekuista, wiecznotrwała przyjemność. Im więcej się w doczesnym życiu nacierpisz i napracujesz, im więcej się namordujesz i namartwisz, im więcej łez wylejesz i chorób nabędziesz, tym większa i trwalsza będzie twoja nagroda w niebie. Nietzsche będzie tutaj przydatny z tego względu, że jako pierwszy myśliciel zachodni (jeszcze przed Heideggerem) próbował przezwyciężyć dychotomie, sztuczne dualizmy, w które, wskutek olbrzymiego wpływu Platona, obrosła filozofia zachodnia a tym samym życie ludzkie. Nietzsche mówił: nie ma głębi, jest tylko pozór, nie ma prawdy, jest tylko językowa konwencja, nie ma tradycyjnej metafizyki, starej filozofii, bo nie ma fundamentu, na którym mogłyby się wspierać: „Bóg umarł”, to słynne zdanie Nietzschego wprowadza w pewną sytuację człowieka późnej nowoczesności. Nietzsche zwalczał chrześcijańśtwo, lecz jednocześnie w pewien sposób ogromnie je cenił, nie zgadzał się z nim, lecz je szanował. Nietzsche mówi w pewnym momencie, że tylko człowiek prawdziwie głęboki może pojmować świat jako rodzaj gry (czyli Platońskiej, a później chrześcijańskiej dychotomii na prawdziwe i pozorne, powierzchniowe i głębokie, istotowe i złudne). Ludzie bowiem ubierają maski, świat jest balem przebierańców, na którym skrywają swoje prawdziwe twarze, giną, przepadają w swojej roli, maska zaczyna stanowić jedno z ich twarzą. Ludzie, mówiąc językiem Heideggera, „zapominają o swoim byciu”, zapominają o tym skąd przyszli i dokąd zmierzają, maska przyległa im trwale do twarzy, rola staje się autentycznym byciem. Prawda ginie pod maską, a ściślej mówiąc zostaje zastąpiona przez maskę. Człowiek traci swoją prawdę na rzecz maski.
W tym też sensie, powiedziałby Nietzsche, nie ma różnicy między pracą a przyjemnością. Praca staje się przyjemnością i odwrotnie. Pracując odczuwamy nieustającą przyjemność, możemy pracować nieustannie i nie czuć zmęczenia, o ile praca nie jest dla nas przymusem, kieratem, wędzidłem, lecz prawdziwą enklawą twórczej wolności, miejscem na erupcję naszego prawdziwego, istotnego „ja”, w którym dochodzi do spotkania najważniejszych elementów naszego postrzegania i rozumienia świata. Nietzsche w pewnym momencie powie, że to, co osiągnął, nie przyszło mu z wielkim trudem, za cenę wielu wyrzeczeń. Wybrał drogę najbardziej oczywistą i przez to najłatwiejszą. W podobnym duchu wypowiadał się kiedyś ksiądz Tischner w wywiadzie. Tischner powiedział, że wybrał drogę najłatwiejszą, kapłaństwo jawiło mu się jako najlepsza ścieżka do uprawiania ukochanej przez siebie filozofii.
Zastanawiam się jednak w tym momencie, czy zrównując pracę z przyjemnością, obowiązek ze swego rodzaju najłatwiejszym wyborem ścieżki życiowej, sprawy sobie nie upraszczam. Nietzsche anihilował głębię człowieka i świata na rzecz tego, co później inny, francuski filozof Jacques Lacan, nazwie lustrzaną grą odbić na powierzchni świata (bo świat to tylko powierzchnia i gra świetlnych refleksów) a Jean Baudilliard nazwie efektem symulacrum: nie ma tego, co jest, nie ma świata, nie ma twardych, obiektywnych pewników, świat jedynie nam się wydaje, my sami siebie zmyślamy i sami się sobie wydajemy. Istnieje zatem tylko powierzchnia, forma, złudzenie, rola, maska, gra, konwencja. Prawdy nie ma, jest tylko pozór. Nie ma pracy, jest tylko przyjemność. Człowiek musi sobie stworzyć ziemski raj, tutaj na ziemi, bo po ziemskim bytowaniu nie ma nic, jest nicość, czarna otchłań. Po co zatem trudzić się czymkolwiek tutaj, na ziemi, skoro później i tak nie czeka nas nagroda? Lepiej już używać tego życia póki można, nie myśleć o jutrze, dać się porwać chwili, nie czekać na zbawienie ani sąd. Jestem człowiekiem, wolno mi wszystko.
Otóż właśnie tutaj jak się zdaje tkwi zasadniczy błąd pojmowania pracy jako tylko i wyłącznie przyjemności, która jest celem samym w sobie. Nade wszystko praca, aby mogła być naprawdę nazywana pracą, powinna mieć cel(telos) zewnętrzny, obiektywny, powinna czemuś służyć, w szczególności służyć innym ludziom. Praca powinna być pojmowana na zasadzie d i a l o g u, interakcji międzyludzkiej, komunikacji, która ma przynieść pożytek obu stronom. Nauczyciel przychodzi do klasy ze swoją wiedzą, na którą pracował przez długie lata. Jego zadaniem jest przekazać tę wiedzę uczniom, spełnić swoją społeczną misję i powołanie, a przy okazji zarobić na swoje życie. Uczniowie natomiast korzystają, a przynajmniej powinni korzystać z jego mądrości i doświadczenia i uczyć się podstawowych ról w świecie społecznym. Wykładanie przedmiotu przez nauczyciela , jeżeli jest autentyczne, prawdziwe, pełne pasji i wiarygodnego zaangażowania, jest w stanie przekonać uczniów, że wiedza, którą przyswajają, nie jest bezwartościowa i warto może pójść ścieżką wskazaną przez nauczyciela. W tym też sensie praca nauczyciela może sprawić przyjemność zarówno osobie wykładającej jak i słuchaczom, a przy okazji być dobrze, a nawet bardzo dobrze spełnionym obowiązkiem. Praca powinna być bowiem pojmowana w kategoriach obowiązku. To jest założenie, bez którego pracowanie traci sens, istotę, rozprasza się w banale powierzchowności. Praca potrzebuje zewnętrzności, obiektywności, drugiego człowieka. Praca jest ze swojej istoty d i a l o g i c z n a .
Powoli dochodzimy do konkluzji tych rozważań. Praca może być przyjemnością. Praca naukowca, artysty, jest wtedy ciekawa i przynosi dobre rezultaty, kiedy w jej efektach znać pasję, zaangażowanie, autentyczną ciekawość świata, bez której świat powołany do życia przez artystę czy naukowca, byłby nudny, nieprzekonujący, „nie zarażałby tak” drugiej strony, swojego czytelnika, odbiorcy, nie wciągałby tak w swoje meandry i głębiny intelektualnych powikłań.
Jednak praca, która zamyka się jedynie w obrębie samej przyjemności, przestaje być pracą godną. Praca, która ma na względzie tylko jednostkowe dobro, która zamyka się w obrębie solipsystycznego i autotelicznego pragnienia przyjemności, nie jest pracą godną. Praca dopiero staje się godna, kiedy ma na względzie nie tylko dobro własnego „ja”, ale także dobro innego człowieka. Praca staje się godna, kiedy jest wykonywana z m i ł o ś c i ą. Miłość znaczy tutaj tyle, co przezwyciężenie własnego, zamykającego egoizmu na rzecz t r a n s c e n d e n c j i, przekroczenia swojego „ja”, w kierunku drugiego człowieka, który mnie określa i którego obdarzę miłością. Wtedy praca uzyskuje to, co Karol Wojtyła w pracy „Miłość i odpowiedzialność” nazwał „obiektywnym profilem miłości”. Praca staje się wtedy częścią obiektywnego uniwersum wartości, człowiek nie jest już osobną monadą, zamkniętą w kręgu własnych pragnień, ale staje się częścią wspólnoty, która określa jego powołanie i pracę. W tym sensie praca tak pojmowana może sprawiać przyjemność, dawać radość z dobrze wykonanego zadania, a także radość z samej wykonywanej pracy, ale autentyczną radość daje właśnie wtedy, kiedy jest pojmowana w kategoriach obowiązku, czyli czegoś nad czym stoi sankcja zewnętrzna, obiektywna, nadająca realny (wspólnotowy , społeczny) sens działaniom człowieka.
Nie trzeba bać się pracować, praca nie musi być katorgą. Brzozowski pisał, że tylko w pracy człowiek naprawdę istnieje. Ale praca nie jest również li tylko samą przyjemnością. Jest też wysiłkiem; głębokim i trudnym wysiłkiem intelektualnym (bo taki miałem tutaj na myśli), który służy nie tylko pogłębieniu wartości duchowej, moralnej i intelektualnej człowieka, ale również służy drugiemu człowiekowi, wykonywany jest ze względu na drugiego (Levinas powiedziałby Innego), co nadaje sens naszym poczynaniom, naszej pracy i nadaje jej znamiona świętości, czegoś, dzięki czemu jesteśmy bliżej Boga. Tischner pisał, że kiedy jesteśmy bliżej człowieka, jesteśmy równocześnie e bliżej Boga. Kochając swoją pracę, kochamy równocześnie człowieka, któremu swoją pracą służymy, a tym samym kochamy Boga. Kochamy go nawet wtedy, kiedy o tym nie wiemy i nie chcemy go kochać, ale to już temat na inną opowieść.

Po upływie pewnego czasu znów przyjrzałem się swojemu esejowi na temat pracy. Ostatnio usłyszałem od promotora mojego doktoratu, że w przygotowany przez siebie wykład włożyłem „bardzo dużo pracy”. Zastanowiło mnie to sformułowanie. Czyżbym ślęczał i męczył się bez ustanku, wylewał siódme poty i w ogóle nie spał i był na granicy fizycznego i duchowego wyczerpania oraz paraliżu? Czy też może przeciwnie, sformułowanie „bardzo dużo pracy” byłoby tutaj przede wszystkim synonimem efektywności, że ten wykład w y g l ą d a ł, czy też j a w i ł się, jakbym włożył weń niezmierną ilość pracy. 
Nie ukrywam, że mój promotor kiedyś powiedział o mnie do mojej koleżanki doktorantki, że ja „lubię” to, co robię, że ja lubię swoje literaturoznawcze zajęcie, a w opinii napisał, że „traktuję je z pasją”.
Tutaj powoli dochodzę do czegoś bardzo delikatnego. Otóż jest różnica między pasją a zatraceniem się negatywnym. Otóż pasja jest rodzajem koniecznego imperatywu, który powoduje dalszy, intelektualny ruch. Natomiast negatywne zatracenie się powoduje coś przeciwnego: powoduje blokadę wewnętrzną, wewnętrzny paraliż, że nie możemy się odblokować ze strachu przed czymś podświadomym, które siedzi w nas mocno (rodzaj nie tylko jungowskiego, co freudowskiego „archetypu”), i nie daje przejść do porządku dziennego nad tym z pozoru tylko zwyczajnym słowem: „praca”. Czym tak naprawdę jest praca? Próbuję sobie wielokrotnie odpowiadać na to pytanie. Czy moje życie jest nieustającą pracą, skoro cały czas czytam i piszę, a skoro ja czytanie i pisanie traktuję po prostu jako przyjemność, to czy ja nadal pracuję, czy udaję może? Czy może w ogóle udaję, że żyję, że jestem, skoro nie posiadam realnej pracy, a ciągle bawię się, bawię się w pracę wymyśloną, zmyśloną jak fikcję, w której ciągle jestem głównym bohaterem. Drogi mojego myślenia od długiego czasu bowiem nie zmieniają się, owszem, zauważam nieustający przyrost wiedzy i rozmaite, wewnętrzne modyfikacje z tym związane, ale zasadniczo i rdzennie pozostaję ciągle tym samym człowiekiem, którym byłem. Pewna nierozwiązywalność jest we mnie, kwitnąca czasem na czarno a czasem na zielono aporetyczność mojej wewnętrznej konstytucji. Staram się podziwiać świat, zawsze zdrowy byłem, kiedy potrafiłem świat podziwiać w jego zewnętrznej postaci (zewnętrze to jest wnętrzem i wnętrze jest zewnętrzem). Podziwiam świat poprzez literaturę, nie mam innego sposobu, to moja jedyna droga i jedyne wyjście. Kiedy czytam książkę Mariusza Urbanka o Tuwimie, całe życie Tuwima, jego dogłębna, czarna przepaść bólu, depresji, załamania, mi się objawia. Bywam tym przerażony i dalej się zagłębiam w te literackie, czarne czeluście, choć wiem przecież, że wyjście na powierzchnię jest zawsze wyjściem do ludzi. Nie można kochać, nie można naprawdę pisać, czyli pisać z miłością, kiedy nie kocha się ludzi, nawet wtedy, kiedy pozornie tylko niewiele mnie z nimi łączy, choć z ludźmi przecież łączy mnie wszystko, to oni we mnie żyją, moi bliscy, przyjaciele i nie tylko i rzeźbią moje wewnętrzne krajobrazy i temperatury, to dzięki nim ja oddycham. Ale komu się mogę zwierzyć? Nawet sobie nie potrafię się porządnie zwierzyć, tylko Panu Bogu i w zasadzie najgłębiej poprzez poezję, dlatego wiersze moje są modlitwą myślę, ja się tak do Pana Boga we mnie i na zewnątrz mnie, modlę. Ta ciemna modlitwa mojej duszy, w której śpiewają białe ptaki, niekiedy podniośle, w ciemnym źródle, jest moim białym i ciemnym oczyszczeniem.
Żyję po to, żeby nieustannie z kimś rozmawiać, żyję w ciągłej potencjalności ciemnej i jasnej modlitwy.
Więc moja przyjemność jest pracą a praca przyjemnością, ale zawsze w Bożej służbie pokornej, ciemnej albo jasnej modlitwy.
Lęk nie jest dobrym doradcą, lepszym jest poezja. Wolność zawsze pochodzi z poezji.
Białe ptaki, białe gołębie wypuszczone z szarej i ciemnej klatki fruną wysoko, pod niebieskie niebo. Myślę, że miłość jest niczym innym jak ukochaniem życia, którego treścią są różne, ciekawe zajęcia.
I na tym dzisiaj poprzestanę.




czwartek, 23 października 2014

Żółte wspomnienie o moim stryju dziadecznym, Edwardzie Leniku.

Najciekawszy dzień tygodnia. W poniedziałek załatwiam swoje sprawy, jakoś zbroję się na nadchodzący tydzień. Dzisiaj na przykład kupiłem bilety na jutrzejszą podróż. Wyjeżdżamy bardzo wcześnie rano. Przed szóstą. Jedziemy do Warszawy, na pogrzeb mojego stryja. Nie znałem go zbyt dobrze. Dzisiaj, kiedy szedłem do biblioteki, układałem w myślach, co mógłbym o nim powiedzieć, gdyby kazano mi wygłosić mowę pogrzebową na jego cześć. Kiedy szedłem ulicą Piłsudskiego w Krakowie, obok siedziby Towarzystwa Sokół, naszła mnie krakowska, jesienna epifania, że stryj, kiedy gościł u nas, w Krakowie, nadawał Krakowowi kształt szczególny, kształt niezwykły, kształt, by rzec, stryjeczny. Stryj przecież długi czas mieszkał w Krakowie. Dopiero później przeprowadził się do Warszawy wraz z rodziną. Miał żonę, córkę i syna. Stryj był Sybirakiem, pułkownikiem wojska polskiego i doktorem historii. Stryj wiedział, co to był Gułag, zaznał go. Spisywał swoje wspomnienia. Podobno do tej chwili zebrał się ich spory stos. Czytałem jedynie wycinek, dawno co prawda, jeszcze na studiach, ale zrobiły na mnie wówczas dobre wrażenie. Stryj był ogromny, łysy jak kolano, nie posiadał jednej nerki (teraz żółty mocz i ta jego niedołężność, która przecież ogromniała). Był potężnym mężczyzną, barczystym, silnym, przecież przetrwał Gułag.
Bardzo mnie zawsze ciekawił ze względu na jego długowieczność. Urodził się w tym samym roku, co nasz papież, w 1920. Zmarł niedawno, kilka dni temu, dokładnie w czwartek dowiedziałem się o jego śmierci, w czwartek, w którym to dniu umówiłem się z moim dziadkiem na obiad.
Dwa razy albo trzy razy w życiu spędziłem czas z moim stryjem, Edwardem Lenikiem. Może trochę więcej: pięć albo sześć. Dokładnie nie pamiętam. Choć przecież pamiętam go dość dobrze.
Jak powiedziałem już, Kraków pod wpływem stryja Lenika, nabierał pełniejszych kształtów, ogromniał jakby w swojej, wielkiej, pęczniejącej duchowości, to dzięki stryjowi ja patrzyłem i jeszcze bardziej Kraków kochałem, można powiedzieć, że stryj z Warszawy przywoził mi Kraków na nowo.
Pamiętam jego niebieską koszulę, podobną trochę do piżamy, ciepłe, przytulne mieszkanie w Warszawie, spacery do Łazienek, kawę, którą piłem i książkę, którą czytałem po obiedzie (nie poszedłem wtedy na spacer ze stryjem i dziadkiem do Łazienek, zbuntowałem się, chciałem wypić kawę z mlekiem i zapalić w ukryciu papierosa na balkonie, z którego było widać zielone drzewa, brązowe gałęzie, skwery na ulicy Belwederskiej).
Pięknie opowiadał, wieczorami piliśmy piwo i siedzieliśmy przy stole nakrytym białym obrusem, na obrusie kosz z owocami.
Nie wiem, co jeszcze mógłbym powiedzieć, czy napisać o moim potężnym, ogromnym stryju.
Wiem, że pisał także dzieło naukowe, filozoficzne, dotyczące czasu. Dręczyłem dziadka przy Wigilii, w naszym domu, w Tarnowie, aby zdobył dla mnie te pisma stryja.
Kiedyś przyjechał także do Tarnowa, ale nie zmienił tego miasta, tak jak zmieniał Kraków.
Zresztą, może byłem zbyt młody, żeby dowiedzieć się o tej zmianie, żeby ją poczuć w świadomości. Jeszcze student, dość nieopierzony, nawet bardzo nieopierzony, siedziałem przy stole i słuchałem rozmowy dziadka, taty, stryja, zapytał tatę, pamiętam do dzisiaj: „Piotrek, a czy ty pomagasz swojej żonie?” Tata odrzekł, że tak, wtedy po kuchni kręciła się mama i przyrządzała dla nas obiad, dzisiaj jest w Chicago i ratuje nas wszystkich przed finansową zgubą. Chcemy odnowić kamienicę w Tarnowie, kamienicę, w której dojrzewałem jak świeży pomidor, jabłka, szczypiorek, seler, pietruszka, marchewka, niedaleko naszej kamienicy był warzywniak, lata dziewięćdziesiąte, mocno pachniało w nim jarzynami.
Więc nie zmienił Tarnowa, przynajmniej ja nie poczułem tej zmiany, być może Tarnów i nasz dom w Tarnowie, nasza kamienica, były zbyt silne, zbyt mocne, zbyt wrośnięte w tarnowską ziemię, żeby tej zmianie podołać? Nasza tarnowska kamienica mocno tej zmianie się opierała, ja się jej mocno opierałem, być może wtedy jeszcze nie nadszedł czas, ten jeden, jedyny i właściwy czas.
Była to niezwykła wizyta, biały, potężny stryj, ciągle go widzę w tej niebieskiej koszuli, która przypominała piżamę. Och, mówię Wam, przyjaciele, ta jesień, którą wszyscy przeżywamy, ta ciemność, która zapada w naszych domach i na zewnątrz, na dworach, na polach, nasza miłość, nasze kobiety, nasze rodziny, ta cała jesienność, jesienność tych dni, niezwykłe kolory, intensywność, żółć, zieleń, brąz, czerwień, jesienne liście, sklepik na dole, moja, co poniedziałkowa wizyta w bibliotece osiedlowej, nakrętki sypiące się z żółtego woreczka (to nie mocz, ale żółć cieplejsza, bardziej bezpieczna, choć także przecież nieco groźna, zapowiadająca).
Ciemność za oknem, Piślo otulone kocykami. Panie, czekam na blask, brzask, rozświetlenie, światło w pokoju, czyj jestem? Zacząłem czytać Carpentiera „Szaleństwo i metodę”, jak w każdej książce, nie historii szukam, a codzienności, historia się zmienia, codzienność zostaje.
Zacząłem czytać Carpentiera w tych jesiennych, żółtych, złotych i czerwonych liściach, w tym mroku, w tej nocy, w tej ciemności.
Pożyczyłem z biblioteki osiedlowej Herberta „Labirynt nad morzem” oraz Hrabala „Piękną rupieciarnię”.
Stryj, łysy jak kolano, potężny, mały i bezbronny, w niebieskiej piżamie, widzę go jak wstaje z łóżka, je śniadanie, ogląda coś w telewizji, a potem idzie do swojego pokoju, aby we mgle i zapomnieniu, w amoku zapomnienia, w siwej, dymnej mgle, gdzieś poza światem i poza czasem,
pisać. Oby tam, gdzie jest teraz, mógł robić to samo.
Choć przecież być może tylko ziemia, nasz tutaj, ziemski pobyt, potrafi dać nam szczęście prawdziwe, to znaczy takie, które nie jest tylko radością, ale również cierpieniem i bólem, w tej czarnej ziemi, w tym zamglonym dymem i siwymi kłębami pokoju, w którym zmartwychwstaje czas jak stryj w swojej niebieskiej koszuli, białej piżamie.

Żółty stryj i czarne, niezwykłe Królestwo Galicji i Lodomerii. Aneks poetycki, kuchenny, prosto z pieca chlebowego.


Ten wiersz napisałem równo rok temu, symetria się zaciska, dzisiaj lekkie poddenerwowanie, ale nie tak jak wtedy, coś innego, jesień, deszcz. Wczoraj byłem na pogrzebie mojego stryja, na brązowej trumnie czapka pułkownika wojska polskiego, w czasie nabożeństwa widziałem jak świeża, dobra, żółta, nieco słoneczna i mgielna energia unosi się znad trumny, widziałem łagodne światło, znak, że stryj jest. Ożywiał mnie stryj cały czas wczoraj, kiedy jadłem, piłem, rozmawiałem z rodziną, kiedy jechałem pociągiem i czytałem jego wspomnienia z łagru i te późniejsze, domowe, mój wzrok był zmęczony, wstałem o czwartej rano, coraz bardziej zmęczony, przenikałem czarnym, ciemnym wzrokiem na tę jedną, ale nie ostateczną, drugą stronę, zanim powiem słowo: ostatni, będę musiał szczerze i dobrze się zastanowić, albowiem towarzyszyła mi ta żółta, dobra, stryjeczna poświata, jeszcze dalej, w Krakowie, przenikałem i uśmiechałem się do swoich myśli, tam w Warszawie poczułem silnie i istotnie, gdzie należę, gdzie jest moje miejsce, że należę do Królestwa Galicji i Lodomerii, że tam powstają moje wiersze, teksty, utwory poetyckie i te mniej poetyckie, bardziej krytycznoliterackie, zawsze gdzieś na styku między niebieskim, białym niebem, a czarną, żyzną ziemią, że tam istotnie oraz prawdziwie pracuje moja wyobraźnia, tam, tutaj, właśnie tutaj: w Królestwie Galicji i Lodomerii. Patrzyłem, brałem udział w pogrzebie w moim czarnym płaszczu i wciąż przenikałem, wciąż uśmiechałem się do swoich myśli, ja, moja ciocia przedstawiła mnie: to jest Michał, poeta, ale zapomniała dodać: poeta z Królestwa Galicji i Lodomerii. Więc przenikałem, śmiałem się, uśmiechałem, na tej stypie nie czuć było śmierci, ale istotny, czarny brak, że skończyła się potężna, niewidzialna, ale konieczna energia, żółta i trochę mgielna przez zapomnienie, energia naszego stryja. Ja widziałem, stryj zmarł, kiedy miał 94 lata.
Piękne i wspaniałe mieszkanie stryja, pełno książek i te wspaniałe, pięknie napisane wspomnienia, wspomnienia mojego stryja, ale cicho, wciąż, nie przeszkadzaj, nie dzwoń, nie rozmawiaj, przenikaj, tam, na drugą, nieco czarną stronę, do Królestwa Galicji i Lodomerii.
Nie chciałbym mieszkać w Warszawie, choć może to jest miasto dla normalnych ludzi, choć pewnie jest to miasto dla normalnych ludzi.
A ten wiersz, cóż, miałem wkleić inny, "Czarne obłędy", prosto z Królestwa Galicji i Lodomerii, ale wklejam inny: "Daniel", też stamtąd, ale starszy, to znaczy młodszy, bo pisałem go, kiedy miałem mniej lat i jeszcze dokładnie nie wiedziałem, gdzie jestem, bo miejsce, w którym byłem, było jedyne i właściwe i konieczne na ziemi, a tej Warszawy trochę się przestraszyłem, trochę wniknąłem czarno i niebiesko w siebie i wglądnąłem i zobaczyłem skąd jestem, że my wszyscy, dziadek, tata i ja, a ja podwójnie, jesteśmy z Królestwa Galicji i Lodomerii i płynie w naszych żyłach niebieska krew, która użyźnia naszą, czarną ziemię. Stryju, poczekaj, jeszcze o Tobie napiszę, wiem, że u dziadka czytałeś mój tom, "Odpoczynek po niczym" i podobno bardzo Ci się podobało, stryju czekaj, poczekaj, już napisałem o Tobie wspomnienie, a to był tylko jedynie i zwłaszcza, poetycki aneks, ale bez tego wiersza. Prosto z pieca chlebowego Królestwa Galicji i Lodomerii.

Dzisiaj już po pogrzebie stryja. Nerwy, nerwy, nerwy, tyle rzeczy się nagromadziło i dalej gromadzi, że nie wiem w co ręce złożyć. Mam nadzieję, że to się wnet uspokoi.
Dzisiaj na spotkaniu literackim siedziałem, spałem, a potem zadałem pytania.
Stryj był potężny, barczysty, łysy jak kolano, przypominał czasem duże, niewinne dziecko.
Może ta niewinność pozwoliła mu przetrwać te straszliwe łagry, być może tą niewinnością stryj zjednywał sobie ludzi. Niewinności nie mylić należy jednak z naiwnością. Rzekoma prostota w literackiej warstwie jego wspomnień w istocie bogata jest o głębię, dobrą głębię. Stryj był bowiem wrażliwy na świat, wrażliwy mądrze, to znaczy on kochał widzialność, tej widzialności dawał świadectwo jasne, konkretne i przejrzyste, co nie znaczy, że nie miał literackiego talentu. Pierwsze strony jego wspomnień z Syberii przypominają trochę pisarstwo Ernesta Hemingwaya, są literacko piękne i urzekające.
Do dzisiaj widzę jego pokój, już czysty i jasny, przepełniony jasną mgiełką tamtego świata.
Do dzisiaj widzę jego czapkę pułkownika wojska polskiego na brązowej trumnie i jego piękną, żółtą energię, która z tej trumny się dobywa.
Widzę to wszystko tutaj, choć tam, w Warszawie widziałem to inaczej, ale tutaj, w tej mojej Galicji wszystko znów zostaje trochę uśpione, senne, widziadła, widziadełka, od kurczaczka nóżka i porcja groszku, surówka z marchewki, kompot i sen, sen w tym czarnym bezkresie aż po wybudzenie się w kolejnym dniu, jesiennym, jasnym dniu, nienasyconym nasyceniu.








poniedziałek, 8 września 2014

Czytanie świata.

Ciągle poszukuję języka. Nie istnieje chyba ten jeden, właściwy język-dajmy na to język poezji, język wierszy. Ich jest spora ilość. A wszystkie są rozwibrowane, rozfalowane, nieco meandryczne, kapryśne, chaotyczne, można powiedzieć wszechświatowe, ale w swoim rdzeniu istotne, gdzieś w tej czarnej jedności, nicości, zjednoczone. Głęboka, czarna dziura Wszechświata jest zszyta białą albo czarną nitką (białe króliki). Wydaje mi się, że gęstość świata odpowiada gęstości języka. W tym sensie myśl ściśle przylega do życia, nie odkleja się. Pojęcia i rzeczy trwają zjednoczone w silnym uścisku. Tak jest. Czytam świat tak jak książki, innych ludzi również czytam jak książki, wiersze, poematy, poezje, prozę poetycką. Jedna rzecz, na którą chce zwrócić uwagę to migotliwość i wielość rozmaitych poetyk, ale i to za mało, żeby oddać jakąkolwiek całość, więcej: za mało, żeby do jakiejkolwiek całości się zbliżyć. Jest poetyka różnych czasopism i różnych opcji, dajmy na to, kiedy przeglądam ten wirtualny świat, rozmaite jego strony i warianty, niektóre poetyki wydają mi się absurdalne i obłędne, wariackie, maniackie wręcz. Nie posądzam tych poetyk o manipulację, dobra manipulacja to taka, która dba pozornie o bezpieczeństwo i psychiczny komfort manipulowanego, do czasu, do czasu oczywiście, kiedy temu czy owemu nie przyjdzie zapłacić sporej sumy za swoją wrażliwość. Jest taka na przykład strategia wyłudzaczy pieniędzy niedaleko rozmaitych teatrów, dziewczyny i chłopcy z organizacji dobroczynnych, które chcą uzdrawiać świat. Rozmowa pewnie może być bardzo miła do czasu, kiedy nie zejdzie w sferę konkretów, czyli pieniędzy. Jesteśmy mili dla Ciebie, kliencie, kiedy możemy Ciebie doić jak dojną, mleczną, białą (oraz kawową) krowę. Kiedy nam się wymykasz, jesteś co najmniej obojętny. Wymykają mi się gdzieś, na obrzeża, to i tamto. Ten nie przedstawia, bo nie ma, tamten tak, bo ma to i tamto, nazwisko, nagrody, wyróżnienia, laury i mówi głosem jakiejś tam stajni czy obory, czy obozu, rzadko przemawia głosem swoim, przeważnie jest to głos takiego czy innego, zapewne mniej lub bardziej lumpenproletariackiego środowiska. W istocie, ciężko jest mi czasem przemóc nienawiść, wściekłość, chociaż zupełnie nie mam powodów, żeby o cokolwiek się wściekać i kogokolwiek lub czegokolwiek nienawidzić, ja nie wchodzę w drogę tym lub innym, tamtym i onym i dla tamtych lub onych obojętny jestem mniej lub bardziej skrajnie, jako nikt lub pan nikt, niewidzialny, biały, szary, przeźroczysty człowiek.
Jeżeli piszę już, to piszę tym moim pokawałkowanym, szarym mydełkiem frazy. Generalnie jest we mnie silny pęd do oddania całości moich przeżyć i całości mojego świata. Jest na to sposób taki: poprzez wyliczenie: byłem tu i tu, na Kopcu Kościuszki, na Kopcu Krakusa, w Zoo, na Kopcu Piłsudskiego, w Szczawnicy, wyjechaliśmy na Palenicę, potem, przez Wysokie Skałki, zeszliśmy do Homola, następnie w Jaworkach zjedliśmy pyszne placki z gulaszem, posypane oscypkiem. Więc mógłbym przez wyliczenie i oddanie zjawisk: żółte, czerwone, zielone liście, krajobraz nasycony słońcem, złotem, niebieskim niebem, białymi chmurami, zielonymi polanami, łąkami, dolinami, drzewami, widokami na zieloność i białe domy, i widok pasących się białych owiec i pilnujących tych owiec białych psów. Więc mógłbym tak pisać, że ominąłem psa, że nadepnąłem na kamień, że odcisk, oścień, oścież, że ziemia w grudkach kamieni.
Mógłbym poprzez ziarnistość i gęstość do świata, mógłbym poprzez gęstość i ziarnistość. Towarzyszył mi w tej górskiej wędrówce, w tej zieleni, w tym niebieskim niebie, w tym spacerze przez łąki, towarzyszyła mi w myślach książka "Trzecie królestwo" Kuśniewicza, takie coś na pograniczu eseju i powieści, czyli coś, co lubię bardzo, do tego dodam, że tam jest, tam występuje silny erotyzm, wręcz zwierzęcy, zwierzęcy, czyli ludzki, no to jest powieść mocno zmysłowa, sensualna, tam wszystko się pleni, buja, kwitnie od znaczeń, treści, kwiatów, zwierzęcej sierści, nagiego, dotykalnego ciała - skóra, jak się okazuje, potrafi mówić. Więc z jednej strony ten zwierzęcy erotyzm a z drugiej jakieś silne, ukryte, podskórne pragnienie religijności. Podczas procesji Bożego Ciała można tego doświadczyć, kiedy malutkie dziewczynki w wiankach rzucają czerwone i białe kwiaty na drogę, to bardzo ciekawe, bardzo polskie do tego, gdzieś tam w tych dekoracjach, teatralności, gdzieś tam, płynie nurt żywego. I teraz złe słowa: teatralność i dekoracja to nie Kuśniewicz, to Różewicz, on się lubował w teatralnych, gazetowych makietach. Kuśniewicz się lubuje natomiast w takim niedźwiedzim, psim i wilczym popędzie, żeby to wszystko zeżreć i pożreć, żeby ten świat w jego zmysłowej, namacalnej postaci zeżreć i pożreć. To się z Miłoszem kojarzy, być może, pewnie tak, ale Miłosz pożerał, rzeknę, filozoficznie, Miłosz nie tylko pożerał, ale miał także określoną filozofię pożerania, on pożerał z wdziękiem, filozoficznie, nie był drapieżnikiem, raczej był pożeraczem roślinożernym, Kuśniewicz natomiast jest pożeraczem mięsożernym, gdzieś tam, gdzieś w głębi, jest ukryty silny nurt zjadania, łaknienia, łączenia się w seksualnym spazmach i splotach, gdzieś tam drzemie jak niedźwiedź bardzo mocno zwyczajne, ludzkie pożądanie i wyuzdanie, tak, Kuśniewicz jest mięsożercą, Miłosz jest roślinożercą, Miłosz je przyrodę, Kuśniewicz zwierzęta, ludzi, mięso, sierść, wysysa chyba nawet do nagiej, białej kości. Do tego jest Kuśniewicz wrażliwy na zewnętrzność i powierzchnię bardzo (i nie mylić tutaj powierzchni z dekoracją). Wyjaśniam różnicę między tym, co powierzchniowe a tym, co dekoracyjne. To, co powierzchniowe nieuchronnie implikuje to, co głębokie, choćby sprzeniewierzając się temu, co głębokie, chodzi o to, że źródło, ciemne źródło nawet, istnieje, a nawet, kiedy odmawiamy mu realnej mocy czy nawet istnienia, ono poprzez zaprzeczenie dalej sobie spokojnie bytuje, istnieje, nicościuje. Natomiast dekoracja (w sensie Różewiczowskim, bo powierzchnię wyjaśniam w kontekście Schulza i Kuśniewicza), istnieje jako teatr, gazeta, teatralna makieta. Generalnie nic nie ma, kurtyna podnosi się w górę, kurtyna opada i to wszystko, całe przedstawienie, początek, środek, koniec, nie ma tam żadnej tajemnicy, jest spokojna dekoracja, podnosi się i opada, podnosi się i opada. Dekoracja, makieta, teatr, gazeta, "Śmierć w starych dekoracjach", przypominam dłuższe opowiadanie Różewicza.
Dlatego mnie jest Kuśniewicz bliższy, ten zwierzak jeden sierścisty, ten niedźwiedź, ten psi pisarz, w swoim spsieniu przecież na swój sposób genialny.
Wracam do początku. Poszukiwanie języka to jest trochę jak przyjaźń ze zwierzątkiem, wewnętrznym, sierścistym zwierzątkiem w sobie. Poszukiwanie języka to jest również ciągle wychylenie ku temu, co zewnętrzne. Zewnętrzne oznacza powierzchniowe, dialogiczne, międzyludzkie, ale również wypływa z tego, co wewnętrzne; chodzi bowiem o to, żeby zewnętrzność i wewnętrzność, no wiadomo o co chodzi, pokój, harmonia itd.
Natomiast nicościujący aspekt języka, nihilistyczny aspekt, aspekt ateistyczny, aspekt lewicujący.
To jest pytanie (dla mnie) o to, kto pierwszy wpadnie w depresję. Czy poeta, co wzrok swój kieruje na prawo, czy też ten autor, co na lewo? Chciałbym unieważnić tę dychotomię na rzecz czegoś, co nazwę po prostu strumieniem życia, pięknym, nieprzewidywalnym, ale też takim, który powinien być trzymany w karbach, czyli jednak ważny jest plan wewnętrzny (i zewnętrzny), porządek (wewnętrzny i zewnętrzny również), trochę kurzu, ale nie za dużo, od czasu do czasu dym z papierosa, ale po dłuższej przerwie, żeby lepiej smakował i tak dalej, wyjścia na balkon w godzinach nocnych, głębszy namysł nad swoim życiem, rozmyślanie o otaczających mnie ludziach, znajomych, przyjaciołach, rodzinie, dziewczynie.
Mam głębsze przeczucie, oparte na powierzchniowej, jesiennej intuicji, że eksperyment i zdrada są możliwe, o ile istotnie ocierają się o jesień, jesienne liście, kolory, góry jesienią, Tarnów jesienią i tak dalej. Chodzi mnie mniej więcej o to, że kiedy idę ulicami Tarnowa na przykład, wchodzę w inną całkiem czasoprzestrzeń. Silne jest to podczas święta Wszystkich Świętych, kiedy odwiedzam groby, nigdy tak silnie nie mieszają się porządki miłości i śmierci, Eros i Thanatos zaczynają grać w tym samym teatrze, występować w tych samych dekoracjach-namacalnych mocno, a jednak dość znacznie jednak odległych. Odległych? Tak, bo oddziela je mimo wszystko (dekoracje od życia), zamglona szybka ciała. Więc zwierzątko ma sierść, dajmy na to szarą albo brązową, więc żre to zwierzątko świat, pożąda go i łaknie i nie ma w tym nic zdaje się złego. Można powiedzieć, że wyobraźnia poniekąd naturalnie wybiera, zależy jej wybór od kilku czynników: zdrowia, urody, fizycznej tężyzny, stanu psychicznego, duchowej kondycji. Tak czy inaczej przywoływanie duchów zmarłych jest przecież wyborem miłosnym, zdradą wobec tu i teraz, fatalną siłą erotyczną, która sprowadza na manowce. Jakże jednak piękne są te manowce ucieleśnionej wyobraźni, w nich przecież jakoś objawia się żywe ciało świata, nie mogę tego inaczej nazwać niż właśnie w ten sposób: żywe ciało świata, jak biała hostia, sakrament, który prowadzi do nieosiągalnego Pana Boga, Który jest jednocześnie na wyciągnięcie ręki: na przykład w tym skromnym, małym drewnianym Kościółku na dróżce prowadzącej na Kopiec Kościuszki.
Powracam tedy do Kuśniewicza, klucząc i meandrując: już powiedziałem, tam w sposób szczególny i zwierzęcy, a może dlatego szczególny, że zwierzęcy, jest oddana uroda świata, nieco szara, nieco pokawałkowana, ale przecież nie pozbawiona kwiatów, kubków na herbatę, może nawet bud jarmarcznych. Więc mnie się wydaje teraz taka rzecz: istotny jest bardzo aspekt ludyczny świata i właśnie owe jarmarczne budy, bardzo ważne jest również kino i seanse kinowe, generalnie poprzez ludyczność (teraz nad moją ulicą i osiedlem zawisł żółty jak mój kubek do herbaty księżyc), to, co zabawowe, dalej idąc: rytualne, dokonuje się istotna inicjacja nie tylko w kulturę, ale również w życie.
Kolejna sprawa do rozważenia: odmienność poetyk. Zwróciłem uwagę ostatnio, że większość poetyk, z którymi mam do czynienia (i przepraszam, że to mówię), poetyk rozumianych jako różne warianty istnieniowe bytowania w świecie wirtualnym, jest dla mnie do przewidzenia łatwa. Tym niemniej rozróżniam poetyki mi bliższe i dalsze. Bliższa jest mi, przyznaję, poetyka kościelna, poetyka, jakkolwiek bluźnierczo to zabrzmi, mszy świętej, czy też wspólnego uczestnictwa co niedzielę w nabożeństwie. Więc poetyka katolicka jest mi bliska zdecydowanie-to znaczy nastawienie nie na umieranie i śmierć, ale na życie i ciągłe przeżywanie, wibracje elementów wewnętrznych i zewnętrznych. Bliska jest mi również poetyka spotkania i dialogu, wiąże się z nimi również poetyka zabawy. Poetyka zabawy, czyli znów wracam do aspektu ludycznego, dla mnie jednego z najważniejszych w kulturze, dzięki któremu można osiągnąć istotne oczyszczenie. Mam bowiem wrażenie, że takie nasze, swojskie, ludowe i ludyczne katharsis, to jest między innymi katharsis alkoholowe. Idę dalej. Wyższą formą wtajemniczenia w ludyczność jest możliwość zaprezentowania swojej pracy (traktowanej jako po prostu pożyteczna forma spędzania czasu a przez to w pewien sposób ocalająca przed czarną kością nicości), szerszemu forum. Otóż taka forma zabawy, czy ludyczności ukrywa się pod nazwą pracy pro publico bono, a możliwość prezentacji swoich światów jest nie tylko zaszczytem i wyróżnieniem, ale również formą pracy dla dobra i pożytku publicznego.
To, co robię, nie tylko dla siebie robię, ale dla innych, chcę, by moje nie tylko moje było, ale wspólne.
Docieram powoli do wrażliwych i drażliwych dla mnie kwestii prac naukowych (w tym momencie żółty księżyc ukrywa się za żółtą poświatą, stopniowo znika jak u Kuncewiczowej o zmierzchu w dworze jaśnie państwa).
Kwestii drażliwych dla mnie z powodów rzecz jasna oczywistych, o których tutaj nie będę wspominał. Są to bowiem rzeczy tak oczywiste, że nie ma sensu o nich wspominać. A jednak.
Istotny jakkolwiek problem nieprzystawalności między usposobieniem literackim a literaturoznawczym, który ja osobiście uważam za wydumany problem polski. W Stanach tego sztucznie nie rozdzielają (literatury i literaturoznawstwa), większość doktoratów to niestety rzeczy przepisane, pomnożone byty, choć uważam, że niektóre z nich na pewno potrzebne jako cenne źródło informacji. Z tym, że raz (kiedy doktorat pisze poeta), doktorat przeważnie jest źródłem wiedzy o poecie doktorat piszącym, innym razem (kiedy doktoratu nie pisze poeta), praca taka to cenne źródło informacji o jakimś innym pisarzu, poecie, zjawisku, prądzie literackim, et caetera.
Tutaj dochodzę powoli do konkluzji, że praca poety jest wymyślona i społeczeństwu niepotrzebna.
Lepiej żeby poeta na stałe między gwiazdami zamieszkał i nie zawracał głowy normalnym i przyzwoitym ludziom. A jednak musi poeta jeść, pić, mieć schronienie, ciepły kąt, gdzie może głowę oprzeć na poduszce, poczytać trochę Kuśniewicza, trochę Foucaulta, zgłębiać to i tamto, alchemię, ezoterykę, magię, wiedzę tajemną i być przy tym do szczętu i startej sierści religijnym. Jest poeta czasem potrzebny również i wtedy, kiedy przy pomocy poezji myśl trafną i głęboką wyrazi. Jest zatem, a jednak, powiem to, potrzebna światu praca poety. Niech on sobie tam duma dalej, kiedy księżyc już na dobre skrył się w ciemnościach, niech pod kwiatkiem zielonym, drzewkiem szczęściem od dziadka, swoje refleksje o świecie i dumania snuje jak nić pajęczą, nić babiego lata, niech czasem wybłyśnie z niego wiersz jak rzadki okaz zwierzęcia, małpy, lwa, tygrysa, hipopotama, żyrafy lub ptaka. Jest światu potrzebny poeta. Niech świat ten o poetę zadba.











sobota, 9 sierpnia 2014

Dzień za dniem. Lektura za lekturą.

Moja codzienność. Ciągle książki. Potem trochę strachu, że jeszcze tego nie zdążyłem przeczytać i tamtego. Nie obchodzi mnie "realny" świat, "prawdziwy" świat, buduję bowiem siebie poprzez grono przyjaciół i tak też pamięć o sobie stwarzam, mam wrażenie, nie idąc w ten "prawdziwy" świat, który dla mnie pusty i brzmiący jak cymbał. Wszechświat i tak patrzy na mnie stale. I na moje dobre uczynki i na moje grzechy.
Kiedy modlę się w kościele Franciszkanów, to wtedy właśnie przywołuję do siebie Wszechświat.
Dzień za dniem. Wczoraj kino, "Odyseja kosmiczna 2001" Stanleya Kubricka, potem smaczny obiad w Starej Kuchni, zupka wiosenna jarzynowa oraz rybka panierowana z ziemniaczkami i surówką z kiszonej kapusty oraz bardzo dobry kompot. Dzisiaj skończyłem czytać Chateaubrianda "Opis podróży z Paryża do Jerozolimy", piękna książka. Bogiem silna i silna szczegółem, konkretem, historią, życiem po prostu.
Kiedy nie było Ewelinki, leżałem na łóżku w ciemną noc, w którą przeważnie przepadam, w której przeważnie nieuchronnie się rozmywam jak biała nić ciemności, więc kiedy noc i był wielki spokój i pokój nasz został doskonale, doskonale wprost uprzątnięty, tak że aż żal było tę doskonałość naruszać, we mnie życie zjawiło się wraz z lekturą "Opisu podróży z Paryża do Jerozolimy" Chateaubrianda, książki pięknej i długiej, silnej Bogiem, konkretem, szczegółem, nienachalną, ale precyzyjną i rzetelną drobiazgowością, szczegółem, który odsyła nie tylko poza samego siebie, ale jakby prosi, żeby się na nim skupić, może nawet wydaje z siebie żołnierski rozkaz: skup się czytelniku na mnie, na tym drobnym szczególe wyjętym z życia i Historii, skup się na historycznych wydarzeniach i rzetelnych opisach odwiedzanych krain. Pisarz jest jednocześnie kronikarzem. Podróżowałem razem z Chateaubriandem z Paryża do Jerozolimy, płynąłem statkiem, odwiedzałem Jaffę, słuchałem o wielkich bitwach dawnych zwycięzców i przegranej bohaterów, chwała zwyciężonym. Przecież i ja byłem na tym statku, choć, tak, choć rok temu, kiedy zwiedzałem wyspy Grecji, nie o to chodzi, że byłem w tym samym miejscu, ale że podróżowałem statkiem razem z Ewelinką i trochę mam z Chateaubrianda. Tego kronikarza codzienności, tego kronikarza podróży.
Tak i ja prowadzę codzienną kronikę tego życia mojego, coś bowiem trzeba złożyć, jakieś świadectwo przed Panem Bogiem.
Dzisiaj kolejne, wielkie wydarzenie, przychodzi na szachy Kuba. Myślę, że wizyta ta wymagać będzie odrębnego namysłu i odrębnego opisu.
Rytmy wszechświatowe Kuby jakoś zbiegają się z moimi, nieco powikłanymi i nieco heretyckimi rytmami, podobna nierzeczywistość rzeźbi nasze czasoprzestrzenie, przy jednym, drobnym zastrzeżeniu, że Kuba mimo wszystko i jednak, bliżej jest życia. O upadły rdzeniu! Kiedyś ciebie posiadałem, przepadły rdzeniu, teraz jedynie rozpraszam się w wielości, czasem, tak, czasem wydaje mi się, że jestem wielością przypadkową, że jedność moja to złudzenie.
A kiedyś wyczytałem: literatura jako zawody, maraton, w którym najważniejsze jest ego. Napisałem odpowiedź temu komuś, kto tak napisał, wiersz "Modlitwa dla przyjaciół", kiedyś go opublikuję.
Ci srodzy egocentrycy i ci bezbarwni obiektywiści, jakaż jedynie pozorna przepaść ich dzieli. Im mniej ktoś pisze o sobie, tym łacniej łaknie uznania, tym wyraźniej okazuje swoją siłę, tym bezwzględniej miażdży swoich przeciwników. Im ktoś więcej o sobie pisze i mieli ten temat nieskończony w nieskończoność, tym bardziej siebie się wyrzeka, tym bardziej dla siebie przestaje być ważny i chce się roztopić w tej wielości żywej, bądź pozornie żywej.
Powracając na chwilę do Chateaubrianda. Podróż razem z tym znakomitym, francuskim pisarzem była podróżą żywą. Właśnie: historia to jest nauka żywa, oparta przecież na konkrecie i szczególe: jak wyglądała dzida a jak wyglądał miecz, a jak wyglądała strzelba? Miejmy nadzieję, że ten materializm jest jedynie pozorny, że idzie za nim głębokie, naprawdę głębokie umiłowanie świata materii, duch bowiem w ciele mieszka i w materii mieszka pneuma. Czy tak? Ech, ech te pałubiaste niezgrabności, te wypchane sępy i kondory, te karakony, ci ojcowie w karalucha przemienieni, to panopticum wypchanych kukieł, ta tandeta świat wypełniająca, czyżby świat cały wypchany był szczelnie tandetą? Czy istnieje wobec tego sama powierzchnia, jedynie powierzchnia zjawisk? Nie bądźmy jednak pochopni i nie zapominajmy o lekcji Nietzschego, że "ludzie naskórkowi są naprawdę głębocy". Z podobnym zjawiskiem umiłowania powierzchni dla samej powierzchni, prócz prozy Schulza, miałem na przykład do czynienia w prozie Kuśniewicza, zwłaszcza w jego powieści "Witraż". Zarówno Schulz jak i Kuśniewicz, to są prozaicy, być może, dla mnie jednak to autorzy powieści poetyckich, niosących ze sobą określoną filozofię świata, wywodzącą się nie skądinąd jak z ponowoczesności, umiłowanie bowiem materii, język, który za tym idzie, równoznaczność z byciem bardziej po stronie pisma (utożsamianym z życiem), aniżeli mowy (utożsamianej z martwotą), to wszystko cechy literatury, która raczej dłubie i rzeźbi w języku długotrwale i precyzyjnie, aniżeli daje się ponieść jakimś przypadkowym porywom, impulsom, czy natchnieniom boskim. Czy rzeczywiście? Przypomnę jedynie genialną, piękną powieść Hermana Hessego "Narcyz i Złotousty", gdzie Narcyz, ukąpawszy się uprzednio porządnie w życiu, w tym w jego materialności oraz zmysłowości, nagle, stając się artystą, terminując u mistrza dłuta, rzeźbi rzeźbę w porywie szału i natchnienia, rzeźbę swojego przyjaciela, mnicha Złotoustego, najpiękniejszą, jaką mu kiedykolwiek udało się wyrzeźbić. Czy zatem natchnienie wyklucza umiłowanie materii świata? Czy Bruno Schulz nie pisał w natchnieniu? Te wszystkie gęste frazy, rozbudowane, piętrzące się barokowe zdania i frazy właśnie na to by wskazywały, ale czy na pewno?
Kiedy majster zejdzie się w jednej osobie z kimś, z istotą, którą nosi w sobie, prostą, szczerą, niewinną, aż do bólu dziecinną, czy właśnie wtedy nie powinno mówić się o arcydziele? Czy spontaniczny wylew i szał, furor poeticos trafia jedynie wtedy na dobry grunt, kiedy uprzednio artysta nie kąpie się w rzece materii, innymi słowy życia? Czyż Stworzenie nie wymaga miłości, mówiąc prosto?
Negacja świata, jeśli ją pojąć jako całkowite zerwanie związków z tym, co ludzkie i stworzone, prowadzi nie tylko do zamknięcia się, ale wręcz do wariactwa, szaleństwa. Język potrzebuje gleby, a tą glebą jest, choć można się zżymać, otaczający świat. Więc zaryzykuję, że prawdziwy święty to taki, który nade wszystko miłuje Stworzenie Boże.
Wracam w tym momencie do Chateaubrianda i jego "Opisu podróży z Paryża do Jerozolimy". Otóż wydaje mi się, że ten bardzo staranny i uważny kronikarz życia i Historii krain, które zwiedza, jest do pewnego stopnia poetą, co widać w jego intensywnym uwrażliwieniu na rozmaite, zaobserwowane szczegóły otaczającego świata, szczegóły tej podróży.
Zatem ukochanie materii przez Chateaubrianda w jego podróży, umiłowanie konkretności materii, co przejawia się na przykład w drobiazgowym opisie rozmaitych, historycznych zdarzeń, jest być może jednocześnie tejże materii uwzniośleniem, wskazującym na obecne w tej materii  nie tylko pierwiastki ludzkie, ale i boskie, siłę bowiem pisarską czerpał ów francuski pisarz z inspiracji Najwyższego, sam to zresztą w swoich zapiskach gdzieniegdzie, choć może nie wprost całkiem przyznaje. Tak też w księdze "Opis podróży z Paryża do Jerozolimy" to, co boskie splata się z tym, co konkretne, to, co życiowe jest tym, co Boże, historia ludzi nierozdzielna jest mam wrażenie od dziejów Zbawienia. Chrystus jednak u Chateaubrianda nie tylko Bogiem jest, ale człowiekiem, Chrystus ma przede wszystkim ciało, w ciele swoim zmartwychwstał. Umiłowanie świata to jest zatem chrześcijaństwo przeżyte do głębi i na wskroś, kiedy będziemy pamiętać, że Chrystus nie zmartwychwstał jedynie duchem, ale również ciałem.
Właśnie ta historyczna konkretność, kronikarska drobiazgowość mnie w księdze francuskiego eseisty z przełomu XVIII i  XIX wieku szczególnie urzekły. Myślę, że mógłbym zająć się tym pisarzem na poważnie, gdyby nie codzienne obowiązki związane z doktoratem i umiejscowienie jednak mojej wrażliwości literackiej oraz filozoficznej przede wszystkim w XX wieku. W każdym razie pisarzem jak i postacią wydaje mi się Francois-Rene de Chateaubriand niezwykle ciekawą.
Powracając jednak do rytmów moich dni i rytmów lekturowych. Dilthey, "Budowa świata historycznego w naukach humanistycznych" oraz Gadamer "Prawda i metoda", dwie książki o hermeneutyce, wiadomo, że czytane interesownie, choć moim zdaniem jedynie konkretny interes rodzi prawdziwą bezinteresowność, w przeciwnym bowiem razie, jako istoty społeczne, czytając jedynie "dla siebie", gubimy gdzieś cel po drodze, choć ja przecież "Opis podróży z Paryża do Jerozolimy" przeczytałem przede wszystkim dla siebie.
Ostatnio wpadł mi w ręce tom całkiem przypadkiem, bardzo młodego poety, Rafała Różewicza, tom, który, jak wyczytałem na odwrocie okładki, "żyje". Mnie się wydaje, że ten rodzaj pisania, ten rodzaj dykcji, to jest coś z czego ja już dawno odrobiłem lekcję i choć stary już jestem i zupełnie gdzie indziej lokuje się moja wrażliwość, to jednak stare fascynacje gdzieś głęboko we mnie mieszkają. Więc tak: przyznam i powrócę do przerwanego wątku, że tom powyższy żyje przede wszystkim dzięki mocnemu ulokowaniu w piśmie.
O ile mowa zbliża do natchnienia, szlachetnych porywów ducha, wzruszenia, nawet szału twórczego, o tyle pismo tego rodzaju spraw nie tylko że nie lubi ale w ogóle nie ceni wybierając coś, co nazwać można poetycką robotą, wytrwałym dłubaniem, rzeźbieniem w słowie itp, o tym zresztą już miałem okazję pisać.
Otóż wydaje mi się, że kiedy w poezji, zwłaszcza w poezji, pismo będzie brać pierwszeństwo nad mową, będziemy mogli mówić o powolnym schyłku matki poezji i jej zupełnej nie tylko niekonieczności, ale i nieprzydatności. Poezja stanie się mową niekonieczną, a zatem tego rodzaju pismem, które doskonale samemu sobie wystarcza, nie potrzebując również hipotetycznego czytelnika, który chciałby czegoś jednak, o tak, pozwolę sobie napisać to słowo, prawdziwego. Aczkolwiek nie każdy, może jestem wymierającym dinozaurem. Nie wykluczam, że obecna i nachodząca epoka, która zapewne pewne zjawiska teraźniejsze jeszcze wyostrzy i zintensyfikuje, w całości opowie się po stronie paradygmatu pisma, co będzie jednocześnie pogrzebaniem ostatków naiwnej wiary w to, że mowa może coś tam jeszcze przywrócić i poskładać w całość. Wszechobecność pisma na portalach społecznościowych i literackich, prosty wybór najmłodszych adeptów wiedzy, którzy często podczas spotkań towarzyskich nawet, nie mówiąc o wykładach i ćwiczeniach, nerwowo sprawdzają swoje smart fony, jakby tam właśnie był ten "prawdziwy świat", nie pozostawia moim zdaniem większych złudzeń co do tego, czym w przyszłości nie tylko poezja, ale literatura w ogóle będzie się karmić. Nie wykluczam też, że nadejdzie taki moment w dziejach człowieka, kiedy ludzi zastąpią awatary wirtualne i problem zostanie zupełnie rozwiązany, królestwo niebieskie zstąpi bezszelestnie na ziemię pod postacią sieci. Być może jednak to, co ochronić nas może, to własnie to tak niecierpiane i spychane na margines przez poważnych obiektywistów, ego. Ego sfrustrowane, ego strachliwe, ciągle lękające się, ego niespełnione, ego, które ciągle bije się o podziw, ego w końcu glebiące siebie i innych przy okazji w strasznym zawodzeniu i skowycie, czemu mnie jeszcze nie doceniliście, czy nie widzicie, że jestem genialny? Ego pełne kompleksów, ego siebie nienawidzące i innymi gardzące, ego, które gardzi innymi dlatego tylko, że samo jest w głębokiej upadłości i na siebie nie może patrzeć, tak bardzo w swoich oczach jest gówniane. Ego, które zamiast budować woli niszczyć, bo budowanie do niczego ciekawego nie prowadzi, a przy okazji niszczenia trochę czarnego jadu wycieknie na ziemię i komuś coś tam zatruję, komuś dokuczę i już jest lepiej, już mi lepiej, niech inni żreją ten sam syf, który i ja żrę, niech inni w tej samej gnojowicy się taplają, w której i ja się taplam, niech ten lub tamten poczuje i mój smętek, moją nicość, mój Pański krzyż, niech w końcu, niech w końcu, apelują bojownicy o wolność w sieci, niech w końcu nie będziemy samotni.
Pogłębiająca się samotność z przyczyn wirtualnych do niczego innego nie prowadzi właśnie jak do rosnącej frustracji ego, co przyznam, w przyszłości może być bardzo niebezpieczne, kiedy pismo całkowicie obejmie władzę nad ludźmi w postaci sieciowych awatarów i doprowadzić może do kosmicznego kryzysu (najpierw), a potem do jakiegoś, hmmm, kosmicznego wybuchu?
Ów kryzys jednak z drugiej strony, niemożliwy do wytrzymania dla normalnych ludzi, może być rodzajem farmakonu, trucizna okaże się lekarstwem, kiedy zmęczone dominacją pisma jednostki będą powracać do źródeł mowy, odkrywać korzenie.
To oczywiście wyłącznie moje, literaturoznawcze fantazje. Wydaje mi się, że świat światem od zarania był podzielony i walka toczy się nadal. Jeśli chodzi o mnie, wolałbym, żeby zwyciężyli ci, dla których pisanie jest rodzajem rozmowy, dialogu, mowy w końcu (jak w poezji).
Tym niemniej tym kimś, kto uratować może, jest zawsze bliźni. Dlatego staram się o bliźnim nie zapominać i z Kubą partyjkę szachów dzisiaj rozegram w sobotni, letni, sierpniowy wieczór.










wtorek, 29 lipca 2014

Szukanie rytmu.

Dwie rzeczy w czasie się zbiegły. Na początek wklejam fragment z wczoraj o naszym, tarnowskim grabie. A potem przystąpię do rozważań dzisiejszych.

Grab.
Siła moja z Boga płynie. Dzisiaj byłem w Kościele na mszy świętej. Czemu ksiądz zdziwił się, że tak licznie przyszliśmy? Wierni, my wierni? Przecież msza święta co niedzielę to obowiązek. A ksiądz mądrze mówił, że również dar. To ważne. Ważny jeszcze jest grab w domu w Tarnowie, o którym opowiadał mnie mój tata. Ten rozłożysty, potężny, zielony, stuletni grab, który zawsze chronił nasz dom w Tarnowie przed złem, nieszczęściem, biedą. Teraz grab osłania mojego tatę przed prażącym słońcem, kiedy wygodnie leży na balkonie czytając książkę i paląc papierosa. Leży w cieniu rozłożystego, cienistego, zielonego, stuletniego graba. Dzisiaj w głębokiej nocy, na stoliczku nocnym gazeta codzienna, jakże przypomniała mi mój dom i zwyczaj kupowania gazet, mnóstwa gazet przez mojego tatę. Gazeta do śniadania, do obiadu, do kolacji. Ja również wtórowałem tacie w tym czytaniu przy posiłkach. Mama siedziała wówczas bez gazety, przy zupie, ale rychło dołączyła do nas w tym zwyczaju powszechnym siedzenia przy wspólnym stole, jedzenia rosołu w niedzielę i czytania świątecznej gazety, gazety weekendowej później i tak dalej. Siłą rzeczy, choć od polityki zawsze stroniłem jak mały, nastroszony borsuk, orientowałem się przynajmniej na poziomie elementarnym i przyzwoitym, choć moimi ulubionymi działami były zawsze kulturalny i religijny, mniej polityczny. Zmieniała się Polska, zmieniały się partie, ale grab, ten grab stuletni zielony, cienisty, wciąż ochraniał nasz dom w Tarnowie przed złem, nieszczęściem, biedą. Dzisiaj, w ten czas, kiedy nasza rodzina jest rozproszona po świecie, grab musiał szczególnie zewrzeć swoje grabie szyki, szczególnie się postarać i wybuchnął zielonością, cienistością, całą swoją stuletnią potęgą i ochrania mocno nasz dom, jak chyba nigdy do tej pory. Zwłaszcza, że w nieodległych państwach wybuchają strzały, szykują działa, giną niewinni ludzie, a świat milczy albo jest nieporadny jak dziecko.
Głupi świat, głupia Europa, coraz głupsza i coraz słabsza. To właśnie dlatego grab musi chronić i wybuchać szczególną potęgą, to właśnie dlatego nasz tarnowski grab musi nas z powrotem pozbierać w całość, całość wypełnioną Bogiem, niedzielnym rosołem, czytaniem gazet, całość, która siebie się nie boi i siebie się nie wstydzi. Grab chroni nasz dom.

Chciałbym ogarnąć całość, to mnie teraz istotnie nurtuje. Ta całość jest moim kosmosem wewnętrznym. Przy czym jest równocześnie zewnętrznością. Uwewnętrznioną zewnętrznością. Widzę kolory, widzę wiele barw, widzę sceny i obrazy. Na przykład dziewczęta w białych sukienkach, nad rzeką, które śmieją się i pryskają wodą siebie nawzajem, a potem jedna podchodzi z witką, gałęzią do takiego wioskowego Jasia i go smyrga po nosie, na to ten wstaje podniecony i goni ją, ale zupełnie udawanie, zupełnie bez przekonania, nie chce jej, ale chce przede wszystkim zaprezentować swoją samczą siłę, więc wychodzi na drzewo, potem schodzi, nie, zeskakuje z tego drzewa jednym, sprawnym susem i panience owej w białej sukience pokazuje równiutki rząd białych, lśniących zębów, które przegryzają z chrzęstem soczyste, świeże jabłko, świeżo zerwane z sadu, tak jak woda jest świeża i krystaliczna, tak zęby tego młodzieńca i jabłko które między zębami spoczywa tchną soczystością, świeżością, zielonością, jabłkowatością. Więc interesuje mnie to, co dzieje się w mojej świadomości. A tam, Panie, zupełne pomięszanie i wymięszanie elementów wszelakich, nie ma tam porządku w sensie zewnętrznym, ale istnieje, tak, istnieje, ukryty, głęboki i żelazny porządek wewnętrzny, który spaja te wszystkie moje elementy w jedną całość, nie mówię celowo jednorodną, ale właśnie: jedną, w swojej podzielności i rozproszeniu, jedną, skonsolidowaną, własną, moją, moją i jednocześnie świata i Wszechświata, tak jakbym za świat i Wszechświat szczególnie odpowiadał. Czyż nie jestem bowiem odpowiedzialny szczególnie za świat i Wszechświat? Czyż nie jest tak, że wiele a może nawet wszystko ode mnie zależy, czyż moja prywatność nie jest drogą dojścia do wielkiej, nieskończonej kosmiczności i czy to właśnie nie kosmiczność sama dyktuje mi te rytmy moje codzienne, rytmy jesienne, niedalekie przecież jesienne rytmy, kiedy będę podziwiał liście niedaleko miejsca, w którym mieszkam, kiedy Biblioteka Osiedlowa będzie szczególnie kwitła jesiennie, jak białe albatrosy nad morzem wielkim, błękitnym, głębokim. Jest bowiem we mnie jesień, szaruga, deszcz, powolne umieranie, odchodzenie, mamrotanie, leżenie bezsilnie w łóżku, albo też nie bezsilnie, tylko aktywnie, przemykając między kolejnymi stronami ksiąg jak mały, brązowy wróbelek i jednocześnie szary gołąb. Szary gołąb znaczenia i brązowy wróbelek bycia. Tak się toczy to i owo, zawieszony między jesienią a zimą, ciepłem przemijania a lodowatością jasności. Dekadentyzm oraz prawda, którą trzeba wykłuwać w boju. Nihilizm, przemijanie, śmierć, rozpacz, rozpasanie, taniec, oraz te białe, rycerskie, pewne etosu i miejmy nadzieję, że nie udawanej szlachetności prawdy, że koniecznie trzeba polec w boju, najlepiej za sprawę ogólną, bohaterską. I ten rytm jesienny, spokój, kiedy odwiedzam moją babkę i patrzę na jej mrówki, które jedzą szyneczkę i chlebek, i sikorki i ogród na dole, tak też nie ma podziału moi drodzy, nie ma tak naprawdę podziału, czemu, pytacie? Bo ciepło miesza się z zimnem i życie to jest tego ciepła i zimna w odpowiednich proporcjach wymięszanie i wymieszanie, bo też biel rycerska musi się zmieszać odpowiednio z jesiennością knajp, w których piję swoją rytualną kawę, a potem wódkę i palę papierosa, żeby się rozgrzać. I bez banałów proszę, że życie i filozofia, ach, dajcie spokój, Jerofiejew dlatego był genialny, że tyle pił i że tyle filozofował, u niego wódka i filozofia to jedno, podobnie jak u mnie życie i filozofia to jedno, inaczej: życie, literatura, filozofia, nie ma przepaści, wszystko zmieszane i zmięszane jak w jakimś magicznym kotle pełnym ziół.
Więc pewnie. Są we mnie lęki, drobne, coraz drobniejsze, dominuje potrzeba zapisania tego, utrwalenia, a nawet nie zapisania, tylko właśnie utrwalenia, tak, ja potrzebuję utrwalić, żeby, żebym nie zniknął całkiem, a przecież mnie nie ma, istnieje tylko moja świadomość, rozproszona, tak, rozproszona, jedna, podzielona, niepodzielna.
Zdaję lekturę ze świata. To wszystko, co robię, w zasadzie wszystko co robię jest zdawaniem lektury. Moje wizyty i rozmaite incydenty w biurze, odwiedziny tam i ówdzie, otóż, dzieje się we mnie i przede mną nieustający teatr świata, teatr księgi.
Bardzo dużo, wciąż niezwykle dużo się dzieje. Ogarnąć to można w kilku akapitach, rozwinąć w wiele, bardzo wiele pojedynczych książek. Księga wciąż się pisze, nie ma przerwy, księga jest pisana nieustająco, na jej kartach rozgrywają się poszczególne dramaty. Tragizm ludzkiego życia. Tragizm śmierci. Jabłko, które toczy się po drodze w przegniłej jesieni wśród jesiennych, mokrych od deszczu, zgniłych liści.
Panny w białych sukniach wciąż pryskają się wodą z rzeczki i wciąż się śmieją perliście. Jasiek leży na trawie i gryzie źdźbło słomy. Słońce w górze, leje się żar. Perlisty śmiech, gradobicie, chmury, panny schroniły się pod grabem. A potem kamienica w małym mieście. Rodzina. Ojciec, mama, syn. Jak to się stało, że tam akurat są? I jak to się stało, że ja akurat jestem tutaj? Pod grabem, daleko od deszczu, bliżej być może niepojętej tajemnicy ciała. Pada deszcz. Jutro niedziela. Czas iść na nabożeństwo.

czwartek, 17 lipca 2014

Nieskończoność. Przygoda ze "Świadomością" Piotra Matywieckiego

Książka Piotra Matywieckiego "Świadomość" jest pisana, jak widzę, z trzech pozycji: poety, filozofa oraz literaturoznawcy. Pobrzmiewają tutaj mocno Heraklit oraz Heidegger, znalazłoby się pewnie kilku innych.
Dla mnie jest to książka, którą można zawrzeć w sformułowaniu: poezja-filozofia. Tę książkę napisał filozof, który jest lepszy od poety, ale czuje jak poeta. Książkę tę trzeba czytać bardzo uważnie i jednocześnie nie można tracić z oczu całości. Skupiłem się na pojedynczych olśnieniach. Tam jest wiele ważnych rzeczy. Jedna, dla mnie najważniejsza: że narrator-opowiadacz kopie w głąb. Po prostu kopie głęboko we własną egzystencję. Przy czym kopał literacko na przykład Schulz, Matywiecki robi coś innego: wydobywa czystą esencję kopania, nie interesuje go kolor łopaty, może trochę ziemia i jej barwa, ale nie świat chyba, bo ze świata wydobywa czystą esencją bytu. Robi to, co powinien był zrobić Heidegger, gdyby w pewnej chwili nie przekreślił Husserla. Matywiecki to jest taki Heidegger o kilka lat później, o epokę później, który pozostaje równocześnie wierny mistrzowi i własnej zasadzie tworzenia i myślenia, twórczego myślenia o świecie, rzeczywistości, Wszechświecie. Blog nie jest dobry do rozważań doktoranckich, więc tutaj je pominę, bo to, co tutaj piszę nie jest w ogóle naukowe, ale jest zdawaniem relacji ze swojego, wielkiego zaciekawienia tą książką.
Najważniejsza lekcja to lekcja logosu duszy, który jest niezgłębiony, niewyczerpany i nieskończony.
Więc chodzi o to głównie, o rodzaj drobnej, istotnej dla mnie intuicji: że dla eseju filozoficzno-poetyckiego "Świadomość" ważne są kategorie przekroczenia i nieskończoności. Ważne jest oczywiście także uwikłanie w skończoność i wynikająca stąd, niewyczerpalna, życiodajna sprzeczność, którą możemy nazwać Panem Bogiem. Pan Bóg, jak pisze narrartor-opowiadacz-poeta-mistyk-kabalista, powstał, kiedy złączone zostały w jedno świat i istnienie. Przedtem Bóg, to znaczy zanim stał się Świadomością, istniał jako przepaść albo oddzielenie, przerwa między światem a istnieniem. Otóż świat i istnienie to nie było jedno, pisze filozof i to jest bardzo trudne do wyobrażenia, zwłaszcza dla tych, którzy za Leibnizem mówią, że raczej coś istnieje niż nic. A tu się ukazuje, że poprzez sprzeczność, paradoks i niemożliwość dochodzimy do pełni, tajemnicy, całości. Bo świadomość to jest jedność ze światem aż do możliwości zatracenia się (kiedy pracując na przykład, jak ja teraz, zapominamy o sobie, a najważniejsza jest treść naszej pracy). To, co czynię, to jak kombinowanie góralską ciupagą przy subtelnym języku wyrafinowanych intelektualnie dam. Trudno oddać  całe bogactwo i zniuansowanie tej książeczki. Weźmy pod uwagę taki fragmencik, dotykający prymarnej dla poety i poezji kwestii rytmu, genialnie przez Matywieckiego zdefiniowanej:

"Taki rezonans wprawia umysł w rytm, który staje się rytmem zachwytu i pełni. To jest rytm wprawiający świadomość w doznanie nierytmizowanej ciągłości, zatem rytm niewyobrażalnie sprzeczny: dzielący ciągłość rytm absolutnej nieciągłości, tak absolutnej, że aż niezróżnicowanej, niezmiennej. Takie przeżycia dają nam arcydzieła muzyki. I właśnie w tym rytmie chodzi do ekstatycznego zatracenia się świadomości w "nieświadomości świadomości". 

Jadąc do Ewelinki, najpierw w radio słuchałem Bacha a potem Bizeta, a potem ledwo uprosiłem kierowcę, żeby się zatrzymał, bo nie wysiadłem na odpowiednim przystanku w Stalowej Woli, pojechałbym het, do Niska, zapominając o sobie i jednocześnie silnie i dozgonnie a nawet pozstzgonnie siebie i nie siebie posiadając. Wydaje mi się, że ta wewnętrzna i jednocześnie zewnętrzna arytmia świadomości (u Matywieckiego, jak u każdego, porządnego Heideggerysty wnętrze jest równocześnie zewnętrznem, a wewnętrzna nieskończoność mikrokosmosu prowadzi do lokującego się w niewyczerpalnych głębiach Wszechświata Logosu kosmicznego), otóż wydaje mi się, że to zdialektyzowanie własnej egzystencji, prowadzi do traktowania na zasadzie zestawienia, problemów świadomości i tożsamości. Zestawienia, przy oczywistym zastrzeżeniu, że to nie to samo, a tylko gdzieś się zbiega czy przecina. Więc problem "bycia u siebie", bycia swojego, jak również problem realności bądź nierealności własnego "ja", otóż problem, który mnie osobiście porządnie nurtuje, zestawiłem jakoś po swojemu oraz intuicyjnie z zagadnieniem, o którym pisze Matywiecki i doszedłem do różnego rodzaju olśnień pojedynczych. Ale nie będę teraz o tym pisał. Napomknę jedynie o drobnej kwestii, którą poeta-filozof pięknie nazwał "otworzystością". Otóż właśnie ta otworzystość na świat, owocująca czasem ziarnem i owocowaniem słowa w ziemi, jest też warunkiem odczuwania siebie jako siebie, a to znaczy nic innego, jak bycia częścią większej całości. Przy czym bycie częścią całości oznacza, jak pięknie zauważa Matywiecki, również graniczenie z innymi bytami, a owo graniczenie owocuje zderzeniem z materią świata, z bytem, a z tego zderzenia bierze początek rzecz niesłychanie ważna oraz istotna, czyli zdarzenie. Więc nie chodzi tylko o poczciwą mniej lub bardziej Pleromę, o taki naiwny panteizm, ale o coś konkretnego i przy tym bardzo ważnego; to, że ja się zderzam,  to, że ja graniczę i że ten problem granicy również jest problematyczny. Królestwo Niebieskie, jak zdążyłem wyczytać z tego, jak je definiuje Matywiecki, to jest brak granic, czyli doskonała przeźroczystość. Ale właśnie nie o czystą transparentność zdaje się chodzić jemu, tylko o rzecz bardziej konkretną, to znaczy ja mogę przenikać ku drugiemu nie przez zlikwidowanie granicy, ale mam wrażenie, d z i ę k i tej granicy istnieniu. Chodzi mi o jedną, ważną rzecz, dzięki której ta książka jest tak bardzo ważna i odkrywcza: o jednoczesne wydobycie czystej esencji, istoty świata i Wszechświata i o nieodchodzenie od konkretu, ziemi, widzialności, dzięki czemu zdawanie świadectwa z tejże istoty przeżywania jest tak przekonujące i wiarygodne. Jest w tej książce konkret filozoficzny, literaturoznawczy oraz poetycki, co czyni to cieniutkie dzieło tak ciekawym (dla mnie przynajmniej), bo ja się w tej książeczce jakoś przeglądałem, odkrywałem, przede wszystkim problem bycia jednocześnie w sobie i na zewnątrz siebie i, o tempora o mores, na chwilę wziąłem pod uwagę możliwość przekroczenia własnej skończoności i powziąłem myśl o nietraktowaniu śmierci jako nieusuwalnej ostateczności, ale jako możliwość dalszego, podziemnego (i równocześnie niebiańskiego, tak, powiem to), owocowania, co skutkuje nie innym efektem, jak życiem właśnie, czyli wartością, która wprost wyrasta ze śmierci i śmierć obejmuje. 

"Tak świadomość całościuje się-nieśmiertelnie, ale bez straty swojego końca, swojej śmierci. W chwili śmierci jest się nieśmiertelnie świadomym, jest się świadomością daną raz-na zawsze. Jest się życiem". 

Miałem problem z definicją zmartwychwstania Chrystusa jako dążenia ku "wieczystemu stanowi śmierci". Dalej mi się ten problem rozjaśnił, kiedy śmierć Matywiecki zestawia z życiem. Generalniej język tego niezwykle ciekawego dzieła filozoficznego jest miejscami tautologiczny, ciemny, Heraklitejski i Heideggerowski z ducha, przy czym bardzo piękny, bo nie sposób powiedzieć, że ta ciemność jedynie zaciemnia. Nie. Ciemność u Matywieckiego przede wszystkim wskazuje na ukryty w jej otchłaniach wewnętrznych, nieskończony, kosmiczny Logos. W głębokich, otchłannych temperaturach świadomości spoczywa sobie spokojnie tajemnica. Bo też o tajemnicę autor również się dopomina, o przywrócenie tajemnicy należnego jej miejsca w głębi. Świadomość u Matywieckiego jest rozpięta między pierwotność a nawet taki rodzaj przedpierwotności, kiedy nie istniało jeszcze nic, jedynie przerwa między bytem a istnieniem. Więc z jednej strony tam jest silnie zawarta intuicja genezyjska, a z drugiej jest przyszłość, eschatologia. Dusza, czyli współcześnie świadomość, definiowana przez Matywieckiego, a wcześniej przez Heraklita, nie ma bowiem granic, jest nieskończona, posiada także nieskończoną ilość możliwości, przy tym jakby nie mieści się w czasie, rozsadza czas, jest poza czasem. Dodać trzeba, że główny cel egzystencji, czyli poznanie Logosu Duszy, "jest nigdy nie kończącym się procesem", jak pisze Janina Gajda, omawiając filozofię Heraklita, którą z kolei Matywiecki wymienia wśród swoich pomocy naukowych, jako ważną część swojego naukowego spichlerzyka.
Trudno sobie wyobrazić w kontekście apokatastazę, podejrzewam, że ten rodzaj apokatastazy, który przyjdzie bądź przyjść może nie powinien być rozpatrywany w oderwaniu od technologii i różnych dziedzin nauki.  To jest bowiem taka książka, która może być inspiracją nie tylko dla filozofa, literaturoznawcy czy poety, ale mam wrażenie, również dla fizyków, matematyków, kosmologów,psychologów, w końcu informatyków. Świadomość z książki Matywieckiego może stanowić inspirację dla tych, którzy bytują i budują coś w wirtualnej sieci, nie mówiąc już o badaniach nad nieśmiertelnością, kiedy świadomość być może kiedyś zostanie przeniesiona na twardy dysk. Nie mówiąc już o Królestwie Niebieskim powszechnej transparentności, kiedy jako byty wirtualne, będziemy dla siebie doskonale przeźroczyści. Tym samym pojawia się pytanie, gdzie tutaj dusza, czyli konkret, osobność naszej pojedynczości, gdzie granica? Nie wiem, czy błądzę, czy nie, ale mam wrażenie, że wraz ze zniesieniem granicy, znosimy również duszą nieśmiertelną, a tym samym tajemnicę.
Być może współczesna hermeneutyka w tym kierunku, bardziej empirycznym powinna pójść? Jako duszoznawca nie wiem, czy bym chciał, ale z drugiej strony wydaje mi się to bardzo ciekawe. Jednak: do nieśmiertelności tak, ale z naszymi umarłymi, do nieśmiertelności tak, ale z zastrzeżeniem, że pojedynczo i osobno, inaczej wszystko gdzieś się w jakiejś plazmoidalnej powszechności nieuchronnie roztopi i rozpłynie. Czyli: nieśmiertelność tak, ale z życiem, taki wniosek wyciągnąłem z lektury poetycko filozoficznego dzieła Piotra Matywieckiego "Świadomość".

A u Ewelinki w domu wciąż się jednoczę ze światem. Dzisiaj była burza. Dzieci bawiły się jeżdżąc w kółko na wózku dookoła stołu. Scena trochę jak z Kantora. Niesłychanie spiętrzona epifania przemijalności, pomieszanie czasów, straszna burza na zewnątrz, woda lecąca ciurkiem z dachu na taras. Ciemność w pokoju, zapalona świeczka, transcendencja i niebywale precyzyjny chaos, oznaki czułości i delikatności. Istniejemy. Choć to wcale nie jest takie pewne.

"Pałac" Wiesława Myśliwskiego - zdjęcie z krzyża. Impresja krytycznoliteracka

Jak można być zdjętym z krzyża i pisać? Pisanie jest czerpaniem, jest wyczerpywaniem, jest nieustającą radością i zmęczeniem, jest odpoczynk...