czwartek, 28 czerwca 2018

Jasność ciemnej głębiny. O korespondencji między Zbigniewem Herbertem a Tadeuszem Chrzanowskim.


  Zanim przystąpię do omawiania samej korespondencji między Zbigniewem Herbertem a  Tadeuszem Chrzanowskim, chciałbym przez chwilę zastanowić się, po pierwsze nad cechami genologicznymi listu jako takiego, po drugie nad różnymi odmianami listu, po trzecie nad samą istotą listu, jako formy komunikacji między nadawcą a adresatem.
     List (podążam w tym momencie za uwagami Stefanii Skwarczyńskiej, pomieszczonymi w jej „Teorii listu”[1]), może być formą literacką, choć nie musi.
List, za Skwarczyńską, zaliczamy do typu literatury stosowanej czy użytkowej.
Dominują w nim cechy utylitarne – np. załatwienie jakiegoś interesu, prośba o pomoc w pewnej sprawie czy poparcie.[2]
List nie należy zatem do literatury „czystej”.
     Jednak list może być również „jądrowy” oraz „bezjądrowy”.[3]
Ten podział Skwarczyńskiej interpretuję następująco.
Pierwszy typ listu niesie ze sobą istotne cechy egzystencjalnej głębi, pewnej „aury”, jakby powiedział Benjamin, która sprawia, że dana korespondencja nie pozbawiona jest elementów tajemnicy, czegoś głębszego.
Jądrowość owa to właśnie implikuje – ukryte, głębokie, tajemnicze jądro, które jakoś emanuje na daną korespondencję, mimo, że w warstwie powierzchniowej (pozornie bezjądrowej), dominują sprawy błahe – np. opowieść o pozostawieniu przypadkiem kwitka w pralni.
W korespondencji nie jest bowiem ważne (jak uważam), to, co się pisze w sensie explicite, ale rodzaj relacji, która wytwarza się, kiedy porusza się nawet sprawy błahe i z pozoru nieważne.
     Owa „aura”, tajemnica czy głębia nie jest zatem wynikiem poruszanych wątków, problemów, treści, ale jakby podskórnego promieniowania, promieniowania między wierszami listu, tego, co dla danej korespondencji jest najistotniejsze.
Nie wynika ona (owa aura, tajemnica czy głębia), z powodu wymiany dwóch, trzech, czterech listów, ale przede wszystkim z długości trwania danej korespondencji, kiedy relacja między nadawcą a adresatem mogła rozwijać się i nabierać owych cech głębokich.
 Jednak nie każda, nawet najdłuższa korespondencja, wytwarza ową aurę głęboką.
Niekiedy wymiana listów, dotycząca pewnych, poważnych, intelektualnych problemów, może być pozbawiona promieniowania aury głębokiej.
Natomiast korespondencja z pozoru błaha, pozostająca jakby w cieniu tego, co byłoby filozofią czystą, albo poważnym problemem intelektualnym, może wytworzyć rodzaj promieniowania aury głębokiej.
Powstawanie w korespondencji aury głębokiej jest bowiem głównie związane ze stopniem zażyłości emocjonalnej oraz intelektualnej między nadawcą a adresatem, jak również z tym, jakie problemy życiowe poruszają oni w swojej korespondencji, a przede wszystkim zależy ona (aura głęboka), od rodzaju reakcji adresata na list nadawcy i vice versa.
Zatem dialog istotny dla epistolografii kształtuje się na linii: komunikat nadawcy oraz odpowiedź adresata.
W zależności od tego, jaki będzie komunikat nadawcy i jakiego rodzaju odpowiedź adresata, możemy mówić o powstawaniu, a potem promieniowaniu aury głębokiej w danej korespondencji.[4]
     List przeważnie nie jest tworem fikcjonalnym (wyłączywszy powieści epistolarne).
Jest raczej rodzajem komunikacji bezpośredniej, która w sposób możliwie komunikatywny, przystępny oraz transparentny opowiada o tym, co wydarza się w życiu nadawcy albo adresata.
Dlatego list, idąc za Skwarczyńską, jest formą możliwie najbardziej wieloraką a zarazem żywą. W liście nie trzeba zakładać masek lirycznych (larvatus prodeo), w liście można pozwolić sobie na szczerość.
     W przypadku korespondencji między Herbertem a Chrzanowskim, mamy do czynienia ze specyficznym dualizmem a nawet opozycją, o czym powiem w dalszym ciągu mojego wywodu.
Zasadnicza opozycja dotyczy bowiem typu nadawcy – ekstrawertyka oraz adresata - introwertyka.[5]
W wypadku omawianej przeze mnie korespondencji, podmiotem ekstrawertycznym byłby Tadeusz Chrzanowski, podmiotem introwertycznym, a nawet czasem występującym za specyficznie konstruowaną maską liryczną, byłby Zbigniew Herbert.
      Między Zbigniewem Herbertem a Tadeuszem Chrzanowskim zawiązała się przyjaźń. Jeden, poeta, trochę lekkoduch, włóczykij, chodzący własnymi ścieżkami. Drugi, przykładny mąż, ojciec, człowiek trzeźwo stąpający po ziemi.
U jednego widać było pierwiastki ciemności, rozpaczy, wycofania się z życia.
U drugiego za to przeważała swoista wola życia, jasna jego strona, ukazywanie wartości rodziny a zarazem wartości sztuki, wartości piękna.
U Tadeusza Chrzanowskiego piękno rodzinne i piękno sztuki były ze sobą zintegrowane, żył pełnią życia.
Natomiast Herbert od początku wiedział, że wybierze tak naprawdę jedynie poezję.
Czy wobec tego był uboższy względem swojego kolegi?
Można jedynie powiedzieć, że był nieco inny od Chrzanowskiego i potrzebował przyjaciela autentycznie, jako dobrej i jasnej przeciwwagi dla swoich stanów rozpaczy, wycofania.
Tadeusz Chrzanowski przynosił Herbertowi w darze jasność życia.
     Herbert praktycznie w ogóle o sobie nie opowiada.
Nie mówi o tym, co robi.
Recenzuje głównie próby poetyckie swojego przyjaciela.
Jakby ukrywał się cały czas za słowem,
za maską poetycką:

Co do wiersza, to chyba się nie mylę, jeśli go nazwę jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym z Twoich. Mam za sobą opinię zgodną dwóch uczonych warszawskich (…). Wiersz jest dla mnie świetny ze względu na element tragizmu i porachunku z samym sobą. Cała zapładniająca moc smutku, zwątpienia i ironii nadaje mu siłę, bardzo deklaratywną oczywiście w bluszczach najlepszej formy („…garstka popiołu drży powoli na swych skrzydełkach szaro-gorzkich”, owe „proste, białe deski ludziom służące w każdej drodze”, nurty słojów, apostrofa do wierszy i serca, która ufa).
W sumie i wydźwięk i piękności tysiąc.
    Pozatem (co nie jest odkryciem) i to język sposobny a nie manieryczny.
Własny. A wszyscy, którzy coś tam z Twoich rzeczy czytali, mówią, że Chrzanowski pisze nowe wiersze, a była obawa, że zesztywnieje, że „mózg mu przestanie się pocić”; więc-raczej powód do gratulacji niż do alarmów. Co prawda niektóre wiersze przeszłe niepokoiły mnie, że tyle tam dobrego miąższu, a pestka taka mała. Ale w ostatnich pestka jest i to twarda. Więc brać się w garść-proszę Dedusia – i pisać, pisać, pisać. Bo kto ma pisać. Bracia marxiści coraz bardziej schodzą na psy i szakale. A więc kupą, kolego Tadeuszu! Hejże! Łubudu”.[6]

Herbert najwięcej otwiera się przed swoim przyjacielem, kiedy komentuje jego twórczość.
Chrzanowski natomiast jest otwarty wobec swojego kolegi przez cały czas trwania wymiany listów, przyjacielski, opowiada mu o różnych zdarzeniach ze swojego życia, np. o tym, jak pojechał na narty do Zakopanego, o wymówkach żony, że ją zaniedbuje, o trudach bycia początkującym tatą, o licznych obowiązkach, o pracy naukowej i twórczej, na którą mimo wszystko znajduje czas.
Chrzanowski jawi się w tych listach, jako człowiek otwarty, szczery, jasny, pełen entuzjazmu i zapału do życia, niezwykle przy tym pracowity, biorąc pod uwagę spory ciężar obowiązków rodzinnych i godzenia ich z pracą zawodową.
Herbert natomiast mocno „trzyma gardę”, nie ujawnia się, od czasu do czasu rzuci jakąś radą, może nieco ironiczną nawet, że człowiekiem można zostać dopiero po ślubie, choć sam ze swoim ślubem będzie jeszcze czekał przez wiele lat.
Herbert jawi się w tej korespondencji jako zagadkowy Sfinks, nie ujawniający swoich „prawdziwych” uczuć, ale z uwagą czytający wiersze i inne prace swojego kolegi, jakby:
a). tylko to było naprawdę istotne
b). widział w nim talent, ergo był dla niego przewodnikiem, nauczycielem, Mistrzem.
Zresztą Chrzanowski (widać, że niestety nieco słabszy intelektualnie od Herberta), w pewnym momencie pisze do niego: „Mistrzu”.
Herbert na to nie odpowiada, w ogóle są okresy, kiedy długo milczy w korespondencji, do spraw rodzinnych Chrzanowskiego odnosi się zdawkowo,
najważniejszy dla Herberta jest Chrzanowski  - pisarz.
Jakie to paradoksalne!
Z jednej strony,  jestem o tym głęboko przekonany, dla Herberta tak naprawdę najważniejszy był aspekt rodzinny życia Chrzanowskiego (tj. dla psychiki Herberta),
z drugiej natomiast w ogóle nie odnosi się do tego aspektu rodzinnego w listach, traktując Tadeusza, jako przede wszystkim kolegę po piórze (i poza tym oczywiście przyjaciela).
     W miarę rozwoju korespondencji, obojgu Panom przybywało lat, ale nie ubywało humoru. Z listów wynika, że przechodzą na „ty” w roku 1952, kiedy Herbert ma lat 28, a Chrzanowski 26.  Zwracali się do siebie pieszczotliwie, żartobliwie, np. „Cherbercina” (celowy zapis z błędem ortograficznym), „Chrzan”, „Ded” („ksywki Chrzanowskiego), „Patryk” („ksywka” Herberta),
albo nawet padały zwroty o całusach w „pępuszek”, „brzuszek”, czy o perwersyjnym całowaniu żony Tadeusza Chrzanowskiego, Teresy przez Herberta.
Wszystko to są oczywiście żarty, dowcipy i wygłupy, które odzwierciedlają bliskość między przyjaciółmi, wyrażającą się przede wszystkim poprzez wspólne, podobne poczucie humoru.
     W korespondencji, pod względem ilościowym, dominuje głos Chrzanowskiego. Herbert czasem długo milczy. Przyczyną mogła być jego choroba dwubiegunowa afektywna, którą wykryli francuscy lekarze.
W tej chorobie najpierw występują stany podwyższonej euforii, entuzjazmu, radości, by potem przejść w stany głębokiej rozpaczy, depresji, zwątpienia, przygnębienia, apatii, niemocy, niezdolności do działania i pracy.
 Być może zaważyła również na tych przerwach niemoc nieco innej natury.
Herbert ożenił się dopiero, kiedy miał 44 lata.
Małżeństwo z Katarzyną Herbertową z Dzieduszyckich nie wydało na świat potomstwa.
Chrzanowski był już wtedy zaawansowanym ojcem rodziny i kiedy miał 41 lat, urodziła mu się druga córka, Agnieszka, 7 VII 1965 roku.
Herbert za trzy lata będzie brał ślub.
Poeta był w całości poświęcony sprawie sztuki i na tym polu wygrał w sposób, można powiedzieć, całkowity i zupełny.
Natomiast jego „start” życiowy nieco się opóźnił, nawet bardzo.
Być może długie okresy milczenia Herberta spowodowane są jego utajonym „kompleksem”, wobec szczęścia rodzinnego Chrzanowskiego.
Szczęścia, ale dodajmy jeszcze do tego, ile nerwów, zachodu i naprawdę ciężkiej pracy nad wychowywaniem córek, musiało kosztować to szczęście przyszłego profesora historii sztuki.
Wyjawia zresztą ów stan niedogodności Tadeusz Chrzanowski w listach, z których równocześnie przeziera i prześwieca cudowność owej niedogodności, życiowe spełnienie (jednak pomimo wszystko, pomimo ciągłego braku snu i odpoczynku).
Codzienne awantury w domu, w tym z żoną Teresą, która w miarę upływu czasu, była coraz mniej zadowolona z życia (na początku traktowała swojego przyszłego męża, Tadeusza, jako geniusza), rosnąca odpowiedzialność Chrzanowskiego za dom i jego utrzymanie, nie były, jak się zdaje sprawami łatwymi.
Chrzanowski jednak jawi się w tej korespondencji przede wszystkim, jako człowiek psychicznie silny, życiowo zaradny, potrafiący sprostać życiowym sytuacjom i niedogodnościom. Był ojcem.
Można powiedzieć, wysnuć taką hipotezę, że był „ojcem”, również dla swojego przyjaciela, Zbigniewa Herberta, mimo, że to Herbert był od niego o dwa lata starszy.
     „Ded”, jak go nazywał autor „Struny światła”, był człowiekiem o temperamencie opiekuńczym, w pewnym sensie stwarzał warunki bezpieczeństwa.
Na pewno dla swojej rodziny, co musiała czuć jego żona, zostając z nim do końca.
Autor tomu „Rovigo”, jednak jakby wymykał się tej „opiece” swojego przyjaciela,
trochę się przed nią bronił.
Chciał być dla „Deda” przede wszystkim mentorem w sprawach sztuki, poezji.
W wielu listach pouczał go, recenzował teksty „Chrzana”, wskazywał mu drogi artystycznego wyboru.
Pisał o tym, co jest dobre w tekstach profesora, a co wymaga poprawek, nawet gruntownego przeredagowania. Rolą Herberta jakby stało się arbitrażowanie w dziedzinie elegancji literackiej.
Daje temu wyraz w liście z 1953 roku, w którym bardzo dobrze widać olbrzymią świadomość literacką Herberta (ma zaledwie 29 lat).
List jest w dużej mierze recenzją z prozy Tadeusza Chrzanowskiego (Herbertowi bardzo podobały się wiersze przyjaciela i oczekiwał ich z prawdziwą przyjemnością, natomiast w wypadku prozy „Chrzana” jest już o wiele bardziej krytyczny i ostrożny, czego przykład przytaczam).

Z Autora wyłazi poeta, co daje nieraz niepotrzebne prozie takie efekty: (chwile) „zbutwiały w pokładach pamięci”, (partyzanci) jak „garść szczurów ratujących się z tonącego okrętu, (słońce) „ostre oczko”, które padało na twarz gorącym wnikliwym
spojrzeniem”, „kurtyna tramwaju”, „krótkotrwałe maleńkie ameryki uczuć”, „gałązka wołała pod butem ostrzegawczo”, „łoskot wrósł i rozłamał się w kołujące rzężenie”.
     Proza ta ma charakter wylewno-narracyjny a nie skrótowo-wizyjny. To już wybór metody, o którym niepodobna dyskutować, ale mimo to są fragmenty rozgadane. Zamiast jednego celnego słowa kilka: (zamysł) „budowany z fantazji, zapału, wiary i niedoświadczenia”, (chwila) „zwątpienia, wahania, zdziwienia wystarczyła, by przytłumić syntezę jego zmysłów – czujność; a także pewne nawroty i powtórzenia, jak o tym „łagodnym kręgu lampy” – co samo w sobie owszem dobre.
     Nie jestem zwolennikiem krzepienia prozy brutalizmami. I co dziwne te najgrubsze (dupa i kurwa) jako tako siedzą, ale tam gdzie już nie ma partyzantów, ten „szmelc”, „facet”, to „patrzenie na grandę”-naprawdę niepotrzebne”.[7]

    Na uwagę zasługuje fakt w tej korespondencji, że autor „Martwej natury z wędzidłem”, bardzo rzadko odnosi się do kwestii posiadania potomstwa przez swojego przyjaciela, w tym do narodzin jego dwóch córek.
Tak jakby fakty te były dla Herberta albo niewygodne, albo nieważne, w co głęboko wątpię.
     Wysuwam bowiem w tym momencie może śmiałą, a nawet zbyt śmiałą tezę, że największym dramatem życiowym Herberta był jednak brak posiadania potomstwa, implikujący pewną, życiową pustkę, jakby izolację od tego, co w życiu najważniejsze.
Jest bardzo prawdopodobne, że przesadzam.
Nie wie nic o posiadaniu dzieci ten, kto ich nigdy nie posiadał.
Jednak rewersem tego stwierdzenia, może być konstatacja inna:
marzy podświadomie o posiadaniu potomstwa ten, kto nie wydał go na świat.
Herbert jest bardzo uczciwy w tej korespondencji, przede wszystkim intelektualnie uczciwy: w małym stopniu odnosi się w  korespondencji z Chrzanowskim do  życia rodzinnego swojego przyjaciela, poza paroma, kurtuazyjnymi uwagami, nie mającymi wiele wspólnego z autentycznym i głębokim wejściem w ów świat „prawdziwy”, czyli świat rodzinny swojego przyjaciela, o którym Chrzanowski pisze non-stop, jakby ów właśnie świat stanowił dla niego najistotniejsze jądro tożsamościowe (najpierw jest ojcem rodziny, potem profesorem, na końcu pisarzem, choć potem zupełnie porzuca swoje ambicje artystyczne). 
Herbert czasem jedynie rzuci żart w kierunku żony Tadeusza Chrzanowskiego i to wszystko.
Milczy przeważnie na temat dzieci.
Milczy, ponieważ ich nie ma.
Co może powiedzieć o dzieciach ten, kto nie ma dzieci?
Herbert jest logiczny w swoich listach, wie, że nie może powiedzieć niczego na ten temat.
Dlaczego jednak Chrzanowski, właściwie stale i ciągle pisze do Herberta o swojej rodzinie?
Wysuwam na ten temat następujące hipotezy:
1). Był spełnionym człowiekiem i dumnym ze swojego spełnienia życiowego,
chce jednocześnie przykryć owym spełnieniem swoją „ułomność” artystyczną, ponieważ chyba do końca chyba posiadał Chrzanowski pewne ambicje pisarskie, artystyczne.
2). Skrycie zazdrości Herbertowi jego olbrzymiego talentu, dlatego ciągle podsuwa mu pod nos do powąchania „kwaśne kupki” swoich pociech.[8]
To oczywiście żart, ale wyczuwa się w tonie listów Chrzanowskiego, poza dobrodusznym śmiechem, również pewną frustrację.
3). Dzieli się po prostu, „prostolinijnie” swoim, życiowym doświadczeniem z przyjacielem (hipoteza ta jest bardzo mocno wątpliwa).
4). Wyrzuca Herbertowi niejako, że tamten ma „święty spokój” i może spokojnie pracować nad tym, co ważne, podczas gdy on, „Chrzan’, codziennie musi użerać się z tzw. rzeczywistością.
     Najbardziej zastanawiające, a jednocześnie w pewien sposób logiczne, są owe uniki Herberta. Widać w nich szlachetność wyboru i szlachetność gestu.
Chrzanowski cały czas pisze o rodzinie do człowieka, który nie ma rodziny i ożeni się, kiedy już będzie w późnym wieku.
Jest to, mówiąc oględnie, trochę niedelikatne.
W tej korespondencji to Chrzanowski jest tą stroną aktywną, Herbert jakby więcej rozumiał z tej sytuacji, stąd te przerwy moim zdaniem.
Dodać możemy, że na początku to Herbert pisał o wiele więcej aniżeli „Ded”.
Na początku, w młodym wieku, od 1950 roku datują się bowiem te listy, kiedy Herbert ma 26 lat, Chrzanowski 24.
W listach z początkowego okresu widać nawet pewien entuzjazm Herberta z powodu nowej i ciekawej przyjaźni.
Młodość przyniosła ze sobą sporą dozę beztroski i to widać również.
W przypadku Herberta tak, ale nie w wypadku jego przyjaciela, który od początku, w tych listach, widoczny jest, jako człowiek odpowiedzialny, myślący o życiu „poważnie”.
Na początku to Chrzanowski się wycofywał, trochę chyba nawet mu ta znajomość, mówiąc kolokwialnie, „nie leżała”.
Przyszły profesor historii sztuki myślał nade wszystko o ułożeniu sobie życia pod kątem nie tylko profilu intelektualnego (a może to było w jego przypadku najmniej ważnym, niewinnym hobby, po którym prawie nic nie zostanie?),
ale przede wszystkim zawodowego oraz życiowego, rodzinnego.
Stąd informacja o ukończonych z tytułem magistra studiów z historii sztuki, zaręczynach, potem ślubie.
A potem, nie mające w zasadzie końca i dna, następujące epopeje o życiu rodzinnym ”Chrzana”.
Na początku, widać, że „Ded” czy „Chrzan”, jakby „czai się do skoku”, do skoku w życie.
Stąd pewna wahliwość w pierwszych listach z Herbertem, właśnie tym najprawdopodobniej spowodowana, owym „przyczajeniem” i „niepewnością”.
Potem „Chrzan” „wskakuje”, najpierw zawodowo w uczelnię, potem rodzinnie, w zaręczyny i ożenek, a potem już zupełnie, „pełno rodzinnie”, Chrzanowski wskakuje z wprawą świetnego pływaka, na głęboką wodę życia, które implikuje zadania dla niego od początku najważniejsze, do których był w swojej strukturze psychofizycznej oraz intelektualnej, powołany najistotniej, od samego początku, czyli do zadania bycia mężem i ojcem rodziny.
Cóż za przedziwna koincydencja losów i cóż, jednocześnie za dziwny paradoks.
Przyjaźń tak dwóch, w sumie biegunowo różnych temperamentów, wydaje się mówiąc oględnie, niemożliwa, tu jednak, w tej korespondencji, zaowocowała czymś naprawdę niezwykłym i niezwykle, rzekłbym nawet, porażająco głębokim.
     Jak pogodzić to, co jest powołaniem do życia w rodzinie z tym, co jest powołaniem do całkowitego poświęcenia się sztuce?
Godzić to można, na przykładzie zestawienia tak mądrego, inteligentnego i dobrego człowieka, jakim był Tadeusz Chrzanowski i tak zagadkowego korespondenta, niezwykle tajemniczego, nie ujawniającego się ani nie odsłaniającego się, jakim był Herbert.
     Oba te głosy uzupełniały się w jakiś przedziwny, zaskakujący sposób, dodam, że jest to zjawisko w epistolografii polskiej XX wieku, dla mnie przynajmniej, niezwykle ciekawe, twórcze i zapładniające do wielu rozmyślań oraz odczytań, przynajmniej na kilku poziomach. Proponuję w tym momencie następujące poziomy odczytania korespondencji między Zbigniewem Herbertem a Tadeuszem Chrzanowskim:
1). Poziom literalny, czyli dosłowny. Zwykła wymiana listów o bieżących sprawach między dwojgiem przyjaciół.
2). Poziom symboliczny. Korespondencja na temat przeznaczenia człowieka, jego losu w świecie w oparciu o to, co w świecie ukryte i niedosłowne, świat symboli, których codzienne rekwizyty i zdarzenia z dnia codziennego są jedynie zaszyfrowanym znakiem, odsyłającym do rzeczywistości głębszej, ukrytej.
3). Poziom terapeutyczny. Próba zrozumienia swojej sytuacji w świecie poprzez opisy swojego działania, swojej aktywności w świecie.
4). Poziom aksjologiczny. Dzielenie się wspólnym światem wartości.
5). Poziom komiczny. Wygłupianie się i dowcipy dwojga przyjaciół, nie branie życia na serio, na poważnie.
6). Poziom majeutyczny.
Wyciąganie tajemnic Sokratesową metodą położniczą i otwieranie się wzajemne na przepływ tajemnicy. 
7). Poziom filozoficzny. Nie kończąca się i nie mająca dna, dyskusja o sztuce, literaturze.
8). Poziom metafizyczny – rzeczywistość domaga się dalszego „ciągu” w tym, co jest niejako poza tą rzeczywistością i która ją przekracza, a więc w sztuce.
9). Poziom religijny, eschatologiczny.
Sprawa ostatecznego poznania, kim byłem i kim jestem, kiedy stanę Twarzą w Twarz przed rzeczywistością, która zaczyna się wraz z nadejściem śmierci i końcem dotychczasowego pobytu na ziemi.
     Ta korespondencja nieco słabnie od końca lat 70 tych i lat 80 tych.
Widać, że jest nieco zdawkowa. Chrzanowski nadal pisze o swoim życiu rodzinnym, Herbert dość skąpo się do tego zagadnienia odnosi.
I nie poruszono w ogóle wyboru papieża Polaka na Stolicę Piotrową, wybuchu Solidarności, jakby te sprawy były oczywiste. Od początku zresztą jeden i drugi ucieka od polityki jak może. Była w tym przyczyna może prozaiczna: zwykły strach przed cenzurą.
Dlatego Herbert nie ujawnia, jak bardzo nie cierpi komunizmu ani nie może ujawnić tego Chrzanowski, gdyż groziłoby to w tamtym czasie bardzo poważnymi konsekwencjami, na przykład aresztowaniem.
     Po 1989 roku nagle wkracza w ich listy polityka i oczywiście, jak to bywa często, między dwojgiem przyjaciół, różnice światopoglądowe.
Chrzanowski bardzo sceptycznie odnosi się do „nieszczęsnego daru wolności”.
Herbert wciąż dumnie pręży pierś niezłomnego pisarza w czasie komunizmu.
Jednak zauważyć można jedną, zasadniczą rzecz w przebiegu tych listów.
Zasadniczą cezurą jest rok 1989 i idące później, jak można wyczytać, nie tylko pomiędzy wersami, ogromne rozczarowanie Polską lat 90 tych.
Jakiś smutek w tym się wyczuwa, przygnębienie, nawet depresję i nostalgię za tym, co było, za czasami lepszymi pod względem towarzyskim, międzyludzkim, nie mówiąc już o względzie kulturalnym, gdzie kultura w latach PRL-u była na najwyższym, światowym poziomie, co zauważa choćby Norman Davies (a więc nie Polak), w Bożym Igrzysku.[9]
 
   Chrzanowski jakby przeżywa stan wygaszenia, u Herberta wzmaga się stan depresji (pomimo wciąż wzniośle trzymanej gardy lirycznej maski) i wreszcie kończy się śmiercią (zapewne na tle psychofizycznym, do której labilne stany psychiczne wydatnie mogły się przyczynić).
     Z listów dodatkowo wynika fakt, że autor „Struny światła” nie chciał słyszeć o żadnej pomocy medycznej, nie chciał sobie pomóc, uważał, że jest całkowicie zdrowy – wbrew opinii wykfalifikowanych psychiatrów, którzy go badali.
Pisze nawet, że oparł się opinii i radom biegłych psychiatrów i dumnie wkroczył (ponownie), w życie, jakby zdrowszy i silniejszy, co, jak się później okaże, było złudzeniem Herberta.
Przytaczam fragment listu z roku 1991 (Herbert ma wtedy 67 lat).

Na szczęście byłem sam (Kasia w Warszawie), więc mogłem do rozpuku, bez obaw, że mnie znów wsadzą do kliniki dla wariatów, do której, klnę się, nigdy
nie wrócę. Zwymyślałem psychiatrów od imbecyli, w tem trzech profesorów, wyrzuciłem lekarstwa i po raz pierwszy od 25 lat jest mi dobrze. O czem z dumą donoszę”.[10]

     Pogłębiające się stany rozpaczy psychicznej, przy jednoczesnym poczuciu artystycznego spełnienia, doprowadziły w tej korespondencji Herberta do bycia coraz bardziej lakonicznym i coraz bardziej poetyckim i w owej poetyckości coraz bardziej wyrazistym. Wraz z upływem lat tężała jego szlachetna, liryczna maska, pisał coraz piękniejsze odpowiedzi na listy swojego przyjaciela „Chrzana”.
Ostatni jego list do przyjaciela, z Wielkanocy, z roku 1998 brzmi:

Kochany Dedusiu,
     Kiedy już wzbogacę się, kupię dom w Bayonne i będziesz przyjeżdżał dwa razy w roku w zimie i w lecie i będziemy chodzili nad brzegiem morza i rozmawiali o filozofii.
     A na razie z miasta deszczów dyluwicznych i neonomenklatury przesyła Tobie
 najlepsze życzenia
i gorące uściski
Twój
stary
druh
       Zbigniew”. [11]

     Odniosę się na koniec do tego, co napisałem na samym początku. Dwie, przeciwstawne pod względem temperamentu życiowego osobowości znalazły w listach wspólny język.
Dodam, że ze spotkania tego (owych dwóch osobowości epistolarnych), wytwarza się, można rzec, specyficzny „szyfr transcendencji”, opowiadający o postawach wobec życia, dzielności w czasach opresji, najistotniejszych, życiowych wyborach oraz obowiązkach.
     Mój ulubiony list Chrzanowskiego do Herberta, z roku 1974 (Chrzanowski miał wtedy lat 48, Herbertowi stuknęła 50 tka),  brzmi w sporym fragmencie tak:

„(…)przyjmij więc kilka myśli na Twój osobliwy temat. Otóż raz wreszcie musisz zrozumieć, że jesteś z gatunku „cypkarzy”. Sądzę, że już Ci wyjaśniałem etymologię tego terminu, ale powtarzam: cypkarzem jest ten, co się w cypku (krakowska wersja „czepka”) był urodził. No bo patrz: Ty się około 12 w południe budzisz, ślepka spluszczone przecierasz, a już Ci Kasiunia smakołyczki podtyka, gdy tymczasem inni – na ten przykład za przeproszeniem ja – już od 5 godzin tyłki po biurowych „zeslach” wycirają i w absolutnie bezpłodnej działalności papierkowo-gadaniowej grzęzną.
Może inni to lubią, ale ja – pożal się Boże kurwa-dyrektor- nie i nie. Potem, gdy już lico ogolisz i gatki na jajątka naciągniesz, siadasz za stołem, albo nie siadasz, tworzysz, albo nie tworzysz, a tak czy siak muza śpi spokojnie, spokojna o ostateczny wynik. Później – w jakimś momencie dnia-masz okazję oglądać, a nawet wymieniać poglądy z najznamienitszymi luminarzami kultury naszej ojczyźnianej, bo czasem i pułkownik pogada, i sam prezes barytonem zaszczyci, a inni to nic, tylko do trzeciej papierki i po próżnicy gadanie, a potem drzemki chwila , ciemnia( bo z dyrektorstwa nikt nie wyżył) i wieczorna nasiadówka z Mańkiem. A kiedy Ty już u szczytu natchnienia, a może i po kieliszeczku jakowym, w najwyższe regiony Parnasu wyniesiony, wzbogacasz Mickiewiczów i Słowackich o nowe perły w mowę ojczystą zawarte – inni już nie są zdolni do niczego innego jak tylko do zwalenia się do barłogu, przeczytaniu jednej a najwyżej dwóch stron Xięgi jakiej i lulu-aaa- bo o 6 –ej budzik do czynu ich wzywa.
No więc jak sądzę w sposób obrazowy przedstawiłem Ci jakiś jest cypkarz, a świadomość tego jest elementem niezwykle doniosłym i zwłaszcza w dniu imienin winna być aktywna”.[12]
 
Ów list przytoczyłem w sporym fragmencie, bo wydaje mi się on odzwierciedlać właśnie ową, jasną stronę tej korespondencji, tj. osobę Tadeusza Chrzanowskiego, który w pełen pogody i dobrodusznego humoru sposób, pisze o udrękach tzw. „odpowiedzialnego” życia, tej, tzw. „udręki” dorosłości i prawdziwej, męskiej dojrzałości.
     Widać, mam nadzieję po zacytowanych fragmentach, jak pięknie i mocno uzupełniali się dwaj rozmówcy. Jeden z nich miał to, czego nie posiadał drugi i vice versa. Jedną postawę można określić mianem postawy społecznej, nastawionej na działanie, drugą artystyczną, nastawioną na kontemplację i tworzenie. Życie, jak się zdaje, potrzebuje jednej i drugiej postawy.
Promieniowanie aury głębokiej bierze się właśnie z zestawienia tak dwóch, różnych podejść do tematu życia i jednoczesnym wypełnieniu jej (owej aury), w przymierzu przyjaźni ekstrawertycznej osobowości społecznej (Chrzanowski) oraz introwertycznej osobowości artystycznej (Herbert).
    Korespondencja między dwoma przyjaciółmi daje pretekst do pewnych rozważań filozoficznych, co usiłowałem w tym krótki szkicu uczynić. Jest ona ponadto pewnym źródłem informacji o samym Herbercie, jego stosunku do przyjaciół, wierności, lojalności, a także reakcji na to, co przynosi ze sobą życie, zarówno w jego aspekcie jasnym, jak i tragicznym.


Bibliografia:

1). Mój bliźni, mój bracie, Zbigniew Herbert-Tadeusz Chrzanowski, Listy 1950-1998”, Kraków 2016.
2). Stefania Skwarczyńska, Teoria listu, Lwów 1937.
3). Norman Davies,  Boże Igrzysko,  przełożyła Elżbieta Tabakowska, New York 1982.
 
 
 
 
 



 
 
 




[1] Stefania Skwarczyńska, Teoria listu,  Lwów 1937.
[2] Por. Stefania Skwarczyńska, Teoria listu,  Lwów 1937, s.37.
[3] Ibidem, s.138.
[4] Pojęcie „aury” przejąłem od Waltera Benjamina. Natomiast sformułowanie „aura głęboka” jest moim, autorskim pomysłem.
[5] Dyskutować oczywiście można ze stwierdzeniem Stefanii Skwarczyńskiej, że introwertyk nigdy nie będzie dobrym epistolografem (Teoria listu, s.114).
[6] Por. Mój bliźni, mój bracie, Zbigniew Herbert-Tadeusz Chrzanowski, Listy 1950-1998”, Kraków 2016, s.85Z-87.
[7] Mój bliźni, mój bracie, Zbigniew Herbert-Tadeusz Chrzanowski, Listy 1950-1998”, Kraków 2016, s.112-113.
[8] Por. Mój bliźni, mój bracie, Zbigniew Herbert-Tadeusz Chrzanowski, Listy 1950-1998”,  Kraków 2016, s.149.
[9] Por. Norman Davies, Boże Igrzysko. Historia Polski”, t.2, przełożyła Elżbieta Tabakowska, New York, 1982, s. 714.
[10] Por. Mój bliźni, mój bracie, Zbigniew Herbert-Tadeusz Chrzanowski, Listy 1950-1998”, Kraków 2016, s.301.
[11] Ibidem, s.321.
[12] Por. Mój bliźni, mój bracie. Zbigniew Herbert-Tadeusz Chrzanowski, Listy 1950-1998, Kraków 2016, s.253-254.

piątek, 10 marca 2017

„Szwedzkie kalosze” nie uchronią przed pustką. Kilka zdań o powieści Heninga Mankella, „Szwedzkie kalosze”.

Powieść Heninga Mankella, „Szwedzkie kalosze”, odbiega nieco od popularnego cyklu o Komisarzu Wallanderze, zresztą znakomitego literacko. „Szwedzkie kalosze” bowiem to powieść obyczajowa i psychologiczna, z elementem zagadki kryminalnej. Głównemu bohaterowi, Fryderykowi, który mieszka na wyspie w Szwecji, nagle spłonął dom. Mieszkańcy wyspy nie wiedzą, skąd ten pożar, dlatego początkowo podejrzenia padają na Fryderyka, że samodzielnie podpalił posiadłość, aby uzyskać pieniądze z  ubezpieczenia. Rychło jednak ten trop okazuje się mylny. Fryderyk zamieszkuje w białej przyczepie, na tym samym terenie, gdzie widać zgliszcza jego domu. Niedaleko stoi ławka jego dziadków, na której siada po wyjściu z lodowatej wody, w której kąpię się dla zdrowia, aby obniżyć ciśnienie i poprawić krążenie. Sam jest bowiem lekarzem, ma 70 lat, córkę, której prawie nie poznał przez całe życie, która ma na imię Louise. Mieszkał przez tyle lat na tej wyspie praktycznie sam, nawet niewiele osób go odwiedzało, prócz listonosza Jansona.
Spłonięcie jego domu jest okazją do osobistych przemyśleń na temat swojego życia, a także daje pretekst do odnowienia kontaktu z córką. Dodajmy, że w międzyczasie Fryderyk poznaje i zakochuje się w dziennikarce lokalnych wiadomości z wyspy, razem zaczynają spędzać wiele czasu, bez szans jednak na romans – tak będzie aż do końca powieści – będzie to związek oparty wyłącznie na przyjaźni, jednostronny, bo Fryderyk, mimo pewnego już wieku, marzy o płomiennym romansie.
Przeżyciem dla niego pozytywnym, jest fakt, że jego córka spodziewa się dziecka. Ojcem jest Ahmed, Arab, który pracuje jako stróż nocny. Sama Louise przeze wiele lat zarabiała na życie jako kieszonkowiec. Działała ponadto przez wiele lat w organizacjach o charakterze mocno lewicowym.
Po wielu latach sama postanawia odnowić kontakt z ojcem.
Jej rodzice, jak wynika z powieści, nie wzięli chyba nawet ślubu, byli po prostu parą, posiadającą dziecko, ale w świetle prawa szwedzkiego, jak się zdaje, taki status związku jest możliwy.
W zasadzie w tej powieści, dość długiej i grubej, 445 stron, niewiele się dzieje.
Fryderyk jeździ po wyspie samochodem z Lisą (dziennikarką lokalnej gazety, w której się zakochał), dużo się pije kawy, papierosów pali zdecydowanie mniej, co rano Fryderyk wchodzi do lodowatej wody, aby przepłynąć kilka metrów dla obniżenia ciśnienia oraz poprawy krążenia, przez co zachowuje zdrowie.
Oprócz tego Fryderyk odbywa quasi proustowskie wycieczki w głąb własnego dzieciństwa, ale tych jest zdecydowanie mniej.
Na kartach powieści „Szwedzkie kalosze”, mamy przede wszystkim do czynienia z prozą życia. Do tego bardzo zgrabnie jest prowadzony motyw tytułowych kaloszy (bohater wybiegł z płonącego domu w dwóch lewych kaloszach i przez całą powieść próbuje bezskutecznie odzyskać, raczej odkupić zniszczoną w pożarze parę).
Owe kalosze to motyw przewijający się w powieści, mały, z pozoru nic nie znaczący szczegół, który jednak tworzy istotnie klimat oraz sprawia, że przekaz powieści staje się jaśniejszy.
Jaśniejszy? Ale cóż w tym może być ciemnego?
Intryga postawiona na talerzu, żadnej, wewnętrznej gmatwaniny, emocji, strumienia świadomości, duchowego galimatiasu, nawet psychicznego powikłania jest tutaj jak na lekarstwo.
A jednak jest coś w tej powieści, co się wymyka prostemu nazwaniu, co zarazem zaciekawia, ale i przygnębia. Może to rodzaj depresji?
Na wyspie niewiele się dzieje, mieszkańcy prawie ze sobą nie znają się, nie rozmawiają, a ci, którzy wydawać się mogło, są znani bardzo dobrze, nagle okazują swoje potworne, skomplikowane oblicze.
Ludzie mieszkają ze sobą na wyspie, nic o sobie nie wiedząc, pomimo, że z pozoru powinni tworzyć społeczność zwartą, skonsolidowaną, która potrafi rozmawiać, która potrafi spotykać się przy różnych okazjach i sobie wzajemnie pomagać.
Tak się jednak nie dzieje.
Szczęście wyspiarskiego życia okazuje się pozorne, okazuje się utopią, ułudą, mirażem.
Tak naprawdę mamy do dyspozycji tylko własną samotność, zdaje się mówić narrator tej powieści, nic więcej. Nawet rodzina okazuje się bytem jakby połowicznym, nie do końca udanym, skazanym przez współczesne czasy na powolne odchodzenie w rodzaj nieokreśloności, mgły.
Tak naprawdę przez powieść „Szwedzkie kalosze”, wciąż zdaje się przewijać pytanie, po co tutaj jesteśmy? Po co urodziliśmy się, oprócz tego, że satysfakcja oraz radość z naszych urodzin była wielka u naszych rodziców? Ale co dalej?
Czy nawet miłość rodzicielska nie okazuje się w pewien sposób spodlona i zbrukana, nie bezinteresowna i czysta poprzez uczucia, na przykład zazdrości, kiedy Fryderyk słyszy od Louise, że ta wyjeżdża na wakacje na Kretę i czuje zazdrość?
Czy nie jest to zatem trochę powieść o ludziach „wydrążonych”?
Nie. Tutaj to wydrążenie poszło o wiele głębiej, zostawiło o wiele głębszą bruzdę.
Bruzdę przede wszystkim braku miłości, braku wzajemności, braku odpowiedzi ze strony świata, braku spotkania, braku rozmowy.
Bruzdę izolacji, zamknięcia we własnych monadach.
Nie chodzi o to, że się nie znamy, bo człowiek człowieka może nigdy do końca nie poznać, ponieważ sam siebie do końca nie zna (to zdanie również pada w „Szwedzkich kaloszach”), ale o to, że przestaliśmy ze sobą rozmawiać, nawet się tego boimy, jak mieszkańcy wyspy, zamknięci jedni na drugich, szczelnie od siebie odgrodzeni kokonem niedostępności.
Fryderyk próbuje jednak jakoś przełamać ten impas. Sam jest raczej człowiekiem towarzyskim, lubiącym spotkania oraz rozmowy. Prowadzi niekończące się rozmowy z Lisą, które jednak nigdy nie zostaną zakończone płomiennym romansem, pozostaną wyłącznie na poziomie platonicznym i to nie zmieni się nigdy.
Ale chodzi o to, że Lisa i Fryderyk jednak spotykają się w kawiarniach, restauracjach, rozmawiają w przyczepie, spędzają wspólnie Sylwestra i Nowy Rok (jeszcze dochodzi do nich listonosz Janson), czyli, że akcja rozmowy, wydarzenie rozmowy i wydarzenie spotkania, jeszcze do końca nie umarło.
Może zatem „Szwedzkie kalosze”, są rodzajem cichego apelu o przywrócenie przyjaźni, zaufania, rozmowy oraz spotkania w naszym życiu, które coraz bardziej zamyka się w sobie, pozostając zamknięte na życie innych ludzi?
Ekspedientka ze sklepu obuwniczego tak bardzo cieszy się, że kalosze w końcu dotarły, pod koniec powieści, na stronie 444.
„Szwedzkie kalosze” nie uchronią przed pustką, one same może nie, podarowane tak.
 Fryderyk znów wstaje rano, wcześnie, bierze ręcznik kąpielowy, wchodzi do lodowatej wody.
„Był już koniec sierpnia. Wkrótce miała nadejść jesień. Ja jednak nie obawiałem się już ciemności”, to słowa, które wieńczą ostatnią powieść szwedzkiego pisarza.



 








poniedziałek, 19 grudnia 2016

Przecież ode mnie zależy ta czerń, losy i miłość. "Pod wulkanem"_Malcolm Lowry.

To dziwna opowieść i bardzo piękna. Cały czas alkohol i jakieś mary, cienie, widma, zwidy. Nie wiadomo, czy świat dzieje się naprawdę i czy śmierć jest również realna.
Ale chyba nie, chyba jedynie śmierć jest jedyną realnością w tej powieści. Bo życie Konsula jest widmowe, magmowate, jednocześnie bez wyraźnych konturów i z wyraźnym obrysem, jest to obrys dużej wiedzy, dużej świadomości, jak również rozpaczy, beznadziei, smutku, potężnego smutku. Jest to niezwykle dobrze napisane, w sposób poetycki. Bardzo żywa proza, chce się ją czytać. I misterna. I dużo może pomieścić, w pewnym sensie silva rerum albo kolaż różnych rzeczy. Powieść w powieści, ale niewiele ma wspólnego z postmodernizmem, raczej z pewnymi formami hybrydycznymi oraz plazmoidalnymi, jak również z egzystencjalizmem. Pełno życia w tej powieści, to picie alkoholu, jakaś marna, niespełniona egzystencja, smutek przemijania, przegrane życie, ale nie ma nihilizmu, jest życie w rozpaczy. Życie w czerni, ciekawe, pod wulkanem, w alkoholu, na jakiejś granicy, życie graniczne, przez to tak żywe, że dziejące się na granicy. Granicą ostatnią jest śmierć, ale nie wiadomo, czy ostateczną, nawet narrator tego nie wie. Do rozpadliny wrzucono za umierającym Konsulem zdechłego psa. Tak kończy się ta powieść, nie, tak kończy się to powieściowe arcydzieło. Opowieść o alkoholizmie, smutku, przegranym życiu, nieuchronności przemijania, fatalizmie losu, ludziach, którzy zawsze będą przewidywalni w swoich uproszczonych sądach o świecie, i wielu innych sprawach, kiedy wytryśnie z kwiatów czerń nocy, czerń upojenia alkoholem, czerń śmierci, czerń smutku, czerń odurzenia i widma, mary, zjawy, cienie, upojenie. Konsul ciągle pije, śpi, śni, pije, to pijak. Umarł i nikt o nim nie będzie pamiętał, oprócz nas, czytelników „Pod wulkanem”. Nie ma tam strukturalizmu, jest post strukturalizm.
I jakieś dziwne, alkoholowe wizje. Ciekawa rzecz: jednoczesne napięcie treści i formy i to wewnętrzne rozluźnienie obu tych struktur: treści i formy. Jakby lawa wylewała się od wewnątrz. Wylewała się od wewnątrz lawa i rzeźbiła te frazy, linijki, linie, akapity, wręcz, powiedzieć można, wersy poematu. Całość czyni wrażenie precyzyjnego rozmazania, bardzo analitycznie przeprowadzanego galimatiasu i bałaganu, wręcz burdelu duszy. Jakaś rozpacz w tym wszystkim, nawet nie podskórna, ale na powierzchni. Nie ma broni przed światem, prócz jednej, nie, dwóch: pierwsza to język, druga to butelka. Bohater „Pod wulkanem” jest bardzo świadomy swojej sytuacji, jest, dodajmy, bezdzietny, pozornie żonaty, w rzeczywistości z żoną nie układa mu się w ogóle, ponieważ żona została oddana w służbie złudzie i mirażowi.
Jest tutaj pokazane jakieś straszne okropieństwo życia i jednoczesna zgoda na to okropieństwo, pod warunkiem, że będziemy regularnie zaglądać do butelki. Regularne zaglądanie do butelki, gwarantuje bardzo dobrą i sprawną pracę języka. Język opowieści jest bowiem pozornie tylko alkoholowy i tonie w tych mirażach, złudach, jak to nazwać, oparach alkoholu. W rzeczywistości jest to język zwarty, spójny, a przede wszystkim gęsty. Bardzo trudno ten język uchwycić, a jednocześnie ten, kto go „złapie”, w sposób całkowicie bezpieczny poddaje mu się i dryfuje w czerń, czy też zostaje zniesiony w czerń, otchłań, coś bardzo przykrego, smutnego, czarnego, nawet trochę okropnego. Przecież ta powieść kończy się śmiercią konsula, głównego bohatera. Próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie, czemu ta śmierć, w jamie czy dole, a w tle szczeka jakiś kojot czy pies, czemu ta śmierć tak bardzo utkwiła mi w pamięci.
Może była najbardziej konkretna i żywa na tle tej alkoholowej maligny, misternej formalnie, a jednocześnie jakoś rozmytej, jednocześnie napiętej do granic i luźnej do granic. Jakby echa hybrydyczności, jakby echa tworu złożonego z wielu, nałożonych na siebie poziomo i pionowo warstw tekstu. Jakby jakaś niemożliwość, żeby spod tych warstw tych tekstu, jakieś jądro wydobyć, czarne, ukryte, że jest tylko wewnątrz papier. Egzystencja konsula nie jest jednak tylko papierowa. Drzemie w niej coś bardziej ukrytego, to znaczy udana imitacja grozy, koszmaru i przygnębienia życiem.
Albowiem do tego prowadzi to, co tekstowe – do jednoczesnej, skutecznej obrony przed grozą życia i pochłonięciem przez nie życie. Nie życie jest silniejsze aniżeli życie w przypadku Konsula. Ale to, jest możliwością przezwyciężenia niemożliwości, to po pierwsze miłość (również niemożliwa) i śmierć (jedyna możliwość, która skutecznie zamyka wszystkie niemożliwości, jednak niewiele w zamian otwierając, jedynie jakieś pojedyncze uchylenia, lufciki, prześwity). Niewiele, ale jednak coś, bo śmierć w „Pod wulkanem”, chyba jako jedyna, jest czymś. Życie jest niczym, ale śmierć jest czymś. Życie do niczego nie prowadzi prócz zwątpień i picia. Natomiast śmierć nie tylko skutecznie unieważnia zwątpienia i picie, ale czyni jeszcze istotny przestrzał: sprawia, że zwątpienie i picie uzyskują jakiś wymiar sensu, zaczynają błyszczeć swoim, prywatnym logosem śmierci. Między tym, co anty logocentryczne a tym, co logocentryczne, rozgrywa się dramat Konsula. Życie byłoby po stronie tego porządku pierwszego, śmierć przyniosłaby na końcu rodzaj logosu, nawet jakieś ciemne światło, czy świecidło śmierci. Ale czy przeciwstawienie na śmierć i życie w przypadku tej powieści, ma sens? Nie ma. Bo tam wszystko jest śmiercią przeniknięte, jakby białe światło śmierci wnikało między szczeliny widzialnego. Konsul jest postacią w gruncie rzeczy nieciekawą, mało entuzjastyczną wobec przejawów życia. Jeżeli czymś naprawdę się entuzjazmuje, jest to tylko śmierć, ale również dana na prawach umownych, jakby nie do końca wierzył, że ona może przynieść cokolwiek pozytywnego, ergo śmierć nie jest zatem zaprzeczeniem życia, ale jakby jego ponurym ziszczeniem.
Osobną kwestią forma tej powieści – hybrydyczna. Różne formy, mozaiki, cytaty, interteksty, przy czym strumień główny tej powieści – poezja alkoholowa, jest czysty.
Można powiedzieć, że artysta osiąga efekt czystości poprzez celowe zabrudzenia.
Zabrudzenia, czyli zmięty papier. Konsul mnie ten papier i popija przy tym whisky.
Hybrydyczna budowa tej powieści. Różne języki, mozaika, cytaty, aluzje, wycinanki oraz wyklejanki. Mozolna podróż przez życie. Jakby życie to było tylko, jedynie upijanie się. Więc Konsul mnie papier, mnie kartki, miętosi papier, miętosi kartki i pije. Ale to miętoszenie kartek i picie ma jeden cel – język powieści, który z tego wynika. Język, który jest owym miętoszeniem kartek i piciem. Język, który zmierza do pomiętego pisma. Na końcu wybuch i biała, naga jama, szara jama. Upadek w szarą, białą, czarną jamę. Śmierć Konsula jest zbawieniem czerni. Czarna, naga, jama. Alkohol, spływ, strumyk, strumień w czerni. Przecież ode mnie zależą losy i miłość, jak patyk na drodze.
Wiem, że coś we mnie siedzi, ale nie wiem, co: pewnie Konsul. Przecież ode mnie zależą ta czerń, losy i miłość. Dziecko, które urodzi się pod wulkanem. Dziecko, moje dziecko.
W pomarańczowej i żółtej pościeli.









wtorek, 22 listopada 2016

Praca Kurta Wallandera

Jeżeli chodzi o śledztwa komisarza Wallandera, opisane przez Mankella, są śledztwami, albo przepraszam, mogą być, śledztwami literaturoznawczymi, oraz naukowymi. To tak, jakby śledziło się swojego bohatera, bohatera swojego szkicu, co on zrobił, kim był, co przeskrobał, co zrobił dobrego, a co złego, jak dużą miał rodzinę, czy założył własną rodzinę, czy był w porządku wobec swoich przyjaciół, czy w ogóle miał jakichś przyjaciół, może przynajmniej kilkoro, tych najbardziej zasłużonych, tych najważniejszych, co robił całymi dniami, kiedy nie prowadził śledztwa, albo nie pracował nad nowymi programami, albo ani nie czytał, ani nie pisał. Przecież śledztwo komisarza Wallandera może dotyczyć również poety, literaturoznawcy, artysty malarza, grafika, kucharza, wybitnego informatyka, wybitnego krytyka literackiego, wybitnego człowieka albo miernego człowieka, albo człowieka wycofanego, albo genialnego, albo jedno i drugie, bo często, bardzo często genialność idzie w parze z wycofaniem. Sam komisarza Kurt Wallander jest typem wycofanym, typem samotnika, śledztwo prowadzi mozolnie, bardzo ciężko pracuje w materiale śledztwa, idzie mu topornie, przez długi czas trwania powieści, ale zawsze trafia do celu, zawsze znajdzie sprawcę. Jest zmęczony, czasem spięty, nie wychodzi mu z kobietami, popija dużo whisky, grzeje się przy kominku, kiedy patrzy na nogi i pupę tej, która poprawia drewno w kominku, a którą pyta o to i owo, co dotyczy śledztwa.
Wallander jest niezwykle cierpliwy, cnotę cierpliwości odziedziczył po Rydbergu.
A Nyberg? Pracoholik, ale koszmarnie zmęczony pracą, Nyberg właściwie nie wypoczywa, on ciągle pracuje, pracuje w zasadzie bez wytchnienia, Nyberg zachłystuje się pracą.
A komisarz Wallander mu pomaga w pracy. Pracują bardzo mocno, intensywnie, prawie bez przerwy. Wallander kładzie się spać na kilka godzin, czasem budzi się o trzeciej rano, robi sobie kawę, zapala papierosa, potem już nie może spać, kłęby dymu kłębią się białymi chmurkami, obłoczkami dymnymi po kuchni, w której siedzi, zegar na ścianie wolno odmierza czas, rytm, jednostajne kroki. Nigdy się nie poddaje, śledztwo musi być zawsze doprowadzone do końca.
Możecie mnie zapytać, czy nigdy się nie myli? Ależ nie. Myli się i to jak. Czasem błądzi po omacku. Jego życie również jest rodzajem błędu, pomyłki. Odeszła od niego jego pierwsza i jedyna żona, Mona, z którą miał córkę, Lindę. Mona kazała mu wybrać: albo praca albo ona. Ale komisarz Wallander wracał jeszcze nocami na komisariat i studiował jakieś notatki, papiery, intensywnie myślał, czasem coś wypadało mu z głowy, czasem czuł boleśnie, że przeoczył jakiś ważny szczegół, ale pracował, zahaczał o pobliski automat z kawą i intensywnie pracował. Te wszystkie papierzyska, ten stos papierów, miał rozłożony na biurku, obok kawa, i komputer, którego w ogóle prawie nie używał, ponieważ nie potrafi korzystać z komputera, może pisać jedynie jedną ręką, a nawet nie jedną ręką, bardzo pomału, jednym palcem. Wdawał się w bójki, awantury, pijatyki, nocne burdy, nie przypadkiem, wszystko było na usługach pracy, śledztwa, butelka whisky, do której często zdarzało mu się zaglądać, również.
Pracował nieustannie, bez wytchnienia, z niewielką przerwą na sen, kawę, papierosa, wydmuchanie dymu, potem pobudka o szóstej albo piątej rano, pójście na komendę. W międzyczasie niezdrowe jedzenie, bardzo niezdrowe jedzenie, jakaś pizza, hamburger, frytki, byle szybko, jedzenie w przypadku komisarza Kurta Wallandera nie jest celebracją, ani świętem, jest szybkie, w biegu, czasem tłusta plama wystąpi na kurtce, czasem się ubabrze czymś, keczupem albo musztardą.
Ma cukrzycę, zdiagnozowali mu to. Mało się rusza, prawie w ogóle, pomimo to ma refleks, jest bardzo szybki, potrafi w momencie uniknąć kuli, albo strzału w tył głowy, przeczucie, intuicja, błyskawiczny refleks, pomimo fizycznej ociężałości, zarostu, przekrwionych od braku snu oczu, niechlujności w wyglądzie, byle jak ubranej kurtce, tłustych na niej plamach. Oto komisarz Kurt Wallander, który swoje śledztwo prowadzi przez wiele lat, które śledzimy dzięki genialnej pracy Heninga Mankella, który opisał wszystkie badania, wszystkie naukowe, artystyczne śledztwa komisarza Kurta Wallandera.
Jednak to dopiero początek naszej opowieści o tym komisarzu. Nasze śledztwo w sprawie Kurta Wallandera dopiero się rozpoczęło.
Zastanawiająca jest konstrukcja tej postaci, jakby odwołująca się do „Poetyki” Arystotelesa, żeby przedstawić kogoś zwyczajnego, kto zbłądził (hamartia). Jest to zbłądzenie szczególnego rodzaju, ponieważ nie trwa permanentnie, a do głównego bohatera trudno nie czuć sympatii, nawet wtedy, kiedy popełnia błędy, czujemy jednak, że te błędy były, by tak rzec, konieczne, że są silnie umotywowane pewną racjonalnością, męską i policyjną racjonalnością, racjonalnością komisaryczną. Kurt Wallander od wielu obrywa, ale wieloma też rządzi czy zarządza, i wobec wielu stosuje skuteczną taktykę oporu, nie daje sobie dmuchać w kaszę, raczej jest stanowczy.
Stanowczy i zawsze trzeźwo stąpa po ziemi, chociaż przecież wrażliwy jest na nierzeczywistość, a nienowa to sprawa, że być wrażliwym na nierzeczywistość to znaczy równocześnie być wrażliwym na literaturę. Zatem Wallander jest bohaterem literackim, sam literaturę jakby przeczuwającym w swoich działaniach. Zresztą jego narracja o śledztwie, to zwracanie uwagi na szczegóły, jest przecież opowieścią o cudzym życiu. Wallander, kiedy prowadzi śledztwa, zawsze ma na uwadze cudzy głos, cudze życie, to nie tylko sprawa psychologii jak mniemam, choć pewnie też, co pewnego rodzaju, specyficznej empatyczności, balansującej na granicy tego, co literackie i tego, co (nie)literackie, ponieważ życie prawdziwe tylko na takim balansie może zostać wygrane, tak jak przekonująca o nim opowieść. Zatem niesie ta postać wiele cech rzeczywistych, jakby była postacią prawdziwą, z krwi i kości, czujemy do tej postaci sympatię przez jej pewne błędy i zaniedbania. Mówię tutaj szczególnie o zaniedbaniach, tyczących się zdrowego odżywiania, które spowodowały katastrofę w postaci cukrzycy. Mówię również tutaj o zaniedbaniach, które dotyczą braku ruchu. Jak już wspomniałem, Wallander je niedbale, szybko, jakby na odpieprz się, zje w tym swoim wytartym, policyjnym płaszczu, idzie na miejsce przestępstwa, tam jest często mokro albo są jakieś mokradła, bagna i cały czas, cały czas intensywnie myśli, pracuje nad śledztwem, nawet wtedy, kiedy od tego śledztwa jest pozornie oddalony, to jednak przy nim cały czas jest.
I to jego przywiązywanie do szczegółów, które reszcie policyjnej ekipy po prostu umykają. Umysł Wallandera jest umysłem analitycznym, szczególarskim (nie wymieniam na zasadzie tożsamości, ale pewnego synonimu poszukiwania prawdy w świecie w oparciu o to, co z pozoru nieistotne).
I ta Skania, kraina deszczowa, trochę smutna, często tutaj zimno, wieje, pada. A jednocześnie ukochana jakoś i jedynie możliwa.
I podróż do Włoch z Ojcem, do Rzymu. Przygotowania, pite whisky wieczorem, po wykańczającym śledztwie.
Te powieści Mankella, wszystkie, świetnie napisane. To duża sztuka, umieć pisać, jednak.
Cała, ogromna przyjemność, którą daje czytanie dobrych książek. Mankell pisze książki bardzo dobre, bardzo dobre w czytaniu, nie ma tam błędów. Jest wyczyszczona fraza i artystyczny efekt.
Problematyka? Życie jest przedstawione u Mankella i praca, czasem wykańczająca praca, tematy uniwersalne. I Szwecja jako miłość i jako problem.
Do tego ta córka Wallandera, w „Nim nadejdzie mróz”, bardzo ciekawa narracja, prowadzona z perspektywy córki, Lindy. Kurt tylko wypowiada słowa, nie myśli na głos, nie myśli wewnątrz.
Jeśli chodzi o Lindę, ona jest uwewnętrzniona, ona myśli wewnątrz, swoim ciałem i postrzeganiem, swoimi marzeniami i wspomnieniami, swoim byciem córką Mony i Kurta. Ma instynkt policyjny.
A w środku i na zewnątrz pada śnieg, śnieg pada w tej narracji. Jest jesień, ale jeszcze nie ma mrozu, mróz dopiero przyjdzie, ale już zaczynają palić się palniki w kuchence gazowej. Mona, naga, pije wódkę, w swoim mieszkaniu, w Kopenhadze, gdzie odwiedza ją Linda przelotem. Degradacja. Bo też Mankell, to chyba koronny jego wątek, w ogóle, przede wszystkim może, opowiada pomiędzy wierszami kryminału, o degradacji, jaką przynosi ze sobą życie, o zniszczeniu powodowanym przez czas, o nieudanym życiu i bardzo trudnych czasach, bardzo niestabilnych, w których trudno o marzenia i w których trudno, aby cokolwiek zaplanować, na przykład miłość, ślub, rodzinę, to rzeczy prawie niemożliwe w obecnym systemie światowym, który ludzi uczciwych i zwyczajnych de facto skazuje na margines, nie mówiąc o ludziach młodych, którzy na samym wstępie, są skazani na porażkę. Mankell diagnozuje nie tylko Szwecję, ale obecny system światowy, którego koronnym prawem jest ekonomia, wulgarna i prymitywna, nie licząca się z poszczególną wrażliwością. Odczuwanie oraz indywidualność, zostają zasypane pod złogami zysku, biurokracji, pieniądza, poszczególnych numerków w urzędzie statystycznym, który do tego sprowadził ludzką poszczególność oraz indywidualność: do numerka statystycznego w urzędzie. To czasy pustki, czasy jałowe, czasy pustynne, ale pustynią złą, bo nie ma w niej postu, a drapieżny konsumpcjonizm, który prowadzi do jeszcze większego przeżarcia, jeszcze większej pustki, którego paradoksem jest odwrócona inflacja: im więcej się zdobywa, tym mniej zostaje. To także charakter czasu, który przebiega przez ten powieściowy cykl: im więcej pracuje Kurt Wallander, tym bardziej jest przygnieciony życiem, obowiązkami, alkoholizmem, niemożnością, brakiem szansy, żeby coś w swoim życiu zmienić na lepsze i brakiem pozytywnego odzewu społecznego, który jak był, tak pozostaje: bezlitosny, bezduszny, nie liczący się z cudzym wysiłkiem, ofiarą, poświęceniem.
Dlatego ludzie w tym świecie stają się dla siebie coraz gorsi, najchętniej by się pozabijali, co też zresztą czynią – zabicie kogoś, to jak zjedzenie niezdrowego hamburgera, jedyna różnica jest taka, że mord smakuje lepiej aniżeli hamburger. Mankell opisuje straszny świat, świat bez Boga, bez miłości, przyjaźni, bez zrozumienia i międzyludzkiego porozumienia, braterstwa bliźnich, które odeszły jak nieświeży dowcip, do lamusa poczciwych żartów na temat człowieka. Zamiast tego jest bliżej nieokreślona żądza odnalezienia czegoś bardzo mglistego, czego jedynym, adekwatnym ekwiwalentem, jest odebranie komuś życia. On sam, pozostaje wrażliwy, nieobojętny, a jednocześnie twardy, zwinny, mogący się obronić przed ciosem, zadanym nawet najszybciej, znienacka, w najmniej oczekiwanym momencie. Jego kocia zwinność pozostaje w interesującym kontraście z ociężałością i cukrzycą, którą próbuje bezskutecznie leczyć, zmieniając nawyki żywieniowe (bez skutku), czy próbując spacerować, zamiast jeździć samochodem (również z mizernym skutkiem). Nie jest to jednak opowieść o człowieku przegranym, ale o takim, który zawsze wygrywa dane śledztwo, po długich i mozolnych, przynoszących cierpienie, niepowodzeniach, które prowadzą często do depresji, rozpaczy i rozstroju nerwowego. Niemniej śledztwo zawsze kończy się wygraną, wygrywa dobra strona, zła przegrywa, to pokrzepiające.
Mniej pokrzepiający jest pewien pesymizm w te powieści/opowieści wrośnięty. Kurt Wallander jakby nie ma złudzeń co do życia. Z drugiej jednak strony jest bardzo kruchy, delikatny, wrażliwy, w zasadzie można powiedzieć, że życie kocha, na pewno nie jest nihilistą. Smutek, jaki topi w alkoholu, jest odpowiedzią na okrucieństwo świata i zmęczenie życiem, ale nie jest negacją życia, które pozostaje wartością samą w sobie i chyba najwyższą.
„Nim nadejdzie mróz”, bardzo dobra pozycja Mankella, kiedy jesień przechodzi powoli w zimę.
Obserwujemy ojca – Kurta Wallandera, komisarza policji, oczyma jego córki, Lindy. On sam przestaje myśleć w środku – po prostu jest działaniem, aktywnością, słowami, dialogiem, ale już nie monologiem wewnętrznym, co było tak zawsze ciekawe, ten jego sposób myślenia o śledztwie.
Tym razem to Linda ma swój monolog wewnętrzny i to w nim przegląda się to, co cudze – cudzy człowiek, a jednocześnie swój, własny, jej ojciec, Kurt Wallander.
„Nim nadejdzie mróz” opowiada o specyficznej sytuacji uwięzienia w fanatyzmie. Wiara prowadzi tam do zniszczenia, zamiast do zmartwychwstania i budowania. Wallander od modlitwy woli whisky, ale to dobry, prawy, solidny i niezwykle pracowity człowiek.
     Polecam cykl o komisarzu Wallanderze wszystkim tym, którzy ciężko pracują i dla których praca jest wszystkim – w tym przede wszystkim wytchnieniem od samej pracy. Przyjemnością, daną od losu, jako wewnętrzna konieczność.  


poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Wesele Magdaleny

Zobaczymy, co będzie tej nocy, czy coś się wydarzy, skoro tyle nagle zewsząd hałasu.
Ale na razie próbuję błogosławić przerwany przed chwilą święty spokój, spokój pustelni ( o ile nie przyjmiemy stanowiska przeciwnego, że życie jest od tego, żeby się rozproszyć w tym, co nim jest pozornie). Pozór jako prawda? Przejdę za chwilę do problematyki prawdy jako konwencji.
Jakże okropne i haniebne i wulgarne są niektóre obrazy, które dobiegają z ekranu, burzą święty spokój pustelnika (o ile nie przyjmiemy stanowiska przeciwnego, że jego spokój jest pozorny, skoro burzy go świat zewnętrzny, czyli świat pozoru). A czym jest pozór?
Wyciszyć można się jedynie literą. Obraz jest hałaśliwy, o ile nie oplata go rygorystycznie żelazna reguła prawa i konwencji, w której ten "hałaśliwy obraz" staje się koniecznością. W przeciwnym wypadku może być jedynie rozproszeniem, chaotycznym przechodzeniem z jednego świata w drugi. Przechodzenie to niekiedy podyktowane jest przypadkowym wyborem, kaprysem, za który płaci się wykluczeniem ze świata pustynnej ciszy, którego jałowość jest pozorna. Jak bardzo czarnoziemny i wrażliwy jest to świat, widać, kiedy dochodzi do konfrontacji z tym, co nazywa się przypadkiem. Otwarcie na przypadek? Tak, ale przecież za wszystkim stać musi podyktowana ukrytym, wewnętrznym rygorem konwencja działania, czyli jego logika. Brak logiki może być w tym wypadku jedynie kolejnym, logicznym postulatem. Brak logiki bowiem to inercja, chaos. A wystawienie się na cios przypadku? Zrobienie czegoś wbrew żelaznej, wewnętrznej regule działania?
Jest chaosem. Postulat: jedyną możliwością w tym wypadku jest możliwość konwencji.
Poza konwencją jest świat pustyni, który jest światem osobnym, wewnętrznym. Bo to świat zewnętrzny jest światem konwencji. 
Chaos dotyczy jedynie świata wewnętrznego, mocno wrażliwego przez doświadczenie pustyni.
Musi być jednak twardość, twardość, ale nie kaprys. Początkowe intuicje, jeszcze nieuporządkowane. To, co pustynne nie kaprysi, przyjmuje. Doświadczenie pustyni - odporność skały. Skalistość tego doświadczenia wyraża się w reakcji na zewnętrzność, na wołanie zewnętrzności. Zewnętrzność woła pustelnika, pustelnik czeka na zawołanie zewnętrzności i wtedy reaguje. Czy taka jest prawdziwa reguła pustelniczego życia? Nie wiem. Być może czasem pustelnik powinien zawołać świat, poddaję tę intuicję kolejnym dopowiedzeniom, których nie jestem pewien do końca.
Prawdziwe jest tylko to, co zewnętrzne, tego rodzaju "prawda" przychodzi mi teraz na myśl. Jednocześnie trzeba powiedzieć, że to, co zewnętrzne (i konwencjonalne), zmienia się nieuchronnie i przechodzi niekiedy w zapomnienie, na korzyść migotliwej (i kapryśnej) teraźniejszości, która dominuje świat społeczny. Dlatego, stare, ale jare stwierdzenie, przed utratą tożsamości, zapomnieniem, anihilacją historii (jednostkowej i zbiorowej), chroni pamięć, uczciwie pielęgnowana, pamięć i wierność. Wierność rodzinie, małżonkom, przyjaciołom, wierność prawdzie. Być może ta najważniejsza prawda jest ukryta wewnątrz a nie leży pomiędzy ludźmi. Zatem oddalam na bok intersubiektywność prawdy, a skupiam się na doświadczeniu wewnętrznym, która czyni z prawdy coś jednostkowego, czasem unikatowego i oryginalnego, co potrzebuje specjalnej opieki ze strony instytucji, które zajmują się przetrwaniem prawdy, a zatem również tego, co prawdziwe. 
Bowiem wybrzmieć może prawdziwie to, co nie jest zafałszowane, jakkolwiek tautologicznie to zabrzmi, jest to prawdą, basta!
Tam, gdzie leży prawda, pośród piasku i fal. Prawda, która dojrzewa w ukryciu, jak wszystko co żyje prawdziwie.

Prawda jest ruchoma, powtarzalność zapewnia pozór stabilności. 

„To, co niezniszczalne trwa”.

To wesele było olbrzymie. 
Dużo rzeczy. Wielkich rzeczy. Wielkie Wesele. Wielka biel. Wielka biel wielkiego Wesela. 
Przeszło 300 osób. Folwark Zalesie, wieś Grajów. Odpoczynek, ptaki, suknia. Biała suknia. 
Tańce, jedzenie, spojrzenie, jedzenie, tańce.  Palenie papierosa. Potem światy, różne światy, wewnątrz i na zewnątrz. Niemożliwość wyrażenia jakiegokolwiek świata, bycie zamurowanym i wmurowanym w ten świat jednocześnie. Jednoczesna wielka miłość do życia, które nie potrafi się wyrazić, nie potrafi się wypowiedzieć, jest bardzo mocno ograniczone. I ta Pani Profesor z uczelni ASP, rzeźbiarka, która tak mocno przypominała mi o moich wizytach w Lanckoronie, tym najpiękniejszym ze wszystkich miasteczek na świecie, miasteczek, gdzie tworzą najwspanialsi artyści, miasteczko, w którym siedzieliśmy w Arce, w ogródku, na zapleczu, piliśmy kawę, jedli ciasto, i ja wtedy słyszałem, wtedy słyszałem, rozmowę, podsłuchałem rozmowę dwóch pań, to był wywiad, jedna Pani była artystką, na pewno mocno związana z Lanckoroną, i tam padło nazwisko, które od razu skojarzyłem z Brunonem Schulzem, a to nazwisko brzmiało Władysław Panas. Wywiad w tym ogródku, w pełnym słońcu, nazajutrz mieliśmy z Ewelinką lecieć na Sardynię, a ja tak bardzo bałem się tego lotu i umierałem w tym pełnym słońcu, wśród tych kaw, tego słońca, tych rozmów, rozmów w Lanckoronie o Brunonie Schulzu. Przecież z Lanckorony pochodzi również inny, znakomity artysta, Leszek Kozik, genialny prozaik, autor „Pasji według chama galicyjskiego”. Czasem nie potrafię wypowiedzieć tego piękna świata, które we mnie istnieje, drzemie, rozrywa mnie od środka, porywa, rozrywa jak wielobarwne ptaszysko, barwa wrona, wrona-feniks. Ach, gdyby można było wypowiedzieć popioły. Wizyty Państwa Kraińskich na ulicy księdza Gurgacza, na Gurga, tam nasze posiedzenia, nasze biesiady, alkohol pity do późna, to wszystko, co nie może, nie potrafi zostać wypowiedziane, to myślenie intuicyjne, że oni siedzieli, mówili, i zewsząd, zewsząd do nas podpływała na rzecznej tratwie ta Lanckorona, której nie potrafię tak naprawdę wypowiedzieć, bo ona jest jedyna, najprawdziwsza, najmilsza mojej duszy, jedyna, ta, której nie zniszczą dziejowe zawieruchy, ta, która będzie trwała, kiedy Wszechświat sam siebie wessa w swoją czarną czeluść, miazmaty, kokardki, wstęgi, w górę uniesione ramiona. Ach, gdyby tak móc wypowiedzieć świat, jego czarną czeluść, jego białą ciemność, jego skryte uniesienie, jego huczność, wesołość, radość, jego przenikanie, przecież nie musiałbym tak naprawdę żyć, wystarczyłoby wypowiedzieć strumienie radości świata, światła, wstęg, słońca, kokardek, wstążek, tych ramion uniesionych w górę. 
A Wesele, nieskończona biel Wesela, nieskończona toń, przepastna, biała toń Białostockiej Puszczy, wielki smutek i zarazem wielka radość, z powodu tej niewielkiej, ale jednak nieśmiertelności, która nie przemija, której słońce zaplata warkocze, wersy, ciemność, studnię, lato, ptaki, okoliczne ptactwo Białostockiej Puszczy, niewypowiedziane milczenie śniegu, które znam skądinąd, z powieści Pamuka, „Śnieg” i to, że znalazłem tam nagrodę, w środku tej książki, nagrodę za wiersz zimowy, pierwszą nagrodę w konkursie na wiersz zimowy, który organizował portal poetycki Nieszuflada czternaście lat temu. 
Moje początki, moje wątki, moje wstążeczki, scyzoryki, latawce, klejenie się świata do mojej głowy, jak białe, okoliczne ptactwo. 
A przecież mogłem inaczej, jakby na przekór i nie… wybrałem właśnie to, co na przekór. 
Niezwykłe wrażenia, czasem usypianie, pomyślałem o Kubie, że się całkiem poddał, że nie potrafi żyć w świecie, więc wybiera pustelnię. 
Pustynia może być wewnątrz również. Pustynia, której nie nasycisz żywą wodą, pocałunkiem, świętem. Pustynia, która tak łatwo nie wyparuje z twoją śmiercią, pustynia, którą zaludniasz wierszami, jakby to były rośliny nad źródełkiem. 
Siedziałem pod zadaszeniem i pisałem wiersz dla Magdy z okazji jej Wesela. Niczego nie musiałem sobie przypominać, bo wszystko już widziałem, całą jej, wspaniałą przyszłość na Kresach. Tam, w tych Puszczach, lasach, jarach, wąwozach, będzie wychowywać swoje dzieci, w wielkim domu, w którym zamieszka ze swoją rodziną. Ten obraz szczególnie do mnie przemawia, ze względu na swój przepastny urok, dom pośród wielkiej, Białostockiej Puszczy i życie wraz z dziećmi, aż Puszcza nie upomni się o swoich mieszkańców, aż ich z powrotem do siebie nie weźmie. 
Przecież to nie tylko Puszcza. Ale i wielkie oddychanie wielkiego lasu, drzew, okolicznego ptactwa. Jakby tego wszystkiego nie dało się rozebrać, jakby to wszystko zwalało się na olbrzymie, barczyste ramiona, a potem spokojnie falowało jak morze i wiatr, było rodzajem piórka puchowego, która nagle spada na ramię, bezszelestnie, zdmuchiwane przez siłę, o której nic nie wiem, mogę jedynie domyślać się jej istnienia, że po drugiej stronie też wieje ten sam i jednocześnie całkiem inny wiatr. 
Jakby nie można było wypowiedzieć Puszczy. 

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

O Jacku Kaczmarskim

Film o Jacku Kaczmarskim, "Bard", prezentuje człowieka złożonego, skomplikowanego. Genialny artysta dojrzewał w domu dziadków, tam nauczył się wszystkiego. Później już tylko udawał, że się uczy, studiuje, w rzeczywistości pisał, grał, śpiewał i pił. Życie? Bardzo trudne. Ciągłe koncerty, ale i dużo powodów do kojenia własnego ego. Kobiety. Miał ich kilka w życiu (nie liczę wielu przygodnych romansów). U końcu drogi znalazł "prawdziwą" miłość. Czy był szczęśliwy? Był bardzo nieszczęśliwy, jak patrzę na niego, na ten film. Fasadę miał spójną. Pogoda, jasność, harmonia, rozsądek. Może przez tę fasadę jego teksty był tak spójne, zdyscyplinowane, jakby nie dopuszczał do głosu rozpaczy i ciemności w sposób całkowity, zawsze się kontrolował, a kontrolować było przecież się trudno, skoro zewsząd bezbrzeżny smutek, zwłaszcza po 1989 roku, zmiana czasów, zmiana warty (niekorzystna), zmiana wrażliwości, mdłości.
Mdła zmiana wrażliwości, mdła wrażliwość. Jak w takich czasach mógł odnaleźć się Jacek Kaczmarski? Nie odnalazł się zupełnie moim zdaniem, albo odnalazł się tak, jak mu to czasy i system umożliwiły. Przecież tamte czasy, przed 1989 rokiem, nie były "lepsze", ale z filmu wynika, że były bez wątpienia żywsze, ludziom na czymś istotnie zależało, sztuka nie była mdła, a władza, przeciwko której śpiewano piosenki, pozwalała je śpiewać. Oczywiście, system był zbrodniczy, to jedna strona medalu, druga jest taka, że ludzie śpiewali razem bohaterskie pieśni i hymny pokolenia, im zależało.
Komu jeszcze zależy? Kaczmarskiemu zależało do końca na pieśni, do końca śpiewał i grał, do końca tworzył, dając dowód, jak wielkim był artystą i jest nadal i będzie. A jego trzecia żona, Ewa, nakłaniała go usilnie, aby w Australii został taksówkarzem. Tam, w Australii, kiedy w latach 90 tych przeprowadził się, był na bezrobociu, całkiem niezłe dostawał pieniądze z tego bezrobocia, musiał stawić się raz na pół roku w urzędzie pracy, dodatkowo dorabiał sobie koncertami w Polsce, dopóki nie usłyszał strasznego wyroku  o raku krtani. Ten rak, ten rak, to w istocie była depresja jego życia. Pomyślmy, życia, którego tak naprawdę nikt nie docenił. Na pewno nie materialnie. Co z tego, że był bardem? Był dalej biednym bardem, jego pieśni żyły a on sam ledwo ciągnął. Społeczeństwo, polskie społeczeństwo, było dla swojego barda niezwykle okrutne, nie dało mu kolejnej szansy.
W filmie brakuje mi odniesienia do programów "Sarmatia", genialnego programu dodam, do programu "Wojna postu z karnawałem", również bardzo dobrego, do tej twórczości, która powstawała wspólnie z Przemysławem Gintrowskim oraz Zdzisławem Łapińskim.
To istotny brak.
Oprócz tego bardzo ten film przeżyłem. Zwłaszcza schyłek życia Kaczmarskiego, jego wegetację w Australii. Bo tak to trzeba nazwać. Nic tam nie miał. Do Polski przyjeżdżał raz na jakiś czas i dawał koncerty, ale to nie było to, co kiedyś. XXI wiek zjadł wszystko, co dobre i wartościowe w kulturze duchowej. XX wiek dał wielkie osiągnięcia, wielkie nazwiska. XXI wiek to wiek klęski, wiek schyłku, wiek, w którym moim zdaniem nastąpi ostateczne tąpnięcie świata i Apokalipsa.
Bo Kaczmarski już nie miał w zasadzie do czego się odnosić. W swoich późniejszych tekstach powracał do Okudżawy na przykład albo do wieszczów, jak do Słowackiego, śpiewał również o Dylanie. Wybrał klasykę, trudny był byt poety, w zasadzie najtrudniejszy, trudniejszy zapewne aniżeli taksówkarza, który nie musi myśleć o tego rodzaju sprawach, najważniejszych, nie bójmy się tego powiedzieć, a Kaczmarski należał do tego rodzaju ludzi, którzy po prostu nie potrafią przestać myśleć, rozważać, tworzyć, on nie mógł być taksówkarzem w sensie organicznym, czy Pani, Pani Ewo, mnie rozumie, czy mam Pani to dalej tłuc do głowy?
Kaczmarski był niewinny i de facto zjadły go o wiele mniej lotne od niego kobiety, prócz jednej, moim zdaniem, prawdziwej miłości, takiej najprawdziwszej, bo na okamgnienie, kobiety, którą poznał już u samego schyłku, kobiety, która była jego spokojem.
Musiał zmagać się z życiem przez cały czas. Nie potrafił żyć bez miłości, bez kobiet i bez alkoholu.
Musiał pić, pisać, kochać. To wypełniało mu cały czas, który dzielił między kartkę do pisania, gitarę i butelkę. W filmie jest pokazane, jak zaczynał pić od rana. Tak schodziło mu życie, kiedy pracował w Rozgłośni Radia Wolna Europa, żeby utrzymać siebie, może po części rodzinę, a to wszystko sprawiało, że musiał odreagować, a zatem pił, pił i śpiewał "Encore", jedną z lepszych jego piosenek.
W jego dorobku nie ma złych tekstów, złych piosenek, piosenek pomyłek. Co innego chyba jego powieści, chociaż przyznam się bez bicia, że nie czytałem. Nie czytałem, ale nie dowierzam. Kaczmarski miał temperament ściśle poetycki, wybitnie poetycki, a zatem niecierpliwy. Do fabuł i mozolnych, misternych, powieściowych konstrukcji, trzeba mieć cierpliwość, nawet, jak ma się wiele do powiedzenia o życiu i świecie, swoje się przeżyło, swoje się widziało, swoje się przecierpiało. Ale to nie wystarczy. Warsztat poety, który Kaczmarski posiadał w stopniu wybitnym, bo był niezwykle sprawnym rzemieślnikiem słowa, jednak mógł w powieści okazać się niepotrzebny i niekonieczny, trochę ślamazarny, jakby wbrew temu, kim był, a był poetą, pieśniarzem, bardem, któremu do życia najbardziej było potrzebne jedno: adrenalina. Kiedy tej brakło, musiał odejść z tego świata. W niebie pewnie ryczą razem z Wysockim do wtóru anielskim chórom.
Widziałem, kiedy po koncercie, w busie, brał butlę w kolorowym papierze i pił, połykał, potem butlę odkładał i próbował zasnąć. Na koncertach dawał z siebie wszystko, lały się z niego siódme poty (swoją drogę do końca mógł zachować kondycję, gdyby nie rak i depresja spowodowana nie taką chyba Polską, jaką sobie wymarzył). Jest taka migawka w filmie, kiedy Kaczmar wali w te struny gitary, napina każdy mięsień, jak tylko może, jak tylko potrafi, ale widać, że już nie może, że litościwie patrzy na Łapińskiego, jakby wołał o pomoc, "Zbyszek, kurwa ratuj, ja już nie mogę", tak sobie to wyobrażam, ten wewnętrzny ryk Kaczmara. A potem wali się na kanapę półprzytomny, w jakimś mieszkaniu, pewnie przypadkowym, wali się na kanapę i pozornie pewnie tylko odpoczywa, albo i nie, albo i nie, kiedy łeb wypełniony wódką, zaczyna zalewać ciemność.
A potem? Jakieś uspokojenie. Pozorne rzecz jasna. Spokojny to on był za lat Solidarności, prawdziwie spokojny. Ale w tym późniejszym jego uspokojeniu wyczuwałem jakiś fałsz, nie był to spokój człowieka spełnionego, ale człowieka, przepraszam, nie powinienem tak tego nazywać, człowieka przegranego. Który przegrał walkę o wolną Polskę. Jak mówiłem, ta Polska, którą zastał, po prostu, brutalnie powiem, kopnęła go w dupę. Czemu? Bo był wybitnie inteligentny, o wiele bardziej od tych bałwanów, którzy robili z nim wywiady i jak najszybciej je kończyli, bo się bali być zjedzeni przez kogoś, kto naprawdę ma coś do powiedzenia. Widziałem ten jego "spokój", te jego zgrabne frazy, przemyślane wypowiedzi i tak dalej, niby to samo, a co innego. Oczywiście, że co innego! To już było umieranie mentalne, duchowe. Śmierć fizyczna była jedynie dopełnieniem tego umierania duchowego. Jak mówiłem, jeszcze miał swoje chwile, później, w "wolnej" Polsce, ale potem? Potem już zaczynała następować ta zastraszająca degrengolada wartości duchowych, religijnych i humanistycznych, której Kaczmarski po prostu psychicznie nie wytrzymał.
Był (i jest), jednym z najważniejszych poetów XX wieku i początku XXI wieku. Jego twórczość zawiera to, co jest najważniejsze i konstytutywne dla kultury europejskiej, której najważniejszym, najistotniejszym fundamentem jest chrześcijaństwo. A przecież Kaczmarski był jak najbardziej wierny chrześcijaństwu, w swoich pieśniach nieustająco poszukiwał Boga, nawet kiedy wadził się z Nim w samotności, nawet, kiedy z pustej butelki wyglądało diabelskie oczko i zachęcało: jeszcze, jeszcze, bądź nienasycony. Ale to nie zmysły, nie ciało, nawet nie to, że mógł nie praktykować regularnie, albo wcale, ale ta jego niezwykła wrażliwość poetycka, która była na wskroś chrześcijańska, uczyniła jego twórczość otwartą na transcendencję, metafizykę, Boga. Twórczość, która nigdy nie wyrzekła się tego, co najtrudniejsze. A co jest najtrudniejsze w życiu tak genialnego artysty, jakim był Kaczmarskim? Oczywiście jedno. Wierność samemu sobie, czyli w tym wypadku swojemu powołaniu. Na przekór tym wszystkim, którzy chcieli uczynić z niego kogoś, kim się im wydawał, czy to barda rewolucji, przewodnika zbuntowanych mas, czy potem, kiedy się nieco wycofał i stał się po prostu poetą lirycznym, taksówkarza.
A Kaczmarski od początku do końca, powiem to, choć trąci to banałem, był po prostu poetą, poetą niebanalnym i nie ksobnym, bo otwartym na kulturę, malarstwo, literaturę, historię, poetą, który czerpał ze skarbca kultury europejskiej, po prostu, poetą erudytą, uczonym poetą. A przy tym niezwykle wrażliwym na słowo, niezmiernie wręcz emocjonalnym, żywo reagującym na historię i zjawiska społeczne, ale to, co robił, co śpiewał, co grał, było poezją i choć kojarzyć Kaczmarskiego będziemy głównie z jego pieśni, to przecież, gdyby dalej żył, gdyby dał sobie wyciąć kawałek gardła, czego nie pozwolił sobie uczynić, pewnie by dalej pisał, czytał, tworzył, na nieco zmienionych warunkach, ale najważniejsze w nim było jedno, co nie zmieniało się przez wszystkie czasy: poezja.
Jej istota pozostawała w swojej głębokiej wrażliwości niezmienna, zmieniały się okoliczności czasoprzestrzenne, na które poeta reagował, modyfikując nieco aktualia swojej wrażliwości, ale był przez całe życie Kaczmarskim, poetą reagującym na świat, a przy tym głęboko uwrażliwionym na sferę duchową i wewnętrzną, modlitewną, czemu niejeden raz dawał wyraz w swoich pieśniach.
Poetą prawdziwym, któremu nieobce było skomplikowane rzemiosło poetyckie i jego tajniki. Poetą, jak to się mówi, "z jajami", który śpiewał swoim głębokim "ja" lirycznym, poetą niezwykle ekspresyjnym i natchnionym, który porywał ze sobą tłumy, poetą, którego pieśni się nie zapomina, poetą, o którym pamięć będzie trwać na wieki.
Pieśni Kaczmarskiego, mam wrażenie, nie zestarzeją się nigdy. Słuchałem ich od bardzo wczesnego dzieciństwa i znam już je na dziesiątą stronę, potrafię cytować Kaczmara całymi fragmentami, całymi piosenkami, wyrwany ze snu o dowolnej porze nocy, jestem bowiem Kaczmarem przesiąknięty i nasiąknięty jak gąbka, wrósł się on we mnie, razem z jego pozornie  prostą melodią, melodią, która dodam, chwytała za gardło.
Nie potrafię milczeć, kiedy widzę, że krzywda dzieje się ludziom wrażliwym. A Jackowi Kaczmarskiemu krzywda działa się, oj, działa, może już od samego początku? Może artyści muszą cierpieć już od zarania, artyści prawdziwi, których wybór ścieżki życiowej nie jest żadnym wyborem, bo to za nich niejako podjęto wybór, zrobiła to Opatrzność, całując ich nadmiernie w czoło, obdarzając nadmierną inteligencją i talentem, nie tacy, na pewno nie pójdą na zmarnowanie... Ale życie takich ludzi będzie wyglądało na zmarnowane w oczach tego świata i tej Polski, do której Kaczmarski już nie należał i należeć nie mógł z racji swojej utrwalonej już konstytucji wewnętrznej. Polski, w której myślenie z duchowego i aksjologicznego przestawiło tory na myślenie ściśle merkantylne, pseudo ekonomiczne i pseudo rynkowe, "gdzie szybki efekt myśl połyka", to już nie te czasy i nie ta Polska, którą Kaczmar się rozczarował bardzo. Nie te czasy i nie ta Polska, która będąc pod reżimem komunistycznym, wypuszczała na wolność diamenty. Dzisiaj, i Kaczmarski to bardzo dobrze widział (nie tylko on zresztą), diamenty są gaszone, lżone, ciemiężone, ponieważ zasobami kulturalnymi naszego kraju już od dłuższego czasu, rządzą chamy, ćwoki i ciemniaki.
Ciemniaki, o których gustach estetycznych wolałbym nie rozmawiać, ponieważ podobno o owych się nie dyskutuje.
Ale się ze mnie ciemności wylało... Cóż, kiedy, nawet przy dobrych intencjach, nawet najlepszych, zajmując się kulturą, można z przeproszeniem, zdechnąć, a to podobno kultura stanowi o ciągłości życia narodu, podobno...
Rząd nad kulturą przejęły masy, spełniła się przepowiednia z Witkacego. "A śpiewak zawsze był sam". I będzie. Sam na przeciw światu? Taki był Jacek Kaczmarski. Sam na przeciw tłumowi. Sam na przeciw Polsce, o którą walczył, jak się później okazało, nadaremnie.
Sam do końca. Kto o nim dzisiaj zaśpiewa pieśń, która mnie porwie za gardło i sprawi, że zacznę płakać? Tak jak po jego śmierci, po której zacząłem błądzić i błądzę do dzisiaj, daremnie szukając odpowiedniego słowa, szukając "treści, treści, treści". Szukając Boga.