piątek, 10 marca 2017

„Szwedzkie kalosze” nie uchronią przed pustką. Kilka zdań o powieści Heninga Mankella, „Szwedzkie kalosze”.

Powieść Heninga Mankella, „Szwedzkie kalosze”, odbiega nieco od popularnego cyklu o Komisarzu Wallanderze, zresztą znakomitego literacko. „Szwedzkie kalosze” bowiem to powieść obyczajowa i psychologiczna, z elementem zagadki kryminalnej. Głównemu bohaterowi, Fryderykowi, który mieszka na wyspie w Szwecji, nagle spłonął dom. Mieszkańcy wyspy nie wiedzą, skąd ten pożar, dlatego początkowo podejrzenia padają na Fryderyka, że samodzielnie podpalił posiadłość, aby uzyskać pieniądze z  ubezpieczenia. Rychło jednak ten trop okazuje się mylny. Fryderyk zamieszkuje w białej przyczepie, na tym samym terenie, gdzie widać zgliszcza jego domu. Niedaleko stoi ławka jego dziadków, na której siada po wyjściu z lodowatej wody, w której kąpię się dla zdrowia, aby obniżyć ciśnienie i poprawić krążenie. Sam jest bowiem lekarzem, ma 70 lat, córkę, której prawie nie poznał przez całe życie, która ma na imię Louise. Mieszkał przez tyle lat na tej wyspie praktycznie sam, nawet niewiele osób go odwiedzało, prócz listonosza Jansona.
Spłonięcie jego domu jest okazją do osobistych przemyśleń na temat swojego życia, a także daje pretekst do odnowienia kontaktu z córką. Dodajmy, że w międzyczasie Fryderyk poznaje i zakochuje się w dziennikarce lokalnych wiadomości z wyspy, razem zaczynają spędzać wiele czasu, bez szans jednak na romans – tak będzie aż do końca powieści – będzie to związek oparty wyłącznie na przyjaźni, jednostronny, bo Fryderyk, mimo pewnego już wieku, marzy o płomiennym romansie.
Przeżyciem dla niego pozytywnym, jest fakt, że jego córka spodziewa się dziecka. Ojcem jest Ahmed, Arab, który pracuje jako stróż nocny. Sama Louise przeze wiele lat zarabiała na życie jako kieszonkowiec. Działała ponadto przez wiele lat w organizacjach o charakterze mocno lewicowym.
Po wielu latach sama postanawia odnowić kontakt z ojcem.
Jej rodzice, jak wynika z powieści, nie wzięli chyba nawet ślubu, byli po prostu parą, posiadającą dziecko, ale w świetle prawa szwedzkiego, jak się zdaje, taki status związku jest możliwy.
W zasadzie w tej powieści, dość długiej i grubej, 445 stron, niewiele się dzieje.
Fryderyk jeździ po wyspie samochodem z Lisą (dziennikarką lokalnej gazety, w której się zakochał), dużo się pije kawy, papierosów pali zdecydowanie mniej, co rano Fryderyk wchodzi do lodowatej wody, aby przepłynąć kilka metrów dla obniżenia ciśnienia oraz poprawy krążenia, przez co zachowuje zdrowie.
Oprócz tego Fryderyk odbywa quasi proustowskie wycieczki w głąb własnego dzieciństwa, ale tych jest zdecydowanie mniej.
Na kartach powieści „Szwedzkie kalosze”, mamy przede wszystkim do czynienia z prozą życia. Do tego bardzo zgrabnie jest prowadzony motyw tytułowych kaloszy (bohater wybiegł z płonącego domu w dwóch lewych kaloszach i przez całą powieść próbuje bezskutecznie odzyskać, raczej odkupić zniszczoną w pożarze parę).
Owe kalosze to motyw przewijający się w powieści, mały, z pozoru nic nie znaczący szczegół, który jednak tworzy istotnie klimat oraz sprawia, że przekaz powieści staje się jaśniejszy.
Jaśniejszy? Ale cóż w tym może być ciemnego?
Intryga postawiona na talerzu, żadnej, wewnętrznej gmatwaniny, emocji, strumienia świadomości, duchowego galimatiasu, nawet psychicznego powikłania jest tutaj jak na lekarstwo.
A jednak jest coś w tej powieści, co się wymyka prostemu nazwaniu, co zarazem zaciekawia, ale i przygnębia. Może to rodzaj depresji?
Na wyspie niewiele się dzieje, mieszkańcy prawie ze sobą nie znają się, nie rozmawiają, a ci, którzy wydawać się mogło, są znani bardzo dobrze, nagle okazują swoje potworne, skomplikowane oblicze.
Ludzie mieszkają ze sobą na wyspie, nic o sobie nie wiedząc, pomimo, że z pozoru powinni tworzyć społeczność zwartą, skonsolidowaną, która potrafi rozmawiać, która potrafi spotykać się przy różnych okazjach i sobie wzajemnie pomagać.
Tak się jednak nie dzieje.
Szczęście wyspiarskiego życia okazuje się pozorne, okazuje się utopią, ułudą, mirażem.
Tak naprawdę mamy do dyspozycji tylko własną samotność, zdaje się mówić narrator tej powieści, nic więcej. Nawet rodzina okazuje się bytem jakby połowicznym, nie do końca udanym, skazanym przez współczesne czasy na powolne odchodzenie w rodzaj nieokreśloności, mgły.
Tak naprawdę przez powieść „Szwedzkie kalosze”, wciąż zdaje się przewijać pytanie, po co tutaj jesteśmy? Po co urodziliśmy się, oprócz tego, że satysfakcja oraz radość z naszych urodzin była wielka u naszych rodziców? Ale co dalej?
Czy nawet miłość rodzicielska nie okazuje się w pewien sposób spodlona i zbrukana, nie bezinteresowna i czysta poprzez uczucia, na przykład zazdrości, kiedy Fryderyk słyszy od Louise, że ta wyjeżdża na wakacje na Kretę i czuje zazdrość?
Czy nie jest to zatem trochę powieść o ludziach „wydrążonych”?
Nie. Tutaj to wydrążenie poszło o wiele głębiej, zostawiło o wiele głębszą bruzdę.
Bruzdę przede wszystkim braku miłości, braku wzajemności, braku odpowiedzi ze strony świata, braku spotkania, braku rozmowy.
Bruzdę izolacji, zamknięcia we własnych monadach.
Nie chodzi o to, że się nie znamy, bo człowiek człowieka może nigdy do końca nie poznać, ponieważ sam siebie do końca nie zna (to zdanie również pada w „Szwedzkich kaloszach”), ale o to, że przestaliśmy ze sobą rozmawiać, nawet się tego boimy, jak mieszkańcy wyspy, zamknięci jedni na drugich, szczelnie od siebie odgrodzeni kokonem niedostępności.
Fryderyk próbuje jednak jakoś przełamać ten impas. Sam jest raczej człowiekiem towarzyskim, lubiącym spotkania oraz rozmowy. Prowadzi niekończące się rozmowy z Lisą, które jednak nigdy nie zostaną zakończone płomiennym romansem, pozostaną wyłącznie na poziomie platonicznym i to nie zmieni się nigdy.
Ale chodzi o to, że Lisa i Fryderyk jednak spotykają się w kawiarniach, restauracjach, rozmawiają w przyczepie, spędzają wspólnie Sylwestra i Nowy Rok (jeszcze dochodzi do nich listonosz Janson), czyli, że akcja rozmowy, wydarzenie rozmowy i wydarzenie spotkania, jeszcze do końca nie umarło.
Może zatem „Szwedzkie kalosze”, są rodzajem cichego apelu o przywrócenie przyjaźni, zaufania, rozmowy oraz spotkania w naszym życiu, które coraz bardziej zamyka się w sobie, pozostając zamknięte na życie innych ludzi?
Ekspedientka ze sklepu obuwniczego tak bardzo cieszy się, że kalosze w końcu dotarły, pod koniec powieści, na stronie 444.
„Szwedzkie kalosze” nie uchronią przed pustką, one same może nie, podarowane tak.
 Fryderyk znów wstaje rano, wcześnie, bierze ręcznik kąpielowy, wchodzi do lodowatej wody.
„Był już koniec sierpnia. Wkrótce miała nadejść jesień. Ja jednak nie obawiałem się już ciemności”, to słowa, które wieńczą ostatnią powieść szwedzkiego pisarza.



 








poniedziałek, 19 grudnia 2016

Przecież ode mnie zależy ta czerń, losy i miłość. "Pod wulkanem"_Malcolm Lowry.

To dziwna opowieść i bardzo piękna. Cały czas alkohol i jakieś mary, cienie, widma, zwidy. Nie wiadomo, czy świat dzieje się naprawdę i czy śmierć jest również realna.
Ale chyba nie, chyba jedynie śmierć jest jedyną realnością w tej powieści. Bo życie Konsula jest widmowe, magmowate, jednocześnie bez wyraźnych konturów i z wyraźnym obrysem, jest to obrys dużej wiedzy, dużej świadomości, jak również rozpaczy, beznadziei, smutku, potężnego smutku. Jest to niezwykle dobrze napisane, w sposób poetycki. Bardzo żywa proza, chce się ją czytać. I misterna. I dużo może pomieścić, w pewnym sensie silva rerum albo kolaż różnych rzeczy. Powieść w powieści, ale niewiele ma wspólnego z postmodernizmem, raczej z pewnymi formami hybrydycznymi oraz plazmoidalnymi, jak również z egzystencjalizmem. Pełno życia w tej powieści, to picie alkoholu, jakaś marna, niespełniona egzystencja, smutek przemijania, przegrane życie, ale nie ma nihilizmu, jest życie w rozpaczy. Życie w czerni, ciekawe, pod wulkanem, w alkoholu, na jakiejś granicy, życie graniczne, przez to tak żywe, że dziejące się na granicy. Granicą ostatnią jest śmierć, ale nie wiadomo, czy ostateczną, nawet narrator tego nie wie. Do rozpadliny wrzucono za umierającym Konsulem zdechłego psa. Tak kończy się ta powieść, nie, tak kończy się to powieściowe arcydzieło. Opowieść o alkoholizmie, smutku, przegranym życiu, nieuchronności przemijania, fatalizmie losu, ludziach, którzy zawsze będą przewidywalni w swoich uproszczonych sądach o świecie, i wielu innych sprawach, kiedy wytryśnie z kwiatów czerń nocy, czerń upojenia alkoholem, czerń śmierci, czerń smutku, czerń odurzenia i widma, mary, zjawy, cienie, upojenie. Konsul ciągle pije, śpi, śni, pije, to pijak. Umarł i nikt o nim nie będzie pamiętał, oprócz nas, czytelników „Pod wulkanem”. Nie ma tam strukturalizmu, jest post strukturalizm.
I jakieś dziwne, alkoholowe wizje. Ciekawa rzecz: jednoczesne napięcie treści i formy i to wewnętrzne rozluźnienie obu tych struktur: treści i formy. Jakby lawa wylewała się od wewnątrz. Wylewała się od wewnątrz lawa i rzeźbiła te frazy, linijki, linie, akapity, wręcz, powiedzieć można, wersy poematu. Całość czyni wrażenie precyzyjnego rozmazania, bardzo analitycznie przeprowadzanego galimatiasu i bałaganu, wręcz burdelu duszy. Jakaś rozpacz w tym wszystkim, nawet nie podskórna, ale na powierzchni. Nie ma broni przed światem, prócz jednej, nie, dwóch: pierwsza to język, druga to butelka. Bohater „Pod wulkanem” jest bardzo świadomy swojej sytuacji, jest, dodajmy, bezdzietny, pozornie żonaty, w rzeczywistości z żoną nie układa mu się w ogóle, ponieważ żona została oddana w służbie złudzie i mirażowi.
Jest tutaj pokazane jakieś straszne okropieństwo życia i jednoczesna zgoda na to okropieństwo, pod warunkiem, że będziemy regularnie zaglądać do butelki. Regularne zaglądanie do butelki, gwarantuje bardzo dobrą i sprawną pracę języka. Język opowieści jest bowiem pozornie tylko alkoholowy i tonie w tych mirażach, złudach, jak to nazwać, oparach alkoholu. W rzeczywistości jest to język zwarty, spójny, a przede wszystkim gęsty. Bardzo trudno ten język uchwycić, a jednocześnie ten, kto go „złapie”, w sposób całkowicie bezpieczny poddaje mu się i dryfuje w czerń, czy też zostaje zniesiony w czerń, otchłań, coś bardzo przykrego, smutnego, czarnego, nawet trochę okropnego. Przecież ta powieść kończy się śmiercią konsula, głównego bohatera. Próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie, czemu ta śmierć, w jamie czy dole, a w tle szczeka jakiś kojot czy pies, czemu ta śmierć tak bardzo utkwiła mi w pamięci.
Może była najbardziej konkretna i żywa na tle tej alkoholowej maligny, misternej formalnie, a jednocześnie jakoś rozmytej, jednocześnie napiętej do granic i luźnej do granic. Jakby echa hybrydyczności, jakby echa tworu złożonego z wielu, nałożonych na siebie poziomo i pionowo warstw tekstu. Jakby jakaś niemożliwość, żeby spod tych warstw tych tekstu, jakieś jądro wydobyć, czarne, ukryte, że jest tylko wewnątrz papier. Egzystencja konsula nie jest jednak tylko papierowa. Drzemie w niej coś bardziej ukrytego, to znaczy udana imitacja grozy, koszmaru i przygnębienia życiem.
Albowiem do tego prowadzi to, co tekstowe – do jednoczesnej, skutecznej obrony przed grozą życia i pochłonięciem przez nie życie. Nie życie jest silniejsze aniżeli życie w przypadku Konsula. Ale to, jest możliwością przezwyciężenia niemożliwości, to po pierwsze miłość (również niemożliwa) i śmierć (jedyna możliwość, która skutecznie zamyka wszystkie niemożliwości, jednak niewiele w zamian otwierając, jedynie jakieś pojedyncze uchylenia, lufciki, prześwity). Niewiele, ale jednak coś, bo śmierć w „Pod wulkanem”, chyba jako jedyna, jest czymś. Życie jest niczym, ale śmierć jest czymś. Życie do niczego nie prowadzi prócz zwątpień i picia. Natomiast śmierć nie tylko skutecznie unieważnia zwątpienia i picie, ale czyni jeszcze istotny przestrzał: sprawia, że zwątpienie i picie uzyskują jakiś wymiar sensu, zaczynają błyszczeć swoim, prywatnym logosem śmierci. Między tym, co anty logocentryczne a tym, co logocentryczne, rozgrywa się dramat Konsula. Życie byłoby po stronie tego porządku pierwszego, śmierć przyniosłaby na końcu rodzaj logosu, nawet jakieś ciemne światło, czy świecidło śmierci. Ale czy przeciwstawienie na śmierć i życie w przypadku tej powieści, ma sens? Nie ma. Bo tam wszystko jest śmiercią przeniknięte, jakby białe światło śmierci wnikało między szczeliny widzialnego. Konsul jest postacią w gruncie rzeczy nieciekawą, mało entuzjastyczną wobec przejawów życia. Jeżeli czymś naprawdę się entuzjazmuje, jest to tylko śmierć, ale również dana na prawach umownych, jakby nie do końca wierzył, że ona może przynieść cokolwiek pozytywnego, ergo śmierć nie jest zatem zaprzeczeniem życia, ale jakby jego ponurym ziszczeniem.
Osobną kwestią forma tej powieści – hybrydyczna. Różne formy, mozaiki, cytaty, interteksty, przy czym strumień główny tej powieści – poezja alkoholowa, jest czysty.
Można powiedzieć, że artysta osiąga efekt czystości poprzez celowe zabrudzenia.
Zabrudzenia, czyli zmięty papier. Konsul mnie ten papier i popija przy tym whisky.
Hybrydyczna budowa tej powieści. Różne języki, mozaika, cytaty, aluzje, wycinanki oraz wyklejanki. Mozolna podróż przez życie. Jakby życie to było tylko, jedynie upijanie się. Więc Konsul mnie papier, mnie kartki, miętosi papier, miętosi kartki i pije. Ale to miętoszenie kartek i picie ma jeden cel – język powieści, który z tego wynika. Język, który jest owym miętoszeniem kartek i piciem. Język, który zmierza do pomiętego pisma. Na końcu wybuch i biała, naga jama, szara jama. Upadek w szarą, białą, czarną jamę. Śmierć Konsula jest zbawieniem czerni. Czarna, naga, jama. Alkohol, spływ, strumyk, strumień w czerni. Przecież ode mnie zależą losy i miłość, jak patyk na drodze.
Wiem, że coś we mnie siedzi, ale nie wiem, co: pewnie Konsul. Przecież ode mnie zależą ta czerń, losy i miłość. Dziecko, które urodzi się pod wulkanem. Dziecko, moje dziecko.
W pomarańczowej i żółtej pościeli.









wtorek, 22 listopada 2016

Praca Kurta Wallandera

Jeżeli chodzi o śledztwa komisarza Wallandera, opisane przez Mankella, są śledztwami, albo przepraszam, mogą być, śledztwami literaturoznawczymi, oraz naukowymi. To tak, jakby śledziło się swojego bohatera, bohatera swojego szkicu, co on zrobił, kim był, co przeskrobał, co zrobił dobrego, a co złego, jak dużą miał rodzinę, czy założył własną rodzinę, czy był w porządku wobec swoich przyjaciół, czy w ogóle miał jakichś przyjaciół, może przynajmniej kilkoro, tych najbardziej zasłużonych, tych najważniejszych, co robił całymi dniami, kiedy nie prowadził śledztwa, albo nie pracował nad nowymi programami, albo ani nie czytał, ani nie pisał. Przecież śledztwo komisarza Wallandera może dotyczyć również poety, literaturoznawcy, artysty malarza, grafika, kucharza, wybitnego informatyka, wybitnego krytyka literackiego, wybitnego człowieka albo miernego człowieka, albo człowieka wycofanego, albo genialnego, albo jedno i drugie, bo często, bardzo często genialność idzie w parze z wycofaniem. Sam komisarza Kurt Wallander jest typem wycofanym, typem samotnika, śledztwo prowadzi mozolnie, bardzo ciężko pracuje w materiale śledztwa, idzie mu topornie, przez długi czas trwania powieści, ale zawsze trafia do celu, zawsze znajdzie sprawcę. Jest zmęczony, czasem spięty, nie wychodzi mu z kobietami, popija dużo whisky, grzeje się przy kominku, kiedy patrzy na nogi i pupę tej, która poprawia drewno w kominku, a którą pyta o to i owo, co dotyczy śledztwa.
Wallander jest niezwykle cierpliwy, cnotę cierpliwości odziedziczył po Rydbergu.
A Nyberg? Pracoholik, ale koszmarnie zmęczony pracą, Nyberg właściwie nie wypoczywa, on ciągle pracuje, pracuje w zasadzie bez wytchnienia, Nyberg zachłystuje się pracą.
A komisarz Wallander mu pomaga w pracy. Pracują bardzo mocno, intensywnie, prawie bez przerwy. Wallander kładzie się spać na kilka godzin, czasem budzi się o trzeciej rano, robi sobie kawę, zapala papierosa, potem już nie może spać, kłęby dymu kłębią się białymi chmurkami, obłoczkami dymnymi po kuchni, w której siedzi, zegar na ścianie wolno odmierza czas, rytm, jednostajne kroki. Nigdy się nie poddaje, śledztwo musi być zawsze doprowadzone do końca.
Możecie mnie zapytać, czy nigdy się nie myli? Ależ nie. Myli się i to jak. Czasem błądzi po omacku. Jego życie również jest rodzajem błędu, pomyłki. Odeszła od niego jego pierwsza i jedyna żona, Mona, z którą miał córkę, Lindę. Mona kazała mu wybrać: albo praca albo ona. Ale komisarz Wallander wracał jeszcze nocami na komisariat i studiował jakieś notatki, papiery, intensywnie myślał, czasem coś wypadało mu z głowy, czasem czuł boleśnie, że przeoczył jakiś ważny szczegół, ale pracował, zahaczał o pobliski automat z kawą i intensywnie pracował. Te wszystkie papierzyska, ten stos papierów, miał rozłożony na biurku, obok kawa, i komputer, którego w ogóle prawie nie używał, ponieważ nie potrafi korzystać z komputera, może pisać jedynie jedną ręką, a nawet nie jedną ręką, bardzo pomału, jednym palcem. Wdawał się w bójki, awantury, pijatyki, nocne burdy, nie przypadkiem, wszystko było na usługach pracy, śledztwa, butelka whisky, do której często zdarzało mu się zaglądać, również.
Pracował nieustannie, bez wytchnienia, z niewielką przerwą na sen, kawę, papierosa, wydmuchanie dymu, potem pobudka o szóstej albo piątej rano, pójście na komendę. W międzyczasie niezdrowe jedzenie, bardzo niezdrowe jedzenie, jakaś pizza, hamburger, frytki, byle szybko, jedzenie w przypadku komisarza Kurta Wallandera nie jest celebracją, ani świętem, jest szybkie, w biegu, czasem tłusta plama wystąpi na kurtce, czasem się ubabrze czymś, keczupem albo musztardą.
Ma cukrzycę, zdiagnozowali mu to. Mało się rusza, prawie w ogóle, pomimo to ma refleks, jest bardzo szybki, potrafi w momencie uniknąć kuli, albo strzału w tył głowy, przeczucie, intuicja, błyskawiczny refleks, pomimo fizycznej ociężałości, zarostu, przekrwionych od braku snu oczu, niechlujności w wyglądzie, byle jak ubranej kurtce, tłustych na niej plamach. Oto komisarz Kurt Wallander, który swoje śledztwo prowadzi przez wiele lat, które śledzimy dzięki genialnej pracy Heninga Mankella, który opisał wszystkie badania, wszystkie naukowe, artystyczne śledztwa komisarza Kurta Wallandera.
Jednak to dopiero początek naszej opowieści o tym komisarzu. Nasze śledztwo w sprawie Kurta Wallandera dopiero się rozpoczęło.
Zastanawiająca jest konstrukcja tej postaci, jakby odwołująca się do „Poetyki” Arystotelesa, żeby przedstawić kogoś zwyczajnego, kto zbłądził (hamartia). Jest to zbłądzenie szczególnego rodzaju, ponieważ nie trwa permanentnie, a do głównego bohatera trudno nie czuć sympatii, nawet wtedy, kiedy popełnia błędy, czujemy jednak, że te błędy były, by tak rzec, konieczne, że są silnie umotywowane pewną racjonalnością, męską i policyjną racjonalnością, racjonalnością komisaryczną. Kurt Wallander od wielu obrywa, ale wieloma też rządzi czy zarządza, i wobec wielu stosuje skuteczną taktykę oporu, nie daje sobie dmuchać w kaszę, raczej jest stanowczy.
Stanowczy i zawsze trzeźwo stąpa po ziemi, chociaż przecież wrażliwy jest na nierzeczywistość, a nienowa to sprawa, że być wrażliwym na nierzeczywistość to znaczy równocześnie być wrażliwym na literaturę. Zatem Wallander jest bohaterem literackim, sam literaturę jakby przeczuwającym w swoich działaniach. Zresztą jego narracja o śledztwie, to zwracanie uwagi na szczegóły, jest przecież opowieścią o cudzym życiu. Wallander, kiedy prowadzi śledztwa, zawsze ma na uwadze cudzy głos, cudze życie, to nie tylko sprawa psychologii jak mniemam, choć pewnie też, co pewnego rodzaju, specyficznej empatyczności, balansującej na granicy tego, co literackie i tego, co (nie)literackie, ponieważ życie prawdziwe tylko na takim balansie może zostać wygrane, tak jak przekonująca o nim opowieść. Zatem niesie ta postać wiele cech rzeczywistych, jakby była postacią prawdziwą, z krwi i kości, czujemy do tej postaci sympatię przez jej pewne błędy i zaniedbania. Mówię tutaj szczególnie o zaniedbaniach, tyczących się zdrowego odżywiania, które spowodowały katastrofę w postaci cukrzycy. Mówię również tutaj o zaniedbaniach, które dotyczą braku ruchu. Jak już wspomniałem, Wallander je niedbale, szybko, jakby na odpieprz się, zje w tym swoim wytartym, policyjnym płaszczu, idzie na miejsce przestępstwa, tam jest często mokro albo są jakieś mokradła, bagna i cały czas, cały czas intensywnie myśli, pracuje nad śledztwem, nawet wtedy, kiedy od tego śledztwa jest pozornie oddalony, to jednak przy nim cały czas jest.
I to jego przywiązywanie do szczegółów, które reszcie policyjnej ekipy po prostu umykają. Umysł Wallandera jest umysłem analitycznym, szczególarskim (nie wymieniam na zasadzie tożsamości, ale pewnego synonimu poszukiwania prawdy w świecie w oparciu o to, co z pozoru nieistotne).
I ta Skania, kraina deszczowa, trochę smutna, często tutaj zimno, wieje, pada. A jednocześnie ukochana jakoś i jedynie możliwa.
I podróż do Włoch z Ojcem, do Rzymu. Przygotowania, pite whisky wieczorem, po wykańczającym śledztwie.
Te powieści Mankella, wszystkie, świetnie napisane. To duża sztuka, umieć pisać, jednak.
Cała, ogromna przyjemność, którą daje czytanie dobrych książek. Mankell pisze książki bardzo dobre, bardzo dobre w czytaniu, nie ma tam błędów. Jest wyczyszczona fraza i artystyczny efekt.
Problematyka? Życie jest przedstawione u Mankella i praca, czasem wykańczająca praca, tematy uniwersalne. I Szwecja jako miłość i jako problem.
Do tego ta córka Wallandera, w „Nim nadejdzie mróz”, bardzo ciekawa narracja, prowadzona z perspektywy córki, Lindy. Kurt tylko wypowiada słowa, nie myśli na głos, nie myśli wewnątrz.
Jeśli chodzi o Lindę, ona jest uwewnętrzniona, ona myśli wewnątrz, swoim ciałem i postrzeganiem, swoimi marzeniami i wspomnieniami, swoim byciem córką Mony i Kurta. Ma instynkt policyjny.
A w środku i na zewnątrz pada śnieg, śnieg pada w tej narracji. Jest jesień, ale jeszcze nie ma mrozu, mróz dopiero przyjdzie, ale już zaczynają palić się palniki w kuchence gazowej. Mona, naga, pije wódkę, w swoim mieszkaniu, w Kopenhadze, gdzie odwiedza ją Linda przelotem. Degradacja. Bo też Mankell, to chyba koronny jego wątek, w ogóle, przede wszystkim może, opowiada pomiędzy wierszami kryminału, o degradacji, jaką przynosi ze sobą życie, o zniszczeniu powodowanym przez czas, o nieudanym życiu i bardzo trudnych czasach, bardzo niestabilnych, w których trudno o marzenia i w których trudno, aby cokolwiek zaplanować, na przykład miłość, ślub, rodzinę, to rzeczy prawie niemożliwe w obecnym systemie światowym, który ludzi uczciwych i zwyczajnych de facto skazuje na margines, nie mówiąc o ludziach młodych, którzy na samym wstępie, są skazani na porażkę. Mankell diagnozuje nie tylko Szwecję, ale obecny system światowy, którego koronnym prawem jest ekonomia, wulgarna i prymitywna, nie licząca się z poszczególną wrażliwością. Odczuwanie oraz indywidualność, zostają zasypane pod złogami zysku, biurokracji, pieniądza, poszczególnych numerków w urzędzie statystycznym, który do tego sprowadził ludzką poszczególność oraz indywidualność: do numerka statystycznego w urzędzie. To czasy pustki, czasy jałowe, czasy pustynne, ale pustynią złą, bo nie ma w niej postu, a drapieżny konsumpcjonizm, który prowadzi do jeszcze większego przeżarcia, jeszcze większej pustki, którego paradoksem jest odwrócona inflacja: im więcej się zdobywa, tym mniej zostaje. To także charakter czasu, który przebiega przez ten powieściowy cykl: im więcej pracuje Kurt Wallander, tym bardziej jest przygnieciony życiem, obowiązkami, alkoholizmem, niemożnością, brakiem szansy, żeby coś w swoim życiu zmienić na lepsze i brakiem pozytywnego odzewu społecznego, który jak był, tak pozostaje: bezlitosny, bezduszny, nie liczący się z cudzym wysiłkiem, ofiarą, poświęceniem.
Dlatego ludzie w tym świecie stają się dla siebie coraz gorsi, najchętniej by się pozabijali, co też zresztą czynią – zabicie kogoś, to jak zjedzenie niezdrowego hamburgera, jedyna różnica jest taka, że mord smakuje lepiej aniżeli hamburger. Mankell opisuje straszny świat, świat bez Boga, bez miłości, przyjaźni, bez zrozumienia i międzyludzkiego porozumienia, braterstwa bliźnich, które odeszły jak nieświeży dowcip, do lamusa poczciwych żartów na temat człowieka. Zamiast tego jest bliżej nieokreślona żądza odnalezienia czegoś bardzo mglistego, czego jedynym, adekwatnym ekwiwalentem, jest odebranie komuś życia. On sam, pozostaje wrażliwy, nieobojętny, a jednocześnie twardy, zwinny, mogący się obronić przed ciosem, zadanym nawet najszybciej, znienacka, w najmniej oczekiwanym momencie. Jego kocia zwinność pozostaje w interesującym kontraście z ociężałością i cukrzycą, którą próbuje bezskutecznie leczyć, zmieniając nawyki żywieniowe (bez skutku), czy próbując spacerować, zamiast jeździć samochodem (również z mizernym skutkiem). Nie jest to jednak opowieść o człowieku przegranym, ale o takim, który zawsze wygrywa dane śledztwo, po długich i mozolnych, przynoszących cierpienie, niepowodzeniach, które prowadzą często do depresji, rozpaczy i rozstroju nerwowego. Niemniej śledztwo zawsze kończy się wygraną, wygrywa dobra strona, zła przegrywa, to pokrzepiające.
Mniej pokrzepiający jest pewien pesymizm w te powieści/opowieści wrośnięty. Kurt Wallander jakby nie ma złudzeń co do życia. Z drugiej jednak strony jest bardzo kruchy, delikatny, wrażliwy, w zasadzie można powiedzieć, że życie kocha, na pewno nie jest nihilistą. Smutek, jaki topi w alkoholu, jest odpowiedzią na okrucieństwo świata i zmęczenie życiem, ale nie jest negacją życia, które pozostaje wartością samą w sobie i chyba najwyższą.
„Nim nadejdzie mróz”, bardzo dobra pozycja Mankella, kiedy jesień przechodzi powoli w zimę.
Obserwujemy ojca – Kurta Wallandera, komisarza policji, oczyma jego córki, Lindy. On sam przestaje myśleć w środku – po prostu jest działaniem, aktywnością, słowami, dialogiem, ale już nie monologiem wewnętrznym, co było tak zawsze ciekawe, ten jego sposób myślenia o śledztwie.
Tym razem to Linda ma swój monolog wewnętrzny i to w nim przegląda się to, co cudze – cudzy człowiek, a jednocześnie swój, własny, jej ojciec, Kurt Wallander.
„Nim nadejdzie mróz” opowiada o specyficznej sytuacji uwięzienia w fanatyzmie. Wiara prowadzi tam do zniszczenia, zamiast do zmartwychwstania i budowania. Wallander od modlitwy woli whisky, ale to dobry, prawy, solidny i niezwykle pracowity człowiek.
     Polecam cykl o komisarzu Wallanderze wszystkim tym, którzy ciężko pracują i dla których praca jest wszystkim – w tym przede wszystkim wytchnieniem od samej pracy. Przyjemnością, daną od losu, jako wewnętrzna konieczność.  


poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Wesele Magdaleny

Zobaczymy, co będzie tej nocy, czy coś się wydarzy, skoro tyle nagle zewsząd hałasu.
Ale na razie próbuję błogosławić przerwany przed chwilą święty spokój, spokój pustelni ( o ile nie przyjmiemy stanowiska przeciwnego, że życie jest od tego, żeby się rozproszyć w tym, co nim jest pozornie). Pozór jako prawda? Przejdę za chwilę do problematyki prawdy jako konwencji.
Jakże okropne i haniebne i wulgarne są niektóre obrazy, które dobiegają z ekranu, burzą święty spokój pustelnika (o ile nie przyjmiemy stanowiska przeciwnego, że jego spokój jest pozorny, skoro burzy go świat zewnętrzny, czyli świat pozoru). A czym jest pozór?
Wyciszyć można się jedynie literą. Obraz jest hałaśliwy, o ile nie oplata go rygorystycznie żelazna reguła prawa i konwencji, w której ten "hałaśliwy obraz" staje się koniecznością. W przeciwnym wypadku może być jedynie rozproszeniem, chaotycznym przechodzeniem z jednego świata w drugi. Przechodzenie to niekiedy podyktowane jest przypadkowym wyborem, kaprysem, za który płaci się wykluczeniem ze świata pustynnej ciszy, którego jałowość jest pozorna. Jak bardzo czarnoziemny i wrażliwy jest to świat, widać, kiedy dochodzi do konfrontacji z tym, co nazywa się przypadkiem. Otwarcie na przypadek? Tak, ale przecież za wszystkim stać musi podyktowana ukrytym, wewnętrznym rygorem konwencja działania, czyli jego logika. Brak logiki może być w tym wypadku jedynie kolejnym, logicznym postulatem. Brak logiki bowiem to inercja, chaos. A wystawienie się na cios przypadku? Zrobienie czegoś wbrew żelaznej, wewnętrznej regule działania?
Jest chaosem. Postulat: jedyną możliwością w tym wypadku jest możliwość konwencji.
Poza konwencją jest świat pustyni, który jest światem osobnym, wewnętrznym. Bo to świat zewnętrzny jest światem konwencji. 
Chaos dotyczy jedynie świata wewnętrznego, mocno wrażliwego przez doświadczenie pustyni.
Musi być jednak twardość, twardość, ale nie kaprys. Początkowe intuicje, jeszcze nieuporządkowane. To, co pustynne nie kaprysi, przyjmuje. Doświadczenie pustyni - odporność skały. Skalistość tego doświadczenia wyraża się w reakcji na zewnętrzność, na wołanie zewnętrzności. Zewnętrzność woła pustelnika, pustelnik czeka na zawołanie zewnętrzności i wtedy reaguje. Czy taka jest prawdziwa reguła pustelniczego życia? Nie wiem. Być może czasem pustelnik powinien zawołać świat, poddaję tę intuicję kolejnym dopowiedzeniom, których nie jestem pewien do końca.
Prawdziwe jest tylko to, co zewnętrzne, tego rodzaju "prawda" przychodzi mi teraz na myśl. Jednocześnie trzeba powiedzieć, że to, co zewnętrzne (i konwencjonalne), zmienia się nieuchronnie i przechodzi niekiedy w zapomnienie, na korzyść migotliwej (i kapryśnej) teraźniejszości, która dominuje świat społeczny. Dlatego, stare, ale jare stwierdzenie, przed utratą tożsamości, zapomnieniem, anihilacją historii (jednostkowej i zbiorowej), chroni pamięć, uczciwie pielęgnowana, pamięć i wierność. Wierność rodzinie, małżonkom, przyjaciołom, wierność prawdzie. Być może ta najważniejsza prawda jest ukryta wewnątrz a nie leży pomiędzy ludźmi. Zatem oddalam na bok intersubiektywność prawdy, a skupiam się na doświadczeniu wewnętrznym, która czyni z prawdy coś jednostkowego, czasem unikatowego i oryginalnego, co potrzebuje specjalnej opieki ze strony instytucji, które zajmują się przetrwaniem prawdy, a zatem również tego, co prawdziwe. 
Bowiem wybrzmieć może prawdziwie to, co nie jest zafałszowane, jakkolwiek tautologicznie to zabrzmi, jest to prawdą, basta!
Tam, gdzie leży prawda, pośród piasku i fal. Prawda, która dojrzewa w ukryciu, jak wszystko co żyje prawdziwie.

Prawda jest ruchoma, powtarzalność zapewnia pozór stabilności. 

„To, co niezniszczalne trwa”.

To wesele było olbrzymie. 
Dużo rzeczy. Wielkich rzeczy. Wielkie Wesele. Wielka biel. Wielka biel wielkiego Wesela. 
Przeszło 300 osób. Folwark Zalesie, wieś Grajów. Odpoczynek, ptaki, suknia. Biała suknia. 
Tańce, jedzenie, spojrzenie, jedzenie, tańce.  Palenie papierosa. Potem światy, różne światy, wewnątrz i na zewnątrz. Niemożliwość wyrażenia jakiegokolwiek świata, bycie zamurowanym i wmurowanym w ten świat jednocześnie. Jednoczesna wielka miłość do życia, które nie potrafi się wyrazić, nie potrafi się wypowiedzieć, jest bardzo mocno ograniczone. I ta Pani Profesor z uczelni ASP, rzeźbiarka, która tak mocno przypominała mi o moich wizytach w Lanckoronie, tym najpiękniejszym ze wszystkich miasteczek na świecie, miasteczek, gdzie tworzą najwspanialsi artyści, miasteczko, w którym siedzieliśmy w Arce, w ogródku, na zapleczu, piliśmy kawę, jedli ciasto, i ja wtedy słyszałem, wtedy słyszałem, rozmowę, podsłuchałem rozmowę dwóch pań, to był wywiad, jedna Pani była artystką, na pewno mocno związana z Lanckoroną, i tam padło nazwisko, które od razu skojarzyłem z Brunonem Schulzem, a to nazwisko brzmiało Władysław Panas. Wywiad w tym ogródku, w pełnym słońcu, nazajutrz mieliśmy z Ewelinką lecieć na Sardynię, a ja tak bardzo bałem się tego lotu i umierałem w tym pełnym słońcu, wśród tych kaw, tego słońca, tych rozmów, rozmów w Lanckoronie o Brunonie Schulzu. Przecież z Lanckorony pochodzi również inny, znakomity artysta, Leszek Kozik, genialny prozaik, autor „Pasji według chama galicyjskiego”. Czasem nie potrafię wypowiedzieć tego piękna świata, które we mnie istnieje, drzemie, rozrywa mnie od środka, porywa, rozrywa jak wielobarwne ptaszysko, barwa wrona, wrona-feniks. Ach, gdyby można było wypowiedzieć popioły. Wizyty Państwa Kraińskich na ulicy księdza Gurgacza, na Gurga, tam nasze posiedzenia, nasze biesiady, alkohol pity do późna, to wszystko, co nie może, nie potrafi zostać wypowiedziane, to myślenie intuicyjne, że oni siedzieli, mówili, i zewsząd, zewsząd do nas podpływała na rzecznej tratwie ta Lanckorona, której nie potrafię tak naprawdę wypowiedzieć, bo ona jest jedyna, najprawdziwsza, najmilsza mojej duszy, jedyna, ta, której nie zniszczą dziejowe zawieruchy, ta, która będzie trwała, kiedy Wszechświat sam siebie wessa w swoją czarną czeluść, miazmaty, kokardki, wstęgi, w górę uniesione ramiona. Ach, gdyby tak móc wypowiedzieć świat, jego czarną czeluść, jego białą ciemność, jego skryte uniesienie, jego huczność, wesołość, radość, jego przenikanie, przecież nie musiałbym tak naprawdę żyć, wystarczyłoby wypowiedzieć strumienie radości świata, światła, wstęg, słońca, kokardek, wstążek, tych ramion uniesionych w górę. 
A Wesele, nieskończona biel Wesela, nieskończona toń, przepastna, biała toń Białostockiej Puszczy, wielki smutek i zarazem wielka radość, z powodu tej niewielkiej, ale jednak nieśmiertelności, która nie przemija, której słońce zaplata warkocze, wersy, ciemność, studnię, lato, ptaki, okoliczne ptactwo Białostockiej Puszczy, niewypowiedziane milczenie śniegu, które znam skądinąd, z powieści Pamuka, „Śnieg” i to, że znalazłem tam nagrodę, w środku tej książki, nagrodę za wiersz zimowy, pierwszą nagrodę w konkursie na wiersz zimowy, który organizował portal poetycki Nieszuflada czternaście lat temu. 
Moje początki, moje wątki, moje wstążeczki, scyzoryki, latawce, klejenie się świata do mojej głowy, jak białe, okoliczne ptactwo. 
A przecież mogłem inaczej, jakby na przekór i nie… wybrałem właśnie to, co na przekór. 
Niezwykłe wrażenia, czasem usypianie, pomyślałem o Kubie, że się całkiem poddał, że nie potrafi żyć w świecie, więc wybiera pustelnię. 
Pustynia może być wewnątrz również. Pustynia, której nie nasycisz żywą wodą, pocałunkiem, świętem. Pustynia, która tak łatwo nie wyparuje z twoją śmiercią, pustynia, którą zaludniasz wierszami, jakby to były rośliny nad źródełkiem. 
Siedziałem pod zadaszeniem i pisałem wiersz dla Magdy z okazji jej Wesela. Niczego nie musiałem sobie przypominać, bo wszystko już widziałem, całą jej, wspaniałą przyszłość na Kresach. Tam, w tych Puszczach, lasach, jarach, wąwozach, będzie wychowywać swoje dzieci, w wielkim domu, w którym zamieszka ze swoją rodziną. Ten obraz szczególnie do mnie przemawia, ze względu na swój przepastny urok, dom pośród wielkiej, Białostockiej Puszczy i życie wraz z dziećmi, aż Puszcza nie upomni się o swoich mieszkańców, aż ich z powrotem do siebie nie weźmie. 
Przecież to nie tylko Puszcza. Ale i wielkie oddychanie wielkiego lasu, drzew, okolicznego ptactwa. Jakby tego wszystkiego nie dało się rozebrać, jakby to wszystko zwalało się na olbrzymie, barczyste ramiona, a potem spokojnie falowało jak morze i wiatr, było rodzajem piórka puchowego, która nagle spada na ramię, bezszelestnie, zdmuchiwane przez siłę, o której nic nie wiem, mogę jedynie domyślać się jej istnienia, że po drugiej stronie też wieje ten sam i jednocześnie całkiem inny wiatr. 
Jakby nie można było wypowiedzieć Puszczy. 

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

O Jacku Kaczmarskim

Film o Jacku Kaczmarskim, "Bard", prezentuje człowieka złożonego, skomplikowanego. Genialny artysta dojrzewał w domu dziadków, tam nauczył się wszystkiego. Później już tylko udawał, że się uczy, studiuje, w rzeczywistości pisał, grał, śpiewał i pił. Życie? Bardzo trudne. Ciągłe koncerty, ale i dużo powodów do kojenia własnego ego. Kobiety. Miał ich kilka w życiu (nie liczę wielu przygodnych romansów). U końcu drogi znalazł "prawdziwą" miłość. Czy był szczęśliwy? Był bardzo nieszczęśliwy, jak patrzę na niego, na ten film. Fasadę miał spójną. Pogoda, jasność, harmonia, rozsądek. Może przez tę fasadę jego teksty był tak spójne, zdyscyplinowane, jakby nie dopuszczał do głosu rozpaczy i ciemności w sposób całkowity, zawsze się kontrolował, a kontrolować było przecież się trudno, skoro zewsząd bezbrzeżny smutek, zwłaszcza po 1989 roku, zmiana czasów, zmiana warty (niekorzystna), zmiana wrażliwości, mdłości.
Mdła zmiana wrażliwości, mdła wrażliwość. Jak w takich czasach mógł odnaleźć się Jacek Kaczmarski? Nie odnalazł się zupełnie moim zdaniem, albo odnalazł się tak, jak mu to czasy i system umożliwiły. Przecież tamte czasy, przed 1989 rokiem, nie były "lepsze", ale z filmu wynika, że były bez wątpienia żywsze, ludziom na czymś istotnie zależało, sztuka nie była mdła, a władza, przeciwko której śpiewano piosenki, pozwalała je śpiewać. Oczywiście, system był zbrodniczy, to jedna strona medalu, druga jest taka, że ludzie śpiewali razem bohaterskie pieśni i hymny pokolenia, im zależało.
Komu jeszcze zależy? Kaczmarskiemu zależało do końca na pieśni, do końca śpiewał i grał, do końca tworzył, dając dowód, jak wielkim był artystą i jest nadal i będzie. A jego trzecia żona, Ewa, nakłaniała go usilnie, aby w Australii został taksówkarzem. Tam, w Australii, kiedy w latach 90 tych przeprowadził się, był na bezrobociu, całkiem niezłe dostawał pieniądze z tego bezrobocia, musiał stawić się raz na pół roku w urzędzie pracy, dodatkowo dorabiał sobie koncertami w Polsce, dopóki nie usłyszał strasznego wyroku  o raku krtani. Ten rak, ten rak, to w istocie była depresja jego życia. Pomyślmy, życia, którego tak naprawdę nikt nie docenił. Na pewno nie materialnie. Co z tego, że był bardem? Był dalej biednym bardem, jego pieśni żyły a on sam ledwo ciągnął. Społeczeństwo, polskie społeczeństwo, było dla swojego barda niezwykle okrutne, nie dało mu kolejnej szansy.
W filmie brakuje mi odniesienia do programów "Sarmatia", genialnego programu dodam, do programu "Wojna postu z karnawałem", również bardzo dobrego, do tej twórczości, która powstawała wspólnie z Przemysławem Gintrowskim oraz Zdzisławem Łapińskim.
To istotny brak.
Oprócz tego bardzo ten film przeżyłem. Zwłaszcza schyłek życia Kaczmarskiego, jego wegetację w Australii. Bo tak to trzeba nazwać. Nic tam nie miał. Do Polski przyjeżdżał raz na jakiś czas i dawał koncerty, ale to nie było to, co kiedyś. XXI wiek zjadł wszystko, co dobre i wartościowe w kulturze duchowej. XX wiek dał wielkie osiągnięcia, wielkie nazwiska. XXI wiek to wiek klęski, wiek schyłku, wiek, w którym moim zdaniem nastąpi ostateczne tąpnięcie świata i Apokalipsa.
Bo Kaczmarski już nie miał w zasadzie do czego się odnosić. W swoich późniejszych tekstach powracał do Okudżawy na przykład albo do wieszczów, jak do Słowackiego, śpiewał również o Dylanie. Wybrał klasykę, trudny był byt poety, w zasadzie najtrudniejszy, trudniejszy zapewne aniżeli taksówkarza, który nie musi myśleć o tego rodzaju sprawach, najważniejszych, nie bójmy się tego powiedzieć, a Kaczmarski należał do tego rodzaju ludzi, którzy po prostu nie potrafią przestać myśleć, rozważać, tworzyć, on nie mógł być taksówkarzem w sensie organicznym, czy Pani, Pani Ewo, mnie rozumie, czy mam Pani to dalej tłuc do głowy?
Kaczmarski był niewinny i de facto zjadły go o wiele mniej lotne od niego kobiety, prócz jednej, moim zdaniem, prawdziwej miłości, takiej najprawdziwszej, bo na okamgnienie, kobiety, którą poznał już u samego schyłku, kobiety, która była jego spokojem.
Musiał zmagać się z życiem przez cały czas. Nie potrafił żyć bez miłości, bez kobiet i bez alkoholu.
Musiał pić, pisać, kochać. To wypełniało mu cały czas, który dzielił między kartkę do pisania, gitarę i butelkę. W filmie jest pokazane, jak zaczynał pić od rana. Tak schodziło mu życie, kiedy pracował w Rozgłośni Radia Wolna Europa, żeby utrzymać siebie, może po części rodzinę, a to wszystko sprawiało, że musiał odreagować, a zatem pił, pił i śpiewał "Encore", jedną z lepszych jego piosenek.
W jego dorobku nie ma złych tekstów, złych piosenek, piosenek pomyłek. Co innego chyba jego powieści, chociaż przyznam się bez bicia, że nie czytałem. Nie czytałem, ale nie dowierzam. Kaczmarski miał temperament ściśle poetycki, wybitnie poetycki, a zatem niecierpliwy. Do fabuł i mozolnych, misternych, powieściowych konstrukcji, trzeba mieć cierpliwość, nawet, jak ma się wiele do powiedzenia o życiu i świecie, swoje się przeżyło, swoje się widziało, swoje się przecierpiało. Ale to nie wystarczy. Warsztat poety, który Kaczmarski posiadał w stopniu wybitnym, bo był niezwykle sprawnym rzemieślnikiem słowa, jednak mógł w powieści okazać się niepotrzebny i niekonieczny, trochę ślamazarny, jakby wbrew temu, kim był, a był poetą, pieśniarzem, bardem, któremu do życia najbardziej było potrzebne jedno: adrenalina. Kiedy tej brakło, musiał odejść z tego świata. W niebie pewnie ryczą razem z Wysockim do wtóru anielskim chórom.
Widziałem, kiedy po koncercie, w busie, brał butlę w kolorowym papierze i pił, połykał, potem butlę odkładał i próbował zasnąć. Na koncertach dawał z siebie wszystko, lały się z niego siódme poty (swoją drogę do końca mógł zachować kondycję, gdyby nie rak i depresja spowodowana nie taką chyba Polską, jaką sobie wymarzył). Jest taka migawka w filmie, kiedy Kaczmar wali w te struny gitary, napina każdy mięsień, jak tylko może, jak tylko potrafi, ale widać, że już nie może, że litościwie patrzy na Łapińskiego, jakby wołał o pomoc, "Zbyszek, kurwa ratuj, ja już nie mogę", tak sobie to wyobrażam, ten wewnętrzny ryk Kaczmara. A potem wali się na kanapę półprzytomny, w jakimś mieszkaniu, pewnie przypadkowym, wali się na kanapę i pozornie pewnie tylko odpoczywa, albo i nie, albo i nie, kiedy łeb wypełniony wódką, zaczyna zalewać ciemność.
A potem? Jakieś uspokojenie. Pozorne rzecz jasna. Spokojny to on był za lat Solidarności, prawdziwie spokojny. Ale w tym późniejszym jego uspokojeniu wyczuwałem jakiś fałsz, nie był to spokój człowieka spełnionego, ale człowieka, przepraszam, nie powinienem tak tego nazywać, człowieka przegranego. Który przegrał walkę o wolną Polskę. Jak mówiłem, ta Polska, którą zastał, po prostu, brutalnie powiem, kopnęła go w dupę. Czemu? Bo był wybitnie inteligentny, o wiele bardziej od tych bałwanów, którzy robili z nim wywiady i jak najszybciej je kończyli, bo się bali być zjedzeni przez kogoś, kto naprawdę ma coś do powiedzenia. Widziałem ten jego "spokój", te jego zgrabne frazy, przemyślane wypowiedzi i tak dalej, niby to samo, a co innego. Oczywiście, że co innego! To już było umieranie mentalne, duchowe. Śmierć fizyczna była jedynie dopełnieniem tego umierania duchowego. Jak mówiłem, jeszcze miał swoje chwile, później, w "wolnej" Polsce, ale potem? Potem już zaczynała następować ta zastraszająca degrengolada wartości duchowych, religijnych i humanistycznych, której Kaczmarski po prostu psychicznie nie wytrzymał.
Był (i jest), jednym z najważniejszych poetów XX wieku i początku XXI wieku. Jego twórczość zawiera to, co jest najważniejsze i konstytutywne dla kultury europejskiej, której najważniejszym, najistotniejszym fundamentem jest chrześcijaństwo. A przecież Kaczmarski był jak najbardziej wierny chrześcijaństwu, w swoich pieśniach nieustająco poszukiwał Boga, nawet kiedy wadził się z Nim w samotności, nawet, kiedy z pustej butelki wyglądało diabelskie oczko i zachęcało: jeszcze, jeszcze, bądź nienasycony. Ale to nie zmysły, nie ciało, nawet nie to, że mógł nie praktykować regularnie, albo wcale, ale ta jego niezwykła wrażliwość poetycka, która była na wskroś chrześcijańska, uczyniła jego twórczość otwartą na transcendencję, metafizykę, Boga. Twórczość, która nigdy nie wyrzekła się tego, co najtrudniejsze. A co jest najtrudniejsze w życiu tak genialnego artysty, jakim był Kaczmarskim? Oczywiście jedno. Wierność samemu sobie, czyli w tym wypadku swojemu powołaniu. Na przekór tym wszystkim, którzy chcieli uczynić z niego kogoś, kim się im wydawał, czy to barda rewolucji, przewodnika zbuntowanych mas, czy potem, kiedy się nieco wycofał i stał się po prostu poetą lirycznym, taksówkarza.
A Kaczmarski od początku do końca, powiem to, choć trąci to banałem, był po prostu poetą, poetą niebanalnym i nie ksobnym, bo otwartym na kulturę, malarstwo, literaturę, historię, poetą, który czerpał ze skarbca kultury europejskiej, po prostu, poetą erudytą, uczonym poetą. A przy tym niezwykle wrażliwym na słowo, niezmiernie wręcz emocjonalnym, żywo reagującym na historię i zjawiska społeczne, ale to, co robił, co śpiewał, co grał, było poezją i choć kojarzyć Kaczmarskiego będziemy głównie z jego pieśni, to przecież, gdyby dalej żył, gdyby dał sobie wyciąć kawałek gardła, czego nie pozwolił sobie uczynić, pewnie by dalej pisał, czytał, tworzył, na nieco zmienionych warunkach, ale najważniejsze w nim było jedno, co nie zmieniało się przez wszystkie czasy: poezja.
Jej istota pozostawała w swojej głębokiej wrażliwości niezmienna, zmieniały się okoliczności czasoprzestrzenne, na które poeta reagował, modyfikując nieco aktualia swojej wrażliwości, ale był przez całe życie Kaczmarskim, poetą reagującym na świat, a przy tym głęboko uwrażliwionym na sferę duchową i wewnętrzną, modlitewną, czemu niejeden raz dawał wyraz w swoich pieśniach.
Poetą prawdziwym, któremu nieobce było skomplikowane rzemiosło poetyckie i jego tajniki. Poetą, jak to się mówi, "z jajami", który śpiewał swoim głębokim "ja" lirycznym, poetą niezwykle ekspresyjnym i natchnionym, który porywał ze sobą tłumy, poetą, którego pieśni się nie zapomina, poetą, o którym pamięć będzie trwać na wieki.
Pieśni Kaczmarskiego, mam wrażenie, nie zestarzeją się nigdy. Słuchałem ich od bardzo wczesnego dzieciństwa i znam już je na dziesiątą stronę, potrafię cytować Kaczmara całymi fragmentami, całymi piosenkami, wyrwany ze snu o dowolnej porze nocy, jestem bowiem Kaczmarem przesiąknięty i nasiąknięty jak gąbka, wrósł się on we mnie, razem z jego pozornie  prostą melodią, melodią, która dodam, chwytała za gardło.
Nie potrafię milczeć, kiedy widzę, że krzywda dzieje się ludziom wrażliwym. A Jackowi Kaczmarskiemu krzywda działa się, oj, działa, może już od samego początku? Może artyści muszą cierpieć już od zarania, artyści prawdziwi, których wybór ścieżki życiowej nie jest żadnym wyborem, bo to za nich niejako podjęto wybór, zrobiła to Opatrzność, całując ich nadmiernie w czoło, obdarzając nadmierną inteligencją i talentem, nie tacy, na pewno nie pójdą na zmarnowanie... Ale życie takich ludzi będzie wyglądało na zmarnowane w oczach tego świata i tej Polski, do której Kaczmarski już nie należał i należeć nie mógł z racji swojej utrwalonej już konstytucji wewnętrznej. Polski, w której myślenie z duchowego i aksjologicznego przestawiło tory na myślenie ściśle merkantylne, pseudo ekonomiczne i pseudo rynkowe, "gdzie szybki efekt myśl połyka", to już nie te czasy i nie ta Polska, którą Kaczmar się rozczarował bardzo. Nie te czasy i nie ta Polska, która będąc pod reżimem komunistycznym, wypuszczała na wolność diamenty. Dzisiaj, i Kaczmarski to bardzo dobrze widział (nie tylko on zresztą), diamenty są gaszone, lżone, ciemiężone, ponieważ zasobami kulturalnymi naszego kraju już od dłuższego czasu, rządzą chamy, ćwoki i ciemniaki.
Ciemniaki, o których gustach estetycznych wolałbym nie rozmawiać, ponieważ podobno o owych się nie dyskutuje.
Ale się ze mnie ciemności wylało... Cóż, kiedy, nawet przy dobrych intencjach, nawet najlepszych, zajmując się kulturą, można z przeproszeniem, zdechnąć, a to podobno kultura stanowi o ciągłości życia narodu, podobno...
Rząd nad kulturą przejęły masy, spełniła się przepowiednia z Witkacego. "A śpiewak zawsze był sam". I będzie. Sam na przeciw światu? Taki był Jacek Kaczmarski. Sam na przeciw tłumowi. Sam na przeciw Polsce, o którą walczył, jak się później okazało, nadaremnie.
Sam do końca. Kto o nim dzisiaj zaśpiewa pieśń, która mnie porwie za gardło i sprawi, że zacznę płakać? Tak jak po jego śmierci, po której zacząłem błądzić i błądzę do dzisiaj, daremnie szukając odpowiedniego słowa, szukając "treści, treści, treści". Szukając Boga.







środa, 4 maja 2016

Tadeusz Różewicz_Wykład dla Domu Kultury Podgórze

Tadeusz Różewicz

1).    Wiadomości biograficzne. Urodzony w 1921 roku w Radomsku. Dla małego chłopca był to cały świat. Inne kraje, widziane na mapie, to był bardzo odległy, wręcz nieosiągalny świat. Dzieciństwo miał szczęśliwe, rodzina mieszkała w „domu marzeń”, przy ulicy Długiej. Autor książki o biografii Różewicza, Zbigniew Majchrowski, pisze, że to dzieciństwo było bliższe raczej wiekowi XIX niż XX. Dzieciństwo spędzone w półwiejskim domku, przy kopcącej lampie naftowej, jak pisze poeta: „Dom żył w nocy. Coś w nim szemrało, skrzypiało, szeleściło, szurało, byliśmy zrośnięci z domem”. Tadeusz miał dwóch braci, starszego Janusza i młodszego, Stanisława. Ich wyobraźnia była bardzo bujna i twórcza, jak pisze Majchrowski: „bawili się butelkowymi korkami z klamerkami, szklane korki lub porcelanowe przekształcali w wojsko albo straż pożarną, prosty kijek stawał się koniem, a fajerka toczona za pomocą drucianego „haczyka”-pojazdem. Z gałęzi akacji robiło się łuki i strzały”. Pisze badacz, że rzeczy służące do zabawy, nie przedstawiały wartości użytkowej, były to rzeczy odpadowe, znalezione. Starszy brat Janusz, który służył później w AK podczas wojny i został rozstrzelany, był pierwszym nauczycielem i mistrzem literackim swojego młodszego brata, Tadeusza. Tadeusza już wtedy jednak bardziej ciągnęło w stronę Awangardy, Peipera, „miasto, masa, maszyna”, Januszowi natomiast bliższa była poetyka Skamandra, to upajanie się, zachłystywanie się światem, witalność i spontaniczność. Ważnym elementem na mapie Radomska, a tym samym dzieciństwa małego Tadeusza, było kino w tym mieście i seanse tam wyświetlane, między innymi Chaplin, Flip i Flap, Max Linder. Różewicz wyzna później: „kino do tej pory jest dla mnie jak buda jarmarczna, jak tajemnicza świątynia; tam, w ciemności, doznaje się objawienia”.Jeśli chodzi o dojrzewanie kulturalne i lektury dzieciństwa. W domu, jak pisze Majchrowski, był zwyczaj czytania na głos. Ojciec, matka, albo Janusz, najstarszy, czytali „Trylogię” albo „Chłopów”. Domowy kanon to: Sienkiewicz, Prus, Żeromski i Reymont. Dla młodego Tadeusza ukochanymi pisarzami stali się Prus i Żeromski. Z poetów: Tetmajer, Staff, Tuwim. Drugi z wymienionych poetów, Leopold Staff, niedługo stanie się dla młodego poety mistrzem a z mistrza, przekształci się w ucznia, jak sam później przyzna poeta Staff, po lekturze debiutu Różewicza. Z zagranicznych autorów, wymienić trzeba na przykład Celine'a i jego „Podróż do kresu nocy”, bardzo słynną, francuską, XX wieczną powieść, rozwojową dla tego gatunku. Dużym wydarzeniem była również lektura „Ferdydurke” Gombrowicza. Jak pisze Majchrowski, Tadeusz „formował się w dialogu ze swoim starszym bratem”, Januszem.
Przełomowym wydarzeniem w życiu poety był niewątpliwie wybuch II wojny światowej w 1939 roku. Poeta miał wówczas 18 lat. Jak pisze Majchrowski, „od listopada 1939 do czerwca 1943 Tadeusz Różewicz pracuje najpierw w Zarządzie Miejskim w Radomsku jako goniec i magazynier, następnie jako robotnik w stolarni Fabryki Mebli Giętych „Thonet”.
Oprócz tego, został wprowadzony przez starszego brata Janusza w struktury podziemne AK.
Okres okupacji to również czas intensywnych lektur, trzeba tu wymienić lekturę „Lorda Jima”, która, jak pisze Majchrowski, wpłynęła na kształt przyszłego dramatu Różewicza, „Przyrost naturalny”. Oprócz tego czyta Prousta, Schulza, Prusa. Z poezji „Wiersze wybrane Leopolda Staffa podarowane mu przez Janusza. W strukturach AK Różewicz był kapralem-podchorążym o pseudonimie Satyr, bardzo aktywnym literacko, w roku 1944 ukazuje się jego tom, drukowany na powielaczu, „Echa leśne”. Nawiązanie do Żeromskiego i silva rerum, „las rzeczy” (anegdoty, utwory literackie, praktyczne przepisy, recepty). Całość może być nazwana „domową kroniką” oddziału, w którym służył Różewicz. Koniec wojny zastaje Tadeusza w Częstochowie. Tam toczy się też nieformalne życie akademickie. Trafia do prof. Wacława Kubackiego, który tak recenzuje wiersze poety: „Był u mnie wątły, blado uśmiechnięty chłopak. Nazywa się Tadeusz Różewicz. Przyniósł szkolny zeszyt z wierszami. Chce się zapisać na polonistykę. Nie ma matury. Wiersze młodzieńcze. Bliższe kręgu Czechowicza niż Przybosia-nienasycone, o luźnej kompozycji i trochę po staffowsku oschłe”.
W lipcu 1945 roku zdaje Różewicz egzamin dojrzałości i zapisuje się na Uniwersytet Jagieloński, gdzie wybierze ostatecznie historię sztuki a nie, jak wcześniej mówił, polonistykę.
Kolejny rozdział jego życia to Kraków. Po wojnie stolica duchowa Polski. Tutaj trzeba wspomnieć jego pobyt w Domu Literatów na Krupniczej a także liczne kontakty: z historykiem sztuki, Mieczysławem Porębskim, z Julianem Przybosiem, jego mistrzem, z poetą Zbigniewem Bieńkowskim, z wybitnym historykiem literatury i krytykiem literackim, Kazimierzem Wyką, który jako jeden z pierwszych poświęcił Różewiczowi fachowe artykuły. Na Krupniczej zajmował poeta niewielki pokoik, na pierwszym piętrze. Jego sąsiadką była Antonina Brzozowska, wdowa po słynnym i genialnym Stanisławie Brzozowskim, autorze „Legendy Młodej Polski”..Dom Literatów tętnił życiem i słynnymi nazwiskami. Na przykład taka anegdota o Jerzym Szaniawskim autorstwa poety: „Mówił bardzo niewyraźnie, bo prawie nie wyjmował fajki z ust. Raz do mnie coś powiedział, ale w taki sposób, że do dziś nie wiem, co”.
Ale lata te, prócz przyjaźni i kontaktów, to przede wszystkim wytrwałe i intensywne studiowanie nie tylko historii sztuki, ale również poezji. Jak sam później powie poeta, wsłuchiwanie się w „wewnętrzną muzykę wiersza”. Tak też Różewicz studiuje Czechowicza, Kochanowskiego, Mickiewicza, Asnyka, Konopnicką, Leśmiana, Rimbauda, Goethego, Holderlina. Z najnowszych poetów, Miłosza, wiersze z tomu noblisty, „Ocalenie”. Oprócz tego uczy się wiele od Norwida. Więc lata te, spędzone w pokoiku na Krupniczej, były latami intensywnej nauki poezji, szkoły poezji. Oprócz tego sięga po Eliota, kontaktuje się również z wybitnym filozofem, uczniem Husserla i naszym, najwybitniejszym fenomenologiem, Romanem Ingardenem. Oprócz tego uczęszcza na przedstawienia teatralne.
Ważną datą jest rok 1946, kiedy w 15 numerze „Odrodzenia” ukazuje się wiersz Różewicza, „Ocalony”. Ten wiersz zapowiada tom Różewicza, „Niepokój”, można powiedzieć właściwy jego debiut, który jest odpowiedzią na tom Miłosza, „Ocalenie”. Jest to wiersz, który jest obrachunkiem z latami wojny i okupacji, ale również obrachunkiem z tradycją poetycką, w tym z tak ważną dla poety twórczością Leopolda Staffa. Na wiersz Staffa, „Deszcz jesienny”, odpowiada Różewicz wierszem, „Deszcz wiosenny”. Warto dodać, że w tym samym roku, co „Niepokój”, ukazuje się pośmiertnie tom Baczyńskiego, „Śpiew z pożogi”. Trochę dla kariery Różewicza w Stanach robi Miłosz, przekładając jego wiersze „Lament” oraz „Oczyszczenie”.
W okresie stalinizmu w Polsce, Różewicz wyjeżdża z Krakowa i przeprowadza się do Gliwic, gdzie osiada z żoną Wiesławą oraz dziećmi. Ma w tym okresie trudności z drukiem gdziekolwiek. W Gliwicach intensywnie pisze, pracuje, pisze wiersze, prozę, dramaty. Dodać można, że w tym czasie udaje się poeta w podróż do Węgier, z podróży owoc: socrealistyczne reportaże. Potem zadomawia się na dobre w Gliwicach. Wydaje w tych latach „Pięć poematów”(1950), „Czas, który idzie”(1951), „Wiersze i obrazy”(1952), „Równina”(1954).
Rok 1957, jak podaje Majchrowski, zapisał się szczególnie intensywnie w życiu Różewicza. W tym  czasie podróżuje do Paryża. Przed wyjazdem do Paryża kończy pisać sztukę „Stara kobieta wysiaduje”. W tym roku umiera także jego „duchowy ojciec”, Leopold Staff, o którym poeta pisze: „Stary bóg z siwą rzadziutką brodą, z jednym okiem powleczonym mgłą”.
Dwa słowa o dramatach. „Kartoteka”, 25 marca 1960 roku, prapremiera w warszawskim Teatrze Dramatycznym. Entuzjastycznie o dramacie wypowiada się chyba jedynie wtedy Konstanty Puzyna.
Wiosną 1968 roku Różewicz wraz z rodziną przeprowadza się z Gliwic do Wrocławia. Różewiczowie mieszkają przy ulicy Glinianej, gdzie, jak pisze poeta: „dzieci mi przez okno zaglądały, nawet wchodziły”, dodam: w „Kartotece” przez pokój przechodzi ulica również. W okresie wrocławskim powstaje opowiadanie „Śmierć w starych dekoracjach”, oraz dramaty „Na czworakach” (1971), oraz „Do piachu” i „Białe małżeństwo”(1974). We Wrocławiu zbliża się Różewicz do miesięcznika „Odra”. Kanonizacja przez Ossolineum, „Poezje zebrane”(1971), „Sztuki teatralne”(1972), oraz „Proza”(1973). Żywy klasyk.
Po „Kartotece”, „Kartoteka rozrzucona” („wszystko się rozbiegło i nie ma już żadnego centrum”, pisze poeta, „wszyscy obecni zajęci są swoimi „rolami”, tzn. niczym. Coś tam mówią, ale nie kończą zdań, a nawet słów, robią jakieś „gesty”, ale też pozbawione celu, wyrazu”. Jak pisze Majchrowski, „Różewicz pokazuje jak ubywa Całości”, a przybywa fragmentów: urywkowe rozmowy, wyrywkowe lektury, przypadkowe kontakty, wystawione na sprzedaż części ciała ludzkiego. Nastąpiła totalna fragmentaryzacja świata”.
Słowo o pisaniu pisarza. Nigdy na maszynie i komputerze, do końca i zawsze ręcznie. Jak pisze Majchrowski, „do połowy lat 50 tych poeta pisał atramentem, stalówką w obsadce, potem przeszedł na wieczne pióro, wreszcie na długopis, podczas pracy nad tekstem używa też kolorowych kredek”.
Nie dyktuje ani nie nagrywa swoich utworów.
Pokój do tworzenia: obcy poetyckiemu misterium. „Nieciekawy pokój. Książki. Trochę byle jakich mebli. Gazety. Jakieś drobiazgi”. Warto tutaj wspomnieć o fascynacji poety gazetami, dziennikami, tygodnikami, oczywiście również literackimi miesięcznikami oraz kwartalnikami, kiedyś Przyboś powiedział mu, kiedy go widział idącego codziennie do kiosku z gazetami: „co to za poeta, co ciągle czyta gazety”. Z jednej strony lektura gazet, a z drugiej poważnych dzieł filozoficznych takich filozofów jak Jaspers, Nietzsche, Wittgenstein, Heidegger. „Poeta śmietnika jest bliżej prawdy niż poeta chmur”, słynne zdanie z Różewicza oddaje to przywiązanie poety do codzienności  w jej niekiedy najbardziej banalnych czy prozaicznych wymiarach.
Poeta jest także laureatem nagród. Austriacka Nagroda Państwowa, za „wkład w rozwój literatury europejskiej”,  (1982) , macedoński Złoty Wawrzyn (1987) (inni laureaci to Bułat Okudżawa, Auden, Ginsberg). Majchrowski pisze, że ten zasięg europejski, światowy nie przeszkadza byciu „poetą prowincji”, jak napisał kiedyś sam Różewicz o Józefie Czechowiczu: „został do końca poetą prowincji, choć przestał być poetą prowincjonalnym”.
Jak pisze Majchrowski, „przez twórczość Różewicza płynie strumień niepokojów całego, mijającego stulecia. Obok Czesława Miłosza jest on w poezji polskiej świadkiem koronnym XX wieku. Miłosz jednak spędził pół życia z dala od kraju-a to właśnie Różewicz czuwa nieprzerwanie jako poeta tego miejsca na ziemi”. Jak pisze dalej Majchrowski, „trzymając się na uboczu, pozostawał w epicentrum epoki”. Kolejny paradoks, jest to poezja osobista, wręcz konfesyjna, jednocześnie starannie strzegąca swojej prywatności. Choć oczywiście rządzą nią „Różewiczowskie prawa literatury”, jak pisze Majchrowski, czyli : kondensacja, skrót, kontrast, przeniesienie, maska”. Poeta zmarł niedawno, w roku 2014, 24 kwietnia we Wrocławiu.
2). Mój odbiór twórczości Różewicza. Miałem sporo czasu na lekturę niemałego ilościowo dorobku tego znakomitego poety. Jedna rzecz, która nasunęła mi się: jest to poeta, który powołał do życia własny, osobny, autonomiczny świat, który jednocześnie jest mniej lub bardziej bezlitosnym, sceptycznym, przede wszystkim moralistycznym komentarzem do współczesności, nie moralizującym. Ukazuje raczej ta poezja, jak słusznie zauważył jeden z jego badaczy, Tomasz Kunz, rodzaj rany, właśnie z tej rany, z tego otwarcia, które nie chce się do końca zabliźnić, wypływa poezja Różewicza. Poprzez obecność tej rany nabiera ona, jak pisze Kunz cech negatywnych, jest to rodzaj strategii negatywnej.
To są rozpoznania oczywiście trafne. Jednocześnie przyporządkowujące Różewicza do paradygmatu ponowoczesnego, z czym można by się jednak trochę spierać. Jednocześnie występujące globalizacja świata i jego fragmentaryzacja, system, który jest systemem naczyń połączonych po rozpadzie starego, dobrego świata (wracam tutaj do Radomska, w którym poecie świat jawił się jako wielki, niezmierzony, nie do ogarnięcia, odległy). Otóż twórczość Różewicza mam wrażenie, tak jak wyrasta z rany, wyrasta również z pewnej niemożliwości, przypomnę wersy poety z jednego ze słynnych jego wierszy: „życie bez boga jest możliwe, życie bez boga jest niemożliwe”. Ta aporetyczność, czy sprzeczność w tym się przejawia, że stary świat niemożliwy jest do przywrócenia i odzyskania, do restytucji powiedzielibyśmy fachowo, a nowy świat wcale taki „ładny” nie jest. W tomach „Zawsze fragment” czy „Recyckling” dobrze widać właśnie ten sceptycyzm Różewicza wobec nowoczesności, czy ponowoczesności, epoki fragmentu i detronizacji starych, dobrych, tradycyjnych wartości, w tym „śmierci Boga”. Religia jest niezwykle istotna w twórczości Różewicza i mówiąc religia, mam na myśli chrześcijaństwo. W jednym z wierszy poeta przyznaje, że narodziny i śmierć Jezusa Chrystusa to najważniejsze wydarzenia w dziejach ludzkości. W innym pisze trochę przekornie pewnie: „jaki tam ze mnie ateista”. Gdzie indziej dialoguje z „czarodziejem”, księdzem Janem Twardowskim. Więc napięcie u Różewicza jest widoczne, trudno powiedzieć, że poeta radykalnie i wojowniczo odrzuca chrześcijańskie koncepcje Boga i Zbawienia, może nie tyle odrzuca, ale uporczywie, trochę jak Don Kichot ponowoczesności, szuka pomostów między nieciekawą współczesnością a wiarą w Boga. Dodać oczywiście trzeba, że na kształt tej poetyki wpłynęły dramatyczne i traumatyczne wydarzenia wojenne, trauma wojenna będzie się ciągnąć za Różewiczem do końca. Dość wspomnieć, że stracił on w czasie wojny ukochanego brata Janusza, któremu bardzo wiele zawdzięczał (jako brat, ale i jako przyszły, jeden z najważniejszych poetów XX wiecznych w Polsce). Wydaje się, że religię jak i osobę Chrystusa trzeba traktować w kontekście poezji Różewicza w kategoriach bardzo delikatnej i niezgłębionej tajemnicy.
Dwa wielkie totalitaryzmy XX wieczne, dokonując olbrzymich zniszczeń w człowieku, poniekąd zabiły w nim Boga, taki można wysnuć wniosek z poezji Różewicza, choć pewnie dość trywialny, niemniej trzeba silnie podkreślić, że to właśnie trauma wojny i okupacji była tym, co najsilniej ukształtowało rys duchowy poety.
Oprócz tego oczywiście lektura niemieckiego filozofa Theodora Adorno, „nie sposób pisać poezji po Oświęcimiu”, Różewicz w jednym z wierszy, pisze o sprawach codziennych, kupowaniu chleba, jajek, gazety, by na końcu wiersza przyznać: „w domu czeka mnie zadanie, stworzyć poezję po Oświęcimiu”. Oprócz Adorna, wymienieni już Nietzsche, Heidegger, Jaspers, filozofowie nazywani umownie „ateistycznymi”.
Oprócz tego trzeba dodać motywy, które pojawiają się u Różewiczu, a zatem człowiek jako kupa mięsa, „furgony porąbanych ciał”, człowiek jako zwierzę, które zwierzęco morduje innego człowieka. W wierszach i dramatach widać również ową, wspomnianą już „poetykę fragmentu”, rozproszenie idei i wartości, „wyspowatość” świata, która istnieje w kontrze do niemożliwej do odzyskania Całości. Całości, która była dobra, czytelna, przejrzysta. Świat po wojnie uległ bowiem zmąceniu, wartości uległy niejakiej relatywizacji, zatarły się kryteria dzielące dobro od zła.
Zatem nie tylko sama wojna to świadectwo braku wartości pierwszych, ale również to, co po wojnie nastąpiło aż po nowoczesność i ponowoczesność, która czyta z zamazanych śladów, fragmentów, ruin.
To są oczywiście rzeczy dość znane dla każdego, kto Różewicza zna mniej więcej, taka się utarła oś jego interpretacji. Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na co mnie, osobiście, istotnie uderzyło. Mianowicie to przywiązanie do codzienności, zupy pomidorowej, fasolowej, gazet, do tego, co mówią w radio albo w telewizji, do popularnych niegdyś seriali jak „Dynastia”, namiętność do tego, co codzienne, zwykłe, zwyczajne. Widać ową namiętność w wierszach, także w opowiadaniu „Śmierć w starych dekoracjach”, w genialnym monologu dramatycznym „Śmieszny staruszek”.
To wszystko sprawia, że Różewicza można również nazwać poetą marginesów, rzeczy, które lokują się w nieoficjalnej, by nie powiedzieć: „kloacznej” (za Schulzem), sferze kultury, rzeczy wyklęte, heretyckie, niedoceniane. Owa codzienność nie jest jednak jak u Miłosza uwznioślona, nie jest tak jak u Miłosza metafizyczna, ale raczej przedstawia się ona jako rodzaj teatralnej makiety, dekoracji właśnie, czegoś sztucznego i nieprawdziwego, poza co nie ma wyjścia w zasadzie, a jeśli jest, jeśli gdzieś się pojawia w wierszach, to też wzięte w cudzysłów, sceptyczny nawias, jak wielkie słowa: światło, Bóg, miłość, prawda, dobro, piękno. U Różewicza, podobnie jak u Samuela Becketta, widać to, co za Beckettem można nazwać „wiernością przegranej”, tym zjawiskom i ludziom, jak na przykład śmiesznym staruszkom, którymi nikt się nie interesuje, wierność tym, którzy są na marginesie, którzy swojego życia do końca nie wyżyli, albo wyżyli już wszystko, co ciekawe, i teraz pozostaje im patrzeć w okno, jeść zupkę i czekać na coś nieokreślonego, jak właśnie ów tytułowy, śmieszny staruszek w sztuce o tej samym tytule.
Ważną rolę oczywiście u Różewicza odgrywa motyw śmierci, życie nie tylko jest zbliżaniem się do śmierci (Heideggerowskie Dasein), ale również samo życie jest rodzajem umierania, jak przyznaje podmiot w bardzo słynnym wierszu, „to jest umieranie”.
Wszystko to oczywiście nie napawa nadmiernym optymizmem. Tak jak u Miłosza mieliśmy bardziej do czynienia z poetyką afirmacji, tak u Różewicza należałoby mówić bardziej o poetyce negacji. Różnica na przykład przejawia się w podejściu obu poetów do pism mistyka szwedzkiego XIX wieku Emmanuela Swedenborga. Dla Miłosza była to, mówiąc po Witkacowsku, „lektura istotna”, Różewicza natomiast po prostu nudzą opisy zaświatowych krain, nie daje im wiary, traktuje jako fantazję dziecinną lub urojoną.
Niemniej nie zostaje u Różewicza przekreślona religia i religijność. Jeżeli mówić o nich, to chyba w kategoriach teologii negatywnej, theologia via negativa, poprzez negację uzyskujemy dostęp do prawdy.
Jednak, zbliżam się już do końca, prawda w świecie współczesnym jest ruchoma, labilna, nie ma już statycznego centrum metafizycznego, rzeczy są płynne i mało uchwytne, strumień życia mało zostawia, więcej zabiera. Czy jest nadzieja zatem?  Oddajmy na koniec głos wybitnej znawczyni religijnych aspektów literatury XX wieku, w szkicu poświęconym Różewiczowi, „Metafizyczne racje pisania. Tadeusz Różewicz-dlaczego piszę”, pochodzącemu z książki „Czytanie sacrum”, Zofia Zarębianka pisze:

„Trzeba więc przesunąć góry”-mówi poeta przez usta lirycznego „ja”. Przesunąć góry, by dostrzec poza nimi „To”.
Bez wiary jednak żadnej góry przesunąć się nie da.

Wiem o tym
i dlatego
piszę


Pisanie miałoby zatem być aktem w pewnym sensie zastępczym, zamiast wiary. Podejmowanym w nadziei, że odsłoni „To”-co jest większe od życia. 

czwartek, 21 kwietnia 2016

Tadeusz Śliwiak_Wykład dla Domu Kultury Podgórze

O życiu

Urodził się 23 stycznia 1928 roku we Lwowie. Najstarszy z pięciorga dzieci Władysława Śliwiaka i Anny z Wójtowiczów. Ojciec pracował w charakterze kierowcy w Miejskiej Rzeźni we Lwowie.
Ich mieszkanie służbowe wychodziło na ubojnię. W 1945 roku Śliwiakowie opuszczają Lwów. Tadeusz udaje się do Warszawy. W 1947 roku zdaje maturę i podejmuje studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Debiutuje wierszem Chaim na łamach wrocławskiego Słowa Polskiego. W 1948 roku Śliwiak przenosi się na Wydział Lekarski do Wrocławia. Rezygnuje jednak szybko z medycyny i przenosi się do Krakowa, tam pozostanie do końca życia. W latach 1948-1953 studiuje w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej. Po otrzymaniu dyplomu zostaje zaangażowany do Teatru Starego, z nim związany będzie do 1960 roku. W Krakowie jest także członkiem Koła Młodych przy krakowskim Związku Literatów Polskich, w którym działają również Sławomir Mrożek, Jan Błoński, Andrzej Kijowski, Tadeusz Nowak. W 1953 roku uzyskuje dyplom aktorski i debiutuje książką Astrolabium z jodłowego drzewa. Rok później ukazuje się tom Drogi i ulice. W 1955 roku powołuje do życia Estradę Poetycką, do 1960 roku jest jej aktorem i kierownikiem literackim. W jej ramach były prezentowane na Scenie Kameralnej Teatru Starego programy literackie, jak podaje Wiatrowski, komponowane z dzieł klasyków i współczesnych poetów. W 1956 roku ukazuje się pierwszy numer magazynu „Czarno na białym”, który później został przemianowany na „Zebrę”, której Śliwiak jest redaktorem naczelnym (dość dodać, że w „Zebrze” debiutowała Poświatowska). Oprócz Poświatowskiej debiutują w „Zebrze” Andrzej Bursa, Jerzy Harasymowicz, Tadeusz Nowak. Publikują również Gałczyński, Przyboś, Miłosz, Gombrowicz, Anna Świrszczyńska. „Zebra” drukuje także tłumaczenia (Rilke, Appolinaire, Cendrars), oprócz tego również teksty krytycznoliterackie Kazimierza Wyki oraz Artura Sandauera.
Trzeba dodać tutaj o życiu artystycznym Krakowa, wielka była przyjaźń Śliwiaka z Poświatowską, świadczy o tym ich korespondencja jak również liczne wiersze, które poeta poetce poświęcił.
Śliwiak zmienia pracę w 1960 i zostaje kierownikiem literackim w Teatrze Rozmaitości. Od 1961 roku kieruje ponadto redakcją literatury i dramatu w krakowskim oddziale telewizji. Pisze. Ukazują się kolejne tomiki Wyspa galerników (1962), oraz Żywica (1964). W 1965 roku ukazuje się słynny jego Poemat o miejskiej rzeźni. Po tym poemacie utwierdza się jeszcze bardziej jego pozycja literacka, jak podaje Wiatrowski, pojawiają się nowe inspiracje, w tym inspiracje barwami (szeroka paleta barw), oraz światłem. Dużo daje poecie obcowanie z przyrodą. Oprócz tego pojawiają się w twórczości refleksje nad śmiercią, Śliwiaka krytyka określa jako „poetę tragicznego ładu”. W końcówce lat 60 tych i początku 70 tych poeta pisze najwięcej. Wychodzą tomiki Święty wtorek (1969), Czytanie mrowiska (1969), Ruchoma przystań(1971), Widnokres(1972) i w tym samym roku Rajskie wrony, Znaki wyobraźni(1974), Totemy(1975), Wiersze wybrane oraz Poezje wybrane w tym samym roku, Dłużnicy nadziei(1978) i w tym samym roku Płonący gołębnik. Trzeba też wspomnieć, że poeta publikuje też książeczki dla dzieci, na przykład Zielona sowa (1969), A śnieżek prószy (1969), Krakowski stragan (1971). Podsumowaniem tej krakowskiej twórczości dla najmłodszych jest dwutomowy zbiór Bajkoteka(1982).
Jest również autorem słynnych piosenek śpiewanych przez najwybitniejszych krakowskich artystów związanych z Piwnicą pod Baranami. Między innymi Song o młodości, śpiewany przez Halinę Wyrodek, ponadto śpiewane przez Marka Grechutę Droga za widnokres, Niebieski młyn, Jarmark świata, W ciszy poranka). Skaldowie wykonywali natomiast Niebo w twoich rękach, Ostatnia scena, Gwiazda piołun).
W 1967 roku obejmuje poeta kierownictwo działu poezji w „Życiu Literackim” po odejściu Wisławy Szymborskiej. Jest także jurorem wielu konkursów poetyckich, literackich.
Jego poezją żywo interesuje się również krytyka. Piszą o nim między innymi Sandauer, Pieszczachowicz, Brudnicki.
Lata 80 te to ostatni etap twórczości Śliwiaka. Ukazują się tomy Solizman (1981), Chityna(1982), Odmroczenia(1982), Koń maści muzycznej(1986), Słownik wyrazów światłoczułych(1988), Dotyk(1989) oraz Kolczuga(1989). Wiatrowski podaje z pewnym wyrzutem, że Śliwiak nie angażował się w „Solidarność” i trwał wiernie oraz biernie w ZLP do jego rozwiązania w 1983 roku. Jak podaje Wiatrowski, u schyłku lat 80 tych Śliwiak odbywa też kilka swoich ostatnich podróży, między innymi do rodzinnego Lwowa. Tam próbuje pokazać towarzyszom swojej wędrówki dom rodzinny oraz rzeźnię miejską, ale tego już tam nie ma. Poza tym zaczyna się Alzheimer, poeta recytuje wciąż ten sam wiersz, nie może trafić do domu, błąka się po rynku krakowskim, opuszcza go żona, zostaje sam, jak podaje Wiatrowski, pomarli mu też przyjaciele, poeta zostaje całkowicie sam. Ostatnia książka sygnowana nazwiskiem Śliwiaka to Wiśnie rozkwitłe pośród zimy.
3 grudnia 1994 roku, w szlafroku z papierosem, Śliwiak wychodzi z domu, podąża w nieznanym kierunku, ginie pod kołami tramwaju.

O poezji:

Jak słusznie podaje Rafał Watrowski, Śliwiak to poeta szczególnie wyczulony na poetyckie rzemiosło (słabość do poetów umiejących napisać porządny sonet). Sam Śliwiak posługiwał się wierszem wolnym. Jego wiersze często obfitują w zaskakujące pointy oraz porównania, nasycone są metaforyką oraz symboliką, w tym mocno symboliką chrześcijańską. Oprócz tego poeta posługuje się również animizacją oraz personifikacją. Zwierzęta oraz przedmioty żyją w tych wierszach i toczą ze sobą ożywiony dialog. Sięga również Śliwiak po paralelizmy składniowe, anafory, epifory. Jak podaje Wiatrowski, słusznie, tematem wiodącym utworów Śliwiaka jest śmierć oraz przemijanie, nazywa go Wiatrowski „filozofem oraz fizjologiem śmierci”. Pomimo mocnej obecności śmierci, rozpadu i rozkładu, a więc pierwiastków negatywnych, jest obecna w tych wierszach afirmacja oraz umiłowanie świata widzialnego. Wiele tu różnych pogodnych głosów, barw, całego tego „miłowania”, nawet dochodzi, jak podaje Watrowski do swoistej „erupcji nadziei”, na przykład w tomie „Rajskie wrony”. Oprócz tego poeta tworzy wiele erotyków, inspiruje się miłości mężczyzny do kobiety i kobiety do mężczyzny. Na osobną uwagę zasługuje motyw raju w twórczości Śliwiaka, ów motyw edeński, związany z występowaniem w tych wierszach ogrodów, jabłoni, śliw, uprawianie swojego świata na podobieństwo rajskiego ogrodu (dość wspomnieć, że podobne motywy pojawią się u Tadeusza Nowaka, o którym będziemy mówić za dwa tygodnie). Ważna jest także relacja człowiek-przyroda, przyroda jako swoisty Kosmos, to w kosmosie przyrody poeta szuka ładu i pogodzenia się ze sobą oraz z drugim człowiekiem. Częścią przyrody jest również wspomniana już kobieta, która szczególnego wyniesienia oraz gloryfikacji doznaje ze względu na cud macierzyństwa, kobieta jest opiekunką i piastunką życia. Z motywami sadu, ogrodu, narodzin, dzieci, wiąże się również motyw domu, którego przez całą twórczość poszukuje poeta. Dom i świat, jak podaje Wiatrowski, związane są z określonymi narzędziami (nóż, dzban, miecz, buty, wiosła chleb), te wszystkie rekwizyty występują u Śliwiaka i tworzą tożsamość człowieka-bohatera. Przedmioty te, jak słusznie interpretuje Wiatrowski, „odbijają kosmos człowieka oraz jego metafizykę”. Bo też przedmioty te występują często w funkcji znaku czy symbolu, wskazują na to, co poza nimi, kryje się za nimi poetyckie uogólnienie filozoficzne.
Na przykład obrosły w symbolikę jest u Śliwiaka motyw drzewa: symbolizuje skończoność upostaciowaną w trumnie, jak i „przysięgę na wierność ziemi”, występuje także zatem w funkcji sakralnej. Bo też ważna jest ciągłość pokoleniowa, dialog z tradycją i swoimi przodkami, pradziadami.
Motywy miłości i śmierci są chyba kluczowe dla poezji Śliwiaka, nieustannie ars amandi oraz ars moriendi toczą ze sobą dialog. Przyroda bowiem, tak jak miłość i harmonię, przynosi również śmierć oraz zniszczenie. Dlatego tak ważna jest tutaj ambiwalentna symbolika ognia, który z jednej strony ma moc spalania, niszczenia, a z drugiej symbolizuje odrodzenie, zmartwychwstanie z popiołów jak Feniks.
Ostatni okres twórczości Śliwiaka nazywa ciekawie Wiatrowski, „odsłonięciem twarzy”, dominuje tematyka przemijania, żegnania przyjaciół, bliskości odchodzenia. Główne motywy tego okresu to przemijanie, śmierć, samotność, pamięć. Jednak wiersze nie zaistniały w tym okresie w czytelniczym obiegu, nie dotarły ani do księgarń ani do bibliotek, poeta wegetował w tym czasie w domu i umierał tragicznie na „chłód ludzkich serc”(ze Śliwiaka). W ostatnim okresie, jak zauważa Watrowski, gaśnie światło w wierszach Śliwiaka, przestaje pachnieć żywica, ogień już nie grzeje, znikają również zapachy, pojawia się zimna pustka śmierci.
Poeta spoczął w Alei Zasłużonych Cmentarza Rakowickiego. Jak podaje Watrowski, „co się obecnie dzieje z poetą, nie wiadomo. Jego wiersze trafiły do czyśćca”.

Kilka uwag własnych:

W wielu rozpoznaniach zgadzam się z Rafałem Watrowskim. Dodam, że faktycznie główny nacisk u Śliwiaka położony jest na rzemiosło. Śliwiak jest artystą-rzemieślnikiem, z czasem ten wewnętrzny ogień wprawiający w ruch wiersz gasł, zostawiając nieco czcze wydmuszki, ale to już w ostatnim okresie twórczości.
Poza tym ciekawe jest to dążenie w głównym okresie jego twórczości (lata 60 te i 70 te), do Raju, do czasów sprzed upadku. Śliwiak jakby na powrót chciał Raj odzyskać poprzez wiersze.
Oprócz tego to zwrócenie uwagi na świat i jego narzędzia, bliskie to kategorii poręczności (Heidegger), ale ta poręczność nie jest tylko dla niej samej, więc codzienność nie istnieje sama dla siebie, ale dla poetyckich sensów w niej zawartych, chodzi o tym, żeby z poręczności wydobyć poetycką esencję.
I ta odwrócona formuła Sartre'a, którą przytacza Watrowski: „esencja poprzedza egzystencję”. U Sartre'a było: „egzystencja poprzedza esencję”, co znaczyło nic innego, jak to, że widzialność wyczerpuje się tylko w niej samej, na powierzchni zjawisk i nie ma nic poza tym, co jest, czyli narzędziami, które żadnymi symbolami nie są. A Śliwiakowi chodziło o to, aby poprzez pracę nad wierszem, rzetelne rzemiosło poetyckie i bardzo dużą wrażliwość artystyczną, ze świata wydobyć niezmienną esencję, piękno świata, które pomimo śmierci i zniszczenia nie przemija.
Wiersze jego uwrażliwione na barwy, grę światła, konkret, metaforę, plastykę, są bardzo malarskie w gruncie rzeczy, dykcja nie grzęźnie w piaskach niepotrzebnej rozlewności, ale zmierza do poetyckiej kondensacji, lapidarnego skrótu, celnego, poetyckiego uchwycenia sedna otaczających zjawisk. Zawsze zgrabne i celne puenty w wierszach tworzą dobrze skomponowaną artystyczną całość. Oprócz tego warto dodać, że wierszy Śliwiaka świetnie się słucha w aranżacjach muzycznych, podobnie zresztą jak wierszy innego Tadeusza, Nowaka, którego utwory również były śpiewane. Zatem poezja ta, nieco impresyjna, choć nie tracąca konturów, bo nasycona konkretną metaforą, poezja dobra do śpiewu, przeżywania, słuchania. Zatem pochylmy się wspólnie nad kilkoma wierszami poety.