niedziela, 14 lipca 2019

Konstanty Ildefons Gałczyński. Błazen metafizyczny


 W artykule Leszka Kołakowskiego, wydrukowanym w „Twórczości” (1959 r, nr. 10), pada w pewnym momencie wywodu przywołanie kategorii kapłana i błazna.[1]
Kapłan to strażnik metafizycznych prawd absolutnych, rodzaj rygorystycznego policjanta, pilnującego swojej idealnie uporządkowanej kartoteki.
     Błazen natomiast podważa fundamenty i dach, zbudowane przez kapłanów, jest, by tak rzec, rodzajem frywolnego latawca, którego sznurkami są i zarazem bronią, szyderstwo oraz kpina.
Gdyby błazna całkowicie „puścić”, zapewne rozwiałby się w przestworzach, zachłystując się przy okazji swoim śmiechem błazeńskim, nieco obłąkanym, irracjonalnym.
      To kapłan ma rację "ziemską”, a jednocześnie broni transcendentnego porządku „niebios”.
Błazen wierzy jedynie w nicość, przed życiem, za życia i po życiu.
Kapłani są zatem od budowania, błaźni są od latania, ewentualnie niszczenia dzieła kapłańskiego.
Obu tych kategorii potrzebował Kołakowski, aby zbudować swój subtelny wywód.
Zamiast alternatywy stosuje filozof koniunkcję, aby unaocznić, że świat filozofii oraz poezji, humanistyki generalnie rzecz biorąc, potrzebuje zarówno kapłana, jak i błazna.
Chciałoby się zapytać autora artykułu, dlaczego metafizyk jest przedstawiony jako policjant?
Skojarzenia są bowiem niezbyt zachwycające.
Ot, nudny strażnik porządku, który czasem może uderzyć pałką.
Błazen w tej parze jest o wiele bardziej pociągający i efektowny.
I do kogo pasuje bardziej poeta Gałczyński?
       Konstanty Ildefons Gałczyński urodził się 23 stycznia 1905 roku w Warszawie. Jego ojciec był kolejarzem, technikiem kolejowym, matka zajmowała się domem. Miał brata Zenona.
Rodzice nie rozumieli dziwnych upodobań poety, rozumiała je jedynie ciocia Stasia. Kostek, bo tak był nazywany młody poeta, uczył się w szkole dobrze, nawet bardzo dobrze, ale odstawał od rówieśników. Miał swoje pasje. Uwielbiał czytać. Kiedy jego koledzy grali w piłkę albo w ganianego, albo kąpali się w rzece, on raczej wycofywał się z tych zabaw w świat literatury. W szkole prowadził gazetkę szkolną, to były pierwsze koty za płoty. Ponadto pisywał już wtedy wierszyki okolicznościowe, czasem satyry na swoich kolegów. Jego ojciec, też Konstanty, naciskał, żeby syn szedł w jego ślady, wybrał po nim zawód, jednak już wtedy pasja u Kostka, zwanego również Kotem, zwyciężyła, wybrał studia filologiczne, ściślej: filologię angielską oraz klasyczną na Uniwersytecie Warszawskim. Ma do czynienia wtedy ze świetnymi profesorami, między innymi z Witwickim. Wtedy też wygłosił słynny referat o nieistniejącym poecie, Gordonie Morrisie Cheatsie. Potem przepraszał swoich profesorów, ale żart się udał, wszyscy uwierzyli, łącznie z kadrą naukową. Studiów nie skończył. Został powołany do wojska. Jako szeregowiec, robił wszystko, żeby nie służyć w wojsku, wykręcał się, jak mógł, używał wielu, czasem sprytnych metod. W końcu go wzięto na przesłuchanie, zadawano mu absurdalne pytania, między innymi o to, jak wysoka jest Wieża Eiffla, zadano mu również pytanie mu również pytanie o to, czym dla żołnierza jest karabin, odpowiedział, że „narzędziem Szatana”. Z wojska go nie zwolniono, raczej sam zdezerterował,  w tym wypadku musiał interweniować niezastąpiony w tych wypadkach Tuwim, potem już dano mu spokój. W XX leciu Międzywojennym działa w Grupie Literackiej Kwadryga, razem ze Stanisławem Salińskim, Ryszardem Dobrowolskim, Stefanem Flukowskim, Władysławem Sebyłą, Aleksandrem Maliszewskim. Grupa wydawała pismo o tej samej nazwie. Chodziło im o poezję uspołecznioną, reagującą na to wszystko, co dookoła. Pierwszym utworem, drukowanym w Kwadrydze, były „Zaręczyny Johna Keatsa”. Oprócz tego współpracuje wtedy z „Cyrulikiem Warszawskim” oraz pisze powieści satyryczne, jak „Porfirion Osiołek”.
Próby podjęcia zwykłej, etatowej pracy, nie należały do udanych. W 1928 roku podejmuje pracę jako urzędnik w Polskim Towarzystwie Emigracyjnym, gdzie pracuje przez pół roku, nic tam w zasadzie nie robił, głównie zbijał bąki i pisał od czasu do czasu wiersze, dużo się obijał, raz złapano go na czynach zdrożnych w toalecie, ale zostało mu to wybaczone, jego przełożona podobno miała do niego słabość. 3 maja 1928 roku, Gałczyński poznaje swoją przyszłą żonę, Natalię Awałow, poznał ją w Małej Ziemiańskiej, ktoś ją tam przyprowadził,  poeta zadał jej wtedy pytanie, jak w Gruzji, mimo, że ona nie miała już nic wspólnego z Gruzją, od urodzenia. 1 czerwca 1930, biorą ślub w cerkwi prawosławnej, przyjaciele trzymają parze młodej nad głową korony. Potem skromny obiad, ponieważ nie było pieniędzy na wystawne Wesele.
W 1931 roku, Gałczyńscy wyjeżdżają do Berlina, Kot, jak wspomina Natalia, „srebrna Natalia”, jak ją nazywał mąż, „zielony Konstanty”, poczuł się tam dobrze, spokojnie. Podejmuje znów pracę etatową jako referent kulturalny w placówce konsularnej. Dużo korzysta z Berlina, chodzi na wykłady filozoficzne, podziwia muzea tamtejsze, ogląda Goyę, Tycjana, Durera. Mijają kłopoty materialne, dobrze mu tam płacą. Poza tym cały czas kształci się, objawia się jego zapał do nauki języków, jeszcze z dzieciństwa, czyta w oryginale „Fausta” Goethego oraz „Wyznania” św. Augustyna.
Konstanty tęsknił w Wilnie za swoją żoną, Natalią, kiedy przyjechała, zabrał ją z sobą do dorożki i klęczał przed nią, był bardzo szczęśliwy i wzruszony.
 
      Na tym się zatrzymajmy przez chwilę.
Jakże przepastna musiała być dusza poety, by zmieścić i Tycjana i onanizm w toalecie.
Prócz tego, pełna miłości do „zielonej” Natalii.
      Dla mnie Gałczyński to błazen metafizyczny. Proponuję tym samym nową kategorię do opisu jego poezji.
     Definicja: błazen metafizyczny w odróżnieniu od metafizyka z artykułu Kołakowskiego, jest nieobliczalny oraz niepoliczalny, a jego drwina nie jest wymierzona przeciw komuś, albowiem naczelną cechą błazna metafizycznego jest humor.
Humor i magia, chciałoby się rzec w kontekście tej poezji.
Świat poetycki Gałczyńskiego jest bowiem zaczarowany: księżycem, prostymi czynnościami dnia codziennego, które zostają uwznioślone, specyficznym poczuciem humoru oraz niezwykłym poczuciu magii u tego największego czarodzieja poezji
polskiej poezji XX wieku.
       Zatem błazeństwo u Gałczyńskiego nie jest ograniczeniem immanentyzmu a tym samym życiem pojmowanym jako nicość oraz droga ku nicości, ale szansą na wyjście do dziedzin transcendentnych poprzez swoje niepoliczalne, nieobliczalne oraz czarodziejskie błazeństwo.
Jak to się dzieje? Właśnie poprzez uwznioślenie codzienności oraz przyziemności, nadania im znamion niezwykłych, czarownych.
      Innym określeniem, które mogłoby być tutaj pomocne to zaczarowana metafizyka.
Metafizyk w artykule Kołakowskiego nie jest czarodziejem, ale skrupulatnymi i oschłym urzędnikiem, porządkującym kartoteki.
Błazen również nie „czaruje”, wszak to wcielenie oświeceniowego racjonalizmu, który zdecydowanie odrzucał sankcję transcendentną.
Żywiołem takiego błazna jest nicość a jego „skrzydłami” są broń, drwina, kpina, szyderstwo.
        Takim błaznem również nie jest Gałczyński, ponieważ jest on moim zdaniem niepoliczalnym oraz nieobliczalnym błaznem metafizycznym, błaznem czarodziejskim, który zawsze z humorem rozdaje ciosy. Nie przestaje być cięty w swoim poczuciu humoru, a jednocześnie rozbraja absurdy życia społecznego, kulturalnego, politycznego, czyli tzw. codzienności pisarza.
Jest w tym nieulękły, a przy tym bardzo dowcipny.
Jego błazeństwo nie jest metafizyczne w sensie, jakim go widzi Kołakowski -  absolutnym, koniecznościowym oraz teleologicznym.
Jest to raczej metafizyka a rebours, metafizyka, która sama z siebie się śmieje, nie znając jednocześnie ograniczeń, bawiąc się na całego.
Ale bawiąc się głównie jasną stroną życia, troski i ciemność, ograniczenia i zły język, pozostawiając błaznowi drwiącemu i szyderczemu, który nie widzi albo nie chce widzieć dobra, ogromnego dobra, jakie przynosi ze sobą życie.
       Błazen ograniczony do sfery immanentnej – tak widziałbym tego, o którym pisze Kołakowski.
„Nasz” błazen jest inny.
To kameleon. Zmienia często twarze i maski, ale czyni to z dobrą, poetycką intencją, nigdy, aby kogoś skrzywdzić dzidą niepotrzebnego szyderstwa.
Trzeba bowiem w wypadku poezji Gałczyńskiego odróżnić żart od szyderstwa. Szyderstwo jest gorzkie, żart rozładowuje napięcie i taka też jest poezja Gałczyńskiego.
Godzi się ze światem w swoim błazeńskim geście, afirmuje go.
Poza tym jest błazen metafizyczny w swojej działalności nieobliczalny, nieprzewidywalny i oryginalny, za każdym razem inny, jak śpiew słowika.
Chciałoby się powiedzieć: inny i jednocześnie taki sam, umiejący utrzymać spójną linię swej poetyckiej oryginalności oraz unikalności na przestrzeni wielu przecież napisanych utworów.
Gałczyński to ponadto moim zdaniem, poeta transcendentny.
Słowa transcendencja nie rozumiem w znaczeniu nadprzyrodzony, ale odnoszący się w pierwszym momencie do świata, jako terenu działania specyficznej łaski (furor poeticos) oraz do relacji w świecie zachodzących.
Zatem Gałczyński jako boski błazen?
Gałczyński jako błazen ziemi i nieba?
     Gałczyński przedstawiał się jako poeta ziemi, ale dziwny i specyficzny poeta ziemi.
       Chciał zniżyć niebo do ziemi, a ziemię przybliżyć niebu, tak można odczytać jego wspaniałe liryki i zamknąć to odczytanie w lapidarnej, metaforycznej formule. 
     Był wielkim samotnikiem, outsiderem, cyganem. Pełno w nim było życia, a jednocześnie jakby jakiś smutek drzemał, co widać w jego wierszach. Potężnie pił, alkohol, w jego życiu lał się strugami, podobnie jak poezja, która wylewała się z jego przepastnej, oceanicznej duszy.             Gałczyński cierpiał na depresję czasami, a czasami był nadmiernie wesoły, wszystkich rozbawiał. Dzisiaj to fachowo nazywa się w psychiatrii chorobą dwubiegunową, afektywną albo cyklotymią.
Zresztą teraz, coraz częściej ona występuje, nie tylko u artystów.
Urodził się 23 stycznia 1905 roku w Warszawie przy ulicy Mazowieckiej. Zmarł 6 grudnia 1953 roku. Szczegółowiej o biografii, artystycznym, nieco szalonym życiu cygana, outsidera, prawdziwego artysty i prawdziwego poety pisze Anna Arno w swojej książce o Gałczyńskim, ja powiem od siebie kilka słów o jego twórczości.
Bez wątpienia wiersze Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego są niezwykłe. Wiele w nich magii, w tym tej krakowskiej magii, zaczarowanych dorożek, koni, ten cały nadrealizm wybrzmiewa tam ze szczególną siłą, zwłaszcza w poemacie „Bal u Salomona”. Oprócz tego trzeba zwrócić uwagę na związek Gałczyńskiego z grupą Kwadryga, obecnej w XX leciu międzywojennym. Jej program polegał na żądaniu poezji uspołecznionej, dostępnej dla szerokich rzesz. Chociaż sam Gałczyński kiedyś popełnił rodzaj manifestu pro faszystowskiego, kiedy współpracował z mocno prawicowym pismem „Prosto z mostu”, to jego poezję trzeba rozpatrywać jednak w nieco innym aspekcie niż społeczny.
      O Gałczyńskim mówi Marta Wyka jako o poecie cyganie, trochę odszczepieńcu, chodzącym własnymi drogami.
       Taka też jest poezja poety: bardzo mocno nacechowana indywidualnie. Gałczyński dopracował się własnego języka, który zasadniczo niemożliwy jest do podrobienia: to znaczy albo się to ma, albo się tego nie ma, a tę rzecz określa się po prostu mianem talentu, rzeczy przyrodzonej, ingenium.
       Poezja Gałczyńskiego jest czasem jak wielka, liryczna fala, która porywa ze sobą czytelnika. Można łatwo w niej przepaść i zatracić się w tych barwnych, fertycznych obrazach poetyckich, poczuć dźwięki muzyki („Bal u Salomona”), nawet zacząć tańczyć w rytm tych piosenek i pieśni, bo przecież poezja Gałczyńskiego jest też silnie umuzyczniona, wpada w ucho człowieka jak muzyka i jak muzyka czytelnika przeszywa i porywa.
Jest też napięcie, by nie powiedzieć rodzaj sprzeczności wpisany w tę poezję. Mianowicie między głębią poetyckiej konfesji, a żartem, drwiną, parodią, zabawą.
           Tak pisze o tym Marta Wyka: Połączenie drwiny i powagi, błazeństwa i koturnu to charakterystyczna i typowa maska wielu artystów XX wieku. Postulat traktowania sztuki również jako zabawy da się wyśledzić w programach czołowych, nowatorskich prądów literackich XX wieku- a więc u dadaistów, futurystów, surrealistów.[2]
         Poezja była zatem faktycznie chyba traktowana przez poetę jako zabawa, ale jednak zabawa śmiertelnie serio. To znaczy poetycka brawura raczej wzmagała prawdziwość oraz unikalność tej poezji, aniżeli jej zaprzeczała.
        Trzeba tutaj powiedzieć o jeszcze jednej sprzeczności pojawiającej się u Gałczyńskiego: mianowicie o niezwyczajnej poezji i życiu poety, które jak podaje Marta Wyka, było raczej życiem filistra (choć nie stroniącego od alkoholowych ekscesów), który cenił bardzo sobie rodzinne życie, żonę, córkę, kota.
       Inną ważną sprawą w tej poezji jest przywiązanie do rzemiosła. Jak podaje Marta Wyka, taką tendencję ówcześnie uznawano za poniżającą rangę poety. Poeta-rzemieślnik zatem pisze często na zamówienie, od przypadku do przypadku, czasem na kawiarnianych serwetkach, jego wiersze idą całkiem dosłownie w świat i do ludzi, ale w tego rodzaju przypadkowych splotach bardzo często powstają małe bądź wielkie arcydzieła, tchnienia czystego talentu lirycznego. Często sam poeta powołuje się na Wita Stwosza, słynnego rzeźbiarza epoki Renesansu, autora ołtarza Mariackiego, podaje Wita Stwosza jako przykład doskonałego rzemieślnika i zarazem genialnego artysty.
           Gałczyński w swojej drodze twórczej raczej odcina się od tradycji, na przykład od Skamandra czy Awangardy, podążając własną drogą. Bliski mu był Mickiewicz jak się zdaje z tradycji romantycznej, ale też romantyzm jako prąd i jakość występuje bardziej u Gałczyńskiego na zasadzie parodystycznej oraz ironicznej trawestacji. Bo też to, co ważne u Gałczyńskiego to nie tylko głębia lirycznego przeżycia, ale również to, co wchodzi w jego skład i czyni z niego jakość na wskroś oryginalną, czyli występowanie elementu groteski.
         Jak pisze Marta Wyka na temat groteski: w sferze realizacji literackich oznacza groteska sposób przeżycia świata, czyli jego określoną interpretację, nie będącą zresztą interpretacją mimetyczną, lecz deformującą(...). Poetyka absurdu i nonsensu ma obronić poetę przed rzeczywistością, nie poddającą się żadnym zdroworozsądkowym i racjonalnym argumentom.[3]
        Spieszę z wyjaśnieniem tego akapitu, jednego terminu: mimesis. Otóż znaczy to tyle, co odwzorowanie, dobra, XIX wieczna powieść Balzakowska czy u nas, Sienkiewicza, Prusa, nowele i powieści pozytywistyczne, były właśnie powieściami mimetycznymi, to znaczy takimi, które dążyły do wiernego oddania świata widzialnego. Natomiast język niemimetyczny czy antymimetyczny nie tyle świat oddaje jako obiektywną wartość czy stan, ale głębię przeżyć piszącego. Innymi słowy język ten zatrzymuje na sobie uwagę bardziej i bardziej na sam język zwracamy uwagę aniżeli na to, co przedstawia. A groteska jest właśnie takim rodzajem języka antymimetycznego, który nie tyle oddaje świat, rzeczywistość, ile ją deformuje poprzez parodię, ironię, trawestację, przedrzeźnianie, zabawę, poetykę absurdu i pur nonsensu.
         To zbliża nieco Gałczyńskiego do Witkacego, przy wydatnej różnicy; Witkacy nie był poetą w tym znaczeniu w jakim był nim Gałczyński, bo Gałczyński był, powiedzmy otwarcie i niemodnie: prawdziwym poetą. Marta Wyka pisze też o różnicy między nimi w postaci Gałczyńskiego romansu z publiką, co jednak nie jest do końca trafne, bo w tym znaczeniu Witkacy również chciał czy mógł być popularny, poklasku łaknął jeden i drugi, przy czym Witkacy faktycznie nie trafiał do wszystkich,  Gałczyński potrafił natomiast chwycić za serce i robotnika i żołnierza i profesora.
           Sprawa kolejna, jaka się z tym wiąże to odrzucenie literatury racjonalnej, rozumowej, dziedzictwa Oświecenia można powiedzieć, choć jak pisze Marta Wyka, Gałczyński do niej paradoksalnie nawiązuje poprzez ów romans z publiką i pisanie do „rzesz” jak Krasicki, Trembecki.
Niemniej ważnym zjawiskiem jest jednak w tej poezji to, co poza rozumowe, niezwykłe, niewytłumaczalne i dalej to, co jest również poza powszechnie przyjętą konwencją czy konwenansem społecznym. Przy czym można powiedzieć, że jest to poezja szalona, ale nie obłąkana, obłąkana poezja bowiem (jak Holderlina, Trakla na przykład), w ogóle nie zważa na żadne konwencje, konwencje życia społecznego w ogóle jej nie obchodzą. Gałczyńskiego natomiast społeczne konwencje oraz konwenans obchodziły bardzo, on był nimi przesiąknięty tak głęboko, że bez trudu obnażał ich miałkość, hipokryzję, zakłamanie i obłudę, na przykład w Teatrzyku Zielona Gęś.
        Ale na ten element groteski nie tylko demaskacja utrwalonych form się składała, ale również umiłowanie tego, co groteskowe, dziwaczne, odmienne, inne. Zatem na przykład jego umiłowanie odpustów oraz zabaw ludowych odgrywało tutaj istotą rolę.
        Ów Teatrzyk Zielona Gęś, bardzo zabawny, składający się z miniaturowych aktów i scen. Marta Wyka mówi, że nań wpłynąć na przykład  Zielony Balonik Boya, ale także teatr absurdu (Beckett, Ionesco), przy różnicy, że tamci dwaj byli filozofami również, wyciągali z teatru wnioski natury ogólnej, egzystencjalnej oraz filozoficznej, natomiast Gałczyński od filozofii trzymał się z daleka.
        Jego poetyka przedstawia oczywiście pewien model filozofii świata, patrzenia na świat, natomiast Gałczyński zapewne bardzo by nie chciał, by go nazywać filozofem.
       Ciekawie natomiast pisze Marta Wyka o tradycji renesansowej u Gałczyńskiego, którą za Nietzschem nazywa tradycją apolińską (czyli tą jasną, umiarkowaną i klasyczną). Właśnie Gałczyński, na przykład poprzez umiłowanie Wita Stwosza, ale również muzyki klasycznej (Bach, Beethoven, Mozart), szuka czegoś jasnego, harmonijnego i renesansowego w człowieku, jakiejś regularności, miary i jasności, stąd właśnie Wyka wskazuje na dziedzictwo tradycji renesansowej (Kochanowski) oraz oświeceniowej (Krasicki, Trembecki). Z tradycji romantycznej Słowacki, Mickiewicz, Krasiński, Norwid, z nich zaś najbardziej Mickiewicz, zapewne poprzez śpiewną formę swoich wierszy oraz poematów. Z zagranicznych (Villon, poeta włóczęga, Poe, Rilke, Rimbaud, Verlaine, Eta Hoffman, Apollinaire, Błok, Jesienin). To rozpoznanie stoi w pewnej sprzeczności z tym, co powiedziałem przed chwilą, to znaczy z tym umiłowaniem pierwiastka poza rozumowego. Otóż wydaje mi się, że dlatego właśnie poezja Gałczyńskiego jest szalona, a nie obłąkana, ponieważ w niej zawarta jest racjonalność, ten pierwiastek rozumowy, ratio, przy czym ratio służy demaskacji hipokryzji, zakłamania, obłudy, miałkości pewnych form społecznych. W tym znaczeniu szuka ona tego, co dziwne, inne, wyklęte, marginalne oraz peryferyjne. Natomiast poszukuje jednak jasności w życiu i świecie, ciemność rozpaczy stara się rozświetlić wielkim humorem, wspaniałym, lirycznym obrazem, porywającą muzyką wiersza. 
           Gałczyńskiego poezja jest bowiem również silnie muzyczna, zrytmizowana. Charakterystyczna dla tej poezji jest ogromna dynamika, ruch, zmienność, często poetyckie obrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie, a strofy następują po sobie jak poszczególne fragmenty świetnie skomponowanej symfonii lirycznej. Jak w Balu u Salomona, utrzymanym w poetyce nadrealizmu, występuje marzenie senne, rodzaj somnambulizmu, śnienia na jawie, mieszania porządków przywidzenia, majaków oraz rzeczywistości, stany pograniczne między snem a jawą, a nawet całość tego poematu skąpana jest w onirycznej mgle i aurze marzenia sennego. Prócz tego trzeba zwrócić uwagę, że poezja ta mieni się rozmaitymi barwami, odcieniami. Z kolorów występują szmaragdowy, srebrny, biały, zielony, czerwony, turkusowy, srebrny, szafirowy.
         Teraz, pomału zbliżając się do końca tego krótkiego szkicu, trzeba powiedzieć o miejscu Gałczyńskiego na polskiej mapie lirycznej, o jego zasługach. Wprowadził to, co Marta Wyka nazywa katastrofizmem buffo, to znaczy mówieniu o wielkich tragediach na wesoło, z przymrużeniem oka, dowcipnie. Apokalipsa występuje tutaj naprzeciwko ludowego festynu, jak ciekawie zauważa krytyczka. Ale te pierwiastki, apokalipsy i ludowości przenikają się czyniąc konglomerat niepowtarzalny. Przy czym znowu, na chwilę pozostając przy tej dychotomii, można zastanawiać się, czy Gałczyński był wieszczem/kapłanem czy tylko błaznem? A może był kapłanem i błaznem w jednej osobie, który wieszczył apokalipsę i jarmark jednocześnie?
      Jerzy Kwiatkowski użył określenia na tę poezję: „poezja prostych dziwów, cygańskich czarów”.
          Czesław Miłosz z kolei w książce Zniewolony umysł, pisze o „potężnej afirmacji życia”, płynącej z tej poezji. Wszystko to są oczywiście prawdy, ale trzeba pamiętać również, że pieśni Gałczyńskiego, tak jak każde wielkie pieśni, mieściły w sobie całe bogactwo życia, czyli również pewne odcienie smutku, zadumy, refleksji, melancholii. Czynienie z poety tylko błazna i wesołego kabareciarza oraz kompana do wódki jest stanowczo nadmiernym uproszczeniem, to nie wynika z jego wierszy (przynajmniej nie tylko). Natomiast wynika z nich również głębokie, liryczne przeżywanie świata, Gałczyński nosił w sobie przepaść i otchłań również, powiedzieć można metaforycznie i tę przepaść i otchłań chciał zasypać bawiąc się, ucząc, ale w tym wszystkim pobrzmiewa bardzo poważny i wręcz uroczysty, czy nawet nabożny, mieszczący w sobie pierwiastek sacrum, stosunek do poezji. Gałczyński bawił się, ale była to zabawa na śmierć i życie, a żył niezwykle intensywnie, co zasługuje na podziw i zapamiętanie.
Można ponadto zauważyć, że poeta, wskutek swojej choroby psychicznej, miał jakby dwa skrzydła: skrzydło metafizyka (latającego), i skrzydło błazna (pogrążającego się w organicznym smutku i rozpaczy). Na obu tych skrzydłach potrafił unieść polską poezję XX wieku bardzo wysoko.
     Gałczyński: metafizyczny błazen polskiej poezji.




[1] Por. Leszek Kołakowski, Kapłan i błazen. Rozważania o teologicznym dziedzictwie współczesnego myślenia, „Twórczość”,nr. 10, 1959, s. 178-180.
[2] Por. Marta Wyka, „K.I.Gałczyński. Wybór poezji”, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1973, s. 45.
[3] Por. Marta Wyka, „K.I. Gałczyński. Wybór poezji”, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1973, s. 53.

czwartek, 28 czerwca 2018

Jasność ciemnej głębiny. O korespondencji między Zbigniewem Herbertem a Tadeuszem Chrzanowskim.


  Zanim przystąpię do omawiania samej korespondencji między Zbigniewem Herbertem a  Tadeuszem Chrzanowskim, chciałbym przez chwilę zastanowić się, po pierwsze nad cechami genologicznymi listu jako takiego, po drugie nad różnymi odmianami listu, po trzecie nad samą istotą listu, jako formy komunikacji między nadawcą a adresatem.
     List (podążam w tym momencie za uwagami Stefanii Skwarczyńskiej, pomieszczonymi w jej „Teorii listu”[1]), może być formą literacką, choć nie musi.
List, za Skwarczyńską, zaliczamy do typu literatury stosowanej czy użytkowej.
Dominują w nim cechy utylitarne – np. załatwienie jakiegoś interesu, prośba o pomoc w pewnej sprawie czy poparcie.[2]
List nie należy zatem do literatury „czystej”.
     Jednak list może być również „jądrowy” oraz „bezjądrowy”.[3]
Ten podział Skwarczyńskiej interpretuję następująco.
Pierwszy typ listu niesie ze sobą istotne cechy egzystencjalnej głębi, pewnej „aury”, jakby powiedział Benjamin, która sprawia, że dana korespondencja nie pozbawiona jest elementów tajemnicy, czegoś głębszego.
Jądrowość owa to właśnie implikuje – ukryte, głębokie, tajemnicze jądro, które jakoś emanuje na daną korespondencję, mimo, że w warstwie powierzchniowej (pozornie bezjądrowej), dominują sprawy błahe – np. opowieść o pozostawieniu przypadkiem kwitka w pralni.
W korespondencji nie jest bowiem ważne (jak uważam), to, co się pisze w sensie explicite, ale rodzaj relacji, która wytwarza się, kiedy porusza się nawet sprawy błahe i z pozoru nieważne.
     Owa „aura”, tajemnica czy głębia nie jest zatem wynikiem poruszanych wątków, problemów, treści, ale jakby podskórnego promieniowania, promieniowania między wierszami listu, tego, co dla danej korespondencji jest najistotniejsze.
Nie wynika ona (owa aura, tajemnica czy głębia), z powodu wymiany dwóch, trzech, czterech listów, ale przede wszystkim z długości trwania danej korespondencji, kiedy relacja między nadawcą a adresatem mogła rozwijać się i nabierać owych cech głębokich.
 Jednak nie każda, nawet najdłuższa korespondencja, wytwarza ową aurę głęboką.
Niekiedy wymiana listów, dotycząca pewnych, poważnych, intelektualnych problemów, może być pozbawiona promieniowania aury głębokiej.
Natomiast korespondencja z pozoru błaha, pozostająca jakby w cieniu tego, co byłoby filozofią czystą, albo poważnym problemem intelektualnym, może wytworzyć rodzaj promieniowania aury głębokiej.
Powstawanie w korespondencji aury głębokiej jest bowiem głównie związane ze stopniem zażyłości emocjonalnej oraz intelektualnej między nadawcą a adresatem, jak również z tym, jakie problemy życiowe poruszają oni w swojej korespondencji, a przede wszystkim zależy ona (aura głęboka), od rodzaju reakcji adresata na list nadawcy i vice versa.
Zatem dialog istotny dla epistolografii kształtuje się na linii: komunikat nadawcy oraz odpowiedź adresata.
W zależności od tego, jaki będzie komunikat nadawcy i jakiego rodzaju odpowiedź adresata, możemy mówić o powstawaniu, a potem promieniowaniu aury głębokiej w danej korespondencji.[4]
     List przeważnie nie jest tworem fikcjonalnym (wyłączywszy powieści epistolarne).
Jest raczej rodzajem komunikacji bezpośredniej, która w sposób możliwie komunikatywny, przystępny oraz transparentny opowiada o tym, co wydarza się w życiu nadawcy albo adresata.
Dlatego list, idąc za Skwarczyńską, jest formą możliwie najbardziej wieloraką a zarazem żywą. W liście nie trzeba zakładać masek lirycznych (larvatus prodeo), w liście można pozwolić sobie na szczerość.
     W przypadku korespondencji między Herbertem a Chrzanowskim, mamy do czynienia ze specyficznym dualizmem a nawet opozycją, o czym powiem w dalszym ciągu mojego wywodu.
Zasadnicza opozycja dotyczy bowiem typu nadawcy – ekstrawertyka oraz adresata - introwertyka.[5]
W wypadku omawianej przeze mnie korespondencji, podmiotem ekstrawertycznym byłby Tadeusz Chrzanowski, podmiotem introwertycznym, a nawet czasem występującym za specyficznie konstruowaną maską liryczną, byłby Zbigniew Herbert.
      Między Zbigniewem Herbertem a Tadeuszem Chrzanowskim zawiązała się przyjaźń. Jeden, poeta, trochę lekkoduch, włóczykij, chodzący własnymi ścieżkami. Drugi, przykładny mąż, ojciec, człowiek trzeźwo stąpający po ziemi.
U jednego widać było pierwiastki ciemności, rozpaczy, wycofania się z życia.
U drugiego za to przeważała swoista wola życia, jasna jego strona, ukazywanie wartości rodziny a zarazem wartości sztuki, wartości piękna.
U Tadeusza Chrzanowskiego piękno rodzinne i piękno sztuki były ze sobą zintegrowane, żył pełnią życia.
Natomiast Herbert od początku wiedział, że wybierze tak naprawdę jedynie poezję.
Czy wobec tego był uboższy względem swojego kolegi?
Można jedynie powiedzieć, że był nieco inny od Chrzanowskiego i potrzebował przyjaciela autentycznie, jako dobrej i jasnej przeciwwagi dla swoich stanów rozpaczy, wycofania.
Tadeusz Chrzanowski przynosił Herbertowi w darze jasność życia.
     Herbert praktycznie w ogóle o sobie nie opowiada.
Nie mówi o tym, co robi.
Recenzuje głównie próby poetyckie swojego przyjaciela.
Jakby ukrywał się cały czas za słowem,
za maską poetycką:

Co do wiersza, to chyba się nie mylę, jeśli go nazwę jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym z Twoich. Mam za sobą opinię zgodną dwóch uczonych warszawskich (…). Wiersz jest dla mnie świetny ze względu na element tragizmu i porachunku z samym sobą. Cała zapładniająca moc smutku, zwątpienia i ironii nadaje mu siłę, bardzo deklaratywną oczywiście w bluszczach najlepszej formy („…garstka popiołu drży powoli na swych skrzydełkach szaro-gorzkich”, owe „proste, białe deski ludziom służące w każdej drodze”, nurty słojów, apostrofa do wierszy i serca, która ufa).
W sumie i wydźwięk i piękności tysiąc.
    Pozatem (co nie jest odkryciem) i to język sposobny a nie manieryczny.
Własny. A wszyscy, którzy coś tam z Twoich rzeczy czytali, mówią, że Chrzanowski pisze nowe wiersze, a była obawa, że zesztywnieje, że „mózg mu przestanie się pocić”; więc-raczej powód do gratulacji niż do alarmów. Co prawda niektóre wiersze przeszłe niepokoiły mnie, że tyle tam dobrego miąższu, a pestka taka mała. Ale w ostatnich pestka jest i to twarda. Więc brać się w garść-proszę Dedusia – i pisać, pisać, pisać. Bo kto ma pisać. Bracia marxiści coraz bardziej schodzą na psy i szakale. A więc kupą, kolego Tadeuszu! Hejże! Łubudu”.[6]

Herbert najwięcej otwiera się przed swoim przyjacielem, kiedy komentuje jego twórczość.
Chrzanowski natomiast jest otwarty wobec swojego kolegi przez cały czas trwania wymiany listów, przyjacielski, opowiada mu o różnych zdarzeniach ze swojego życia, np. o tym, jak pojechał na narty do Zakopanego, o wymówkach żony, że ją zaniedbuje, o trudach bycia początkującym tatą, o licznych obowiązkach, o pracy naukowej i twórczej, na którą mimo wszystko znajduje czas.
Chrzanowski jawi się w tych listach, jako człowiek otwarty, szczery, jasny, pełen entuzjazmu i zapału do życia, niezwykle przy tym pracowity, biorąc pod uwagę spory ciężar obowiązków rodzinnych i godzenia ich z pracą zawodową.
Herbert natomiast mocno „trzyma gardę”, nie ujawnia się, od czasu do czasu rzuci jakąś radą, może nieco ironiczną nawet, że człowiekiem można zostać dopiero po ślubie, choć sam ze swoim ślubem będzie jeszcze czekał przez wiele lat.
Herbert jawi się w tej korespondencji jako zagadkowy Sfinks, nie ujawniający swoich „prawdziwych” uczuć, ale z uwagą czytający wiersze i inne prace swojego kolegi, jakby:
a). tylko to było naprawdę istotne
b). widział w nim talent, ergo był dla niego przewodnikiem, nauczycielem, Mistrzem.
Zresztą Chrzanowski (widać, że niestety nieco słabszy intelektualnie od Herberta), w pewnym momencie pisze do niego: „Mistrzu”.
Herbert na to nie odpowiada, w ogóle są okresy, kiedy długo milczy w korespondencji, do spraw rodzinnych Chrzanowskiego odnosi się zdawkowo,
najważniejszy dla Herberta jest Chrzanowski  - pisarz.
Jakie to paradoksalne!
Z jednej strony,  jestem o tym głęboko przekonany, dla Herberta tak naprawdę najważniejszy był aspekt rodzinny życia Chrzanowskiego (tj. dla psychiki Herberta),
z drugiej natomiast w ogóle nie odnosi się do tego aspektu rodzinnego w listach, traktując Tadeusza, jako przede wszystkim kolegę po piórze (i poza tym oczywiście przyjaciela).
     W miarę rozwoju korespondencji, obojgu Panom przybywało lat, ale nie ubywało humoru. Z listów wynika, że przechodzą na „ty” w roku 1952, kiedy Herbert ma lat 28, a Chrzanowski 26.  Zwracali się do siebie pieszczotliwie, żartobliwie, np. „Cherbercina” (celowy zapis z błędem ortograficznym), „Chrzan”, „Ded” („ksywki Chrzanowskiego), „Patryk” („ksywka” Herberta),
albo nawet padały zwroty o całusach w „pępuszek”, „brzuszek”, czy o perwersyjnym całowaniu żony Tadeusza Chrzanowskiego, Teresy przez Herberta.
Wszystko to są oczywiście żarty, dowcipy i wygłupy, które odzwierciedlają bliskość między przyjaciółmi, wyrażającą się przede wszystkim poprzez wspólne, podobne poczucie humoru.
     W korespondencji, pod względem ilościowym, dominuje głos Chrzanowskiego. Herbert czasem długo milczy. Przyczyną mogła być jego choroba dwubiegunowa afektywna, którą wykryli francuscy lekarze.
W tej chorobie najpierw występują stany podwyższonej euforii, entuzjazmu, radości, by potem przejść w stany głębokiej rozpaczy, depresji, zwątpienia, przygnębienia, apatii, niemocy, niezdolności do działania i pracy.
 Być może zaważyła również na tych przerwach niemoc nieco innej natury.
Herbert ożenił się dopiero, kiedy miał 44 lata.
Małżeństwo z Katarzyną Herbertową z Dzieduszyckich nie wydało na świat potomstwa.
Chrzanowski był już wtedy zaawansowanym ojcem rodziny i kiedy miał 41 lat, urodziła mu się druga córka, Agnieszka, 7 VII 1965 roku.
Herbert za trzy lata będzie brał ślub.
Poeta był w całości poświęcony sprawie sztuki i na tym polu wygrał w sposób, można powiedzieć, całkowity i zupełny.
Natomiast jego „start” życiowy nieco się opóźnił, nawet bardzo.
Być może długie okresy milczenia Herberta spowodowane są jego utajonym „kompleksem”, wobec szczęścia rodzinnego Chrzanowskiego.
Szczęścia, ale dodajmy jeszcze do tego, ile nerwów, zachodu i naprawdę ciężkiej pracy nad wychowywaniem córek, musiało kosztować to szczęście przyszłego profesora historii sztuki.
Wyjawia zresztą ów stan niedogodności Tadeusz Chrzanowski w listach, z których równocześnie przeziera i prześwieca cudowność owej niedogodności, życiowe spełnienie (jednak pomimo wszystko, pomimo ciągłego braku snu i odpoczynku).
Codzienne awantury w domu, w tym z żoną Teresą, która w miarę upływu czasu, była coraz mniej zadowolona z życia (na początku traktowała swojego przyszłego męża, Tadeusza, jako geniusza), rosnąca odpowiedzialność Chrzanowskiego za dom i jego utrzymanie, nie były, jak się zdaje sprawami łatwymi.
Chrzanowski jednak jawi się w tej korespondencji przede wszystkim, jako człowiek psychicznie silny, życiowo zaradny, potrafiący sprostać życiowym sytuacjom i niedogodnościom. Był ojcem.
Można powiedzieć, wysnuć taką hipotezę, że był „ojcem”, również dla swojego przyjaciela, Zbigniewa Herberta, mimo, że to Herbert był od niego o dwa lata starszy.
     „Ded”, jak go nazywał autor „Struny światła”, był człowiekiem o temperamencie opiekuńczym, w pewnym sensie stwarzał warunki bezpieczeństwa.
Na pewno dla swojej rodziny, co musiała czuć jego żona, zostając z nim do końca.
Autor tomu „Rovigo”, jednak jakby wymykał się tej „opiece” swojego przyjaciela,
trochę się przed nią bronił.
Chciał być dla „Deda” przede wszystkim mentorem w sprawach sztuki, poezji.
W wielu listach pouczał go, recenzował teksty „Chrzana”, wskazywał mu drogi artystycznego wyboru.
Pisał o tym, co jest dobre w tekstach profesora, a co wymaga poprawek, nawet gruntownego przeredagowania. Rolą Herberta jakby stało się arbitrażowanie w dziedzinie elegancji literackiej.
Daje temu wyraz w liście z 1953 roku, w którym bardzo dobrze widać olbrzymią świadomość literacką Herberta (ma zaledwie 29 lat).
List jest w dużej mierze recenzją z prozy Tadeusza Chrzanowskiego (Herbertowi bardzo podobały się wiersze przyjaciela i oczekiwał ich z prawdziwą przyjemnością, natomiast w wypadku prozy „Chrzana” jest już o wiele bardziej krytyczny i ostrożny, czego przykład przytaczam).

Z Autora wyłazi poeta, co daje nieraz niepotrzebne prozie takie efekty: (chwile) „zbutwiały w pokładach pamięci”, (partyzanci) jak „garść szczurów ratujących się z tonącego okrętu, (słońce) „ostre oczko”, które padało na twarz gorącym wnikliwym
spojrzeniem”, „kurtyna tramwaju”, „krótkotrwałe maleńkie ameryki uczuć”, „gałązka wołała pod butem ostrzegawczo”, „łoskot wrósł i rozłamał się w kołujące rzężenie”.
     Proza ta ma charakter wylewno-narracyjny a nie skrótowo-wizyjny. To już wybór metody, o którym niepodobna dyskutować, ale mimo to są fragmenty rozgadane. Zamiast jednego celnego słowa kilka: (zamysł) „budowany z fantazji, zapału, wiary i niedoświadczenia”, (chwila) „zwątpienia, wahania, zdziwienia wystarczyła, by przytłumić syntezę jego zmysłów – czujność; a także pewne nawroty i powtórzenia, jak o tym „łagodnym kręgu lampy” – co samo w sobie owszem dobre.
     Nie jestem zwolennikiem krzepienia prozy brutalizmami. I co dziwne te najgrubsze (dupa i kurwa) jako tako siedzą, ale tam gdzie już nie ma partyzantów, ten „szmelc”, „facet”, to „patrzenie na grandę”-naprawdę niepotrzebne”.[7]

    Na uwagę zasługuje fakt w tej korespondencji, że autor „Martwej natury z wędzidłem”, bardzo rzadko odnosi się do kwestii posiadania potomstwa przez swojego przyjaciela, w tym do narodzin jego dwóch córek.
Tak jakby fakty te były dla Herberta albo niewygodne, albo nieważne, w co głęboko wątpię.
     Wysuwam bowiem w tym momencie może śmiałą, a nawet zbyt śmiałą tezę, że największym dramatem życiowym Herberta był jednak brak posiadania potomstwa, implikujący pewną, życiową pustkę, jakby izolację od tego, co w życiu najważniejsze.
Jest bardzo prawdopodobne, że przesadzam.
Nie wie nic o posiadaniu dzieci ten, kto ich nigdy nie posiadał.
Jednak rewersem tego stwierdzenia, może być konstatacja inna:
marzy podświadomie o posiadaniu potomstwa ten, kto nie wydał go na świat.
Herbert jest bardzo uczciwy w tej korespondencji, przede wszystkim intelektualnie uczciwy: w małym stopniu odnosi się w  korespondencji z Chrzanowskim do  życia rodzinnego swojego przyjaciela, poza paroma, kurtuazyjnymi uwagami, nie mającymi wiele wspólnego z autentycznym i głębokim wejściem w ów świat „prawdziwy”, czyli świat rodzinny swojego przyjaciela, o którym Chrzanowski pisze non-stop, jakby ów właśnie świat stanowił dla niego najistotniejsze jądro tożsamościowe (najpierw jest ojcem rodziny, potem profesorem, na końcu pisarzem, choć potem zupełnie porzuca swoje ambicje artystyczne). 
Herbert czasem jedynie rzuci żart w kierunku żony Tadeusza Chrzanowskiego i to wszystko.
Milczy przeważnie na temat dzieci.
Milczy, ponieważ ich nie ma.
Co może powiedzieć o dzieciach ten, kto nie ma dzieci?
Herbert jest logiczny w swoich listach, wie, że nie może powiedzieć niczego na ten temat.
Dlaczego jednak Chrzanowski, właściwie stale i ciągle pisze do Herberta o swojej rodzinie?
Wysuwam na ten temat następujące hipotezy:
1). Był spełnionym człowiekiem i dumnym ze swojego spełnienia życiowego,
chce jednocześnie przykryć owym spełnieniem swoją „ułomność” artystyczną, ponieważ chyba do końca chyba posiadał Chrzanowski pewne ambicje pisarskie, artystyczne.
2). Skrycie zazdrości Herbertowi jego olbrzymiego talentu, dlatego ciągle podsuwa mu pod nos do powąchania „kwaśne kupki” swoich pociech.[8]
To oczywiście żart, ale wyczuwa się w tonie listów Chrzanowskiego, poza dobrodusznym śmiechem, również pewną frustrację.
3). Dzieli się po prostu, „prostolinijnie” swoim, życiowym doświadczeniem z przyjacielem (hipoteza ta jest bardzo mocno wątpliwa).
4). Wyrzuca Herbertowi niejako, że tamten ma „święty spokój” i może spokojnie pracować nad tym, co ważne, podczas gdy on, „Chrzan’, codziennie musi użerać się z tzw. rzeczywistością.
     Najbardziej zastanawiające, a jednocześnie w pewien sposób logiczne, są owe uniki Herberta. Widać w nich szlachetność wyboru i szlachetność gestu.
Chrzanowski cały czas pisze o rodzinie do człowieka, który nie ma rodziny i ożeni się, kiedy już będzie w późnym wieku.
Jest to, mówiąc oględnie, trochę niedelikatne.
W tej korespondencji to Chrzanowski jest tą stroną aktywną, Herbert jakby więcej rozumiał z tej sytuacji, stąd te przerwy moim zdaniem.
Dodać możemy, że na początku to Herbert pisał o wiele więcej aniżeli „Ded”.
Na początku, w młodym wieku, od 1950 roku datują się bowiem te listy, kiedy Herbert ma 26 lat, Chrzanowski 24.
W listach z początkowego okresu widać nawet pewien entuzjazm Herberta z powodu nowej i ciekawej przyjaźni.
Młodość przyniosła ze sobą sporą dozę beztroski i to widać również.
W przypadku Herberta tak, ale nie w wypadku jego przyjaciela, który od początku, w tych listach, widoczny jest, jako człowiek odpowiedzialny, myślący o życiu „poważnie”.
Na początku to Chrzanowski się wycofywał, trochę chyba nawet mu ta znajomość, mówiąc kolokwialnie, „nie leżała”.
Przyszły profesor historii sztuki myślał nade wszystko o ułożeniu sobie życia pod kątem nie tylko profilu intelektualnego (a może to było w jego przypadku najmniej ważnym, niewinnym hobby, po którym prawie nic nie zostanie?),
ale przede wszystkim zawodowego oraz życiowego, rodzinnego.
Stąd informacja o ukończonych z tytułem magistra studiów z historii sztuki, zaręczynach, potem ślubie.
A potem, nie mające w zasadzie końca i dna, następujące epopeje o życiu rodzinnym ”Chrzana”.
Na początku, widać, że „Ded” czy „Chrzan”, jakby „czai się do skoku”, do skoku w życie.
Stąd pewna wahliwość w pierwszych listach z Herbertem, właśnie tym najprawdopodobniej spowodowana, owym „przyczajeniem” i „niepewnością”.
Potem „Chrzan” „wskakuje”, najpierw zawodowo w uczelnię, potem rodzinnie, w zaręczyny i ożenek, a potem już zupełnie, „pełno rodzinnie”, Chrzanowski wskakuje z wprawą świetnego pływaka, na głęboką wodę życia, które implikuje zadania dla niego od początku najważniejsze, do których był w swojej strukturze psychofizycznej oraz intelektualnej, powołany najistotniej, od samego początku, czyli do zadania bycia mężem i ojcem rodziny.
Cóż za przedziwna koincydencja losów i cóż, jednocześnie za dziwny paradoks.
Przyjaźń tak dwóch, w sumie biegunowo różnych temperamentów, wydaje się mówiąc oględnie, niemożliwa, tu jednak, w tej korespondencji, zaowocowała czymś naprawdę niezwykłym i niezwykle, rzekłbym nawet, porażająco głębokim.
     Jak pogodzić to, co jest powołaniem do życia w rodzinie z tym, co jest powołaniem do całkowitego poświęcenia się sztuce?
Godzić to można, na przykładzie zestawienia tak mądrego, inteligentnego i dobrego człowieka, jakim był Tadeusz Chrzanowski i tak zagadkowego korespondenta, niezwykle tajemniczego, nie ujawniającego się ani nie odsłaniającego się, jakim był Herbert.
     Oba te głosy uzupełniały się w jakiś przedziwny, zaskakujący sposób, dodam, że jest to zjawisko w epistolografii polskiej XX wieku, dla mnie przynajmniej, niezwykle ciekawe, twórcze i zapładniające do wielu rozmyślań oraz odczytań, przynajmniej na kilku poziomach. Proponuję w tym momencie następujące poziomy odczytania korespondencji między Zbigniewem Herbertem a Tadeuszem Chrzanowskim:
1). Poziom literalny, czyli dosłowny. Zwykła wymiana listów o bieżących sprawach między dwojgiem przyjaciół.
2). Poziom symboliczny. Korespondencja na temat przeznaczenia człowieka, jego losu w świecie w oparciu o to, co w świecie ukryte i niedosłowne, świat symboli, których codzienne rekwizyty i zdarzenia z dnia codziennego są jedynie zaszyfrowanym znakiem, odsyłającym do rzeczywistości głębszej, ukrytej.
3). Poziom terapeutyczny. Próba zrozumienia swojej sytuacji w świecie poprzez opisy swojego działania, swojej aktywności w świecie.
4). Poziom aksjologiczny. Dzielenie się wspólnym światem wartości.
5). Poziom komiczny. Wygłupianie się i dowcipy dwojga przyjaciół, nie branie życia na serio, na poważnie.
6). Poziom majeutyczny.
Wyciąganie tajemnic Sokratesową metodą położniczą i otwieranie się wzajemne na przepływ tajemnicy. 
7). Poziom filozoficzny. Nie kończąca się i nie mająca dna, dyskusja o sztuce, literaturze.
8). Poziom metafizyczny – rzeczywistość domaga się dalszego „ciągu” w tym, co jest niejako poza tą rzeczywistością i która ją przekracza, a więc w sztuce.
9). Poziom religijny, eschatologiczny.
Sprawa ostatecznego poznania, kim byłem i kim jestem, kiedy stanę Twarzą w Twarz przed rzeczywistością, która zaczyna się wraz z nadejściem śmierci i końcem dotychczasowego pobytu na ziemi.
     Ta korespondencja nieco słabnie od końca lat 70 tych i lat 80 tych.
Widać, że jest nieco zdawkowa. Chrzanowski nadal pisze o swoim życiu rodzinnym, Herbert dość skąpo się do tego zagadnienia odnosi.
I nie poruszono w ogóle wyboru papieża Polaka na Stolicę Piotrową, wybuchu Solidarności, jakby te sprawy były oczywiste. Od początku zresztą jeden i drugi ucieka od polityki jak może. Była w tym przyczyna może prozaiczna: zwykły strach przed cenzurą.
Dlatego Herbert nie ujawnia, jak bardzo nie cierpi komunizmu ani nie może ujawnić tego Chrzanowski, gdyż groziłoby to w tamtym czasie bardzo poważnymi konsekwencjami, na przykład aresztowaniem.
     Po 1989 roku nagle wkracza w ich listy polityka i oczywiście, jak to bywa często, między dwojgiem przyjaciół, różnice światopoglądowe.
Chrzanowski bardzo sceptycznie odnosi się do „nieszczęsnego daru wolności”.
Herbert wciąż dumnie pręży pierś niezłomnego pisarza w czasie komunizmu.
Jednak zauważyć można jedną, zasadniczą rzecz w przebiegu tych listów.
Zasadniczą cezurą jest rok 1989 i idące później, jak można wyczytać, nie tylko pomiędzy wersami, ogromne rozczarowanie Polską lat 90 tych.
Jakiś smutek w tym się wyczuwa, przygnębienie, nawet depresję i nostalgię za tym, co było, za czasami lepszymi pod względem towarzyskim, międzyludzkim, nie mówiąc już o względzie kulturalnym, gdzie kultura w latach PRL-u była na najwyższym, światowym poziomie, co zauważa choćby Norman Davies (a więc nie Polak), w Bożym Igrzysku.[9]
 
   Chrzanowski jakby przeżywa stan wygaszenia, u Herberta wzmaga się stan depresji (pomimo wciąż wzniośle trzymanej gardy lirycznej maski) i wreszcie kończy się śmiercią (zapewne na tle psychofizycznym, do której labilne stany psychiczne wydatnie mogły się przyczynić).
     Z listów dodatkowo wynika fakt, że autor „Struny światła” nie chciał słyszeć o żadnej pomocy medycznej, nie chciał sobie pomóc, uważał, że jest całkowicie zdrowy – wbrew opinii wykfalifikowanych psychiatrów, którzy go badali.
Pisze nawet, że oparł się opinii i radom biegłych psychiatrów i dumnie wkroczył (ponownie), w życie, jakby zdrowszy i silniejszy, co, jak się później okaże, było złudzeniem Herberta.
Przytaczam fragment listu z roku 1991 (Herbert ma wtedy 67 lat).

Na szczęście byłem sam (Kasia w Warszawie), więc mogłem do rozpuku, bez obaw, że mnie znów wsadzą do kliniki dla wariatów, do której, klnę się, nigdy
nie wrócę. Zwymyślałem psychiatrów od imbecyli, w tem trzech profesorów, wyrzuciłem lekarstwa i po raz pierwszy od 25 lat jest mi dobrze. O czem z dumą donoszę”.[10]

     Pogłębiające się stany rozpaczy psychicznej, przy jednoczesnym poczuciu artystycznego spełnienia, doprowadziły w tej korespondencji Herberta do bycia coraz bardziej lakonicznym i coraz bardziej poetyckim i w owej poetyckości coraz bardziej wyrazistym. Wraz z upływem lat tężała jego szlachetna, liryczna maska, pisał coraz piękniejsze odpowiedzi na listy swojego przyjaciela „Chrzana”.
Ostatni jego list do przyjaciela, z Wielkanocy, z roku 1998 brzmi:

Kochany Dedusiu,
     Kiedy już wzbogacę się, kupię dom w Bayonne i będziesz przyjeżdżał dwa razy w roku w zimie i w lecie i będziemy chodzili nad brzegiem morza i rozmawiali o filozofii.
     A na razie z miasta deszczów dyluwicznych i neonomenklatury przesyła Tobie
 najlepsze życzenia
i gorące uściski
Twój
stary
druh
       Zbigniew”. [11]

     Odniosę się na koniec do tego, co napisałem na samym początku. Dwie, przeciwstawne pod względem temperamentu życiowego osobowości znalazły w listach wspólny język.
Dodam, że ze spotkania tego (owych dwóch osobowości epistolarnych), wytwarza się, można rzec, specyficzny „szyfr transcendencji”, opowiadający o postawach wobec życia, dzielności w czasach opresji, najistotniejszych, życiowych wyborach oraz obowiązkach.
     Mój ulubiony list Chrzanowskiego do Herberta, z roku 1974 (Chrzanowski miał wtedy lat 48, Herbertowi stuknęła 50 tka),  brzmi w sporym fragmencie tak:

„(…)przyjmij więc kilka myśli na Twój osobliwy temat. Otóż raz wreszcie musisz zrozumieć, że jesteś z gatunku „cypkarzy”. Sądzę, że już Ci wyjaśniałem etymologię tego terminu, ale powtarzam: cypkarzem jest ten, co się w cypku (krakowska wersja „czepka”) był urodził. No bo patrz: Ty się około 12 w południe budzisz, ślepka spluszczone przecierasz, a już Ci Kasiunia smakołyczki podtyka, gdy tymczasem inni – na ten przykład za przeproszeniem ja – już od 5 godzin tyłki po biurowych „zeslach” wycirają i w absolutnie bezpłodnej działalności papierkowo-gadaniowej grzęzną.
Może inni to lubią, ale ja – pożal się Boże kurwa-dyrektor- nie i nie. Potem, gdy już lico ogolisz i gatki na jajątka naciągniesz, siadasz za stołem, albo nie siadasz, tworzysz, albo nie tworzysz, a tak czy siak muza śpi spokojnie, spokojna o ostateczny wynik. Później – w jakimś momencie dnia-masz okazję oglądać, a nawet wymieniać poglądy z najznamienitszymi luminarzami kultury naszej ojczyźnianej, bo czasem i pułkownik pogada, i sam prezes barytonem zaszczyci, a inni to nic, tylko do trzeciej papierki i po próżnicy gadanie, a potem drzemki chwila , ciemnia( bo z dyrektorstwa nikt nie wyżył) i wieczorna nasiadówka z Mańkiem. A kiedy Ty już u szczytu natchnienia, a może i po kieliszeczku jakowym, w najwyższe regiony Parnasu wyniesiony, wzbogacasz Mickiewiczów i Słowackich o nowe perły w mowę ojczystą zawarte – inni już nie są zdolni do niczego innego jak tylko do zwalenia się do barłogu, przeczytaniu jednej a najwyżej dwóch stron Xięgi jakiej i lulu-aaa- bo o 6 –ej budzik do czynu ich wzywa.
No więc jak sądzę w sposób obrazowy przedstawiłem Ci jakiś jest cypkarz, a świadomość tego jest elementem niezwykle doniosłym i zwłaszcza w dniu imienin winna być aktywna”.[12]
 
Ów list przytoczyłem w sporym fragmencie, bo wydaje mi się on odzwierciedlać właśnie ową, jasną stronę tej korespondencji, tj. osobę Tadeusza Chrzanowskiego, który w pełen pogody i dobrodusznego humoru sposób, pisze o udrękach tzw. „odpowiedzialnego” życia, tej, tzw. „udręki” dorosłości i prawdziwej, męskiej dojrzałości.
     Widać, mam nadzieję po zacytowanych fragmentach, jak pięknie i mocno uzupełniali się dwaj rozmówcy. Jeden z nich miał to, czego nie posiadał drugi i vice versa. Jedną postawę można określić mianem postawy społecznej, nastawionej na działanie, drugą artystyczną, nastawioną na kontemplację i tworzenie. Życie, jak się zdaje, potrzebuje jednej i drugiej postawy.
Promieniowanie aury głębokiej bierze się właśnie z zestawienia tak dwóch, różnych podejść do tematu życia i jednoczesnym wypełnieniu jej (owej aury), w przymierzu przyjaźni ekstrawertycznej osobowości społecznej (Chrzanowski) oraz introwertycznej osobowości artystycznej (Herbert).
    Korespondencja między dwoma przyjaciółmi daje pretekst do pewnych rozważań filozoficznych, co usiłowałem w tym krótki szkicu uczynić. Jest ona ponadto pewnym źródłem informacji o samym Herbercie, jego stosunku do przyjaciół, wierności, lojalności, a także reakcji na to, co przynosi ze sobą życie, zarówno w jego aspekcie jasnym, jak i tragicznym.


Bibliografia:

1). Mój bliźni, mój bracie, Zbigniew Herbert-Tadeusz Chrzanowski, Listy 1950-1998”, Kraków 2016.
2). Stefania Skwarczyńska, Teoria listu, Lwów 1937.
3). Norman Davies,  Boże Igrzysko,  przełożyła Elżbieta Tabakowska, New York 1982.
 
 
 
 
 



 
 
 




[1] Stefania Skwarczyńska, Teoria listu,  Lwów 1937.
[2] Por. Stefania Skwarczyńska, Teoria listu,  Lwów 1937, s.37.
[3] Ibidem, s.138.
[4] Pojęcie „aury” przejąłem od Waltera Benjamina. Natomiast sformułowanie „aura głęboka” jest moim, autorskim pomysłem.
[5] Dyskutować oczywiście można ze stwierdzeniem Stefanii Skwarczyńskiej, że introwertyk nigdy nie będzie dobrym epistolografem (Teoria listu, s.114).
[6] Por. Mój bliźni, mój bracie, Zbigniew Herbert-Tadeusz Chrzanowski, Listy 1950-1998”, Kraków 2016, s.85Z-87.
[7] Mój bliźni, mój bracie, Zbigniew Herbert-Tadeusz Chrzanowski, Listy 1950-1998”, Kraków 2016, s.112-113.
[8] Por. Mój bliźni, mój bracie, Zbigniew Herbert-Tadeusz Chrzanowski, Listy 1950-1998”,  Kraków 2016, s.149.
[9] Por. Norman Davies, Boże Igrzysko. Historia Polski”, t.2, przełożyła Elżbieta Tabakowska, New York, 1982, s. 714.
[10] Por. Mój bliźni, mój bracie, Zbigniew Herbert-Tadeusz Chrzanowski, Listy 1950-1998”, Kraków 2016, s.301.
[11] Ibidem, s.321.
[12] Por. Mój bliźni, mój bracie. Zbigniew Herbert-Tadeusz Chrzanowski, Listy 1950-1998, Kraków 2016, s.253-254.